czwartek, 25 czerwca 2020

AlphaGo - The Movie

Cztery lata temu miało miejsce doniosłe wydarzenie. Program komputerowy pokonał osiemnastokrotnego mistrza świata w Go, koreańczyka Lee Sedola. Z okazji czterolecia na kanale Deep Mind ukazał się półtoragodzinny dokument o AlphaGo. To nie będzie recenzja, raczej kilka przemyśleń i największe ciekawostki dla mnie jakie wyciągnąłem z seansu.

Zacznijmy może od wyjaśnienia dlaczego jest przepaść między szachami i go, za którą idzie analogiczna przepaść między Deep Blue (program który w 1997 pokonał Garriego Kasparowa) a Alpha Go. Szachownica liczy 64 pola. Figury mogą wykonywać precyzyjnie określone ruchy. Liczba możliwych ruchów i rozgrywek jest ogromna, ale z odpowiednio mocnym komputerem można “brutalnie”, metodycznie sprawdzać najlepsze rozwiązania. Plansza do Go liczy 361 pozycji a kamienie można układać w dowolnych miejscach. Rozwiązanie “siłowe” po prostu tu nie zadziała.

Dlatego w przypadku Go potrzebny był program, który ma/zasymuluje intuicję, kreatywne myślenie, rozmaite strategie. AlphaGo zdecydowanie jest takim programem. Niestety jego działanie opiera się na sieciach neuronowych i uczeniu maszynowym. Piszę “niestety” bo kiedy to usłyszałem, od razu pomyślałem, że nawet jeśli AlphaGo symuluje te niezwykłe cechy, to nie zrozumiemy ich z jego pomocą. Sieci neuronowe są nie jako czarnym pudełkiem, nie mamy wglądu w reguły ich działania. Dobrze się czasem mylić, bo jak ukazuje dokument twórcy AlphaGo mają wgląd w proces decyzyjny. Może nie jest to klucz do zrozumienia jak działa mózg gracza Go, ale zdecydowanie sprawiło, że śledzenie pięciu pojedynków między komputerem a Lee Sedolem było fascynujące nawet dla kogoś nie ogarniającego tej gry.

Program wygrał pierwsze trzy rozgrywki, przegrał czwartą i zakończył piątą zwycięstwem. Ciężko mi określić na ile film dramatyzuje mecze, ale z wyjątkiem trzeciej partii, gdzie koreańczyk najwyraźniej nie wytrzymał presji, każda oferuje coś ciekawego, szczególnie druga i czwarta. Pierwsza i ostatnia pokazały, że maszyna planuje na długą metę, że jej pozorne błędy były częścią planu i że potrafi bezwzględnie kalkulować. AlphaGo wie, że starczy przewaga jednego punkta by wygrać mecz.

Druga partia była szczególnie interesująca, bo udowodniła, że program jest kreatywny. Komentatorzy zachwycali się trzydziestym siódmym ruchem w grze, nazywali go unikalnym i kreatywnym. Ciekawe jest to, że choć sieć neuronowa uczyła się na podstawie gier zwykłych graczy i mistrzów, ruch ten AlphaGo wykonała mimo, że sama szacowała szanse na wykonanie takiej zagrywki przez ludzkiego gracza na 1 na 10 000. Innymi słowy uczeń przerósł mistrza.

Czwarty mecz jest jedynym, który wygrał człowiek. Tu również wygląda na to, że o wyniku zadecydował jeden genialny ruch, który przechylił szalę na korzyść Lee Sedola. Koreańczyk stwierdził, że to był jedyny ruch jaki widział w tamtym momencie. Po nim maszyna popełniła szereg ruchów źle ocenianych przez speców. Dlaczego ta partia była interesująca? Wygląda na to, że “boski ruch” nie świadczy o błędzie maszyny, która do niego dopuściła. AlphaGo raczej nie docenił przeciwnika, bo ruch ten był w przewidywanej puli, ale szansa na to, że ludzki przeciwnik go wykona została oceniona na 0,007%. Brzmi to zatem nie jak błąd tylko racjonalne działanie w obliczu znikomej szansy na konkretne zdarzenie.

Interesujące jest jednak również to, że program później wykonał szereg ruchów wyglądających na błędne. Tego jednak nie skomentowano szerzej w dokumencie. Jak wspomniałem, nie wiem ile w tym wszystkim dramatyzacji, być może zła ocena szans na boski ruch świadczy o słabości AlphaGo.

Nie mam jednak wątpliwości, że cztery lata temu stało się coś wyjątkowego. Dla mnie to kolejny dowód na to, że w ludzkim mózgu nie ma niczego magicznego. Mam nadzieję, że z czasem zbliżymy się zrozumienia tej nie-magicznej, ale diablo złożonej maszynki. Przy czym drogą do jej zrozumienia mogą nie być komputerowe sieci neuronowe. Nawiasem mówiąc warto podkreślić, że Lee Sedol jest pierwszym i ostatnim człowiekiem który pokonał AlphaGo podczas 74 oficjalnie rozegranych gier.


Link do filmu:
https://www.youtube.com/watch?v=WXuK6gekU1Y


niedziela, 14 czerwca 2020

Jak powstała Oumuamua (dygresje w promocji)

W lipcu 1994 roku z Jowiszem zderzyła się kometa. Mówili o tym w telewizji, niemal wszystkie teleskopy świata były zwrócone na króla planet. Byłem niedługo po seansie pełnometrażowego filmu “MacGyver i skarb zaginionej Atlantydy”, gdzie w finale nastąpiła koniunkcja planet, która wyglądała oszałamiająco. Nic więc dziwnego, że byłem ciut rozczarowany tym, że wybiegłem na zewnątrz i nie zobaczyłem nic nadzwyczajnego. Ani komety, ani Jowisza, ani żadnych wybuchów.

Pamiętam jednak jak później pokazywano zdjęcia zderzenia i komety Shoemaker–Levy 9. Nie wyglądała jak z typowych ilustracji - zamiast jasnego punktu z warkoczami, był to łańcuch świecących obiektów, które kolejno uderzały w Jowisza. Minęły lata zanim zrozumiałem szczegóły tego zdarzenia.

Kometa Shoemaker–Levy 9 to interesujący przypadek. Nie była obiektem, który po prostu wpadł w studnię grawitacyjną Jowisza i rozbił się na jego powierzchni (czy raczej na jego gazowej atmosferze). W którymś momencie stała się ona satelitą Jowisza, przez co można było powiedzieć, że jej dwuletnia orbita miała peryjowium (odpowiednik peryhelium, czyli punktu gdzie ciało znajduje się najbliżej swojego obiektu “macierzystego”). Zaintrygowany tą nazwą od razu pomyślałem, że ciekawe czy dla Ziemi ten punkt nazywa się w takim razie peryterrum. Okazuje się, że nie - to perygeum [1].

Ale wracając do tematu… Gdy Shoemaker-Levy 9 był już satelitą Jowisza, w 1992 roku zbliżył się na odległość raptem 40,000 km do planety. To znacznie mniej niż średnica gazowego giganta. Tym samym obiekt przekroczył tak zwaną granicę Roche’a. To taka odległość w której siły pływowe większego ciała są tak silne, że przeważają grawitację własną mniejszego ciała. To znaczy, kometa będąca kruchym zbitkiem skał i lodu została rozerwana przez grawitację Jowisza tylko dlatego, że części komety znajdujące się bliżej planety były przyciągane mocniej niż te dalsze. I tak w 1992 roku nastąpiło preludium do widowiskowego końca komety. To dlatego w 1994 roku zamiast jednego zdarzenia nastąpiło około 21 większych zderzeń.

Co to ma wspólnego z odkrytym w 2017 pierwszym obiektem pozasłonecznym w naszym układzie? Oumuamua zaskoczyła nas wieloma rzeczami, ale chyba najbardziej swoim kształtem. Wydaje się że jest bardzo podłużna - o długości kilkuset metrów i grubości raptem kilkudziesięciu. Do tej pory nie odkryliśmy takich obiektów.

O kwestii czym jest Oumuamua pisałem już w 2018, więc nie będę się powtarzać tylko odeślę Was do tekstu. Natomiast dopiero teraz mamy niezłe pojęcie o tym jak uzyskała taki kształt. I tu pojawia się skojarzenie z Shoemaker-Levy 9. Bo wygląda na to, że czymkolwiek była Oumuamua miliony lub miliardy lat temu miało przygodę podobną do słynnej komety.

Chińscy naukowcy przeprowadzili symulację skutków przejścia obiektów na orbicie ucieczkowej w pobliżu gwiazdy. Jak się okazuje wiele z nich może rozpadać się na bliźniaczki Oumuamua. Podobnie jak w przypadku w opisanym wyżej przypadku siły pływowe rozrywają większą kometę lub planetę na “warkocze” materii, jednak w tym wypadku dzieje się to w pobliżu korony gwiazdy w tak wysokiej temperaturze, że materiał przyszłej komety jest stopiony. Gdy tylko oddala się od gwiazdy by pomknąć w międzygwiezdną przestrzeń, ma szansę scalić się się ponownie i zastygnąć w postaci jednego, wydłużonego kawałka skały.

A przynajmniej tak wynika z symulacji. Co sądzicie o takim rozwiązaniu zagadki Oumuamua? Czy jest rozczarowująca, czy może raczej fascynująca?


[1] - terra to słowo łacińskie, a gē greckie. Jeśli idzie o astronomię grecy i język grecki ma kilkaset lat przewagi nad łaciną więc… no perygeum a nie peryterrum. Czekam tylko na okazję, żeby opowiedzieć Wam o liczbie mnogiej słowa ośmiornica w języku angielskim, tam się dopiero działo octopi, octopoda, octopuses...


Źródła:
Tidal fragmentation as the origin of 1I/2017 U1 (‘Oumuamua)
New formation theory explains the mysterious interstellar object 'Oumuamua
Oumuamua przyspiesza, wiemy czym jest przybysz spoza układu słonecznego
Astrofaza - Nowe fakty na temat Oumuamua
We May Have Solved The Mystery of Interstellar Comet Oumuamua
Comet Shoemaker–Levy 9


poniedziałek, 8 czerwca 2020

Fenomenalna wizualizacja Starlinka

Trafiłem na fantastyczną wizualizację powstającej właśnie konstelacji Starlinka. Liczba małych satelitów SpaceX zbliża się do 500. Z tej okazji Elias Eccli użył danych z Space-Track.org i obrobił je w Pythonie. Powstała animacja tak mnie zachwyciła, że postanowiłem poświęcić jej notkę.

Animacja śledzi okres od 17 listopada 2019 (pierwszy rzut “docelowych” Starlinków na orbitę), do 21 maja 2020, czyli na dzień przed siódmym lotem. Zatem w końcowej części widzimy rozkład około 360 satelitów. Kiedy powstaje ten tekst jesteśmy między siódmą a ósmą misją Starlinka. W przyszłym tygodniu ich liczba powinna sięgnąć 480.



Pewnie podobnie jak ja na początku zadajecie sobie pytanie “na co ja patrzę?”. Spieszę z pomocą...

Wszystkie wystrzelone do tej pory Starlinki znajdują się na orbitach o wysokości 550 km o inklinacji (nachyleniu) 53 stopni. Wyobraźmy sobie przekrój Ziemi w płaszczyźnie równika. Będzie to płaski, kolisty plasterek. Orbita o zerowym nachyleniu wysokości 550km byłaby okręgiem1 o trochę większej średnicy. Jeśli ją nachylimy względem płaszczyzny równika, wtedy satelita krążący po niej będzie dwa razy przelatywał nad równikiem. Raz przesuwając się znad półkuli północnej, drugi przelatując znad południowej nad północną. Ten drugi punkt określa tak zwaną długość węzła wstępującego. I to właśnie widzimy na osi pionowej w animacji Eliasa.

Oś pozioma przedstawia natomiast to jak rozpropagowane na danej orbicie są Starlinki. Pamiętajcie, że to nie znaczy, że nieruchomo wiszą nad pojedynczym punktem Ziemi, wszystkie nieustannie poruszają się po orbicie, ale chodzi o to, by były na niej rozmieszczone w równych odstępach. Jeśli śledzicie starty lub obserwujecie Starlinka na niebie to kojarzycie, że tuż po starcie widać było jasny sznur punktów na niebie, który sukcesywnie się wydłużał - dokładnie to można obserwować na tej animacji.

Co więcej, wykorzystując naturalne zjawiska fizyczne SpaceX jest w stanie regulować długość węzła wstępującego. Dzięki temu za pomocą jednego startu 60 satelitów, mogą oni obsadzić aż trzy orbity. Czyli jeśli orbita po starcie jest tak ustawiona, że znajdujące się na niej Starlinki przelatują nad Singapurem z południa na północ, to nie potrzeba wiele, by po kilku dniach granicę półkul przekraczały nad Kuala Lumpur2.

Co ciekawe, według wikipedii na każdej miały znajdować się 22 urządzenia, ale na ten moment orbity obsadzane są dwudziestoma. Jak widać na wykresie już teraz robi się tłoczno przy kilkunastu orbitach. Docelowo w tej pierwszej konstelacji krążyć ma około 1500 satelitów na 72 orbitach. W rzeczywistości jednak Ziemia jest ogromna i na każdego satelitę będzie przypadać jakieś 100 000 km^2 powierzchni, czyli przeciętna odległość3 między nimi będzie wynosić w okolicy 100km.

Ostatnia rzecz do wspomnienia to kolory punktów na animacji. Poza przypisaniem do poszczególnych startów Falcona 9, barwa punktów ciemnieje im wyżej na orbicie się znajdują - widać też, że im ciemniejsze, im bliżej docelowej wysokości 550km, tym wolniej się poruszają. Ten manewr - tzn zmiana wysokości orbity, to już efekt działania pokładowych silników jonowych.

Mam nadzieję, że to wytłumaczenie było klarowne i pomogło Wam docenić świetną robotę jaką wykonał Elias Eccli. Oczywiście nie uniknąłem szeregu uproszczeń, więc wspomnę o kilku najbardziej rażących, by uspokoić nadgorliwych.

1 - Tak, wiem - elipsą, ale staram się nie komplikować tekstu dla nie-nerdów ;)
2 - Tak, to jest kolejne uproszczenie, bo konstelacja jako całość ulega precesji więc
3 - Zmienność tej odległości jest spora, najbliżej siebie będą w okolicy biegunów, wciąż jednak będą to setki metrów. Ich pozycje są łatwe do przewidzenia więc uniknięcie kolizji będzie dość proste.


Źródła:
https://www.youtube.com/watch?v=857UM4ErX9A - Animacja Eliasa
https://www.youtube.com/watch?v=VyMGhUWkm5w - kanał Marcusa House
https://pl.wikipedia.org/wiki/TLE
https://pl.wikipedia.org/wiki/Elementy_orbitalne
https://en.wikipedia.org/wiki/Starlink


sobota, 30 maja 2020

12 przełomów SpaceX

SpaceX zapisała się w historii. Ponownie. Technicznie nie jest to wielki przełom. Psychologicznie, medialnie - ogromny. To, że w kapsule na czubku 70-metrowej rakiety można było umieścić ludzi jest naturalną konsekwencją technicznych przełomów, których firma dokonała w ciągu ostatnich dwunastu lat.

28 września 2008 Falcon 1 stał się pierwszą prywatną rakietą na paliwo ciekłe, która dotarła na orbitę. Rok później, 14 lipca 2009, Falcon 1 stał się pierwszą rakietą prywatnej produkcji, która umieściła na orbicie komercyjnego satelitę.

Kolejny przełom nastąpił w grudni 2010, gdy na szczycie nowej rakiety Falcon 9 SpaceX wystrzelił kapsułę Dragon. Dragon okrążył Ziemię dwukrotnie na stabilnej orbicie po czym przystąpił do wchodzenia w atmosferę i z powodzeniem wodował na Oceanie Spokojnym.

Naturalną konsekwencją tego był początek lotów zaopatrzeniowych na Międzynarodową Stację Kosmiczną. SpaceX jako pierwsza prywatna firma zaczęła dostarczać zapasy i sprzęt na ISS (25 maja 2012).

Całkiem bezprecedensowe było jednak lądowanie pierwszego stopnia Falcona 9 w grudniu 2015 roku. Do tej pory każda rakieta leciała tylko raz i trafiała na złom, w dobrym przypadku wcześniej wykonując swoją misję. O tym jak bardzo ważny był ten przełom pisałem wielokrotnie.

Potem nastąpiły kolejne kroki w kierunku reużywalności. W 2017 odzyskanie owiewek ładunku oraz ponowny lot towarowego Dragona. W 2018 odbył się pierwszy lot Falcona Heavy. W jego trakcie boczne boostery dokonały widowiskowego lądowania synchronicznego. Zwieńczeniem lotu, dowodem na skuteczność rakiety było umieszczenie ładunku na orbicie heliocentrycznej. Przez ładunek rozumiemy Teslę Elona Muska.

W 2019 SpaceX jako pierwsza firma prywatna wysłała na orbitę załogowy statek kosmiczny, czyli załogową wersję Dragona. Jako pierwsi prywaciarze na orbicie dokonali też autonomicznego dokowania z ISS.

W zeszłym roku miał miejsce krótki lot Starhoppera. Ten “niewielki” pojazd ze stali nierdzewnej był pierwszym na świecie, który poleciał dzięki silnikowi typu “full flow staged combution engine”, który nie bez powodu niektórzy nazywają złotym graalem silników rakietowych. Mam nadzieję kiedyś napisać tekst, który wyjaśni dlaczego.

… Mamy rok 2020, rakiety Falcon 9 mają na koncie niemal 90 startów. Kapsuły Dragon również wykazały swoją skuteczność. Szczególnie dzisiaj. Dlatego ten przełom wydaje się po prostu złożeniem poprzednich i ich logicznym następstwem. Jednak fakt, że na szczycie rakiety znajdowali się ludzie, wynikający z tego szum medialny sprawiają, że ta misja odbije się mocniejszym echem niż na przykład technicznie ważniejsze lądowanie boosterów.I nie ma w tym nic złego. Jeśli obudzi wyobraźnię i marzenia, to świetnie. Kudos dla całej ekipy SpaceX. Czekamy na więcej!

… Tyle przygotowanego wcześniej tekstu. A tak na gorąco - WOW. Trudno nie ulec tym emocjom. Świetnie było oglądać ten wycinek historii i nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Dużo wrażeń i masa niesamowitych obrazów. Ekipa pokładowa w czarnych kostiumach, niesamowity kontrast białych tesli i kombinezonów z deszczową szaro-rdzawą platformą startową, powolutku odsuwający się kołnierz z korytarzem dla załogi aż wreszcie start. Nagły, płynny, idealny. Separacja, powrót i idealne lądowanie boostera, aż wreszcie dryfujący sobie spokojnie i powoli dinozaur.


poniedziałek, 25 maja 2020

Wyniki konkursu "Z czego zrobiony jest świat"

Dziękuję wszystkim z udział w konkursie “Z czego zrobiony jest świat”. W zasadzie wszyscy udzielili poprawnych odpowiedzi, choć niektóre były mniej lub bardziej pełne.

1. Pytanie o balon z helem na 14,5 raza lżejszej Ziemi było podchwytliwe. Większość Was jednak słusznie wnioskowała, że różnica gęstości wciąż sprawiłaby, że balon w teorii powinien się unosić. Kilka osób jednak poszło dalej w rozważaniach. Zwrócili uwagę, że przy tak niskiej masie planety, mogłaby nie utrzymać magnetosfery i stracić przez to atmosferę (a bez atmosfery balon nie doświadczyłby jej wyporności).

Nawet rozrzedzona atmosfera cięższa od helu mogłaby być niewystarczająca by przeważyć nad lateksowym balonem. Warto jednocześnie pamiętać, że Tytan jest ponad czterdziestokrotnie lżejszy od Ziemi a posiada tak gęstą atmosferę, że ciśnienie przy powierzchni jest półtora razy większe niż na naszej planecie.

2. W pytaniu o alternatywne pierwiastki do transportu tlenu, niektórzy wspominali o organizmach, które nie potrzebują tlenu, lub transportują go w postaci rozpuszczonej. Chodziło jednak o inne metale wiążące tlen tak jak żelazo w hemoglobinie.

Praktycznie wszyscy wspomnieli o hemocyjaninie, która nadaje krwi błękitną barwę i zawiera miedź. Co bardziej dociekliwi wspomnieli o też o zawierającej mangan, brązowej pinnaglobinie, a nawet o syntetycznej koboglobinie, gdzie to kobalt wiązałby tlen, która gdyby występowałaby we krwi barwiłaby ją na żółto.

3. Pierwiastek 74, który najlepiej kojarzyć można ze starych żarówek, to wolfram lub tungsten. W języku szwedzkim tung oznacza ciężki, a stein kamień. Tymczasem w języku niemieckim wolf oznacza wilka, a rahm może oznaczać zarówno brud jak i śmietanę.

Tyle względem omówienia odpowiedzi. A książki powędrują do trzech osób i są nimi: Wiktor Bukowski, Mariusz Myszkier i Mateusz Noszka.

Lada moment spytam Was o adresy do wysyłki nagród :)
Gratulacje i dzięki za udział!



wtorek, 19 maja 2020

Konkurs - Z czego zrobiony jest świat

To zdecydowanie książkowy tydzień. Miło mi ogłosić, że wraz z Wydawnictwem Muza organizujemy konkurs promujący książkę “Z czego zrobiony jest świat”. By wziąć w nim udział wystarczy do piątku 22 maja 2020 roku wysłać odpowiedzi na adres weglowy.szowinista@gmail.com.

Zmierzycie się z trzema prostymi pytaniami:

1. Czy gdyby Ziemia była 14,5 raza lżejsza, balon wypełniony helem wciąż unosiłby się w powietrzu?

2. W swojej książce Anna Royne wspomina, że bez żelaza nie moglibyśmy oddychać tlenem. Co jednak z innymi zwierzętami, czy któreś poradziły sobie zastępując żelazo innym pierwiastkiem?

3. Pierwiastek 74 znany jest co najmniej pod dwiema nazwami. Skąd wzięły się te nazwy?



Wśród osób, które odpowiedzą poprawnie na pytania, jednoosobowe jury wybierze najlepsze odpowiedzi, które zostaną nagrodzone egzemplarzami książki “Z czego zrobiony jest świat”. Powodzenia!

Anja Royne w swojej książce zabiera nas na wyprawę przez interesujące regiony tablicy okresowej pierwiastków. Dowiemy się skąd pochodzą atomy w nas i wokół nas, oraz jak się znalazły w tym miejscu. Możecie ją zamówić tutaj.


poniedziałek, 18 maja 2020

Mól moli

Co by się stało, gdyby w jednym miejscu zgromadzić mola moli?
Zrobiłoby się dość makabrycznie…

W ramach promocji nowej książki “How to. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów” miałem przyjemność przygotować dla Was polską wersję jednego z niezwykle popularnych wpisów Randalla Munrone. W oryginalnej wersji mole of moles traktował o molu kretów (mole = kret). W języku polskim ta zbieżność słowna tyczy się malutkich szkodników. Motyli, których larwy żywią się ubraniami. Czyli po prostu moli odzieżowych.

Mol jest jedną z jednostek SI. Jest to jednostka bezwymiarowa, coś jak kopa, miliard czy tuzin. Do niedawna definiowany był jako liczba atomów w 12 gramach izotopu węgla 12C. Czyli mniej więcej tyle co liczba atomów wodoru w jednym gramie wodoru (rzut oka na tablicę Mendelejewa albo na poprzednie zdanie i wszystko jasne). Mówiąc dokładnie jeden mol to 602 214 129 000 000 000 000 000. Czyli sześćset tryliardów (6 x 1023). Według wpisu Randalla jest to też przybliżona liczba ziaren piasku na planecie Ziemia. Przybliżenia, które ja znałem mówiły o dziesiątkach tryliardów (1022) ziaren piasku na wszystkich plażach Ziemi.



Teraz znalazłem przybliżenie mówiące o 5.6 x 1021 ziarnach piasku na plażach. Jednocześnie dotarłem do oszacowania uniwersytetu Hawajów który podaje liczbę “zaledwie” 7.5 x 1018 ziaren, dla plaż oraz pustyń. “Trochę” się rozmijają. Ale ten wpis miał być o molu moli a nie piachu. Więc jak wyglądałby mol moli?

Randall miał łatwo bo kret to ssak a ssaki istotnie składają się głównie z wody, więc znając liczbę i masę mola kretów mógł łatwo obliczyć objętość. Mi wypadało sprawdzić, czy przybliżenie latającego owada do gęstości wody byłoby słuszne.

Trochę nagimnastykowałem się z Google, wikipedią, visio, kartką papieru, ostatecznie założyłem (używając komara jako mniejszego odpowiednika, którego wymiary łatwiej zdobyć), że mól waży ok 20mg oraz, że jest cylindrem o długości 8mm i średnicy 1,8mm. W ten sposób obliczyłem, że metr sześcienny moli waży jakieś 982 kilogramów. Całkiem blisko 997 kilogramów dla metra sześciennego wody.

Zatem mol moli ważyłby 6.022×1023 x 20mg ≈ 1,2 x 1019 kg

To jakieś sto tysięcy razy więcej niż Mt. Everest. Albo tysiąc razy mniej niż Księżyc. Stworzyłyby kulę o średnicy 286 km. To znaczy, że mogła by się spokojnie przetoczyć pod międzynarodową stacją kosmiczną. Gdyby pokryć nimi Ziemię, byłaby to dwudziestocztero metrowa warstwa. Jeśli mieszkacie powyżej siódmego piętra moglibyście oglądać ocean owadzich ciałek rozciągający się po horyzont. Jeśli poniżej, odradzałbym podchodzenie do okien.

Wróćmy jednak do mola moli umieszczonego w kosmosie. W kosmosie nikt nie usłyszałby upiornego chrzęstu miażdżonych ciałek, mógłby jednak zobaczyć kulę trochę mniejszą od Mimasa, księżyca Saturna, który do złudzenia przypomina Gwiazdę Śmierci. Molowa planeta składa się z dość złożonych związków chemicznych. W ich wiązaniach kryje się sporo energii. Owady są bardziej kaloryczne od większości warzyw (jakieś 120 kalorii w 100g).

Normalnie energia ta zostałaby w sporej mierze uwolniona w wyniku rozkładu w postaci ciepła ale na Mol Prime nie ma tlenu (który przyspieszyłby proces) a pod kilkudziesięciokilometrową warstwą ciśnienie byłoby wystarczające by zabić bakterie i wysterylizować resztki moli. W trochę wyższych warstwach mogłoby jednak dochodzić do powolnego rozkładu, co podgrzewałoby planetkę. W przestrzeni kosmicznej ciężko oddawać ciepło, więc rosnąca temperatura zabijałaby bakterie, spowalniając gnicie, spowalniając przyrost temperatury.

Innymi słowy molowa planeta osiągnęłaby pewną dynamiczną równowagę. Przez miliony lat prądy konwekcyjne wynosiłyby ciepłe zgniłe resztki pozwalając chłodnym opaść niżej do strefy aktywnych bakterii. Co jakiś czas kieszenie metanu i innych gazów mogłyby tworzyć najobrzydliwsze gejzery we wszechświecie.

Przypominam, że wpis powstał na podstawie artykułu Randalla Munroe “A Mole of Moles”. Więcej podobnie absurdalnych, choć z reguły mniej makabrycznych rozważań możecie przeczytać w książce “How to. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów”. Zamówić ją możecie na stronie wydawnictwa Czarna Owca.


Źródła:
XKCD - A Mole of Moles - Oryginalny wpis What If
Are there more grains of sand on Earth or stars in the sky?


sobota, 16 maja 2020

Silnik z krążącą detonacją

W świecie rakiet pojawiła się właśnie spora sensacja. Po raz pierwszy skonstruowano działający silnik z krążącą detonacją. Choć zaproponowano go w latach 50-tych zeszłego wieku, dopiero teraz udało się go zbudować. Technologia ta może zwiększyć wydajność rakiet nawet o 25%, co w branży gdzie walczy się o każdy ułamek procenta, jest szalonym wynikiem. Ale o co tak naprawdę chodzi?

Silniki rakietowe korzystają z energii wyzwalanej przy spalaniu paliwa. Energia wiązań chemicznych w paliwie zostaje gwałtownie uwolniona, ciśnienie gazów w komorze spalania rośnie, kierowane są one w kierunku przeciwnym do pożądanego ruchu rakiety. Odpowiedni kształt komory spalania i dyszy umożliwia jak najlepsze wykorzystanie ciśnienia. Można to porównać do zakrywania palcem szlaucha ogrodowego. Wylewa on stałą ilość wody w jednostce czasu, jeśli zaciśniemy wylot woda będzie tryskać znacznie gwałtowniej niż gdy puścimy go luźno. W obu przypadkach jednakże napełnienie np. wiadra trwałoby tyle samo.

Istotne również jest to jaką mieszankę paliwa i utleniacza zastosujemy. Odpowiednie proporcje zapewnią idealne spalanie całego paliwa. W tym celu trzeba też zadbać o stały dopływ obu składników, oraz ich jak najmocniejsze wymieszanie. Gdyby komora miała jedynie pojedyncze dopływy paliwa i tlenu, do spalania dochodziłoby jedynie na ich granicy. Dlatego twórcy dbają o to by wewnątrz nieprzerwanie panowała ulewa drobinek tlenu i paliwa. Na dole w źródłach znajdziecie fascynujący film Scotta Manley’a o wtryskach paliwa, który pokazuje ile trudu zadawali sobie konstruktorzy by wyciskać kolejne procenty wydajności ze swoich maszyn.

Rewolucyjność silnika z krążącą detonacją wynika z tego w jaki sposób dochodzi do eksplozji paliwa. Żeby to wyjaśnić wpierw przypomnijmy sobie czym jest prędkość dźwięku. To prędkość z jaką rozchodzą się zaburzenia mechaniczne w ośrodku - np. kiedy słyszycie czyjś głos, to wasze uszy analizują serię zmian gęstości powietrza które docierają do waszych uszu. Niezależnie od tego jaki dźwięk podróżuje przez powietrze, robi to z taką samą prędkością (jakieś 344 m/s w temperaturze pokojowej).

Wróćmy do eksplozji paliwa w komorze spalania. W klasycznych silnikach mamy do czynienia z tak zwaną deflagracją. To taka eksplozja w której czoło “fali ognia” porusza się wolniej od prędkości dźwięku. W przypadku detonacji eksplozja rozchodzi się z prędkością dźwięku lub szybciej. Dlaczego to tak istotne? Bo dzięki temu wzrost ciśnienia w wyniku spalania paliwa jest znacznie większy. Spójrzcie na obrazek powyżej - w przypadku deflagracji zanim do mieszanki paliwa dotrze fala ognia, zostaje ona zaburzona przez fale ciśnienia i ulega rozszerzeniu pod wpływem ciepła. Tymczasem w przypadku detonacji, nasza starannie wtryskiwana do komory mieszanka drobinek paliwa i tlenu nie ma szans zorientować się co się zbliża. Spalanie zachodzi w idealnych warunkach, otrzymujemy bardzo wydajny skok ciśnienia. A jak wiemy dzięki przydługiemu wstępowi - to właśnie ciśnienie jest kluczowe do napędzania rakiety.

Słowem - detonacja zapewnia uzyskanie większej energii z mniejszej ilości paliwa. Tylko co zrobić, żeby detonacja trwała w sposób ciągły? Trzeba sprawić by krążyła w szczelinie między większym a mniejszym cylindrem. Z jednej strony dostarczane jest paliwo, produkty spalania wydostają się drugą i mogą być skierowane do klasycznej dyszy.

Idea prosta, ale nad wykonaniem pracowano niemal siedemdziesiąt lat. To dlatego, że bardzo trudno jest zapewnić idealne warunki do poruszania się fali detonacyjnej. Prędkość dźwięku zależy od składu ośrodka i od jego temperatury. Paliwo ciekłe ma temperaturę rzędu -150’C / -180’C, a spala się w temperaturze dwóch-trzech tysięcy stopni. Nie sposób wyobrazić sobie chaosu i turbulencji wewnątrz silnika w którym ma krążyć fala detonacyjna. Nic dziwnego zatem, że czasem krąży więcej niż jedna fala, ich prędkości są czasem różne, mogą dogonić się nawzajem, zdmuchnąć się, mogą wypchnąć niespalone paliwo nie tam gdzie trzeba, doprowadzić do eksplozji lub utraty wydajności…

Na przełomie kwietnia i maja 2020 zespół z University of Central Florida zaprezentował działający silnik z krążącą detonacją używający tlenu i wodoru. Według autorów eksperymentu kluczowe było idealne dopasowanie strumieni gazów doprowadzanych do komory spalania. Ich silnik uzyskał stabilny ciąg przy pięciu krążących falach detonacyjnych. Ciekaw jestem czy SpaceX i Blue Origin zainteresują się tym rozwiązaniem.


Źródła:
Publikacja ekipy UCF - publikacja ekipy UCF
Scott Manley - What Is A Rotating Detonation Engine
Scott Manley - Rocket Fuel Injectors
Everyday Astronaut - najlepszy film o silnikach rakietowych
Symulacja fali detonacyjnej
Artykuł w Popular Mechanics
Review on the Research Progresses in Rotating Detonation Engine
World-first "impossible" rotating detonation engine fires up


czwartek, 14 maja 2020

Neuralink zmieni wszystko


Obejrzałem ostatnio najnowszą rozmowę Joe Rogana z Elonem Muskiem. Nie będę ściemniał, po ostatnich wynurzeniach Elona na twitterze, po tym jak jego noworodek przebił siłę większości moich haseł, trochę bałem się tej rozmowy. Nie obyło się bez dwóch niespodzianek. Najważniejsza jest taka, że Elon jeszcze nie zwariował. Druga jest taka, że rozmowa ominęła niemal całkowicie kosmos a skupiła się na mózgu.

Impulsem do napisania notki był szok i niedowierzanie Rogana około 20tej minuty. Rogan może nie być ekspertem, ale to rozsądny i niegłupi człowiek, nawet jeśli nie zawsze się z nim zgadzam. Pomyślałem, że może warto napisać kilka słów o potencjale Neuralinka i interferjsów mózg-komputer (BMI) w ogóle.

Początkowym celem będzie pomoc ludziom z pewnymi ograniczeniami - przywracanie sprawności sparaliżowanym, wzroku niewidomym itd. Jeśli paraliż polega na przerwaniu nerwów gdzieś między mózgiem a kończyną (kończynami) to jeśli będziemy w stanie odczytywać w czasie rzeczywistym sygnały z neuronów znajdujących się na wąskim pasku naszego mózgu, na granicy płata czołowego i ciemieniowego, czyli w tak zwanej korze ruchowej, a następnie pobudzać nerwy w tych kończynach, możemy przywrócić sprawność pacjentowi. Jeśli połączenie będzie dwustronne, umożliwi również czucie. Analogicznie można by pomóc osobie z uszkodzonym nerwem wzrokowym - kora wzrokowa kryje się na potylicy zasada dokładnie tak sama.

To zdumiewająca i wspaniała perspektywa, ale to tylko drobna próbka możliwości BMI (Brain-Machine Interfaces, interfejsów mózg-komputer). To tak jakby powiedzieć, że komputery pozwalają na szybkie obliczanie wielkich liczb. To przecież jedynie ułamek ich możliwości…

Nasze mózgu ewoluowały “od środka do zewnątrz”. Takie uproszczenie pewnie wywołuje palpitacje u neurologów, ale może mi wybaczą... Najgłębiej w czaszce mamy tak zwany pień mózgu, który dba o to, żebyśmy oddychali, utrzymywali postawę, reguluje ciśnienie tętnicze, temperaturę, niektóre odruchy, odpowiada za przemianę materii itd. Wokół znajduje się układ limbiczny odpowiadający za emocje, motywację, strach, przyjemność i tak dalej. A już tak całkiem na wierzchu znajduje się kora mózgowa, która pozwala nam świadomie poruszać się, odbierać bodźce zmysłowe, a jej płat czołowy umożliwia nam myślenie, kombinowanie, planowanie i rysowanie komiksów o dziobakach.

Można powiedzieć, że już i tak jesteśmy cyborgami, korzystającymi z magicznych gadżetów, które dają dostęp do innych ludzi, wiedzy naszej cywilizacji, pomagają orientować się w terenie, zamawiać pizzę, skarpetki z dinozaurami, obrażać innych w internecie, wpisywać objawy chorób w google, oglądać netflixa itd. Ale interfejs między człowiekiem a jego cyber-rozszerzeniem jest bardzo, ale to bardzo lichy. Śmiganie kciukiem po ekranie, gadanie, czytanie i słuchanie… Obok widzicie obrazek Wait But Why, którego artykuł o Neuralinku opisuje to wszystkie sto razy lepiej niż ja (a jest tylko z 25 razy dłuższy). Radykalny pomysł Neuralinka jest taki - najwyższa pora na to, żeby mózg dostał kolejną warstwę.

Podstawową funkcją takiego interfejsu może być przywracanie lub naprawianie pewnych funkcji, które są dla nas naturalne. O tym napisałem na początku i już to wystarczyło by zszokować rozmówcę Muska. Warto przypomnieć, że takie rzeczy robimy już od lat - implanty ślimakowe odbierają dźwięki za pomocą elektroniki a następnie za pomocą elektrod stymulują nerwy słuchowe osób niesłyszących. Implanty DBS (deep-brain stimulation) pomagają chorym na Parkinsona, cierpiącym na OCD i epilepsję, dzięki elektrodom umieszczonym głęboko w mózgu i pobudzającym elektrycznie neurony.

Jeszcze daleka droga do tak drobnych elektrod by rejestrowały i pobudzały pojedyncze neurony. Mimo to wygląda na to, że Neuralink już wykonał skok dla całej dziedziny. Oprócz grafiki powyżej polecam wam lekturę mojego poprzedniego wpisu o Neuralinku. Czekam niecierpliwie na pierwsze wyniki działania ich “nici”. To raczkujący transhumanizm. Jak wspomniałem w poprzednim akapicie, prymitywne BMI już poprawiają życia ludzi. Nie potrafimy sobie nawet wyobrazić jakie możliwości będą oferować zaawansowane wersje.

Tytuł notki zainspirowany jest filmem Kurzgesagt “Genetic engineering will change everything”. W przypadku inżynierii genetycznej jesteśmy kilka kroków do przodu, ale obie dziedziny idą w tym samym kierunku - obie są na granicy stania się technologiami informatycznymi. Inżynieria genetyczna w zasadzie już nią jest. Potrafimy sekwencjonować DNA, możemy je również syntetyzować “literka po literce” (czytaj - zasada po zasadzie) i wycinać oraz wklejać w praktycznie dowolne miejsce nici genetycznej (CRISPR/Cas9). Narzędzia nie są jeszcze doskonałe, ale już dają nam wielką swobodę. Jest jednak cała masa dodatkowych utrudnień - ekspresja genów, złożoność procesów biologicznych - komórka i machina genetyczna to piekielnie skomplikowana rzecz.

Na tym tle mózg może okazać się w pewnym sensie prostszy. Gdy narzędzia będą dostatecznie zminiaturyzowane będzie tylko odczyt aktywności neuronów i stymulowanie jej. Będzie można w zasadzie zmieniać, leczyć i wykorzystywać dowolne funkcje mózgu. To jak wykorzystamy jedynki i zera będzie zależeć od nas. SMSowanie i kierowanie samochodem bez użycia rąk to pikuś. Porównując BMI do komputerów, możemy powiedzieć, że jesteśmy pomiędzy telegramem a prymitywnym telefonem. No może jesteśmy na etapie komputera ENIAC… W każdym Pac Man i komputer nawigacyjny Apollo są dopiero przed nami. Że nie wspomnę o tomografii, GPS, Google, modelowaniu komputerowym optymalizacjach, smartfonach itd.

Widząc pierwszy komputer można było się domyslić, że zastąpi on armię ludzi z kalkulatorami (excel), ale kto mógł wymyślić te wszystkie zastosowania, które otaczają nas każdego dnia i są częścią niemal każdej dziedziny życia? W zasadzie każda technologia informatyczna ma potencjał do wykładniczego rozwoju.

Dlatego tak bardzo podziałało na mnie zdumienie Joe Rogana na informację o potencjalnych leczniczych możliwościach. Tu nawet nie chodzi o granie na komputerze mózgiem czy wirtualną rzeczywistość, czy klimatyzację, która się włącza kiedy jest nam gorąco. Nie o gasnące światła, kiedy jest dla nas za jasno.

Neuralink to świat, gdzie kładąc się spać wydajesz polecenie - uśpij mnie na siedem godzin. Gdzie można nagrywać i przesyłać sny znajomym. Świat gdzie jedną myślą decydujesz, że od dzisiaj jarmuż smakuje jak lody pistacjowe a brokuły jak ser żółty. To zatarcie granicy gdzie kończę się “ja” a zaczyna świat dookoła.

Tak wiem, to straszne i przerażające. Ciekawe jak zareagowaliby John Mauchly i J. Presper Eckert (twórcy ENIACA) gdyby im powiedzieć jak bardzo zależni od komputerów będziemy za 70 lat.


Źródła:
Wait but why - Najlepszy tekst o Neuralinku (długi)
Mój poprzedni wpis o Neuralinku
Rozmowa Rogan-Musk (najnowsza)



niedziela, 3 maja 2020

SpaceX - update #2

Dzieje się, oj dzieje. Elon zwariował, lada moment istotny test Starshipa, za rogiem załogowy lot Dragona na ISS a NASA ogłasza krótką listę kandydatów na lądowniki Księżycowe. Jest o czym pisać, więc przejdźmy od razu do rzeczy.

Elonowi puszczają nerwy

Dziwne to czasy, gdy mocno upolityczniony, nominowany przez Trumpa administrator NASA, Jim Bridenstine gada z większym sensem niż Elon Musk. Niestety miliardera znów poniosła zła wena i prowadził niepoważne tyrady na Twitterze, zamiast zbliżać nas do Marsa (na szczęście jego firma wciąż to robi). Zaszkodził Tesli, co już go kosztowało kilka miliardów i pewnie czeka go spore tłumaczenie się przed odpowiednimi organami. Poza tym wygaduje głupoty jak rasowy kuc w kwestii koronawirusa. O dziwo zagadnięty o to szef NASA odpowiedział nadspodziewanie dojrzale i dyplomatycznie “w NASA pandemię koronawirusa traktujemy bardzo poważnie (...) w agencji zaraziła się znaczna liczba ludzi a nawet kilka osób straciło życie”.

Kto bogatemu zabroni. Rozumiem też presję jaką wywiera na biznesmena potencjalnie największy kryzys stulecia, ale przykro patrzeć na Twitterowe pierduty Muska. A jeśli idzie o presję i stres, to cóż… łatwiej przetrwać kryzys stulecia siedząc na miliardach niż będąc Kowalskim. Może pora na petycję do Elona, żeby odstawił Twittera?


Test statyczny i podskok Starshipa SN4

Piszę ten tekst w sobotnie popołudnie. Wczoraj minął pierwszy z terminów zarezerwowanych na test statyczny silnika Raptor, który niedawno zamontowano w prototypie SN4. Test się nie odbył, więc lada moment zacznie się kolejne okno, trzecie zarezerwowano na jutrzejszą noc.
UPDATE: Raczej nic z tego, z tego co widzę teraz celują jednak w 5 maja.

Test statyczny polega na odpaleniu ciągu silnika na kilka lub kilkanaście sekund, podczas gdy pojazd jest przytwierdzony do stanowiska. W tym wypadku powinien być formalnością - pamiętajmy, że na takim właśnie silniku poleciał Starhopper, zbudowano już kilkanaście egzemplarzy silnika Raptor, ten na pewno odbił test jeszcze przed montażem. Formalnością nie będzie natomiast kolejny test. Następny w kolejce jest podskok na 150 metrów. Ma to być zwieńczenie kariery SN4. Jest to o tyle ciekawe, że projekt Starshipa zakłada rozkład silników jak na grafice na dole notki. Trzy centralne silniki przystosowane są do pracy w atmosferze, trzy zewnętrzne mają działać w próżni. Dlatego montując jeden silnik nie ma możliwości by znalazł się on pod środkiem ciężkości. Co za tym idzie, konieczne będzie dość interesujące balansowanie całym prototypem.

Nie będzie to całkowicie wyjątkowa sytuacja. Nie jestem w stanie teraz namierzyć czy to rakiety Atlas czy Ariane czasem startują z pojedynczym boosterem na paliwo stałe, na pewno opisywał to niezrównany Scott Manley, jeśli ktoś pamięta, to zapraszam do komentowania. W tej sytuacji startują one z lekkim przechyłem by dodatkowy silnik po jednej stronie nie wywrócił całej rakiety na bok.

Następny prototyp Starshipa, SN5 ma mieć już trzy centralne Raptory. Ten egzemplarz ma się na nich wzbić na wysokość 25 km.


Parasolki dla Starlinka

Byłbym zapomniał... Nie cichną marudzenia na jasność Starlinków. Choć wielokrotnie podkreślano, że są najjaśniejsze w początkowych dniach po wystrzeleniu, kiedy dopiero ustawiają się na docelowych orbitach przy użyciu silników jonowych.

Dlatego w następnej partii (start przewidziany na 7 maja) przetesowane zostaną rozkładane osłony, które będa blokować światło słoneczne, by nie odbijało się od najjaśniejszych powierzchni satelit.


Załogowy lot Dragona

27 maja 2020 roku, o godzinie 22:32 polskiego czasu, zatknięty na czubku Faclona 9, oznaczonego klasycznym “worm logo” NASA, załogowy Dragon poleci na ISS. Na pokładzie będą astronauci Doug Hurley i Bob Behnken. Będzie to pierwszy lot załogowy z terenu USA od ośmiu lat, dziesięciu miesięcy, sześciu dni, dziesięciu godzin i trzydziestu pięciu minut.

Jeśli dopisze pogoda. Jeśli nie to zapasowa data to 30 maja. Jeśli jednak dojdzie do startu w środę 27 maja, dokowanie powinno mieć miejsce w czwartek o 17:29 czasu polskiego.


Trzy firmy opracują załogowe lądowniki księżycowe

No i największa bombeczka, choć najbardziej oddalona w czasie. NASA przyznała niemal miliard dolarów dla trzech firmy, by przez najbliższe dziesięć miesięcy rozwijały swoje propozycje załogowych lądowników księżycowych. Jeden z nich powinien posadzić na Księżycu kobietę i mężczyznę w 2024 roku w ramach programu Artemis.

Ponad połowę tej kwoty zgarnie “National Team”, czyli zespół złożony z firm Blue Origin, Lockheed Martin, Northrop Grumman i Draper. $250 baniek zgarnął zespół Dynetics a $135 milionów SpaceX.

Projekty pozostałych firm są dość klasyczne dlatego dziś nie poświęcę im czasu. Natomiast SpaceX udało się zachęcić NASA do pomysłu, by lądować na Księżycu Starshipem. Nie dostaliśmy zbyt wiele informacji ani animacji, ale dwie grafiki mówią całkiem sporo o tym jaką ewolucję przeszedł projekt. Na samym początku notki wstawiłem kolaż kolażu - do dostępnego w internecie porównania trzech opcji dodałem poprzedni render Starshipa.

Widać, że zamiast wykorzystać “uniwersalny” Starship, powstać ma specjalny wariant księżycowy. Niesie to za sobą szereg interesujących konsekwencji. Pozbawiony będzie “skrzydełek” aerodynamicznych, nieprzydatnych przy poruszaniu się między orbitą a powierzchnią Księżyca. Ponadto wygląda na to, że w górnej połowie znajdą się silniki manewrowe, które pozwolą sprytnie ominąć problem wzbijania ogromnych ilości księżycowego regolitu.

Spostrzegawczy mogą zauważyć, że na jednej z dwóch oficjalnych grafik widać, że dwa silniki są rozgrzane do czerwoności. Jeden z tych zoptymalizowanych do pracy w próżni i jeden atmosferyczny. To intrygujący detal. Prawdopodobnie wynika z tego, że choć mniej wydajne w próżni, to wewnętrzne silniki będą umożliwiać manewrowanie (będą mieć mechanizm wychylania dysz).

Stworzenie księżycowego Starshipa ma dużo sensu, bo te wracające na Ziemię będą pokryte płytkami ceramicznymi. Mam pewne obawy, że moga one okazać się ślepym zaułkiem, ale jednocześnie myślę, że SpaceX opracuje coś lepszego niż NASA przy promach kosmicznych kilka dekad temu. Tak czy inaczej ma to sens - powinno zmniejszyć koszty i ilość problemów. Co za tym idzie, taki Starship będzie również tańszy od konkurencji a to przy nieporównywalnie większymi możliwościami transportu w stosunku do konkurencji.

Jednocześnie powyższe oznacza to, że taki księżycowy Starship będzie musiał polegać na tankowaniu na orbicie. Ta technologia może nie jest w powijakach, ale daleko jej jeszcze do dojrzałości.

Dlatego moje zdanie jest takie, że dwa pozostałe projekty, mają większe szanse na ten moment. Po pierwsze są w znacznie lepszych relacjach biznesowych z amerykańskimi kongresmenami, co jak wiadomo pomaga w decyzjach korzystnych dla firm. Po drugie, są zachowawcze. Po trzecie obstawiam, że wymagają mniej developmentu.

W związku z tym, nawet jeśli Spaceship będzie tańszy i lepszy pod każdym względem, możliwe, że to nie on poleci na Księżyc w 2024 roku. A jak Wy sądzicie? Która z powyższych wieści jest najciekawsza? Który z projektów jest Waszym zdaniem najbardziej obiecujący? Który ma największe szanse? Podzielcie się Waszym zdaniem tutaj.



Źródła:
NASA Names Companies to Develop Human Landers for Artemis Moon Missions
Twitter - render księżycowego Starshipa
Twitter Jima Bridenstine
Render lądującego Starshipa
Plany wobec SN4 i SN5
https://www.elonx.net/super-heavy-starship-compendium/
Podsumowanie konferencji prasowych przed misją Crew Demo-2
SpaceX to test Starlink “sun visor” to reduce brightness
Tweeter Elona - ruchome będą centralne dysze


niedziela, 26 kwietnia 2020

Dagon - znikająca egzoplaneta

Gwiazda Fomalhaut jest bardzo młoda. Liczy sobie między 100 a 400 milionów lat. Fomalhaut jest niemal dwukrotnie masywniejsza od Słońca i szesnastokrotnie jaśniejsza. Charakterystycznym elementem tego układu są pierścienie pyłowe, szczególnie zewnętrzny rozciągający się od 130-150 AU (1 AU, jednostka astronomiczna, to odległość dzieląca Słońce od Ziemi). Dla porównania Neptun krąży w odległości 30 AU. Eris, najdalsza planeta karłowata, oddala się na maksymalnie 97 AU od Słońca (a później zbliża maksymalnie do 38 AU).

Samo istnienie pierścienia wokół Fomalhaut sugerowało, że wewnątrz może być planeta, która go utrzymuje swoją grawitacją, niczym tak zwane księżyce pasterskie w pierścieniach Saturna. I w 2008 roku ogłoszono, że na orbicie wokół Fomalhaut znajduje się egzoplaneta. Była to pierwsza planeta zaobserwowana bezpośrednio w świetle widzialnym.

Dość szybko jednak pojawiły się pewne wątpliwości co do istnienia Fomalhaut b (którą później nazwano Dagonem, ku uciesze fanów twórczości H.P. Lovecrafta). Najmocniejszym argumentem było to, że choć Dagon był widoczny w świetle widzialnym, praktycznie nie emitował ciepła (promieniowania podczerwonego) co było kompletnie nieoczekiwane, szczególnie w tak młodym układzie gwiezdnym (młoda planeta powinna być gorąca).

W roku 2012 pojawiły się jednak dwa niezależne badania, które potwierdziły, że planeta owszem jest, ale znacznie mniejsza i otoczona prawdopodobnie przez gruz po jakiejś kolizji. Dagona (wówczas jeszcze Fomalhaut b, bo o nazwie zdecydowano dopiero w 2015) ilustrowano jako planetę otoczoną wielkim pierścieniem, choć owe badania sugerowały raczej chmurę pyłu. To właśnie ten pył mógłby ewentualnie blokować promieniowanie cieplne i wyjaśniać rozbieżność między jasnością podczerwoną a widzialną.

Przewijamy zegarki do 2020 roku… Po Dagonie praktycznie nie ma śladu. “Obiekt” rósł z roku na rok, robił się coraz ciemniejszy, aż zupełnie znikł. Wygląda na to, że Dagona nigdy nie było. Według najnowszej analizy były natomiast dwie planetoidy, mające po jakieś 500 kilometrów średnicy. Zderzyły się ze sporą prędkością około 2000 roku. To co obserwowaliśmy od tej pory to rosnąca chmura odłamków powstałych w wyniku kolizji w młodym układzie. Obecnie chmura już około 2 AU średnicy (jakieś 300 milionów kilometrów) i jest niemal jednolita z pierścieniem całego układu.

Na usprawiedliwienie badaczy z 2008 i 2012 roku możemy powiedzieć, że wówczas jeszcze nie odkryliśmy tysięcy planet. Dlatego wówczas cechy Dagona uznano za zaskakujące, ale sądzono, że może okaże tak właśnie wyglądają młode planety.

Koniec końców, można powiedzieć, że to odkrycie jest tak naprawdę ciekawsze niż zwykła egzoplaneta. Tych “widzieliśmy” już tysiące. Tego samego nie można powiedzieć o kolizjach planet lub proto-planet. Astronomowie szacują, że do kolizji doszło w 2000 roku. Czyli pierwsze obrazy mieliśmy raptem cztery lata po zderzeniu. Trafiła się nam nie lada gratka. Takie zderzenia są bardzo rzadkie. Tak że możemy się cieszyć… ale trochę jednak szkoda, że nie skierowaliśmy Hubble’a na Fomalhaut tych kilka lat wcześniej.


Źródła:
https://www.pnas.org/content/early/2020/04/15/1912506117
https://www.youtube.com/watch?v=rOku7zqaz0E
https://www.youtube.com/watch?v=mkDls6jc3iw


Grafiki:
- NASA, ESA, and A. Gáspár and G. Rieke (University of Arizona)
- David A. Hardy
- ESA/NASA, M. KORNMESSER

sobota, 11 kwietnia 2020

Księżycowy kalejdoskop - zmiany w programie Artemis

Ostatnie dni przyniosły sporo ciekawostek i zmian w kwestii amerykańskich planów podboju kosmosu. Nie mam zamiaru szczędzić krytyki poczynań NASA. Dla nikogo pewnie nie jest niespodzianką, że rząd to maszyna do trwonienia pieniędzy, ale to co wyczynia się ostatnio w NASA robi naprawdę ogromne wrażenie. Kroplą, która przelała moją czarę była wieża serwisowa SLS. Na szczęście wczorajszy dzień przyniósł ciekawego, pozytywnego newsa, więc udało mi się zakończyć tekst miłym akcentem.


Space Launch System

W ostatnich 9 latach NASA wydała $28 miliardów na rozwój nowej ciężkiej rakiety nośnej, która miałaby zastąpić wahadłowce kosmiczne. Space Launch System, to wielki gniot, który w niemałym stopniu wciąż jest w fazie projektowania. Przetestowano jeden wielki zbiornik, można powiedzieć, że gotowe są silniki. Nie ma co mówić o jakimkolwiek testowym locie czy choćby przymiarkach do integracji. De facto tej rakiety po prostu jeszcze nie ma. Do 2024 roku budżet może wynieść nawet $59 lub $69 miliardów.

Każdy lot SLS, jeśli do jakiegokolwiek, kiedykolwiek dojdzie, będzie kosztował co najmniej dwa miliardy. Po locie rakieta oczywiście trafia na złom. Wiecie czym się różni Falcon Heavy of SLS? Tym, że istnieje. No i tym, że jeden lot kosztuje 20 razy mniej (ok $90 mln). Owszem, w teorii nie można ich porównywać, ale daje to choćby pewną perspektywę na to jak niepoważne jest brnięcie NASA w kompletnie niekonkurencyjny, przestarzały już na starcie projekt SLS. Niewykluczone jednak, że w ramach uporu amerykańskich kongresmenów, którzy oczywiście mają często dość jawny interes w tym by rzeka pieniędzy dalej była trwoniona, dojdzie do 2-4 startów, ot dla zasady, by można było ogłosić projekt sukcesem.

Na koniec obiecany temat wieży serwisowej. To taka ruchoma platforma, która ma dużo schodów, pomaga w tankowaniu rakiety, upakowaniu astronautów itd. Wieża serwisowa SLS jak do tej pory pochłonęła $912 milionów dolarów. Czekają je kolejne modyfikacje, więc bez cienia wątpliwości będzie kosztować ponad miliard. Z czym można by porównać taką ~120 metrową wieżę? Może z One World Trade Center? Kosztował on $3,8 miliarda dolarów.

Czym różni się nowe WTC od wieży serwisowej SLS? Istnieje i działa. Jest niecałe cztery razy droższy, ale ponad cztery razy wyższy. Do tego ma dziewięćdziesiąt pięter na których znajduje się około trzystu tysięcy metrów kwadratowych powierzchni biurowej, jest tam kilkadziesiąt wind, łazienki kanalizacja itd.


Orion, Starliner, Dragon

SLS w sporej mierze ma być przeznaczony do lotów na Księżyc i dalej. Oprócz tego amerykanie chcą raz jeszcze mieć możliwość wysłania astronautów w kosmos, bo od czasu uziemienia wahadłowców zdani są na Rosję. Na czubku SLS ma się znaleźć kapsuła Orion, poza tym Boeing i SpaceX opracowały swoje kapsuły załogowe. Porównanie tutaj również wypada dość miażdżąco.

              Orion     Starliner    Dragon
                        (Boeing)     (SpaceX)
Czas misji:   21 dni    2,5 dnia     7 dni
Załoga:       2-6       7            7
Objętość:     9 m^3     11m^3        10m^3 + 14m^3
Ładunek:      100kg     163kg        6000kg
              +załoga   +załoga


Koszt opracowania Oriona to około $20 miliardów (póki co). Budżet Starlinera, z tego co wiem głównie finansowany przez NASA, to $4,8 miliarda. W przypadku Dragona było to $3,1 miliarda, co najmniej w dwóch trzecich finansowane przez NASA.

Warto wspomnieć, że Dragon niemal na pewno będzie pierwszym, który zaniesie astronautów w kosmos. Test kapsuły Boeinga ujawnił cały szereg problemów, które opisałem w tej notce.

Jeśli NASA poszłaby po rozum do głowy, nie mam wątpliwości, że bez problemu, kosztem części z zawrotnych sześciu ton ładunku Dragona, można by go dostosować do dłuższych misji księżycowych. Ciężko stwierdzić czy do tego dojdzie, bo Starship może zupełnie wywrócić kwestię lotów na Księżyc. Może też czeka nas coś zgoła innego.


Artemis i Lunar Gateway

W trzeciej dekadzie nowego millenium człowiek miał nie tylko wrócić na Księżyc, ale ustanowić tam też stałą obecność. Tak zrodził się pomysł Lunar Gateway. Nowa, międzynarodowa stacja kosmiczna na orbicie wokół Księżyca miałaby stanowić idealny punkt pośredni dla załogowych misji na Księżyc a w przyszłości na Marsa. Byłaby to również infrastruktura pomocna w budowie bazy na Księżycu.

Tymczasem ostatnio NASA ogłosiła, że Lunar Gateway zniknie z planu pierwszych lotów programu Artemis. Niesiona przez SLS załoga ma wylądować na naszym satelicie bez przesiadki na stacji kosmicznej. To nie kasuje planów budowy Lunar Gateway, która jest przedsięwzięciem międzynarodowym.

Nie jest mi łatwo jednoznacznie ocenić ten krok. Nie ma wątpliwości, że umożliwia to szybszy powrót człowieka na Księżyc. Jednocześnie to prosta droga do tego, żeby jeszcze mocniej złapać za nabrzmiały rządowy cyc i wydoić kolejne miliardy na zatknięcie flagi na Księżycu, ogłoszenie, sukcesu i wycofanie się z planów księżycowej bazy i stacji kosmicznej.

Jeśli jednak posłuchamy niektórych komentatorów, w tym Elona Muska czy Roberta Zubrina, usłyszymy, że Lunar Gateway nie jest w ogóle potrzebna, dodaje złożoności i dodatkowych słabych punktów do misji księżycowych i marsjańskich.


Dragon Heavy (Dragon XL)

No to na koniec ta dobra wiadomość. Niezależnie od powyższego, NASA wybrała SpaceX jako dostawcę, który będzie dostarczać ładunki do budowy okołoksiężycowej stacji. Zmodyfikowany Dragon, w pierwszych przekazach prasowych nazywany Dragon XL lub Dragon Heavy ma tchnąć nowe życie w rakietę Falcon Heavy.

Rakieta ta miała być niejako “ślepym zaułkiem” na potrzeby niektórych ciężkich ładunków, dopóki Starshipy nie zawładną kosmosem. Wygląda na to, że jednak Falcon Heavy, którego design trwał dość długo jednak się opłaci. Nowy Dragon ma dostarczać na okołoksiężycową orbitę ponad pięciotonowe ładunki.

Bonus - http://spacex.com/sites/spacex/files/starship_users_guide_v1.pdf


Źródła:
SLS:
https://arstechnica.com/science/2019/02/nasa-nears-50-billion-for-deep-space-plans-yet-human-flights-still-distant/
https://www.nextbigfuture.com/2019/07/28-billion-into-sls-through-2019-and-59-69-billion-total-cost-sls-by-2024.html
https://arstechnica.com/science/2018/02/nasa-spends-1-billion-for-a-launch-tower-that-leans-may-only-be-used-once/
Kapsuły:
https://www.youtube.com/watch?v=P_LLNuLhEXc
https://everydayastronaut.com/crew-dragon-vs-starliner/
https://www.youtube.com/watch?v=rbBY1W7aRp0
https://weglowy.blogspot.com/2020/02/wyscig-na-iss-starship-i-starlink.html
Artemis i Lunar Gateway:
https://www.youtube.com/watch?v=HHtmSL08xPM
https://www.universetoday.com/145428/the-lunar-gateway-is-no-longer-a-required-part-of-the-artemis-mission-to-return-to-the-moon-by-2024/
https://www.space.com/nasa-remove-lunar-gateway-artemis-critical-path.html
Dragon Heavy (XL):
https://www.nasa.gov/press-release/nasa-awards-artemis-contract-for-gateway-logistics-services
https://techcrunch.com/2020/03/27/spacex-to-deliver-cargo-to-nasas-lunar-gateway-station-using-a-new-dragon-xl-spacecraft/



wtorek, 7 kwietnia 2020

Nasza przyszłość na Ziemi

Po raz piętnasty opracowano listę globalnych zagrożeń na potrzeby Światowego Forum Ekonomicznego, powstała ona rękoma niemal tysiąca ekspertów. Bliźniaczą listę opracowała grupa 200 naukowców dla organizacji Future Earth. Oba zestawienia biorą pod uwagę prawdopodobieństwo oraz to jak niebezpieczne są zjawiska, które nam grożą. Podobieństwo tyczy się nie tylko formuły, ale i wniosków.

Zaprezentowana w styczniu 2020 w Davos lista zawiera pięć typów zagrożeń - środowiskowe, społeczne, geopolityczne, gospodarcze i technologiczne. Pierwsze pięć miejsc pod względem najbardziej prawdopodobnych stanowią te środowiskowe. Trzy z nich znajdują się również w pierwszej piątce najgroźniejszych. Królują zmiany klimatyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe, utrata bioróżnorodności, klęski żywiołowe i katastrofy ekologiczne spowodowane działalnością człowieka. Wśród najgroźniejszych pojawił się również kryzys wody pitnej (w top10 najprawdopodobniejszych) oraz broń masowej zagłady (na ostatnim miejscu pod względem prawdopodobieństwa).

Lista od Future Earth jak wspominałem jest łudząco podobna. Pięć dominujących ryzyk to ekstremalne zjawiska pogodowe, zmiany klimatyczne, utrata bioróżnorodności, kryzysy w dostępie do wody pitnej i żywności.


Autorzy drugiej listy podkreślają, że zjawiska te mogą wzmacniać się wzajemnie i prowadzić do kaskady zdarzeń, które doprowadzą do kryzysu globalnego systemu. Nie mówimy tu o kryzysie finansowym, tylko totalnym, gdzie finanse są jednym z elementów, gdzie problemy z wodą i żywnością prowadzą do niemożności powstrzymania zmian klimatycznych pogłębiających braki, gdzie załamanie łańcucha pokarmowego i pogrąża naturalne środowisko, gdzie każda choroba zakaźna ma szansę wywołać pandemię…

Dawno, dawno temu, kiedy niektórzy ludzie wierzyli w takie rzeczy jak fakty czy wiedza ekspercka, świat podjął wspólny wysiłek, by powstrzymać powstawanie dziury ozonowej. Zagrożenie było realne, dla zdrowia ludzi, dla upraw, dla zwierząt, dla wzroku itd. Nie miało jednak żadnego porównania z tym co grozi nam teraz. Bez porównania łatwiejsze było też powstrzymanie tamtego problemu. Dziś jednak żyjemy w zgoła innym świecie.


Choć wciąż mamy realne szanse podjąć skuteczne działania [5], to niestety nie są one podejmowane. Może dlatego jak podaje Reuters [3] około 400 naukowców poparło kampanię społecznego nieposłuszeństwa, mającą na celu wymuszenie na rządach podjęcia gwałtownych działań by powstrzymać zmiany klimatyczne. W 2019 roku [4] 11 000 naukowców ze 150 krajów ogłosiło kryzys klimatyczny. Ostrzegli, że brak zdecydowanego, radykalnego działania doprowadzi do “niewyobrażalnych cierpień ludzkich”.

Podsumowując, jest naprawdę dramatycznie źle i każda chwila zwłoki nie tylko zwiększa zagrożenie, ale i sprawia, że trudniej coś z tym zrobić. Jeśli CO2 porównać do wypełniającej wannę wody, to można powiedzieć, że już jesteśmy powyżej czerwonej kreski. Tymczasem ludzkość wciąż odkręca kurek, może ciut wolniej, ale wciąż go odkręca, choć powinniśmy go zakręcać (powinien być zakręcony jakieś 20 lat temu). Mimo tego wciąż mamy szanse, według niektórych, a jeśli będziemy działać sensownie, to nawet duże, by zafundować sobie jakiś happy end.

… Choć może szanse to złe określenie. Mamy możliwości. Powyższy tekst napisałem 1 marca, kiedy chorych na koronawirusa było 88 tysięcy. W tym 78 tysięcy w Chinach. Minął miesiąc, zobaczyłem bezprecedensową powódź fake-newsów, nieprawdopodobnie źle ukierunkowaną panikę zwykłych ludzi i nietrafne reakcje niektórych rządów. Reakcje rządów które zaprezentowały szerokie spektrum, od różnych odcieni niekompetencji po najobrzydliwsze barwy cynizmu i wyrachowania.

Przy całym szacunku dla licznych ofiar, to jest tylko lekka zapowiedź tego, co mogą nam zafundować zmiany klimatyczne. Przed globalną pandemią też ostrzegano latami. Niektórzy sądzą, że koronawirus przywróci nam szacunek dla naukowców i ich ostrzeżeń. Boję się raczej, że świat ulegnie zmianie, podobnie jak po 9/11. To znaczy pojawi się szereg zmian, które będą pozorować zwiększenie bezpieczeństwa i zapobiegać przyszłym pandemiom. W praktyce będzie to szereg interesów i dalsze ograniczanie swobód.


Źródła:
[1] Global_Risks_Report_2020.pdf
[2] Out future on Earth 2020
[3] Scientists endorse mass civil disobedience to force climate action
[4] World scientists declare climate emergency
[5] We need to talk about how easy it is to solve climate change
[6] Interconnected Ecological Threats Could Trigger 'Global Systemic Collapse'
[7 ] More Than 11,000 Scientists Just Officially Declared a Global Climate Emergency
[8] Czeka nas ”niewyobrażalne cierpienie”





czwartek, 2 kwietnia 2020

Skandaliczny skrypt "biologii medycznej" z UM w Łodzi

Za pomoc w przygotowaniu notki dziękuję Renacie Baron!

Podsunięto mi ostatnio skrypt dla studentów pierwszego roku Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Zatytułowany “Biologia Medyczna” dostępny jest pod tym adresem. Szczególną uwagę zwrócono mi na fragment znajdujący się na stronach 109 i 110. Nie zapoznałem się z całością, ale myślę, że może on rzutować na wiarygodność całości.

Zacznijmy zatem od feralnego fragmentu, potem przejdziemy do komentarza. Zachowuję pisownię, spacje przed nawiasami i inne zabiegi interpunkcyjne, używam natomiast pogrubień dla późniejszego komentarza:

"Szczególnie istotnym problemem prewencji zdrowia człowieka jest sprawdzenie bezpieczeństwa stosowania GMO w rolnictwie i żywności. Ostatnio coraz więcej dowodów wskazuje na realne zagrożenie stosowania GMO dla zdrowia człowieka, wskazuje się na konieczność wprowadzenia zakazu istnienia upraw roślin transgenicznych w pobliżu tradycyjnych czy ekologicznych. Jednak światowe instytucje, powołane do analizy ryzyka stosowania GMO, tj. Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków oraz Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności nie spełniają należycie swoich funkcji kontrolnych i informacyjnych.

Współcześnie, w opinii specjalistów biologii molekularnej , należy zaprzeczyć dogmatom, które stały się podstawa do legalnego stosowania GMO. Zagrożenie zdrowia człowieka przez GMO wynika z faktu, ze żywność jest istotnym środowiskowym modulatorem naszego genomu i epigenomu. ( nutriepigenomika). Ponad to, nie jest prawdą że:

1. jeden gen produkuje jedno białko, o określonych właściwościach i determinuje jedna cechę,
2. gen jest stabilny i nie podlega wpływom środowiska,
3. wprowadzony transgen nie zmienia swojej pierwotnej lokalizacji chromosomowej,
4. produkt tworzony na matrycy wprowadzonych genów nie oddziałuje z innymi cząsteczkami w komórce,
6. miejsce wbudowania transgenu w chromosomie nie ma znaczenia dla procesów fizjologicznych organizmów roślinnych,
7. sekwencje transgenu nie zaburzają integralności genomu gospodarza.

Ostatnio, wykazano także, ze dochodzi do przejęcia genów z roślin transgenicznych przez mikroflorę jelitową człowieka (poprzez plazmidy). Jest to istotny element odpowiadający za zaburzenie integralności genomu, ze względu na fakt, ze genom mikroflory jelitowej jest ok. 50 razy większa niż całkowita ilość DNA człowieka. Udowodniono także, że cząsteczki mRNA transgenicznego ryżu mogą przenikać do komórek człowieka i w aktywny sposób regulować ekspresję ludzkich genów. Podobnie, również RNA z wirusów wykorzystywanych w inżynierii genetycznej jako wektory, elementy promotorów genów, mogą modulować ekspresję genów człowieka. Reasumując, wprowadzenie nowych genów wiąże się z procesem powstawania nowych białek o nie do końca poznanej aktywności, powstawaniu toksyn i alergenów. Uważa się, ze potencjał zagrożenia zdrowotnego GMO wiąże się z następującymi faktami epidemiologicznymi: wzrostem zachorowań na alergie, choroby nowotworowe, choroby ukł. pokarmowego, z zaburzeniami immunologicznymi i hormonalnymi , zaburzeniami płodności oraz otyłością."

Uff… Po pierwsze należy zwrócić uwagę, na skandaliczny, nacechowany emocjonalnie styl niby-to edukacyjnego skryptu. Ocenia on FDA (Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków) i EFSA (Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności) jako nie spełniające swoich funkcji, co w obliczu tego fragmentu jest pierwszej wody hipokryzją. To nie notka na jakimś blogu, tylko materiał edukacyjny. Ja dla przykładu pisząc notkę na blogu mogę sobie pozwolić na złośliwość i przyczepić się do określenia “prewencja zdrowia”. Prewencja oznacza zapobieganie, więc prewencja zdrowia brzmi jak prewencja spokoju publicznego. Proponuję skupienie się na prewencji chorób, albo przestępczości, zdrowiu nie wchodźmy w drogę.

Mówienie, że ostatnio jest “coraz więcej dowodów” na zagrożenie ze strony GMO jest pustym ble ble, w kontekście źródeł, do których dojdziemy za chwilę. Bardzo nieładne jest mówienie o dogmatach ale jeszcze bardziej nieładna jest późniejsza wyliczanka. Jest to wzorowy przykład atakowania chochoła. Zestawienie siedmiu absurdalnych i oczywiście błędnych tez następuje tuż po wspomnieniu FDA i EFSA. Może to sprawiać wrażenie, jakby instytucje te rozgłaszały takie farmazony. Zapewniam, że żadna poważna instytucja, a pewnie i nieliczne niepoważne, nie twierdzą, że jeden gen koduje jedno białko, albo że geny nie podlegają wpływom środowiska itd.

To mniej więcej tak jakbym ja napisał, że na tym UM w Łodzi to w ogóle nie zajmują się edukacją medyczną. A ponadto nie jest prawdą, że:
1) Chorym na przeziębienie należy podawać dożylnie perhydrol,
2) Wirusy mają ruchome antenki którymi nawigują w ustroju organizmu,
3) Człowiek ma trzy śledziony.
Widzicie jakie to proste?

Następnie otrzymujemy krótką litanię zagrożeń i zła płynącego z GMO. Czyta się to trochę jak niektóre teksty antyszczepionkowców. Dlatego możemy przeskoczyć do źródeł na stronie 124. Znajdziemy tam tylko dwie pozycje tyczące się GMO.

Pierwsza to Żywność genetycznie modyfikowana – wielka niewiadoma. Z jakich źródeł korzystała Cichosz i Wiąckowski? Głównie z około piętnastoletnich, ale znaleźć można też kwiatki z 1997 a nawet 1996. Przypominam, mówimy tu o genetyce a nie o zwyczajach gołębi wędrownych. Jakby tego było mało wśród źródeł mamy takie gwiazdy jak Seralini. Jeśli nie słyszeliście o Seralinim to na pewno słyszeliście o Wakefieldzie (facecie od szczepionek i autyzmu). Seralini to taki Wakefield obszaru GMO. Skompromitowany za sprawą rakowatych szczurów.

Dobrze, może druga pozycja broni się lepiej? Co oferuje Zagrożenia zdrowotne związane z genetycznie modyfikowaną żywnością? Niestety nic lepszego. Dostajemy strzałki do takich tuzów naukowych jak Daily Express, Racjonalista czy Wiadomości24.

Na koniec, żeby dodatkowo pokazać stronniczość i lenistwo autorów skryptu przyjrzyjmy się tezie, jakoby udowodniono przenikanie cząsteczek mRNA transgenicznego ryżu do komórek człowieka. Otóż potwierdza, a raczej próbowała to potwierdzić jedna praca w 2009 roku, którą sześć lat temu obalono, wykazując że jej wyniki były skutkiem zanieczyszczenia.
Hyc: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/24729469.

Nie wiem ile paniom autorkom zajęło przygotowanie tych niemal 250 stron. Ale powinny się wstydzić, że podpisały się pod czymś takim.