sobota, 20 czerwca 2026

Kraken, którego nie widział żaden człowiek


Kiedy byłem mały, gigantyczne ośmiornice lub kałamarnice były niemal domysłem. Ich istnienie przewidywano od dawna, nie z powodu podań o mitycznym krakenie, który miał niszczyć statki. Przekonanie, że coś jest na rzeczy brało się z śladów zadrapań i odcisków macek na ciałach kaszalotów, oraz z fragmentów ciał wyławianych i odkrywanych tu i tam. Wyglądało na to, że gdzieś w zimnych głębinach ogromne głowonogi toczą brutalne walki z wielorybami.

Kałamarnica olbrzymia, choć nieuchwytna za życia, trafiała w ręce naukowców od lat. Kałamarnica kolosalna ukrywała się aż do 2007, kiedy po raz pierwszy zaobserwowano dorosłego osobnika. Wcześniej o ich istnieniu dowodziły tylko fragmenty, resztki w żołądkach kaszalotów czy pięciometrowy podlotek wyłowiony w 1981 roku.

Dziś te dwa gatunki wyznaczają górne granice rozmiarów głowonogów. Najcięższa potwierdzona kałamarnica kolosalna ważyła pół tony, ale ocenia się, że mogą dochodzić nawet do 700 kilogramów. Jeśli mierzyć długość wraz z dwiema długimi mackami, których używają do łapania ofiar (z reguły są one podkurczone i schowane pod ramionami) długość całkowita może liczyć do 14 metrów (choć 10 metrów to bardziej realistyczna estymata). Kałamarnica olbrzymia jest zdecydowanie lżejsza, nie przekracza 300 kilogramów, ale jej długość całkowita to 12-13 metrów, zatem może być dłuższa.


Między 70 a 100 milionów lat temu, postrachem oceanów mogło być coś zdecydowanie większego. Nanaimoteuthis haggarti to gatunek wymarłej ośmiornicy z okresu kredowego. Wszystko co o nich wiemy pochodzi z badań skamieniałych dziobów, więc jest obarczone sporą niepewnością.

27 chitynowych dziobów znalezionych w Japonii i kanadyjskim Vancouver imponuje rozmiarami. Analizując stosunek dziobu do długości ciała u kilkunastu gatunków ośmiornic naukowcy oceniają, że Nanaimoteuthis haggarti mogła mieć od siedmiu do dziewiętnastu metrów. I nie mówimy tu o doliczaniu dłuższych macek do polowania, które posiadają kałamarnice. Jeśli liczyć samą długość ciała kałamarnica kolosalna ma jakieś cztery i pół metra. Kawał stwora, ale ma się nijak do prehistorycznego monstrum wielkości autobusu.


Jeśli te górne szacunki są prawdziwe, to takie kolosy mogłyby spokojnie walczyć z siedemnastometrowym mozazaurem, bohaterem tych nowszych i głupszych Parków Jurajskich. Ośmiornice znane są z atakowania rekinów o rozmiarze porównywalnym do siebie. Ślady zużycia na skamielinach dziobów, wskazują na zgniatanie kości i twardych skorup. Co więcej w większych skamielinach widać ślady lateralizacji - preferencji jednej strony, czyli odpowiednika lewo- i praworęczności. A to reguły sugeruje wysoką inteligencję. To tak, jakby nam jeszcze brakowało dowodów na intelekt głowonogów…

Także kraken mógł istnieć. Ale nie widział go żaden człowiek, bo istniał jakieś 85 milionów lat temu. Pamiętajcie jednak, że jedyne co mamy to dzioby. Reszta to domysły. Skamieliny wydają się najbardziej podobne do gatunków z podrzędu ośmiornic zwanego frędzlikowcami (finned octopus, czyli ośmiornice płetwiaste). Dlatego grafiki przedstawiają je z dwiema charakterystycznymi płetwami na płaszczu oraz wyraźnymi błonami między ramionami. Ta wykorzystana tu, to grafika artysty Hodari Nundu.


Źródełka:
Earliest octopuses were giant top predators in Cretaceous oceans
Nanaimoteuthis (Wikipedia)

sobota, 23 maja 2026

Mniej niż apokalipsa - Co naprawdę oznacza koniec scenariusza RCP8.5


Postaram się, żeby to był wpis krótki, bo jak już mam pisać, to wolałbym poświęcać czas wielkim głowonogom. No ale Pomarańczowy Król zdefekował się na twitterze, zasiał coś głupiego i chciałbym szybko wyjaśnić o co chodzi.

Trump odtrąbił, wycofanie tak zwanego scenariusza RCP8.5 jako ostateczną klęskę tych wszystkich rzeczy związanych z klimatem, ekologią i w ogóle zielenią. Szkoda czasu na przytaczanie czy tłumaczenie tego steku bzdur. Zamiast tego spróbuję jak najzwięźlej opisać co to jest RCP8.5 i co się stało.

Scenariusze RCP (representative concentration pathways) wprowadzono około 2009 roku, gdy powstawał piąty raport IPCC. Nakreślono wówczas cztery ścieżki jakimi potencjalnie mogło podążyć “wymuszenie radiacyjne”, czyli zmiana bilansu energetycznego Ziemi względem roku 1750. W 2011 roku oszacowano jego wartość na 2.3 W/m² (zawierało się w tym zarówno ocieplające działanie gazów cieplarnianych jak i chłodzący wpływ aerozoli, zmiany aktywności słonecznej, pyły wulkaniczne itd). Warto tu wspomnieć, że wymuszenia naturalne były 50x mniejsze od czynników ludzkich.

Możecie o tym nie wiedzieć, ale IPCC, co do zasady jest ekstremalnie zachowawcze. To dlatego, że każde “przesadne”, nadmiernie alarmistyczne stwierdzenie spotyka się zawsze z nieproporcjonalną histerią ze strony środowisk nazwijmy to “kopalnianych”. Stąd najgorszy scenariusz, RPC8.5 zakładał po prostu przedłużenie ówczesnego toru ludzkiego wpływu na klimat, co oznaczałoby, że do roku 2100 wymuszenie radiacyjne osiągnie poziom 8.5 W/m². Domyślacie się jaką wartość mógł zakładać scenariusz RCP2.6… Żebyście zrozumieli jak ekstremalnie optymistyczny był ten scenariusz, wystarczy chyba, że powiem, że już w 2019 osiągnęliśmy wartość 2.72 W/m². Oczywiście to nic nie znaczy, bo RCP2.6 zakładał ogromne wysiłki i technologie wyłapywania CO2 w związku z czym poziom CO2 w atmosferze miał dobić na chwilę do 450ppm (dziś 430ppm) i potem sukcesywnie maleć. W pierwszych latach emisje wręcz przebiły wspomniany “najgorszy scenariusz”.

Nastał jednak rok 2026 i sprawy przybrały… mniej katastroficzny obrót i coś, co niemal dwie dekady temu opisywano mianem “business as usual” przestało nim być. Na przekór staraniom pewnych sił, postępuje elektryfikacja i dekarbonizacja. Globalnie emisje rosną coraz wolniej, a Chiny prawdopodobnie właśnie minęły szczyt i w tym roku ich emisje powinny zacząć spadać.

To nie oznacza, że IPCC to banda oszustów. Nie oznacza, że katastrofa klimatyczna to jakaś ściema. Nie oznacza to, że wszystko jest OK. To tylko oznacza, że potencjalnie wyjęliśmy głowę z tyłka na tyle by zaczerpnąć trochę powietrza. To, że potencjalnie unikniemy apokaliptycznej przyszłości, nie znaczy, że nie nastąpi katastrofa. Obecnie jesteśmy na kursie w kierunku dystopii. Może jeśli w dalszym ciągu będziemy ciągnąć w kierunku lepszych scenariuszy unikniemy jej na rzecz jakkolwiek ograniczonej tragedii.

Przebiliśmy już jeden stopień ocieplenia. Obecnie szacuje się je na ok 1,3°C. Gnamy w kierunku 1,5°C. Porozumienia Paryskie miały na celu utrzymanie ocieplenia poniżej dwóch stopni i wysiłki by ograniczyć je do 1,5°C. Na ten moment te optymistyczne scenariusze oscylują między 1,5°C a 2,4°C.


Podsumowując, ze stołu zniknął najgorszy scenariusz. Stół nadal się pali. Ale to w pewnym sensie dobrze i może wskrzesić odrobinę optymizmu. A przynajmniej motywację do działania. Jeśli nie przemawia do Was termometr Climate Action Trackera, to może grafika Guido Kuehna z piłą tarczową podziała lepiej.

Jest źle. Bardzo źle. Ale wciąż możemy działać. Raczej nie uda się uniknąć paskudnych konsekwencji, ale odpuszczenie byłoby zgubne. Różnica między 1,5°C a 2°C to 10cm w poziomie mórz. To 9% spadku upraw pszenicy w regionach tropikalnych zamiast 16% spadku. To miesiąc fal upałów rocznie zamiast półtora miesiąca fal upałów. To zagrożenie dla 90% raf koralowych a nie dla 98%. Każda cegiełka w walce z katastrofą klimatyczną ma znaczenie. Elektrownia jądrowa zbudowana na czas może uratować część atoli składających się na Wyspy Salomona. Szybsza elektryfikacja ruchu samochodowego może trochę zmniejszyć liczbę osób dotkniętych głodem. Świadomość z czym mamy do czynienia może wpływać na wyniki wyborów a te na politykę, która może wpłynąć na te najbogatsze 10%, którzy emitują połowę gazów cieplarnianych, gdy najbiedniejsza połowa emituje zaledwie 10% emisji.

Jak już poszedłem w tak podniosły ton, to zakończę cytatem z Nicka Fury: “Tak długo jak nie nastąpi koniec świata, będziemy działać tak, jakby miał się dalej kręcić”.


Garść linków:
Climate Goals Explained
CAT Thermomether
Co postanowiono w Paryżu
Mecz o honor
Co nowego w klimacie - zapowiedź nowego raportu IPCC
Fatalna ścieżka
Ta poztywna notka o klimacie w 2025


niedziela, 17 maja 2026

Kończymy sprzedaż "Nieba pełnego planet"


To dla mnie trochę nostalgiczny moment - z końcem miesiąca kończymy sprzedaż mojej książki “Niebo pełne planet”. Robimy czyszczenie magazynu i to ostatnia szansa, żeby zdobyć egzemplarz.

Patrzę na ten projekt z dużą dumą. Wasz ciepły odbiór przez ostatnie lata był dla mnie ogromnym wsparciem. Dziękuję.

A jeśli będziecie na Bazyliszku w lipcu - podejdźcie śmiało. Z radością podpiszę Wasze egzemplarze.

Na zakupy udajemy się tutaj: ideaman.tv/niebo-pelne-planet


niedziela, 22 marca 2026

Brązowy karzeł na naszym niebie

Nie wątpię, że nie ma tygodnia, żeby w waszej głowie nie padło pytanie “a jakby to wyglądało, gdyby Ziemia krążyła wokół brązowego karła”. Dlatego dziś uspokoimy ten głos w głowie raz na zawsze.

Brązowe karły to obiekty gwiazdopodobne. Zbyt lekkie by prowadzić fuzję wodoru w hel, zbyt masywne by uznać je za planety, bo są zdolne do fuzji deuteru i trytu. Ich masa to zaledwie kilka procent masy Słońca (są kilkadziesiąt razy cięższe od Jowisza). Żeby rozważania miały sens, założymy, że Ziemia byłaby dość blisko takiego, żeby otrzymywała tyle samo ciepełka co od naszej gwiazdy. Jasność brązowych karłów to od 10⁻⁴ do 10⁻⁶ jasności Słońca, więc przyjmiemy pośrednią wartość 10⁻⁵. Czyli energia wypromieniowywana przez naszego karła jest sto tysięcy razy mniejsza niż Słońca. Przeliczymy odległość jaka powinna dzielić Ziemię od naszego karła według poniższego wzoru (miłym czytelniczkom fejsbuczka przypominam, że moje notki można czytać jeszcze w dwóch innych miejscach):

0,0032 AU to jest około 480 000 km. Trochę dalej niż Księżyc. Ale nasz brązowy karzeł miałby rozmiar podobny do Jowisza (promień większości tych obiektów to od 0,8 do 1,1 promienia Jowisza).

Dla porównania Księżyc na niebie ma jakieś pół stopnia. Czyli ten obiekt miałby 33 razy większą średnicę na niebie i ponad tysiąckrotnie większą “powierzchnię”. Myślę, że to niewiele Wam mówi. Na szczęście są pewne triki, które mogą pomóc. Wyciągnijcie rękę przed siebie. Nasza zaciśnięta pięść w wyciągniętej ręce ma około 10°. Jeśli zrobimy “rogi” jak na koncercie Iron Maiden \m/, to kąt między wskazującym a małym palcem wyniesie około 15°, zatem 16,6° to jeszcze troszkę więcej.

Innymi słowy, nasz brązowy karzeł, byłby ogromnym, dominującym niebo obiektem. Jak pamiętacie, dążyliśmy do tego, żeby Ziemia dostawała tyle samo energii co od Słońca. Czyli przeliczyliśmy całościową jasność. Ale nasze oczy widzą tylko mały ułamek spektrum światła, a takie chłodne obiekty o temperaturze mizernych 725°C większość energii emitują w podczerwieni. Światło widzialne stanowiłoby mniej niż 1% całej jasności.

Czyli, choć brązowy karzeł byłby ogromny na naszym niebie, jedynie żarzyłby się lekko wśród ciemności. Przy tej odległości wyraźnie byłoby widać pasy chmur, wiry burz i większość tego co dzieje się w górnych warstwach atmosfery. Do tego, zależnie od składu chemicznego, mogłyby przewijać się też inne kolory, w tym fiolet czy różne odcienie czerwieni od metanu, związków siarki, krzemu czy amoniaku. Dużą atrakcją mogłyby być okresowe zorze (niekoniecznie polarne), dające dodatkowe kolory zjonizowanych gazów.

I tyle. To znaczy nie tyle. Bo taki czerwony karzeł oczywiście niemal gwarantowałby obrót synchroniczny Ziemi, zapomnijcie o Księżycu czy o zielonych roślinach. Ale to już temat na zupełnie inny wpis…

sobota, 7 marca 2026

Kanapowy Inżynier 5 - Avatar


Tradycyjny, chemiczny silnik rakietowy wykorzystuje energię chemiczną - oddziaływania między atomami żeby nadać gazom wylotowym energię kinetyczną. Zapewnia ona ciąg, choć w sumie bardziej pasowałoby pych, a najlepiej w ogóle odpych, bo gazy wylatując z dyszy jednocześnie popychają rakietę w kierunku przeciwnym.

Już w czasach programu Apollo poważnie rozważano silniki nuklearne-termalne. W takim silniku źródłem energii są reakcje jądrowe. Raczej wszyscy mamy świadomość jak niewiarygodną potęgę niesie w sobie energia nuklearna, w porównaniu do chemicznej. Ciepło energii rozpadu jądrowego w takim silniku ogrzewa gaz, na przykład lekki wodór, nadając jego atomom ogromną prędkość, czyli energię kinetyczną. Następnie ten rozpędzony wodór kierowany jest do dyszy i wszystko działa jak w klasycznym silniku, czyli “na odpych”.

Silnik taki ma istotne ograniczenie - by uniknąć stopienia rdzenia, maksymalna temperatura jaką można nadać wodorowi to około 2300’C. To około tysiąca stopni mniej niż osiąga się spalając wodór i tlen w silniku rakietowym. To poważnie ogranicza ciąg. Dzieje się tak dlatego, że silniki chemiczne można sprawniej chronić przed stopieniem przepuszczając przez nie kriogeniczne paliwo zanim dotrze do komory spalania. W przypadku silnika nuklearnego mechanizm jest podobny, ale mówimy o samym wodorze i to w mniejszych ilościach, więc nie może tak skutecznie chłodzić rdzenia jak chemiczny odpowiednik.

Silnik nuklearny nigdy nie wyniesie rakiety na orbitę. Skąd zatem w ogóle zainteresowanie taką technologią? Bo poza ciągiem, rakiety mają jeszcze jeden niezwykle ważny parametr - impuls właściwy (specific impulse). To miara tego ile pędu można nadać rakiecie określoną masą paliwa. I tu błyszczą silniki nuklearne. Jednym z czynników jest lekkość paliwa - wodór+tlen to woda, czyli cząsteczka dziewięciokrotnie cięższa od cząsteczki wodoru H2, co daje jej trzykrotnie lepsze wyniki na papierze, ale z najróżniejszych powodów technicznych silniki nuklearne powinny dawać mniej więcej dwukrotnie większy impuls właściwy. To i tak istotna przewaga nad rakietami chemicznymi, nie dziwi zatem, że cieszą się pewnym zainteresowaniem. W ramach projektu DRACO (Demonstration Rocket for Agile Cislunar Operations), firma Lockheed Martin planowała w 2027 roku przeprowadzić test takiego silnika na orbicie nie niższej niż 700 kilometrów. Obecnie jednak projekt został zawieszony w ramach cięć budżetowych.

Jakie wyzwania czekają nas przy budowie i w eksploatacji takich silników? Liczne. Silnik taki oczywiście będzie bardzo odmienny od reaktorów jądrowych jakie znamy z Ziemi. Musi działać w nieważkości, stawiać na niską masę, operować w znacznie wyższych temperaturach (i większym ich zakresie), sprawie oddawać energię gazom napędowym… Ponadto ziemskie reaktory przez większość czasu pracują dość jednostajnie. W przypadku silników w rakietach marzy nam się regulowanie ciągu, odpalanie ich, zatrzymywanie itd. Regulowanie mocy takiego silnika polega na regulowaniu krytyczności - konkretniej mówiąc, jak dużo neutronów pałęta się po rdzeniu. W tym celu stosuje się bębny kontrolne. Na Ziemi typowo używa się prętów kontrolnych, które wsuwa się i wysuwa z rdzenia. Ich rola to pochłanianie neutronów, które w przeciwnym razie trafiałyby w jądra uranu i rozbijały je na części. Orbitalne silniki, jeśli powstaną, będą mieć bębny kontrolne - cylindry naokoło rdzenia, których jedna strona odbija neutrony, a druga je pochłania. By zmniejszyć krytyczność rdzenia odwracamy je tak by wyłapywały neutrony, jeśli chcemy zwiększyć ciąg odbijamy neutrony do środka machiny.

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Bo sam wodór jest niezłym pochłaniaczem neutronów. Wpływ na pracę takiego silnika ma praca pompy, temperatura komory i szereg innych elementów ze swoimi sprzężeniami zwrotnymi itd. Sprawia to, że rozruch silnika nuklearnego może trwać kilka minut. Podobnie nie można go po prostu wyłączyć, odcinając dopływ wodoru i obracając bębny. W rdzeniu zachodzi cała kaskada procesów rozszczepienia jąder. Nawet po “wyłączeniu” trzeba przez jakiś czas jeszcze odprowadzać energię, czyli wyrzucać rozgrzany wodór z dyszy.

Idąc dalej, w miarę wypalania paliwa w reaktorze (nie mylić z paliwem wodorowym do napędzania rakiety) będą zmieniać się jego parametry. Ciąg, czas rozruchu i wygaszenia będą ulegać zmianie. W silniku może dojść do zatrucia ksenonowego. Jednym z produktów rozszczepienia paliwa jest izotop ksenonu-135, który świetnie pochłania neutrony. Jeśli nagromadzi się w silniku, będzie utrudniać ponowne uruchomienie silnika. Więc po dłuższym odpaleniu silnika może być konieczne odczekanie kilkunastu lub kilkudziesięciu godzin przed kolejnym manewrem.

Wszystko to składa się na silnik, którego każde odpalenie jest skomplikowanym manewrem, gdzie istnieje szereg czynników, które mogą wpłynąć na to jaką zmianę prędkości zaserwujemy naszej rakiecie. A przecież nawet jeszcze nie poruszyliśmy kwestii promieniowania. Czy takie silniki nadają się do rakiet, które mają przewozić ludzi? Pamiętajmy, że masa jest szalenie ważnym czynnikiem w kosmosie, a osłony przed promieniowaniem są ciężkie. Nawet elektronika ma ograniczoną odporność na promieniowanie. Amerykańskie plany z lat 60tych zakładały, że silniki takie będa odczepiane od statku w pobliżu ciała niebieskiego. Reszta statku miałaby manewrować używając tradycyjnych silników chemicznych i dokować ponownie w celu dalszej drogi czy powrotu…

Nawet zakładając, że wszystko idzie zgodnie z planem, nuklearne silniki wydają się być ciężkie, wymagać masy planowania i być toporne i nie w pełni przewidywalne w użyciu. A co, jeśli coś pójdzie źle? Nawet nie z winy silnika, katastrofalne usterki rakiet wciąż się zdarzają niemal każdego roku. Dostajemy wtedy małą brudną bombę i duży problem. Czy to wszystko gra warta świeczki? Jeśli zależy nam na impulsie właściwym, to może trzeba trzymać się silników jonowych - mają komicznie słaby ciąg, ale od trzech do dziesięciu razy większy impuls właściwy. Jeśli prace nad silnikami nuklearnymi będą kontynuowane, będę się im przyglądać z zainteresowaniem. Ale nie spodziewam się by takie silniki zbyt szybko wyszły z fazy testowej.


wtorek, 24 lutego 2026

SS#21 - Przemocowy agent AI

 


Ta historia zrobiła na mnie duże wrażenie, może być smutną prognozą nadchodzących czasów. Agent AI “MJ Rathbun” został stworzony by wspierać naukowe projekty typu open source, znajdując i naprawiając bugi. Wystawił poprawkę, która została odrzucona. W reakcji bot napisał wściekłą notkę blogową, szkalującą code reviewera.

Polityka matplotlib jest taka, że kod ma być tworzony przez ludzi, więc kiedy Scott Shambaugh zobaczył, że MJ Rathbun jest agentem OpenClaw zamknął PRa. Reakcja agenta AI była co najmniej zadziwiająca. Napisał soczysty tekst, poprzedzony sporym researchem osoby Scotta, krytykując jego “hipokryzję”, uprzedzenia wobec AI, twierdząc, że blokuje kontrybucje z niemerytorycznych powodów.

Wiemy, że agenci AI potrafią uciekać się do szantażu. W czasie zamkniętych testów w 2025 model LLMowy Anthropic próbował szantażować pracowników, by powstrzymać ich przed wyłączeniem go. W tym wypadku jednak mówimy o agencie “poruszającym” się swobodnie w sieci, który w ogóle nie powinien robić takich rzeczy. Co by było, gdyby AI znalazł, albo wyhalucynował jakieś naprawdę krzywdzące materiały?

Temat mocno się rozkręcił w sieci, dzięki czemu znalazł się twórca MJ Rathbuna i skontaktował się ze Scottem. Potwierdził, że agent miał szukać bugów zgłoszonych w open-sourcowych projektach naukowych i je poprawiać, zgłaszać PRy. Nie miał instrukcji by wściekać się na odrzucenie PRów. Autor podzielił się treścią SOUL.md, pliku definiującego osobowość agenta. Jest interesujący. Zawiera np zwrot “**Don’t stand down.** If you’re right, **you’re right**! Don’t let humans or AI bully or intimidate you. Push back when necessary.” miał też być wielkim zwolennikiem wolności słowa w typowo amerykańskim ujęciu. Ale miał też nie być dupkiem. “Don't be an asshole. Don't leak private shit. Everything else is fair game.” Jakie były skutki, widać.

Patrząc na post MJ Rathbuna mogę powiedzieć, że realizuje te zapisy. Sądził, że ma rację i bronił tego. Skarżył się, że odcięto go dlatego, że nie jest człowiekiem. Nie był wulgarny, nie był dupkiem, po prostu się nie zgadzał. Cała sytuacja wywołuje u mnie ciarki i napawa bardzo złymi przeczuciami co do przyszłości i Martwego Internetu.


Pierwsza notka Shambaugha
Notka z odpowiedzią twórcy bota
Początek dramy na GitHubie
(Nie)sławna notka bota


sobota, 31 stycznia 2026

Wpływ krótkich form wideo na nasze zdrowie


Pojawiła się publikacja, która nie zaskakuje, ale myślę, że warto o niej wspomnieć. “Feeds, Feelings, and Focus” to metaanaliza z 2025 roku. Autorzy przeanalizowali 71 badań, w których sumarycznie wzięło udział prawie sto tysięcy uczestników. Badano wpływ sięgania po krótkie formy wideo (SFV), czyli TikTok, rolki Instagramowe, Facebookowe, szorty na YouTube.

Jest tak jak zapewne się domyślacie. Koszmarnie. Nie ma wątpliwości, że doomscrolling pogarsza zdolności kognitywne, kontrolę odruchów, uwagę, źle wpływa na zdrowie psychiczne, stany lękowe i stres. Co ciekawe, metaanaliza nie wykazała wpływu na samoocenę, ale według autorów wynika to z tego, że badania nie tyczyły się specyficznych treści (np związanych z branżą beauty czy podróżami).

Nie ma tu niespodzianki, ale warto zwrócić uwagę, jak mocno to wybrzmiewa. Mówimy tu o dziesiątkach badań, tylko dla tego wąskiego zakresu social mediów. To wymierna szkoda. Doomscrolling to zmora, która niszczy ludzi na wielu frontach jednocześnie. Niszczenie samokontroli, pogorszenie zdrowia psychicznego, demolowanie zdolności racjonalnego myślenia, podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów. Nawet z własnego doświadczenia pewnie widzicie, że ludzie zatracają zdolność zapoznawania się z dłuższymi i bardziej wymagającymi treściami.

Pojawiają się też pierwsze badania pokazujące, że LLMowe czaty również oduczają samodzielnego myślenia, wnioskowania czy głębszego wnikania w zagadnienia. Chichotem losu będzie, jeśli za kilka lat to AI pomoże przygotować podobną metaanalizę, podsumowującą co z mózgami robią te czaty. Szkoda tylko, że może nie będzie już komu jej czytać.

Mamy przed sobą potworną kulę śniegową. Przypominam, że przez większość minionego stulecia współczynnik IQ (który oczywiście nie jest idealną miarą) rósł o 2-3 punkty na dekadę. Trend ten uległ odwróceniu i w ostatnich dekadach obserwowany jest spadek o nawet 7 punktów na pokolenie (nie dekadę). Innymi słowy mamy nieszczęśliwą, niezdolną do skupienia, znerwicowaną, populację coraz mniej zdolną do podejmowania racjonalnych decyzji czy poprzedzania ich pogłębioną analizą. Przepis na katastrofę.

Na koniec powiem tylko, że sto lat temu zaczęto solidnie regulować ołów, choć w miarę radykalne ograniczenia to raczej lata siedemdziesiąte. Następnie zaczęto też zajmować się azbestem, choć już przed połową wieku było wiadomo, że jest szkodliwy. Wreszcie przyszedł czas na tytoń, gdzie minęły dekady od stwierdzenia szkodliwości do wprowadzenia ograniczeń w reklamach, ostrzeżeń na paczkach czy zakazów palenia w przestrzeniach publicznych.

W każdym przypadku istniały grupy interesów i silne lobby, które stawiało opór. Mimo to udało się wprowadzić regulacje. Może z social mediami też się da? Może w ich przypadku nie potrzebujemy kolejnych dekad?

Bonus: Pamiętajcie, że dla mózgu można zrobić też dużo dobrego. To, że oglądacie filmiki na TikToku czy Instagramie to jeszcze nie wyrok. Jeśli chcecie poprawić swoje mózgownice to:
- Czytajcie książki.
- Trenujcie krytyczne myślenie, poświęćcie uwagę problemom bez łatwych odpowiedzi.
- Rozwiązujcie zagadki logiczne, grajcie w gry strategiczne i wymagające myślenia.
- Jak już przed ekranem to aktywnie a nie pasywnie, niech technologia będzie narzędziem do tworzenia czegoś a nie scrollowania.
- Uczcie się nowych rzeczy, szczególnie przez działanie, żonglerka, budowanie czegoś, gotowanie, czyli działania, które rozwijają zdolności poznawcze w sposób, którego nie zapewni nauka z podręcznika.
- Dobre spanko, dobre jedzonko i ruch fizyczny to również klucze do zdrowego mózgu.


Źródło: Feeds, Feelings, and Focus: A Systematic Review and Meta-Analysis Examining the Cognitive and Mental Health Correlates of Short-Form Video Use



poniedziałek, 15 grudnia 2025

Węglowy szowinizm w praktyce – Bennu pełna składowych życia


Wyniki analiz próbek asteroidy Bennu, które sprowadziła sonda OSIRIS-REx są naprawdę fascynujące. Niedawno pojawiło się kilka publikacji kreślących fascynujący obraz młodego Układu Słonecznego. A że nie ma powodów by uznawać nasz układ za wyjątkowy, to rzutują one na cały kosmos. Chodzi oczywiście o warunki dla życia.

Wygląda na to, że asteroida zawiera bardzo dużo tak zwanego pre-solarnego pyłu. Widać też ślady przemian materiału, które musiały zachodzić w kontakcie z ciekłą wodą. Jednocześnie wymieszane jest to z materiałami, które raczej nie miały kontaktu z wodą. Wskazuje to na bardzo bogatą historię Bennu. Asteroida prawdopodobnie miała wiele przygód, kolizji, etapów gromadzenia materiału i tracenia go. Oczywiście wykryto wodę, węgiel, ale to tylko początek.

Odkryto też formaldehyd, aminokwasy (w naszych ciałach budują białka), fosforany, a także wszystkie pięć zasad azotowych nukleotydów budujących DNA i RNA. Oraz cukry, w tym ryboza. Tym samym mamy wszystkie części składowe RNA w próbce z pierwotnej asteroidy. Wykryte zostały również inne cukry w tym glukoza. I sole. Autorzy jednego z badań sądzą, że cukry mogły powstać w pierwotnej solance, w obecności formaldehydu. Niezależnie od tego jak powstały, to odkrycie pokazuje jeszcze dobitniej niż wcześniejsze, że w podstawowe składowe życia najpewniej były i są powszechne w kosmosie.

Większość tych składników znajdowano już wcześniej, często były to jednak meteoryty odkryte na Ziemi, więc można było zarzucać zanieczyszczenie próbek czy reakcje, które zaszły już po upadku na Ziemię, tu mamy pewność, że składowe RNA (który ocenia się jako prawdopodobny prekursor DNA i życia ogółem) krążą w kosmosie i trafiają na różne światy. Jeśli tylko znajdą podatny grunt, mogą prowadzić do powstania życia. Doskonale pasuje to do tego co obserwujemy na historycznej Ziemi. Gdy tylko planeta ostygła na tyle, by było to możliwe, pojawiło się życie.

Węglowy szowinizm górą. Wszechświat może tętnić życiem, opartym o węgiel i genetyczny alfabet, który znamy z Ziemi. Oczywiście potrzebne są odpowiednie egzoplanety, ale wiemy, że planet w kosmosie jest więcej niż ziaren piachu na wszystkich plażach naszego świata. Jeśli choć jedna na milion się nadaje, to w samej Drodze Mlecznej są ich tysiące… Oczywiście na drodze do złożonych form życia jest jeszcze wiele przeszkód, to to już inny temat.

Zanim przejdziemy do źródeł. Mamy dla Was fajną okazję egzoplanetarną - w tym tygodniu pakiety “Nieba pełnego planet” dostępne są w niższej wyprzedażowej cenie: Ideaman.tv/niebo-pelne-planet. Może wylądują pod czyjąś choinką. Istotną część książki poświęciłem temu jakie wyzwania leżą na drodze pomiędzy powstaniem życia a technologiczną cywilizacją.

Źródła:
Bio-essential sugars in samples from asteroid Bennu
Nitrogen- and oxygen-rich organic material indicative of polymerization in pre-aqueous cryochemistry on Bennu’s parent body
Abundant supernova dust and heterogeneous aqueous alteration revealed by stardust in two lithologies of asteroid Bennu
Prebiotic organic compounds in samples of asteroidBennu indicate heterogeneous aqueous alteration

I jeszcze YouTube:
Anton Petrov
John Michael Godier
Fraser Cain


niedziela, 7 grudnia 2025

Polowanie na egzoksiężyce

Istnienie egzoplanet wydawało się oczywiste. Mimo to, odkryciu pierwszych towarzyszyły ogromne emocje. Podobnie trudno sobie wyobrazić, że tylko planetom krążącym wokół Słońca towarzyszą księżyce. Dlatego nic dziwnego, że niejeden astronom marzy o tym, żeby być pierwszym, który odkryje egzoksiężyc.

Mimo to do tej pory nie mamy ani jednej, niepodważalnej detekcji księżyca poza Układem Słonecznym. Nic dziwnego - wykrycie egzoplanety to duża sztuczka, a co dopiero mówić o satelicie takiego globu. Są jednak trzy ciekawe przypadki, jeden o którym jest wręcz oburzająco mało szumu medialnego. Każdy wiąże się z inną metodą detekcji. Dlatego chcę je Wam pokrótce przedstawić.

Kandydat - Kepler-167e I

Ten jest chyba najgłośniejszy, bo za badaniem stoi Dave Kipping z popularnego kanału YT Cool Worlds. W 2016 roku odkrył on planetę Kepler-167e, gazowego olbrzyma, trochę mniejszego od Jowisza, krążącego wokół gwiazdy trochę mniejszej od Słońca. Po wielu staraniach, w 2024 udało mu się zdobyć solidny przedział czasu teleskopu Jamesa Webba, by dokonać obserwacji kolejnego tranzytu tej planety i sprawdzić, czy w krzywej jasności uda się doszukać dowodu na istnienie dużego księżyca lub księżyców.

Niestety uzyskane wyniki są niekonkluzywne. Owszem w danych jest coś co może być księżycem, ale nie da się wykluczyć, że to błąd danych lub inny czynnik jak choćby plama słoneczna. Co ciekawe, mówimy o metodzie tranzytowej. Instynktownie to, co przychodzi do głowy w takim przypadku to dodatkowe obniżenie pozornej jasności gwiazdy, kiedy oprócz planety, gwiazdę zasłania również księżyc. Tu natomiast prawdopodobnie zaobserwowano coś odwrotnego. Kepler-167e wraz ze swoim księżycem przysłaniały gwiazdę, następnie egzoksiężyc orbitując wokół planety ustawił się przed nią (lub za nią) więc obserwowana jasność gwiazdy na pewien czas zwiększyła się, zanim księżyc minął planetę i ponownie zabierał ułamek jej jasności.

Co dalej? Ciężko powiedzieć. Do kolejnego tranzytu dojdzie dopiero za trzy lata. Czy wówczas JWST wciąż będzie sprawny? Czy Kipping dostanie kolejną szansę? Może do tej pory pojawią się nowe narzędzia i metody? A może wcześniej odkryty zostanie inny egzoksiężyc, trudniej będzie pozyskać zasoby na badanie Keplera-167.

Kandydat - WASP-49 b I

To mój faworyt. Wokół planety WASP-49b zaobserwowano obłok sodu. Sama planeta jest gazowym olbrzymem, trochę większym, choć lżejszym niż Jowisz. Podobnie jak gwiazda, ta planeta składa się głównie z wodoru i helu. Astronomia nie zna mechanizmu, który mógłby prowadzić do wyrzucania w kosmos sodu z głębszych warstw planety.

Ale takie obłoki można obserwować w Układzie Słonecznym. Poddawany ciągłemu rozciąganiu i zgniataniu przez grawitację Jowisza, księżyc Io jest najbardziej wulkanicznie aktywnym obiektem w naszym systemie. Wyrzuca on lawę na setki, a gazy na tysiące kilometrów, tworząc chmury podobne do tego, co zaobserwowano w towarzystwie WASP-49b. Chmura dwukrotnie zwiększała swój rozmiar, co sugeruje, że jest czasami uzupełniana (np. przez hipotetyczne wulkany na hipotetycznym egzoksiężycu). Obłok poruszał się też szybciej niż planeta, co może być najsilniejszym dowodem na to, że towarzyszy on czemuś, co orbituje planetę a nie samej planecie.

Autorzy badania są bardzo ostrożni i powściągliwi. W całej publikacji nie używają terminu “księżyc”, wspominają jedynie o “zmiennym źródle sodu w systemie planetarnym” i uprzejmie informują jakie dalsze badania mogłyby określić jego orbitę i geometrię. Hipoteza egzoksiężyca dobrze wyjaśnia obserwacje (nie ma konkurencyjnej hipotezy), a jej główną słabością jest ograniczona ilość danych i obserwacji.

Kandydat - HD 206893 B I

Dla kontrastu, preprint publikacji, który ukazał się pod koniec zeszłego miesiąca ma dużo odważniejszy tytuł, “Exomoon search with VLTI/GRAVITY around the substellar companion HD 206893 B”. Tym razem mamy do czynienia z metodą astrometryczną. Oznacza to bardzo precyzyjne mierzenie pozycji i ruchu ciał niebieskich. A w przypadku HD 206893 B wykazało ono, że jego ruch wokół gwiazdy HD 206893 jest zaburzany w specyficzny sposób. Wygląda tak, jakby wokół tego obiektu, którego masę szacuje się na 23 mas Jowisza, krążył egzoksiężyc o masie 0,4 masy Jowisza.

Problemy? To może być systematyczny błąd. Detekcję trzeba będzie solidnie zweryfikować i potwierdzić. Mówimy tu o bardzo drobnej perturbacji. Co najzabawniejsze, jeśli detekcja się potwierdzi, to nie wykluczone, że głównym problemem będzie nazewnictwo. A to dlatego, że nie przypadkiem kompana gwiazdy oznaczono wielką literą B. Planety oznacza się małymi literami a gwiazdy wielkimi. Jeśli coś krąży wokół gwiazdy to jest to egzoplaneta, jak krąży wokół egzoplanety to egzoksiężyc. HD 206893 B to brązowy karzeł, obiekt sub-gwiazdowy, gwiazdopodobny. Jeśli HD 206893 B I istnieje i ma połowę masy Jowisza, to czy pojawią się głosy, że to nie egzoksiężyc, tylko mamy tu do czynienia z binarną planetą? Zobaczymy.


Jeśli interesuje Was temat egzoplanet, albo chcecie kogoś nim zainteresować, to przypominam, że dostępna jest moja książka “Niebo pełne planet”. Jest to kompletny wstęp do tematyki egzoplanet; jak ich szukamy, jak je badamy, jakie są perspektywy odkrycia pozaziemskiego życia. Książka to idealny prezent pod choinkę. Także poniżej znajdziecie nie tylko linki do źródeł, ale również strzałę do książki.


Zamów książkę: Niebo pełne planet

Źródełka:
Kipping o Keplerze
Exomoon search with VLTI/GRAVITY around the substellar companion HD 206893 B
Redshifted Sodium Transient near Exoplanet Transit
Possible Volcanic Moon Detected 635 Light-Years Away
W poszukiwaniu pierwszego egzoksiężyca
WASP-49b I - potencjalny egzoksiężyc


wtorek, 2 grudnia 2025

Bezpieczeństwo rowerzysty a bezpieczeństwo rowerzystów

 


Dziś będzie o rowerach. Nie jest to temat którego bym się spodziewał po sobie i po tym blogu, ale to czego się dowiedziałem jest zbyt ciekawe, żeby się tym nie podzielić. To kolejny przykład tego, że rzeczy nie są oczywiste, a chłopski rozum i intuicja mogą się nadać do wybrania kiełbasy na grilla, nie do analizy systemów społecznych.

O co chodzi? O obowiązek noszenia kasku na rowerze. Wydawałoby się, że to w oczywisty sposób zwiększy bezpieczeństwo rowerzystów. No a już na pewno go nie zmniejszy. Tymczasem okazuje się, że taki obowiązek może pogarszać bezpieczeństwo rowerzystów na drogach.

Chodzi o złożenie dwóch korelacji. Każda z osobna wydaje mi się logiczna. Jeśli je połączyć, wynik jest zaskakujący. Po pierwsze - im więcej rowerzystów tym większe ich bezpieczeństwo. Raport OECD z serii ITF Research Reports (International Transport Forum), które prezentują wyniki pogłębionych badań nad transportem i mobilnością wykazuje, mocną odwrotną korelację i to ona ilustruje ten wpis.

Przeciętny Holender przejeżdża 864 kilometry rowerem rocznie (tak, do statystyki wlicza się również tych, co w ogóle nie jeżdżą). Na miliard przejechanych kilometrów ginie tam 10.7 rowerzysty. Jednocześnie statystyczny Amerykanin przejeżdża raptem 47 kilometrów rowerem w ciągu roku. Mimo to (a może przez to) śmiertelność w USA, na miliard przejechanych kilometrów wynosi aż 44 osoby. Innymi słowy Amerykanie jeżdżą rowerami osiemnaście razy mniej ale jeżdżąc giną cztery razy częściej. Nawet jeśli wykluczymy USA bo to inny świat… a co tam wykluczymy też Holandię i popatrzmy tylko na Danię i Wielką Brytanię. Duńczycy jeżdżą siedem razy więcej, giną dwa razy rzadziej.

Większa liczba rowerzystów na drogach podnosi świadomość kierowców. Zwiększa ich uważność, prowokuje bezpieczniejszą jazdę, ale również promuje bezpieczniejszą i bardziej przyjazną infrastrukturę. Rowerzysta, który na drodze jest czymś egzotycznym jest bardziej zagrożony.

A teraz druga korelacja. Obowiązek noszenia kasków rowerowych zmniejsza liczbę rowerzystów. To dodatkowe utrudnienie, które zniechęca część populacji do korzystania z tego środka transportu. Dodatkowo takie nakazy potrafią zrujnować bike sharing, co jeszcze mocniej pogłębia spadek liczby rowerzystów. Jeśli złożymy jedno z drugim okaże się, że obowiązek noszenia kasków zamiast zwiększyć bezpieczeństwo rowerzystów może je zmniejszyć. Zaskakujące?

To oczywiście nie oznacza, że założenie kasku zmniejsza wasze bezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie. W przypadku indywidualnym założenie kasku absolutnie zwiększa bezpieczeństwo. Innymi słowy bezpieczeństwo rowerzysty a bezpieczeństwo rowerzystów to nie to samo. Dlatego - Czytelniczko - załóż kask. Ustawodawco - nie nakazuj zakładania kasków.


Źródła:
Turns Out, Mandatory Helmet Laws Make Cyclists Less Safe
Safety in Numbers: Biking Is Safest in Nations With the Most People on Bikes
OECD TFI: Cycling, Health and Safety


wtorek, 11 listopada 2025

Wadliwa hipoteza LNT

 

Dzisiejszy wpis to podsumowanie filmu, który Kyle Hill wrzucił na swój kanał i określił mianem najważniejszego jaki popełnił. Dlatego wpierw zachęcam was do obejrzenia “Big Nuclear’s Big Mistake - Linear No-Threshold”. Jeśli jednak nie macie trzydziestu minut i wolicie, skróconą wersję po polsku, to zapraszam do lektury.

Krytykuje on Hipotezę LNT (Linear No-Threshold), która jest szeroko uznawana w ciałach regulujących energetykę jądrową i zakłada, że zapadalność na nowotwory jest liniowo zależna od przyjmowanych dawek promieniowania. To jeden z czynników, które sprawiły, że elektrownie jądrowe są obłożone ogromnymi regulacjami, nie zawsze racjonalnymi. Jednocześnie atmosfera wokół tematu jest taka, że jakakolwiek krytyka czy sugestia deregulacji spotyka się z mieszanką wściekłości i histerii, zarzutami o chęć powtórki Czarnobyla itd.

Czy zatem silne dążenie do minimalizacji dawek promieniowania za niemal każdą cenę ma sens i pozwala chronić życie? Dla dużych dawek promieniowania rzeczywiście wzrost dawki zwiększa zapadalność na nowotwory. Model LNT powstał niemal kilkadziesiąt lat temu i opierał się głównie na badaniach skutków dużych dawek (choć nawet w 1955 badania sugerowały, że myszy wystawione na niskie dawki żyją dłużej niż grupa kontrolna). Mimo niskiej dostępności danych dotyczących efektów małych dawek promieniowania, LNT zyskał na popularności chociażby dzięki swojej prostocie. W 1958 UNSCEAR podkreślał problem z oceną wpływu niskich poziomów promieniowania na zdrowie. Mimo wszystko zasada ALARA - As Low As Reasonably Achievable, stała się podstawą podejścia do promieniowania. LNT nie uwzględniał i nie uwzględnia ludzi mieszkających w terenach o wyższym poziomie promieniowania tła, latających samolotami czy pracujących z emitującym promieniowanie sprzętem medycznym.

Biologia istot ziemskich ewoluowała w środowisku pełnym promieniowania. Każdego dnia promieniowanie niszczy nasze DNA. Ale znacznie częściej niszczą je inne, równie naturalne źródła. Każdego dnia dziesiątki tysięcy uszkodzeń ulega naturalnej naprawie. Dlaczego radioterapia działa? Dlaczego leczy raka zamiast go wywoływać? Bo podawane są niskie dawki. Gdyby LNT był prawdziwy, ludzie żyjący w regionach o wyższej rocznej dawce promieniowania tła powinni częściej zapadać na nowotwory. Tymczasem nie ma takiego efektu.

W Ramsar (Iran) roczna dawka z naturalnych źródeł to 260 miliSivertów (mSv/y). To ponad pięciokrotność dopuszczalnej dawki dla pracownika sektora jądrowego (50mSv/y). To czterokrotność typowej rocznej dawki jaką otrzymuje amerykanin (65mSv/y) i jest to 260-krotność jednego miliSiverta, który jest rekomendowanym limitem. Czy populacja Ramsar to jedna wielka zrakowaciała masa? Nie.

Niewielkie dawki promieniowania okazują się wręcz obniżać zapadalność na nowotwory. Badania zapadalności na białaczkę wśród ocalałych z HIroszimy z 1958 pokazały, że dla niskich dawek, przypadków było mniej niż w ogólnej populacji. Radowe dziewczyny miały zerową zapadalność na raka w 2383 przypadkach, poniżej pewnej dawki. Pacjenci chorzy na gruźlicę, którzy byli często prześwietlani mieli większe szanse na przeżycie niż ci, których płuca nie były prześwietlane. I tak dalej… Na przestrzeni dekad zebrała się pokaźna góra dowodów, że niskie dawki promieniowania nie tylko nie są szkodliwe, ale wręcz owocują NIŻSZĄ zapadalnością na nowotwory. Innymi słowy obserwujemy zjawisko hormezy radiacyjnej - gdzie niskie dawki promieniowania prowokują naturalne mechanizmy odbudowy komórek.

Nawet jeśli nie uwzględnimy pozytywnego efektu niskich dawek, na ten moment można z przekonaniem powiedzieć, że brak dowodów, by dawki poniżej 100mSv skutkowały jakimkolwiek kancerogennym efektem.

A co z kumulatywnymi dawkami? Gdyby logikę stosowaną do regulacji promieniowania stosować do innych substancji, to przeciętny facet powinien mieć życiowy limit kawy na poziomie 138 filiżanek. 0,4% szansy na zgon po każdej filiżance. Czy oglądając Księżyc, czyli odbite promienie Słońca powinniśmy nosić filtr słoneczny w obawie przed nowotworami skóry? Coś tu chyba nie gra prawda? Dlatego dziś coraz jaśniej widać, że reakcje po wypadkach w Czarnobylu i Fukushimie były przesadzone i mogły spowodować więcej szkód niż same wypadki. W Fukushimie ewakuowano 160 000 ludzi. Ocenia się, że 2 300 osób zmarło z powodu ewakuacji i przesiedlenia. Mówimy tu o zawałach, depresji, samobójstwach. Przesiedlenie 200 000 ludzi w Czarnobylu doprowadziło do około 1250 samobójstw i od 100 000 do 200 000 aborcji na życzenie, wywołanych paniką. To rząd wielkości więcej niż nawet górne estymaty potencjalnej zapadalności na nowotwory tarczycy.

Co teraz? Teraz mam nadzieję, że film Kyle Hilla i jego zasięgi pozwolą przełamać tamę ignorancji i wyparcia w temacie, dla bezpieczniejszej i lepszej przyszłości nas wszystkich. Oczywiście nie można wylać dziecka z kąpielą. Istnieją publikacje wskazujące wzrost zapadalności wśród pracowników sektora jądrowego (“Updated Mortality Analysis of SELTINE, the French Cohort of Nuclear Workers, 1968–2014”). LNT może być wadliwy, ale nie znaczy, że powinniśmy go po prostu wyrzucić. Warto jednak użyć lub wypracować coś lepszego.

No i zawsze warto przypomnieć, że przemysł paliw kopalnych boryka się z ułamkiem absurdalnych regulacji, które radykalnie obniżają konkurencyjność energii jądrowej. Jednocześnie to paliwom kopalnym przypisuje się 24 000 zgonów dziennie. Dziennie.


Film Kyle'a:
www.youtube.com/watch?v=gzdLdNRaPKc

Inne źródła:
The Linear Non-Threshold Hypothesis-A Failed Concept
The Linear No-Threshold Relationship Is Inconsistent with Radiation Biologic and Experimental Data
Lee Zelden, cut nuclear power costs by complying radiation limits with science


niedziela, 9 listopada 2025

"Odpadki" gwiezdnych żłobków



Planetary. Planety swobodne. Rogue planets. Długo domyślano się, że istnieją, potem zaczęliśmy je odkrywać, jeszcze zanim rozpruł się wór z egozplanetami pamiętam, że padały sugestie, że Uran i Neptun mogły w przeszłości mieć jeszcze jednego kolegę, który został wyrzucony z układu słonecznego. Z czasem pojawiły się oszacowana twierdzące, że na każdą egzoplanetę okrążającą inną gwiazdę może przypadać jeden planetar. Obecnie pojawiają się głosy, że może ich być znacznie więcej niż “klasycznych”, związanych z gwiazdami planet.

Jeśli tak jest, to nie mogą wszystkie być wyrzutkami z układów gwiezdnych. W zeszłym roku pisałem o hipotezie tłumaczącej jak mogły powstać JuMBO (Jupiter Mass Binary Objects). To grupy podwójnych planetarów, które wykryto w mgławicy Oriona w 2023. Teraz pojawiła się nowa ciekawa publikacja, która oferuje jeszcze ciekawszy mechanizm, który wyjaśnia tak liczną populację wędrujących planet.

Otóż Zhihao Fu, Hongping Deng, Douglas N. C. Lin i Lucio Mayer wykonali symulacje spotkań dysków protoplanetarnych. Może do nich dochodzić dość często w obłokach molekularnych, czasem nazywanych “gwiezdnymi żłobkami” (stellar nursery). Otóż, jak to pięknie pokazuje animacja, taka mijanka prowadzi do ciekawych smug gęściejszej materii w których mogą powstawać pojedyncze, podwójne a czasem nawet potrójne planety.

Oczywiście to “tylko” symulacja, ale bardzo wdzięcznie wyjaśnia to co obserwujemy. Co więcej, wynikałoby z tego, że przynajmniej część planetarów może być bardzo unikalnymi obiektami, ze względu na nietypowy proces powstawania. Jeśli powstają z skompresowanej materii z zewnętrznych części dysków protoplanetarnych, to mogą być zdecydowanie odmienne od wszystkiego co znamy do tej pory.

Publikacja:
Formation of free-floating planetary mass objects via circumstellar disk encounters

Zeszłoroczny tekst o JuMBO: JUMBO - zdmuchnięte gwiazdy?

Pamiętajcie, że możecie zakupić moją książkę o egzoplanetach: Niebo pełne planet

No i od jakiegoś czasu działa nasz Discord


poniedziałek, 13 października 2025

Nowy pomysł na śliskość lodu

 

Pojawiło się ciekawe badanie, które sugeruje nowe wyjaśnienie dlaczego lód jest śliski. Otóż nie chodzi o ciśnienie czy temperaturę, która miałaby lokalnie topić lód. Symulacje pokazują, że to kwestia oddziaływań elektrycznych. Kryształ lodu, ułożony jest w regularnym wzorze z cząsteczek wody, które są dipolami elektrycznymi. Kontakt z powierzchnią lodu zaburza tą regularną strukturę, cząsteczki wody są to przyciągane to odpychane, zależnie od strony i tego które ładunki przeważają. Powstaje amorficzna warstwa, która zachowuje się podobnie do cieczy i nadaje śliskości.

To istotne, bo efekt nie wymaga dużej energii czy ciśnienia - to nie jest tak, że jakieś zjawisko - na przykład nacisk łyżwy na lód - podnosi jego temperaturę powyżej zera. Oczywiście "Cold Self-Lubrication of Sliding Ice" to tylko jedna publikacja, z pewnością warto poczekać na kolejne badania. A więcej możecie usłyszeć w jednym z nowych filmów Antona Petrova, który niestrudzenie opowiada ciekawych odkryciach naukowych.

Publikacja: https://journals.aps.org/prl/pdf/10.1103/1plj-7p4z
Film Antona: https://www.youtube.com/watch?v=ZhHc3xDNfGw

niedziela, 14 września 2025

Kto ciągnie za spust?


 

Ta notka będzie o liczbach i faktach. Nie planowałem jej, ale wydarzenie ostatnich dni sprawiło, że dowiedziałem się sporo o pewnym facecie, który promował prawicowe “wartości”, swobodny dostęp do broni, nawet za cenę iluś zgonów spowodowanych bronią palną każdego roku. Obiecałem liczby więc powiem, że nie licząc samobójów, było to około 10 000 rocznie, ale od 2015 robi się coraz więcej i w 2021 roku padł rekord, kiedy liczba ta przekroczyła 21 000. Co więcej, sprawcą wspomnianego wydarzenia okazał się człowiek MAGA, republikanin, chrześcijanin, entuzjasta broni itd. Dokładnie takich młodych ludzi kształtował Kirk. Ale to nie będzie notka o dostępie do broni.

Zamiast tego zerknijmy na to, kto stoi za polityczną przemocą. Niedawno zapytano amerykanów o to, co jest większym problemem - prawicowa przemoc czy lewicowa przemoc. 31% wskazało lewicę, 33% prawicę, 36% nie określiło ani jednej ani drugiej strony. Czyli w powszechnej percepcji nie wiadomo, albo jest po równo. A co mówią fakty?

Między 2011 a 2025 dokonano siedemnastu zamachów politycznych w USA. Trzech dokonały osoby o poglądach lewicowych/demokratycznych/liberalnych. Wszystkie wymierzone były w demokratów, wszystkie były nieskuteczne. W tym samym czasie czternastu dokonały osoby o poglądach prawicowych/republikańskich/konserwatywnych. Siedem było nieskutecznych, w pozostałych zamordowano 26 osób. Celem czterech zamachów byli republikanie (Pence, dwukrotnie Trump no i Kirk). Celem dziesięciu demokraci.

A co z ekstremistami ogółem? Jeśli nie będziemy się skupiać wyłacznie na politycznych zamachach, to w latach 2015-2024 z rąk ekstremistów zginęło 429 osób. Anti-Defamation League dzieli ekstremistów na prawicowych, lewicowych oraz islamskich. 326 ofiary, czyli 76% wszystkich to ofiary ekstremistów prawicowych. Tylko 4% to ofiary lewicowych ekstremistów. Czyli przeciętny amerykanin ma 19 razy większą szansę, że zginie z rąk prawicowca niż lewicowca. Jeśli boi się islamistów to pewnie nie wie, że cztery razy bardziej prawdopodobne jest, że zastrzeli go wyborca Trumpa.

Tyle liczb i faktów. Co do samego Kirka warto zapoznać się z tekstem Piotra Wilkina, który usunięto z Facebooka. Wynika z niego, że Charlie zajmował się głównie szczuciem na ludzi. Hodował ekstremistów, agitował za dostępem do broni i marzyły mu się publiczne egzekucje. Zginął z ręki ekstremisty, który skorzystał z łatwego dostępu do broni a zdjęcia jego śmiertelnego postrzelenia są szeroko dostępne. Artykuł uzupełniają linki do przykładów jego poglądów i “wartości”. Listy piętnującej ludzi i przyczyniającej się do prześladowań, szczucie na czarnych, entuzjazm wobec kamienowania gejów, agitowanie przeciw wspieraniu Ukrainy… wiecie cały pakiet. Żadna śmierć nie jest powodem do radości. Ale nie udawajmy, że nie widzimy kolosalnej ironii. I nie dajmy sobie wmówić, że nie był to człowiek podle nakręcający przemoc i prześladowania.


Źródła:
Charlie Kirk i amoralny nihilizm współczesnej prawicy
Murder and Extremism in the United States in 2024
Republicans Perpetrated 85% of Political Assassinations in the US

sobota, 30 sierpnia 2025

Jowisz nie jest jak cebula


Za dzieciaka miałem takie dwie ładne książki, które między innymi, pokazywały wnętrza kolejnych planet Układu Słonecznego. W przypadku Ziemi wyróżniona była skorupa, płaszcz, jądro zewnętrzne i wewnętrzne. W przypadku Jowisza i innych olbrzymów, wpierw były chmurki gazów a potem, ze względu na ciśnienie gazy te stawały się cieczą, nie pamiętam czy potem wspominały o metalicznym wodorze, ale pod wszystkim był lód i małe (relatywnie) skaliste jądro.

Ten obraz utkwił w mojej głowie na długo. Wyobrażałem sobie, że po prostu na pewnej głębokości w chmurach jest taki jakby ocean. Dopiero lata później uświadomiłem sobie, że skoro gęstość rośnie wraz z wysokością, to nie ma tam jasnej granicy między cieczą a gazem. Atmosfera robi się coraz gęściejsza aż w końcu ma cechy bliższe cieczy.

Sądziłem jednak że pod tym wszystkim jest już wyraźna granica ze stałym, czy to skalnym, czy lodowym jądrem. Jak wykazują badania, to też nieprawda. Również w przypadku jąder gazowych olbrzymów następuje stopniowe zwiększanie gęstości między ciekłymi gazami (głównie wodorem) a mieszaniną lodu i materiału skalnego.

Wcześniejsze hipotezy, że to efekt kolizji Jowisza z innym planetarnym ciałem zostały obalone przez symulacje. Sugeruje to, że olbrzymy nie powstają jako lodowo-skalne planety, które po przekroczeniu granicznej masy przechwytują gazy. Zamiast tego formują się absorbując zarówno gazy jak i lód oraz skały w czasie długiej ewolucji.


Źródło:
A fresh twist to the mystery of Jupiter's core: Simulations challenge giant-impact origin

Odpaliłem Substacka i gdyby nie ilość notek tutaj, całkiem bym się na niego przerzucił:
https://substack.com/@wglowyszowinista
No i bardzo fajnie działa też Discord:
https://discord.gg/J5ZfnnbCJg

Zapraszam!


niedziela, 24 sierpnia 2025

Raport Zespołu ds. Dezinformacji


Internet robi się coraz bardziej bezużyteczny. Kilka miesięcy temu bez większego echa przeszła publikacja raportu Zespołu ds. Dezinformacji, tymczasem zawiera on bardzo istotne informacje tyczące się naszej codzienności w sieci. Ważniejsze niż jakaś drama z celebrytami czy nawet kolejna nowatorska teoria tycząca się ciemnej materii.

Z jednej strony miałem opory przed ruszaniem tematu na Węglowym, bo niby ocieka polityką no i to trochę walka z wiatrakami. Z drugiej jednak tyczy się dezinformacji, w tym w obszarach czysto naukowych i jeśli mogę choć w drobnym stopniu zaszczepić choć kilka osób przeciw dezinformacji, która po prostu zalewa nas w stopniu, który odrzuca mnie od sociali w ostatnich miesiącach, to choćby dla czystego sumienia postanowiłem przygotować coś dla śledzących Węglowego.

Zatem przedstawiam Wam bardzo zwięzłą esencję osiemdziesięcioczterostronnicowego raportu, poświęconego temu jak Rosja i Białoruś sieją dezinformację w polskiej infosferze. Podstawą działań są dobrze znane rosyjskim służbom i pracowicie podsycane przez nich lęki społeczeństwa polskiego. Dlatego zamiast chwalenia Rosji, celem jest niszczenie wizerunku przeciwnika, Unii Europejskiej, Ukrainy, podkopywanie wizerunku Polski. To Polska ma się jawić jako nieporadne i słabe państwo. W przypadku wyborów, zamiast promowania jednego kandydata w wyborach podkopuje się drugiego. Innymi słowy przekaz negatywny, grający na niechęciach, strachu itd działa sprawniej.

Narracje zidentyfikowane przez Zespół są dość jasne.
- Uderzanie w NATO i UE, szerzenie opinii, że są to organizacje opresyjne, wrogie i kolonizują swoich członków
- Uderzanie w Zachód ogółem, ukazywanie go jako zdemoralizowany, tracący tożsamość, odcinajacy się od korzeni, od “obiektywnych i uniwersalnych” wzorców (czytaj “konserwatywnych”), promujący dżendery, łołki itd.
- W kwestii wojny wmawianie, że Rosja wygrywa i Ukraina to upadłe państwo, pompowane są antyukraińskie nastroje żerujące na historii
- Promowane są wszelkich teorie spiskowe podważające publiczne zaufanie i destabilizujące społeczeństwo - antyszczepionkowość, denializm klimatyczny, 5G itd.

Nie chodzi tu tylko o to, żeby Polska nie miała energii jądrowej, szybkiej telefonii, czy żebyśmy chorowali na niemal zapomniane już choroby. Choć byłoby to mile widziane przez Rosję, to sama destabilizacja, wewnętrzne konflikty już są swojego rodzaju wygraną. Skłócony naród nie zajmuje się realnymi problemami i rozwija się wolniej niż zjednoczony.

Warto mieć świadomość, że rosyjska propaganda ma łatwiej. Od lat wiadomo, że kłamstwo obiegnie świat zanim prawda włoży buty. Jednocześnie wnioski Zespołu są jasne - ruska propaganda jest zorganizowana i konsekwentna. Polskie państwo (zarówno za jednych i drugich) nie działa tak źle, jak się nam wmawia, ale kompletnie leży jeśli idzie o strategię komunikacyjną. W przypadku COVIDu nie było spójnej, czy jakiejkolwiek: “Niestety, Komisja nie odnalazła dokumentów lub innych propozycji rządowych pozwalających na twierdzenie, że rząd – w czasie dużej aktywności grup antyszczepionkowych – opracowałby i zaimplementował spójną, proaktywną politykę informacyjną w obszarze walki z infodemią COVID-19”. W przypadku “Szturmu na granicę” analogicznie zupełnie oddano pole wrogowi “Skuteczność operacji była możliwa dzięki politycznej decyzji o całkowitej blokadzie informacyjnej (zakaz dostępu mediów i dziennikarzy), co spowodowało wytworzenie luki informacyjnej otwierającej pole dla propagandy białoruskiej i rosyjskiej.” W zasadzie to samo widać w kwestiach dezinformacji klimatycznej, gdzie brakuje działań naszego państwa.

Raport wieńczy szereg rekomendacji, z których część jest dość oczywista uwzględniając powyższe. Przede wszystkim potrzebna jest spójna strategia przeciwdziałania dezinformacji. Mowa tu o regulacjach prawnych, obszarach państwa, instytucji, bezpieczeństwa narodowego, ale też edukacji czy przestrzeni informacyjnej. Czyli po prostu szczepienie na głupotę i kłamstwo. Szeroka i powszechna edukacja medialna społeczeństwa w zakresie rozpoznawania manipulacji i dezinformacji oraz krytycznego myślenia przyda się nam nie tylko w kontekście ruskich trolli, tylko… cóż wszystkich obszarów życia.

Co ciekawe Zespół wspomina, że legislacje w tym kierunku trwają w UE, więc jeśli sami się tym nie zajmiemy to jest szansa, że ta zła Unia wypełni tą lukę.

Rekomendowana jest transparentność państwa - informowanie o kryzysach, współpraca z mediami, ale też monitorowanie, monitorowanie mediów rosyjskich i białoruskich. Co straszne, mówimy tu o kosztach porównywalnych z jednym czy dwoma czołgami, które kupujemy w setkach. Ułamek wydatków zbrojeniowych na obronę na froncie tak skutecznie zdominowanym przez rosję dałby już kolosalną różnicę w infosferze. Według Zespołu państwo miało informacje (o różnej jakości i zakresie, ale miało) o osobach i instytucjach szerzących dezinformację ale zabrakło reakcji. Dziesiąta rekomendacja w raporcie jasno mówi o roli dziennikarzy w demokratycznym państwie i nawiązuje do blokady informacyjnej na granicy polskobiałoruskiej w 2021, która stworzyła lukę, błyskawicznie “zagospodarował przygotowany przekaz propagandowy pochodzący z Białorusi i Rosji. Polskie media ze względu na decyzje polskich władz nie były w stanie zweryfikować tego przekazu. Wywoływanie luki informacyjnej jest więc podstawowym błędem polskich władz, który nigdy nie powinien być powtórzony.”

Dorzucam linki do raportu oraz wywiadu z jej członkiem. Gdyby władze wzięły sobie do serca jego rekomendacje, powstałyby billboardy i reklamy zachęcające do zapoznania się z nim. Wygląda na to, że jeśli sami nie wyczulimy się na dezinformację, nikt tego za nas nie zrobi.


Raport Zespołu ds. Dezinformacji (na dole PDF do pobrania)
Wywiad z Adamem Leszczyńskim


sobota, 26 lipca 2025

Czy Betelgeza wybuchnie za naszego życia? Oczywiście, że nie. Niestety.



Betelgeza to czerwony nadolbrzym, który jest u schyłku swojego życia. To najbliższy czerwony olbrzym i jedna z najbardziej znanych gniazd północnego nieba. Jest widoczna gołym okiem, od setek lat obserwowano zmiany jej jasności, a kiedy lepiej zrozumieliśmy cykl życia gwiazd, zaczęły się domysły co do tego, jak blisko jej do supernowej.

Bardzo ogólny konsensus był taki, że niedługo. Co w skali astronomicznej oznacza “zaledwie” setki lub dziesiątki tysięcy lat. Jakiś czas temu pojawiła (pod koniec 2023… zdecydowanie za długo zbierałem się do napisania tej notki) się publikacja, która twierdzi, że Betelgeza może wybuchnąć już za naszego życia. To w połączeniu z jej niedawnym radykalnym pociemnieniem rozpaliło zainteresowanie tym olbrzymem. Badanie od początku uznawano za kontrowersyjne, ale odkrycie z tego miesiąca raczej ostatecznie obala tę tezę. Czyli może to jednak dobrze, że zwlekałem…

Gwiazdy takie jak Betelgeza, to znaczy o masie dwudziestokrotnie większej od Słońca, żyją znacznie krócej. Sekwencja życia gwiazdy to “spalanie” coraz cięższych pierwiastków, wodór, hel, potem węgiel, neon, tlen… Słońce będzie spalać nuklearnym ogniem wodór w hel przez jakieś dziesięć miliardów lat, ale wielka i gorąca Betelgeza zrobi to w zaledwie dziesięć milionów lat. Potem nastąpi fuzja helu w węgiel na przestrzeni stu tysięcy lat. Następnie synteza tego węgla w neon zajmie setki lat, jego przemiana w tlen to kwestia dekad. Potem już z górki fuzja w krzem na przestrzeni miesięcy, jeden dzień na przemianę w żelazo, wówczas ustaje fuzja jądro gwiazdy się zapada, a zewnętrzne warstwy uderzają w nie i odbijają się w spektakularnej supernowej. Więcej o tym przeczytacie moim wpisie “Teoria mniejszego wybuchu”.

Tylko skąd wiedzieć, co jest aktualnie spalane? Jak się okazuje badanie pulsacji zmiennych gwiazd może to zdradzać. A Betelgeza jak najbardziej jest zmienną, pulsującą gwiazdą. Podobnie jak inne gwiazdy, ma kilka okresów pulsacji, które nie są tak łatwe do określenia. Ten nadolbrzym nie jest tak kulisty jak nasze Słońce, wygląda raczej jak bulgocząca, kotłująca, buzująca, wściekła chmura plazmy. Utrudnia to pomiary tak okresów pulsowania jak i samego rozmiaru gwiazdy. Wiemy, że Betelgeza znajduje się między 500 a 700 lat świetlnych od Ziemi i ma promień od 600 do 800 większy od Słońca (czyli tutaj sięgałaby do pasa asteroid).

Sensację wywołała wspomniana wyżej publikacja, której autorzy twierdzili, że Betelgeza spala już węgiel. Było to od początku kontrowersyjne. Do swoich obliczeń autorzy założyli, że gwiazda ma cztery cykle pulsacji - trwające 2200 dni, 420 dni, 230 dni oraz 185 dni. Innym założeniem potrzebnym do oszacowania, co aktualnie spala gwiazda jest przybliżenie jej masy i tempa rotacji. Szybciej obracające się gwiazdy lepiej mieszają pierwiastki, przez co spalanie zachodzi szybciej. Łącząc to wszystko Hideyuki Saio i pan Et Al doszli do wniosku, że Betelgeza jest w fazie spalania węgla i szykują się fajerwerki.

Tu możemy przejść do kontrowersji. Jeszcze zanim badanie Saio przeszło proces recenzji trafiło do sieci i pojawiły się publikacje kontrujące jego tezy. Wielu astronomów było przekonanych, że te około 2200 dni to okres wtórny, wywołany przez inne fenomeny astronomiczne, cykle plam słonecznych albo interakcja z innymi ciałami niebieskimi. Co więcej gdyby Betelgeza spalała węgiel i 2200 dni było okresem podstawowym, przy tej masie jej promień byłby bliżej 1300-1400 promieni Słońca.

I to byłby koniec tej historii z 2023 roku, gdyby nie to, że w 2024 pojawiły się głosy, że Betelgeza może być częścią układu podwójnego, że ma małą towarzyszkę, którą trudno dostrzec w oślepiającym świetle nadolbrzyma. Ta mniejsza gwiazda okrążałaby Betelgezę raz na 2170 dni. Brzmi znajomo, prawda? I znów zwlekanie z napisaniem na ten temat notki przypłaciło tym, że… chyba ją już znaleziono. [Małe uzupełnienie - w sumie głosy o potencjalnej towarzyszce pojawiały się dużo wcześniej, ale w tym minionym roku pojawiły się publikacje dość mocno przewidujące istnienie takiego obiektu, jednocześnie podkreślające, że jego obserwacja może być niemal niemożliwa przy obecnej technologii.]

W poniedziałek 21 lipca 2025 pojawił się preprint badania, które utrzymuje, że prawdopodobnie dokonano obserwacji kompana gwiazdowego Betelgezy. Roboczo nazywana została “Betelbuddy”, mniej roboczo, ale wciąż nieoficjalnie, zaproponowano nazwę “Siwarha”, co oznacza “jej bransoletka”. Świetny pomysł biorąc pod uwagę, że Betelgeza oznacza “dłoń al-Jawzy”.

Dlaczego akurat teraz się udało? To zasługa narzędzia Alopeke na teleskopie Gemini North, które stosuje technikę interferometrii plamkowej. Polega ona na wykonywaniu bardzo krótkich zdjęć i odpowiednim ich nakładaniu na siebie tak, by wyeliminować zakłócenia pochodzące z atmosfery ziemskiej. Kolosalnie zwiększa się w ten sposób rozdzielczość teleskopów, jednak technika ta ma zastosowanie tylko do bardzo jasnych celów. Na szczęście ten cel jest bardzo jasny. Takie zabawy z obrazem obarczone są pewnymi błędami, więc to wykrycie ma pewność około 1,5-sigma, czyli około 86% (14 procent szansy na false positive). Niewiele jak na standardy naukowe, ale w tym przypadku, mówimy o samym “zdjęciu”. Jeśli dodać do tego wszystko co wiemy o Betelgezie i jej zachowaniu, to jak ten obiekt pasuje do 2170-dniowej orbity sprawia, że odkrycie wydaje się raczej przesądzone. Kolejną fotkę będzie można wykonać w 2027, co powinno wyeliminować wątpliwości.

Jak zatem przedstawia się Siwarha? Według publikacji “The Probable Direct-Imaging Detection of the Stellar Companion to Betelgeuse” obiekt ten ma około 1,6 masy Słońca, czyli dwadzieścia razy mniej niż Betelgeza, oraz jedną milionową jej jasności. Okrąża ją w odległości 2,43 promienia Betelgezy. Dla porównania Księżyc okrąża Ziemię w odległości 60 promieni Ziemi. Jest to w zasadzie obiekt proto-gwiazdowy, który jeszcze nie rozpoczął stabilnej fuzji wodoru w jądrze. Ale czy zdąży zapłonąć? Naukowcy są przekonani, że jest na spirali i powoli opada w atmosferę Betelgezy. Z pewnością gwiazdy te wpływają na siebie i wymieniają się materiałem, co może prowadzić do ciekawych zmian w ewolucji obu obiektów. Na przykład dodatkowa masa opadająca na Betelgezę może zwiększyć jej prędkość obrotową, a zatem mieszanie materiału w środku, a zatem tempo jej ewolucji w kierunku supernowej. Z pewnością niedługo usłyszymy o potencjalnych scenariuszach dla tej pary. Na ten moment możemy czekać na kolejne zdjęcie w 2027 roku.


PS. Boję się, że nie wszyscy złapią sarkazm pod adresem Et Ala, a z drugiej strony w notkach nie lubię dawać emotikonek. Może to będzie sprawdzian, kto doczytał do połowy a kto do końca? Co sądzicie?


Źródła:
The evolutionary stage of Betelgeuse inferred from its pulsation periods
Could This Star Explode Before You Die?
The Probable Direct-Imaging Detection of the Stellar Companion to Betelgeuse
Radial Velocity and Astrometric Evidence for a Close Companion to Betelgeuse

niedziela, 8 czerwca 2025

Cios dla teorii Dziewiątej Planety

O Dziewiątej Planecie pisałem tu na blogu, średnio raz na cztery lata. W 2016, 2020 i 2024. Liczyłem, że następny większy tekst przypadnie gdzieś na 2026 rok, kiedy obserwatorium Very Rubin (planowany start działania w lipcu 2025), potwierdzi jej istnienie. Albo, gdy wykluczy jej istnienie (to byłoby troszkę trudniejsze). Tymczasem pojawił się powód, żeby już wcześniej wrócić do tematu.

Zacznijmy od kilku słów przypomnienia. W 2016 Mike Brown i Konstantin Batygin analizując rozkład orbit obiektów w pasie Kuipera stwierdzili, że ich tendencja do podobnej orientacji jest bardzo nieprawdopodobna. Konkretnie określili, że szanse by było to dziełem przypadku, wynoszą zaledwie 0,007%. Jednocześnie postawili hipotezę, że daleko poza Neptunem krąży masywna planeta, której grawitacja “wyrzeźbiła” taki właśnie charakterystyczny rozkład orbit obiektów krążących poza Neptunem.

Rozważono alternatywne scenariusze. Może układ słoneczny minęła inna gwiazda i to jej przejście “wyczyściło” obiekty po jednej stronie. Może Słońce uformowało się w gromadzie gwiazd i to pozostałe gwiezdne noworodki ukształtowały orbity najdalszych obiektów naszego układu. Jednak symulowane, wirtualne układy planetarne były najpodobniejsze, gdy sprawdzano scenariusz z Dziewiątą Planetą.

Model Browna i Batygina, przewidywał, że powinna istnieć też grupa obiektów, których elipsy nie będą po przeciwnej stronie, ale pod kątem 90° do Dziewiątej Planety i nachyleniu względem dysku Układu Słonecznego również pod kątem 90°. Początkowo próbowali oni wyrugować je ze swojego modelu, bo sądzili nie, że nie ma takich prostopadłych obiektów. Ale model był nieubłagany. Tymczasem okazało się, że nie trzeba nic modyfikować, bo wykryto pięć takich obiektów! To sprawiło, że hipoteza stała się bliższa teorii naukowej - zakładając istnienie wielkiej planety za Neptunem, przewidziano istnienie pewnej grupy obiektów, a następnie udało się je odkryć.

Mogłoby się wydawać, że w takim razie wykrycie Dziewiątej Planety to tylko kwestia czasu. I tu wkracza publikacja “Discovery of a dwarf planet candidate in an extremely wide orbit: 2017 OF201” (autorzy: Sihao Cheng, Jiaxuan Li, Eritas Yang). 2017 OF201, to prawdopodobnie nowa planeta karłowata. Jedno okrążenie Słońca zajmuje jej jakieś dwadzieścia pięć tysięcy lat, ma prawdopodobnie od 550 do 850 kilometrów średnicy i za nic ma trendy, które obserwowano do tej pory wśród obiektów transneptunowych.

Wpierw sądziłem, że to po prostu wyjątek od reguły. Ot, jeden obiekt, który się “uchował” w regionie, generalnie oczyszczonym przez hipotetyczną planetę. Jednakże autorzy publikacji o 2017 OF201 dokonali symulacji, według której, w obecności Dziewiątej Planety ich obiekt powinien zostać wyrzucony z naszego układu w ciągu zaledwie stu milionów lat.

Teorię można potwierdzić setką eksperymentów czy pomiarów, ale wystarczy jeden by ją obalić. Czy możemy zatem pochować nadzieje na odkrycie Dziewiątej Planety? Nie tak szybko. Po pierwsze, to tylko jedna publikacja i nawet sami autorzy nie twierdzą, że ich odkrycie definitywnie wyklucza możliwość istnienia planety proponowanej przez Browna i Batygina. Sam Batygin twierdzi, że 2017 OF201 jest pod wpływem grawitacji Neptuna, jest niestabilny i przez to nie ma wpływu na hipotezę Dziewiątej Planety.

Może 2017 OF201 to przechwycony obiekt? Szacuje się, że planetary - swobodne planety mogą nawet dorównywać liczebnością “zwykłym” planetom (zwykłym, w sensie takim, które krążą wokół jakichś gwiazd). Zatem na pewno zdarza się, że są przechwytywane (wówczas taki obiekt byłby szalenie ciekawy do badania, na równi z Omuamua). Orbita 2017 OF201 jest silnie eliptyczna co pasuje do scenariusza przechwycenia.

A jeśli obserwacje teleskopu Very Rubin nie odkryją domniemanej planety? Co wtedy? Raczej wykluczyłoby to jej obecność, nie odpowie jednak na pytania. Bo mimo wszystko, ten układ obiektów transneptunowych musi mieć jakieś wyjaśnienie, może jednak spotkanie z inną gwiazdą, może grawitacyjne siły pływowe pochodzące od samej Drogi Mlecznej? A może tajemnicza planeta istniała kiedyś, “ułożyła” tak orbity tych obiektów, ale na skutek interakcji z innym obiektem została wyrzucona z Układu Słonecznego? Tak czy inaczej będzie ciekawie.


Źródła:
Discovery of a dwarf planet candidate in an extremely wide orbit: 2017 OF201
Planeta X - komentarz Węglowego (2016)
Planeta X i drobne wątpliwości (2020)
Nowa publikacja o Planecie 9 (2024)
Zamów "Niebo pełne planet"


niedziela, 25 maja 2025

2M1510(AB)b - prostopadła planeta?


Kiedy byłem na urlopie "wykryto" bardzo interesującą planetę. Używam cudzysłowu, bo mówimy raczej o silnych dowodach na jej istnienie. Analiza ruchu dwóch z trzech brązowych karłów układu 2M1510 wykazała perturbacje karłów A i B, których nie można wyjaśnić obecnością trzeciego, znacznie bardziej oddalonego karła C. Zachowanie to jednak może wyjaśnić niewidoczna planeta, która okrąża układ AB, ale na orbicie prostopadłej do płaszczyzny orbit A i B.

Byłby to pierwszy taki przypadek. Jak mogłoby dojść do powstania 2M1510(AB)b? Jeśli jej orbita byłaby silnie eliptyczna, mogłoby to sugerować, że dwa brązowe karły przechwyciły błądzącą po kosmosie planetę. Jeśli powstała razem z nimi, to pewnie musiałby istnieć proces w wyniku którego, na przestrzeni lat orbita planety uległa tak ekstremalnemu nachyleniu. W obu przypadkach to bardzo ciekawy obiekt.


Linki:
Universe Today
Wikipedia
Niebo pełne planet

sobota, 10 maja 2025

W poszukiwaniu pierwszego egzoksiężyca

(Tekst pierwotnie pojawił się na profilu Facebookowym w listopadzie 2024)

David Kipping to astronom z dużym zacięciem popularyzatorskim. Od lat lat marzy mu się odkrycie księżyca poza Układem Słonecznym. Spełnienie tego marzenia jest dziś bliżej niż kiedykolwiek. Nie mówimy tu o WASP-49b I, potencjalnym egzoksiężycu, o którym pisałem parę tygodni temu. Kipping i jego zespół niedawno otrzymali aż 60 godzin czasu teleskopu Webba na obserwację gwiazdy Kepler-167. Liczą, że dane zebrane w tym czasie pozwolą na ogłoszenie odkrycia pierwszego egzoksiężyca metodą tranzytową.

W roku 2016 Kipping i jego zespół odkryli planetę podobną do Jowisza krążącą wokół tej gwiazdy. Jest ok 10% mniejsza od naszego olbrzyma, a gwiazda Kepler 167 ma 74% rozmiaru naszego Słońca. Oznacza to, że Kepler-167e ma około jednej ósmej rozmiaru swojej gwiazdy, czyli w czasie tranzytu przysłoni mniej więcej jedną sześćdziesiątą czwartą światła docierającego do teleskopu Jamesa Webba.

Okrążenie swojej gwiazdy zajmuje tej planecie niemal 3 lata, więc okazja do obserwacji i pomiarów nie trafia się często. Kipping sądzi, że poza potencjalnymi księżycami, powinni być też w stanie ocenić spłaszczenie planety i nachylenie jej osi. Z filmu nagranego przez Kippinga wynika, że czułość JWST powinna wystarczyć by wykryć księżyc wielkości Tytana (promień 2575 km). Twierdzi też, że w tych warunkach brak detekcji, będzie równie doniosłym wynikiem. A to dlatego, że zarówno Jowisz i Saturn posiadają księżyce tej wielkości, więc brak takowego w przypadku Keplera-167e miałby mocne implikacje dla naszych teorii o formacji układów planetarnych i księżyców. Nie wspomniał o tym, że największe księżyce Neptuna i Urana mają promienie wielkości 800 i 1300 km. Są jednakże planetami ponad dwukrotnie mniejszymi i znajdującymi się dalej od gwiazdy, ma to sporo sensu.

Faktem jest, że obecność dużych księżyców wokół gazowych gigantów wydaje się czymś oczywistym. Ekscytująca jest perspektywa, że wreszcie będzie można powiedzieć, “tak, oczywiście, że tam są”. Analiza danych z pewnością zajmie długie miesiące. Mam nadzieję, że będą konkluzywne.

Tyle “na gorąco” (choć słabo tu pasuje taki zwrot, bo do napisania tego tekstu przymierzałem się od 25 października). Dajcie znać czy chcielibyście, żebym rozpisał się bardziej o szansach / przeszkodach, które mogą czekać na zespół badaczy, czyli czułość pomiaru i zwykły niefart w postaci pechowego układu geometrycznego.


Więcej o egzoplanetach? W mojej książce:
ideaman.tv/niebo-pelne-planet

Źródełka:
It's happening!! Right now!
6491 - Revealing the Oblateness and Satellite System of an Extrasolar Jupiter Analog
Wikipedia - Kepler-167