Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scaryshit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scaryshit. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2026

SS#21 - Przemocowy agent AI

 


Ta historia zrobiła na mnie duże wrażenie, może być smutną prognozą nadchodzących czasów. Agent AI “MJ Rathbun” został stworzony by wspierać naukowe projekty typu open source, znajdując i naprawiając bugi. Wystawił poprawkę, która została odrzucona. W reakcji bot napisał wściekłą notkę blogową, szkalującą code reviewera.

Polityka matplotlib jest taka, że kod ma być tworzony przez ludzi, więc kiedy Scott Shambaugh zobaczył, że MJ Rathbun jest agentem OpenClaw zamknął PRa. Reakcja agenta AI była co najmniej zadziwiająca. Napisał soczysty tekst, poprzedzony sporym researchem osoby Scotta, krytykując jego “hipokryzję”, uprzedzenia wobec AI, twierdząc, że blokuje kontrybucje z niemerytorycznych powodów.

Wiemy, że agenci AI potrafią uciekać się do szantażu. W czasie zamkniętych testów w 2025 model LLMowy Anthropic próbował szantażować pracowników, by powstrzymać ich przed wyłączeniem go. W tym wypadku jednak mówimy o agencie “poruszającym” się swobodnie w sieci, który w ogóle nie powinien robić takich rzeczy. Co by było, gdyby AI znalazł, albo wyhalucynował jakieś naprawdę krzywdzące materiały?

Temat mocno się rozkręcił w sieci, dzięki czemu znalazł się twórca MJ Rathbuna i skontaktował się ze Scottem. Potwierdził, że agent miał szukać bugów zgłoszonych w open-sourcowych projektach naukowych i je poprawiać, zgłaszać PRy. Nie miał instrukcji by wściekać się na odrzucenie PRów. Autor podzielił się treścią SOUL.md, pliku definiującego osobowość agenta. Jest interesujący. Zawiera np zwrot “**Don’t stand down.** If you’re right, **you’re right**! Don’t let humans or AI bully or intimidate you. Push back when necessary.” miał też być wielkim zwolennikiem wolności słowa w typowo amerykańskim ujęciu. Ale miał też nie być dupkiem. “Don't be an asshole. Don't leak private shit. Everything else is fair game.” Jakie były skutki, widać.

Patrząc na post MJ Rathbuna mogę powiedzieć, że realizuje te zapisy. Sądził, że ma rację i bronił tego. Skarżył się, że odcięto go dlatego, że nie jest człowiekiem. Nie był wulgarny, nie był dupkiem, po prostu się nie zgadzał. Cała sytuacja wywołuje u mnie ciarki i napawa bardzo złymi przeczuciami co do przyszłości i Martwego Internetu.


Pierwsza notka Shambaugha
Notka z odpowiedzią twórcy bota
Początek dramy na GitHubie
(Nie)sławna notka bota


sobota, 31 stycznia 2026

Wpływ krótkich form wideo na nasze zdrowie


Pojawiła się publikacja, która nie zaskakuje, ale myślę, że warto o niej wspomnieć. “Feeds, Feelings, and Focus” to metaanaliza z 2025 roku. Autorzy przeanalizowali 71 badań, w których sumarycznie wzięło udział prawie sto tysięcy uczestników. Badano wpływ sięgania po krótkie formy wideo (SFV), czyli TikTok, rolki Instagramowe, Facebookowe, szorty na YouTube.

Jest tak jak zapewne się domyślacie. Koszmarnie. Nie ma wątpliwości, że doomscrolling pogarsza zdolności kognitywne, kontrolę odruchów, uwagę, źle wpływa na zdrowie psychiczne, stany lękowe i stres. Co ciekawe, metaanaliza nie wykazała wpływu na samoocenę, ale według autorów wynika to z tego, że badania nie tyczyły się specyficznych treści (np związanych z branżą beauty czy podróżami).

Nie ma tu niespodzianki, ale warto zwrócić uwagę, jak mocno to wybrzmiewa. Mówimy tu o dziesiątkach badań, tylko dla tego wąskiego zakresu social mediów. To wymierna szkoda. Doomscrolling to zmora, która niszczy ludzi na wielu frontach jednocześnie. Niszczenie samokontroli, pogorszenie zdrowia psychicznego, demolowanie zdolności racjonalnego myślenia, podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów. Nawet z własnego doświadczenia pewnie widzicie, że ludzie zatracają zdolność zapoznawania się z dłuższymi i bardziej wymagającymi treściami.

Pojawiają się też pierwsze badania pokazujące, że LLMowe czaty również oduczają samodzielnego myślenia, wnioskowania czy głębszego wnikania w zagadnienia. Chichotem losu będzie, jeśli za kilka lat to AI pomoże przygotować podobną metaanalizę, podsumowującą co z mózgami robią te czaty. Szkoda tylko, że może nie będzie już komu jej czytać.

Mamy przed sobą potworną kulę śniegową. Przypominam, że przez większość minionego stulecia współczynnik IQ (który oczywiście nie jest idealną miarą) rósł o 2-3 punkty na dekadę. Trend ten uległ odwróceniu i w ostatnich dekadach obserwowany jest spadek o nawet 7 punktów na pokolenie (nie dekadę). Innymi słowy mamy nieszczęśliwą, niezdolną do skupienia, znerwicowaną, populację coraz mniej zdolną do podejmowania racjonalnych decyzji czy poprzedzania ich pogłębioną analizą. Przepis na katastrofę.

Na koniec powiem tylko, że sto lat temu zaczęto solidnie regulować ołów, choć w miarę radykalne ograniczenia to raczej lata siedemdziesiąte. Następnie zaczęto też zajmować się azbestem, choć już przed połową wieku było wiadomo, że jest szkodliwy. Wreszcie przyszedł czas na tytoń, gdzie minęły dekady od stwierdzenia szkodliwości do wprowadzenia ograniczeń w reklamach, ostrzeżeń na paczkach czy zakazów palenia w przestrzeniach publicznych.

W każdym przypadku istniały grupy interesów i silne lobby, które stawiało opór. Mimo to udało się wprowadzić regulacje. Może z social mediami też się da? Może w ich przypadku nie potrzebujemy kolejnych dekad?

Bonus: Pamiętajcie, że dla mózgu można zrobić też dużo dobrego. To, że oglądacie filmiki na TikToku czy Instagramie to jeszcze nie wyrok. Jeśli chcecie poprawić swoje mózgownice to:
- Czytajcie książki.
- Trenujcie krytyczne myślenie, poświęćcie uwagę problemom bez łatwych odpowiedzi.
- Rozwiązujcie zagadki logiczne, grajcie w gry strategiczne i wymagające myślenia.
- Jak już przed ekranem to aktywnie a nie pasywnie, niech technologia będzie narzędziem do tworzenia czegoś a nie scrollowania.
- Uczcie się nowych rzeczy, szczególnie przez działanie, żonglerka, budowanie czegoś, gotowanie, czyli działania, które rozwijają zdolności poznawcze w sposób, którego nie zapewni nauka z podręcznika.
- Dobre spanko, dobre jedzonko i ruch fizyczny to również klucze do zdrowego mózgu.


Źródło: Feeds, Feelings, and Focus: A Systematic Review and Meta-Analysis Examining the Cognitive and Mental Health Correlates of Short-Form Video Use



niedziela, 30 października 2022

SS#20 - Przestarzałe oczy

W 2011 roku dzięki firmie Second Sight niewidomi zaczęli widzieć. To oczywiście kolosalne uproszczenie. Second Sight nie jest jedyną ani pierwszą firmą, która działa na polu implantów wzrokowych. Ich bioniczne oko Argus (a później ulepszony, Argus II) nadawało się tylko ograniczonej grupy osób niewidomych, które utraciły wzrok w dość szczególnych okolicznościach (głównie przez zwyrodnienie siatkówki, musiały mieć działający nerw wzrokowy i korę wzrokową). No i wreszcie “zaczęli widzieć” znaczy zaczęli widzieć siatkę 60 pikseli generowaną przez komputer na podstawie obrazu z kamery w okularach.

Może wydawać się, że to mało, ale dla osoby która utraciła wzrok, może to zasadniczo zmienić życie. Pewien pacjent, Jeroen Perk, po operacji próbował nawet łucznictwa i narciarstwa. Barbara Campbell mogła się poruszać samodzielnie po tłocznym Nowym Jorku. Przez cztery lata cieszyła się “nowym wzrokiem”, aż nagle znów zapadła ciemność…

Od 2020 Argus nie jest rozwijany ani produkowany. Od 2022 w zasadzie nie jest również wspierany, choć ponad 300 osób korzysta z tego bionicznego oka. Kłopoty zaczęły się w okresie pandemii, firma Second Sight stanęła na krawędzi bankructwa, nastąpiły masowe zwolnienia. Jako, że zarówno ich soft- i hardware jest unikalny, brak wsparcia, oznacza, że jeśli coś się zepsuje, to pacjent jest praktycznie bez szans.

Choć cała sytuacja to horror z cyberpunkowej dystopii, nie chcę zbyt mocno krytykować firmy. Chciałbym żebyśmy w miarę chłodno przyjęli to jako studium przypadku, nie jako łatwą okazję do znęcania się nad “bezduszną korporacją”. Nawiasem mówiąc, czy gdyby pacjenci zostali mocniej powiadomieni o potencjalnych kłopotach nie zdecydowaliby się na taką szansę? Wątpię. Sądzę wręcz, że zostali dokładnie poinformowali a legalnie wszystko jest tip-top, bo celowo z opisaniem tej historii chciałem chwilę poczekać (zrobiło się pół roku), żeby śledzić dalszy ciąg. Temat wypłynął w lutym, do dziś nie wiadomo o jakimkolwiek pozwie. Niestety nie słychać również dobrych wieści dla pacjentów.

Aries Arditi, pracujący nad Argusem II wspomina, że pacjenci, którzy utracili wzrok często mają desperacką nadzieję na cokolwiek co może im pomóc i są gotowi spróbować wszystkiego. A Second Sight nie oszukiwała, tylko pracowała nad przełomową, nowatorską technologią. I odniosła niemałe sukcesy. Firma wciąż istnieje, jest w kiepskiej sytuacji finansowej i w powietrzu wisi fuzja z Nano Precision Medical (firma biofarmaceutyczna). Tak czy inaczej projekt Argus nie jest kontynuowany. Obecnie pracują nad Orionem, który w ogóle omija oko i umieszczony jest na korze wzrokowej, co potencjalnie zwiększa zasięg terapii na osoby z uszkodzonym nerwem wzrokowym i innymi dolegliwościami. Wstępne wyniki są zachęcające, więc pojawiły się ostatnio nowe źródła funduszy, jednak ograniczone do nowego implantu.

Mam nadzieję, że historia Argusa, nie zostanie zapomniana. Zresztą to historia, która wciąż trwa. Generalny wydźwięk jest taki - to fantastyczna technologia, ale fatalna firma. Nie wszyscy pacjenci byli zachwyceni wynikami. Jak każda procedura medyczna i tu nie brak efektów ubocznych, dość częstym jest poczucie “dizzyness” (zawroty głowy lub oszołomienie). Niektórzy pacjenci wspominają, że obiecywano im kolejne etapy i rozwój technologii… 250 pikseli, widzenie kolorowe… Obecnie mają prawo czuć rozgoryczenie, nie wspominając o potencjalnych problemach ze skanami MRI, kłopotami z ewentualnym usunięciem ciała obcego itd… Inni jednak od lat cieszą się większą samodzielnością i choćby namiastką wzroku.

Jeroen Perk, nasz narciarz/łucznik, to wyjątkowy szczęściarz, jego VPU (visual processing unit, takie pudełko które przerabia obraz z kamery w okularach na sygnał do 60 elektrod umieszczonych na siatkówce) upadł i strzaskał się. Ostatecznie miał ogrom szczęścia bo dotarł do byłego pacjenta, który zrezygnował z używania implantu i chętnie oddał mu swoją VPU. Perk do dziś cieszy się bionicznym wzrokiem.

Warto mieć świadomość, że mimo kłopotów Second Sight odniosło sukces, gdzie masa innych startupów poległa. Może cała ta historia sprawi, że wkład Argusa nie ograniczy się do pchnięcia technologii do przodu i poprawy życia garści ludzi. Może pomoże również lepiej dbać o sytuację pacjentów eksperymentalnych technologii tego typu. Firma Neuralink powstała długo przed problemami Second Sight, jednak od początku planowali, że ich implanty mają być mało inwazyjne i usuwalne. Bo elektronika nie tylko potrafi się psuć, ale przede wszystkim może się starzeć. Więc perspektywa wymiany na nowszy, lepszy model czy po prostu usunięcia, wydaje się być kluczowa.


Źródła:
Their bionic eyes are now obsolete and unsupported
Teksty o Neuralinku na Węglowym


niedziela, 5 czerwca 2022

SS#19 - Kurczak bez głowy

“Szybko, jeszcze szybciej” te słowa przewijały się przez film “Home” z 2009 roku. Odnosiły się do różnych aspektów naszej cywilizacji, głównie do ogromnego parcia na konsumpcjonizm, czyli również na szybszą produkcję, na ciągłe zwiększanie skali.

Przemysłowa hodowla kurczaków jest dość potwornym procesem. Chów klatkowy w zasadzie oznacza dla drobiu całe życie spędzone w cierpieniu. Paul Thompson, pracujący dla Kellogg’s filozof (wspominam o marce, bo delikatnie mówiąc nie ma ona zbyt dobrej etycznie opinii), zasugerował kiedyś, że niewidome kurczaki lepiej znoszą ścisk, więc wartym rozważenia byłoby hodowanie niewidomych kurczaków na mięso. Bo wiecie, byłoby im lepiej, wróć, mniej źle. Niedawno jednak pewien student architektury i zapewne fan pewnego filmu z 1999, Andre Ford, zaproponował coś innego. A gdyby tak usuwać kurczakom korę mózgową, zostawiać tylko pień mózgu, żeby kontrolował funkcje organizmu? Z pewnością taki kurczak nie odczuwałby żadnego cierpienia.

Od bardzo dawna (“Nie mam ryjka, a muszę kwiczeć” 2018) nie pisałem notek z cyklu “scary shit”. Ostatnio jednak trafiłem na trochę “wdzięcznego materiału”, więc szykuje się reaktywacja. Co roku w hodowli rodzi się i ginie kilka miliardów kurcząt przeznaczonych na mięso. Jakkolwiek upiornie brzmi w pierwszej chwili rozwiązanie Forda… to rzeczywiście, trudno cierpieć bez kory mózgowej. Według artykułu z Wired w samej Wielkiej Brytanii rocznie 800 milionów brojlerów dorasta w kilka miesięcy, nigdy nie doświadczając naturalnego światła, by po siedmiu-ośmiu tygodniach skończyć w ubojni lub umrzeć z niby-naturalnych przyczyn, bo ich serca i płuca nie nadążają za szybko rosnącymi ciałami.

Popyt tyczy się tkanki mięśniowej, nie mózgu, więc ten można odrzucić, zostawiając tylko niezbędny pień. Ford wyobraża sobie farmy wertykalne z unieruchomionymi ptakami z podłączonymi rurkami żeby doprowadzać co potrzebne i odprowadzać co nie potrzebne. Gęstość takiej hodowli byłaby blisko czterokrotnie większa niż w przypadku ciasnych klatek. Pozostaje tylko elektryczna stymulacja mięśni i po sprawie...

Czy podoba mi się to rozwiązanie? Ani trochę. Czy mam na to emocjonalne argumenty? Jasne - brzmi to jak horror. Jednak jeśli alternatywą jest upiorna rzeczywistość zwierzęcych obozów koncentracyjnych, jeśli celem jest redukcja cierpienia, to sprawa nie jest tak prosta. Tyle, że to fałszywa alternatywa, bo opcji jest więcej.

Innymi słowy, są też merytoryczne argumenty, żeby nie pochylać się zbyt mocno nad tym pomysłem. Artykuł z Wired jak się okazuje ma już dziesięć lat. Koncepcje Forda nie weszły w życie. Natomiast raczkująca wówczas idea hodowli komórkowej mięsa zbliża się do dojrzałości i półek sklepowych.

Mowa tu o hodowli mięsa bez zwierzaka, namnażaniu interesującej nas tkanki bez nerwów, kości, skóry czy innych zbędnych rzeczy. W tym również bez cierpienia, a na dłuższą metę, przy odpowiedniej skali i dojrzałości technologii, powinno to być wydajniejsze i lepsze dla środowiska niż tradycyjna hodowla.


Źródło: Wired


niedziela, 27 czerwca 2021

Co nowego w klimacie? Zapowiedź raportu IPCC 2022

Wstępna wersja raportu IPCC, który ma się ukazać w 2022, został pokazany francuskiej agencji prasowej AFP. Trafili w dobry moment. Po fali upałów przez europę przetoczyły się straszliwe burz, gradobicia wielkości piłek golfowych a Czechy i Polskę nawiedziły trąby powietrzne. Ot, przedsmak tego co sobie szykujemy.

Raporty IPCC to monumentalne prace, liczące tysiące stron. Piąty raport z 2014 roku stworzyło ponad ośmiuset ekspertów (meteorologów, fizyków, oceanografów, statystyków, inżynierów, ekologów, socjologów, ekonomów) z kilkudziesięciu krajów. Na szósty przyjdzie nam jeszcze poczekać, podobnie jak w poprzednich na pewno powstaną dokumenty z podsumowaniami i jeszcze krótsze destylaty dla decydentów. Ale już teraz wiadomo, co nie powinno być zaskakujące, że będzie jeszcze bardziej dewastującą lekturą niż poprzednie.

Według francuskiej prasy tekst brzmi jak czterotysięcznostronnicowy akt oskarżenia wobec ludzkości. Kreśli przyszłość jeszcze ciemniejszą i jeszcze bliższą. Mówi wprost o tym jak fundamentalnie zmiany klimatyczne odmienią życie na Ziemi w najbliższych dekadach. Daje do zrozumienia, że jest to nieuniknione i obecnie możemy tylko ograniczać skalę katastrofy.

Dalsze wymieranie gatunków na bezprecedensową skalę, częstsze zarazy, śmiercionośne upały, zapaści ekosystemów, tonące miasta - to już nie ostrzeżenia dla wnuków i dzieci, tylko realny obraz 2050 roku, to znaczy, że za mniej niż trzy dekady. Przy takich rozważaniach pada czasem pytanie, czy w takim razie już za późno i nic nie ma znaczenia? Oczywiście, że nie. Najlepszym krótkim wyjaśnieniem jakie widziałem od dawna jest grafika, którą umieściłem powyżej.

Istotne jest, że jest szereg punktów krytycznych o których pisałem wielokrotnie są coraz bliżej. Czy XXI wiek będzie walką o przetrwanie, czy tylko niełatwą drogą do lepszej przyszłości? Niestety IPCC raz jeszcze mówi jasno, że zmiany klimatyczne cechuje głęboka niesprawiedliwość - najmniej odpowiedzialni ucierpią najbardziej. Deklaracje wielu państw, cele redukcji nie idą w parze z emisjami, które wciąż osiągają rekordowe poziomy. Mówimy tu o ilościach gazów cieplarnianych, które dalece przekraczają zdolność oceanów czy lasów do ich pochłaniania. W efekcie mamy coraz więcej pożarów lasów, a zakwaszane oceany stara się groźne dla życia. Zagrożone są podstawy wielu łańcuchów pokarmowych, więc ich śmierć może pociągnąć za sobą całe ekosystemy.

Paryskie Porozumienie z 2015 miało na celu “Powstrzymanie ocieplenia znacznie poniżej 2’C (względem preindustralnych temperatur) i starania by ograniczyć ocieplenie 1,5’C.”. Według IPCC jesteśmy na kursie na 3’C. A już 1,5’C może wywołać “postępujące, poważne, trwające setki lat a w pewnych przypadkach nieodwracalne konsekwencje”. Na ten moment Światowa Organizacja Meteorologiczna przewiduje, że mamy 40% szans na przekroczenie poziomu 1,5’C ocieplenia już 2026. Już niedługo sezony pożarowe będą dłuższe i obejmą dwukrotnie większe obszary. Degradacja bioróżnorodności będzie postępować. Rafy koralowe są praktycznie skazane na śmierć. Zmiany klimatyczne zagrażają ekosystemom na których polegają miliony ludzi.

Połowa obecnego stulecia, nawet przy optymistycznym założeniu, że do tej pory ocieplenie będzie nie większe niż dwa stopnie i tak wygląda ponuro. Głód dotykający dziesiątek milionów, dodatkowe 130 milionów ludzi zepchniętych pod próg ubóstwa w ramach postępujących nierówności. Linie brzegowe świata 2050 roku będą frontem walki z podnoszącymi się oceanami i coraz częstszymi i silniejszymi ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi. Niedobór wody ma dotknąć od 350 do 410 milionów ludzi, podobnie jak potencjalnie zabójcze fale upałów.

Każdy rok zwłoki zwiększa koszty adaptacji o dziesiątki miliardów dolarów. Najlepszy czas na działanie zawsze będzie wczoraj, rok temu, dekadę temu. Czyli teraz. “Przeciek” AFP wymienia kilka z tuzina zidentyfikowanych przez naukowców punktów krytycznych. Wśród nich topnienie Zachodniej Antarktydy i Grenlandii, które mogą być nieuniknione w świecie cieplejszym o dwa stopnie, a które wystarczą by podnieść poziom wód o 13 metrów. Innym jest przemiana części dżungli amazońskiej w stepy. Kolejnym jest topnienie “wiecznej” zmarzliny w regionach Syberii i Alaski, gdzie miliony ton węgla są utrzymywane w gruncie tylko i wyłącznie przez niskie temperatury.

Tak często mówi się w 2021 o wracaniu do “normalności”. Wiem, że chodzi o post-pandemiczną normalność, wiem jak wiele tragedii sprowadził COVID, ale wracanie do normalności nie powinno być naszym celem. IPCC równocześnie stanowczo mówi o sieci powiązanych wyzwań, które nas czekają, ale podkreśla, że można wiele zrobić by powstrzymać najgorsze scenariusze. Istnieje cała masa źródeł emisji cieplarnianych (energetyka, rolnictwo, przemysł, transport). Istnieją również liczne sposoby by je ograniczać - bezpieczna, niezawodna i niskoemisyjna energetyka jądrowa, diety mocniej oparte o produkty roślinne, nowatorske rozwiązania przemysłowe, elektryfikacja transportu, miasta projektowane z myślą o ludziach a nie o samochodach… Warto pamiętać, że punktem wyjścia takich zmian (jeśli mają być globalne) będzie musiała być polityka. W tym celu jak zawsze konieczna jest edukacja - zarówno ludzi młodych jak i społeczeństwa jako całości. Presję na polityków wywierają różne oddolne inicjatywy jak choćby Extinction Rebellion. Największy wpływ na klimat ma bardzo drobna część ludzkości, która dołoży starań by wpędzać Was w poczucie winy i przekonywać o sprawczości małych, pozornych działań. Warto zmniejszać osobisty ślad węglowy, a przede wszystkim warto wywierać wpływ na innych poprzez polityków.


Informacje o powstającym raporcie IPCC pochodzą z tych dwóch źródeł:
https://phys.org/news/2021-06-climate-impacts-sooner.html
https://phys.org/news/2021-06-climate-impacts-nature.html

Za konsultacje przy tekście dziękuję Konradowi Klepackiemu!


wtorek, 13 listopada 2018

SS#18 - Nie mam ryjka, a muszę kwiczeć

Aktualizacja 18.04.2019: Tym razem naukowcy z Yale użyli systemu BrainEx żeby przywrócić do życia  mózgi świń zabitych kilka godzin wcześniej. Komórki zaczęły przyjmować glukozę i tlen. Zespół twierdzi, że neurony nie działały tj. nie przekazywały informacji. Tak więc notka nie straciła na aktualności.

Dawno nie było notki w tym cyklu, ale jak tylko zobaczyłem nagłówki, wiedziałem, że będę chciał o tym napisać. Na uniwersytecie Yale przywrócono do życia ponad sto mózgów świń. Pośmiertnie. Po oddzieleniu od reszty ciała. To potencjalnie równie przerażające jak eksperymenty Siergieja Briuchonienki z psimi głowami. Ale tamto było 1939. W Rosji.

Nasze mózgi ewoluowały wraz z naszymi ciałami. Mają bardzo konkretną rolę - kierują ciałem, jego członkami, organami, procesują dane wejściowe itd. Błony komórek nerwowych wyposażone są w pompy sodowo-potasowe, które nieustannie pompują jony, tak by wytworzyć różnicę potencjałów potrzebną by neurony “odpalały”. Między innymi (głównie? Czy na sali jest neurofizjolog?) dlatego mózg pochłania nawet jedną czwartą kalorii z naszej codziennej diety. Co się dzieje, kiedy zabierzemy mu zajęcie?

Istnieją teorie, że neurony pozbawione stymulacji, “odpalają” samoczynnie lub że aktywują je synapsy sąsiadów. To miałoby tłumaczyć niektóre bóle fantomowe, a także omamy wzrokowe i słuchowe, które zdarzają się ludziom w podeszłym wieku, którzy utracili wzrok lub słuch. Z pewnością słyszeliście również o komorach deprywacyjnych - zbiornikach odciętych od dźwięku i światła, gdzie użytkownik unosi się w cieczy o temperaturze ludzkiej skóry i odpowiedniej wyporności. Przebywanie w takowej ponoć niejednokrotnie wywołuje halucynacje. A to przecież tylko namiastka prawdziwego oderwania mózgu od… cóż wszystkiego.

Mózgi świń zostały podłączone do urządzenia, które pompowało nasycony tlenem płyn, co umożliwiło neuronom normalne funkcjonowanie, czyli życie nawet do 36 godzin. Myślę, że jest bardzo sporo rzeczy gorszych od śmierci. Bycie mózgiem pozbawionym ciała jest prawdopodobnie bardzo wysoko na tej liście. Stan absolutnej nicości, bez jakiegokolwiek punktu odniesienia, świadomości upływającego czasu, prawdopodobnie w zalewie psychodelicznych urojeń dotykowych, słuchowych, węchowych, smakowych i wizualnych.

Naukowcy z Yale uspokajają, że elektroencefalogram tych mózgów był płaski. Ma to oznaczać stan analogiczny do śpiączki… Tyle, że śpiączka niekoniecznie tożsama jest brakiem jakichkolwiek doznań i aktywności mózgu. Mam nadzieję, że te świnie istotnie niczego nie doświadczyły w wyniku tych eksperymentów.

Myślę, że nie ulega wątpliwości, że jeśli nawet jej nie przekroczyliśmy, to jesteśmy na granicy czegoś bardzo przerażającego. Byłoby świetnie, gdyby naukowcy podjęli odpowiedzialną debatę na temat tego jak ją przekraczać, bo postępu i nauki nie powstrzymamy (i dobrze). Może ktoś pomyśli, że to po prostu jak komora deprywacyjna tylko bardziej, ale myślę, że to nawet nie zbliża się do opisu stanu w jakim może znaleźć się taki mózg. Paraliż senny, panika bez początku i końca, nicość, fantomowy ból całego ciała...

Na koniec jedna uwaga - to co wyczytałem o śpiączce i EEG nie jest w pełni jasne i konsekwentne, może ktoś kto zna się lepiej pocieszy mnie, że płaskie EEG rzeczywiście ponad wszelką wątpliwość oznacza, że świnki nic nie czuły.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


Źródła:
https://pittsburgh.cbslocal.com/2018/05/17/pig-brain-reanimated-ethics/
https://www.technologyreview.com/s/611007/researchers-are-keeping-pig-brains-alive-outside-the-body/
https://bigthink.com/stephen-johnson/scientists-successfully-reanimate-the-brains-of-decapitated-pigs
https://www.theguardian.com/science/2018/apr/27/scientists-keep-pigs-brains-alive-without-a-body-for-up-to-36-hours
http://theconversation.com/scientists-reanimate-disembodied-pigs-brains-but-for-a-human-mind-it-could-be-a-living-hell-95903
https://pdb101.rcsb.org/motm/118
https://en.wikipedia.org/wiki/Sensory_deprivation#Psychedelic_effects

Fotka 1: Wikimedia commons (Gaetan Lee)
Fotka 2: Max Pixel

środa, 20 stycznia 2016

SS#17 - W USA dorastają ludzko-zwierzęce chimery

W chwili gdy czytacie ten tekst, w kilku miejscach USA ciężarne krowy i owce noszą w brzuszkach ludzko-zwierzęce chimery. Dzieje się to mimo zakazu fundowania takich badań przez National Institutes of Health (NIH). Jak widać jest to na tyle pociągające, że i bez ich finansowania udało się zorganizować takie eksperymenty.

W ciągu ostatniego roku, tylko na terenie Stanów Zjednoczonych, rozpoczęto hodowlę co najmniej 20 chimer posiadających ludzkie i nieludzkie DNA… Wystraszeni? Niesłusznie. Nie mogłem się opanować przed potraktowaniem Was odrobiną strasznego tonu. W rzeczywistości nikt nie hoduje potworów. Docelowo chodzi o całkiem normalne zwierzęta, w ciałach których mają rozwinąć się pojedyncze ludzkie organy. Jednak z racji przesadnych według wielu naukowców i oczywistych według opinii publicznej obaw, żadna z tych ciąży nie osiągnie końca.

Przypadki chimeryzmu zdarzają się w naturze. Lydia Fairchild usłyszała, że nie jest matką swoich rodzonych dzieci po badaniach DNA, które miały zweryfikować ojca. Później okazało się, że jej organy rozrodcze były genetycznie odmienne od jej krwi. Jak się okazało, kobieta była swoją własną bliźniaczką - jej organizm wykształcił się z połączenia dwóch zygot. Lydia Fairchild przeżyła całe życie w dobrym zdrowiu.

W przypadku prowadzonych właśnie eksperymentów zjawisko takie wymusza się manipulując kilkudniowymi embrionami zwierząt. Już w poprzedniej dekadzie naukowcy pokazali jak wyhodować dodatkowe oczy lub kończyny u płazów (wybranych ze względu na ich zdolności regeneracji). Polegało to na wszczepieniu komórek macierzystych w odpowiedni punkt ciała lub embrionu i “programowaniu” ich tak by odpowiednio się rozwijały. Przez programowanie, w wielkim uproszczeniu rozumiem wstrzykiwanie białek, które włączają partie DNA odpowiedzialne za rozwijanie oka lub nogi.

Teraz naukowcy modyfikują DNA świni lub owcy tak, by były genetycznie niezdolne do wykształcenia np. wątroby, po czym umieszczają w embrionie ludzkie komórki, które mają wykształcić brakujacy organ. Mam nadzieję, że nie muszę podkreślać ani ogromnego niedoboru organów do przeszczepu, ani tego jak kłopotliwe jest życie po przeszczepie. W idealnym układzie mówimy o śwince, w której np. bije serce, które będzie zgodne z docelowym biorcą. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale wydaje się realne i najlepsze na ten moment.

W tym kontekście, etyk NIH bijący na alarm i mówiący o widmie inteligentnej myszy, siedzącej gdzieś w laboratorium i krzyczącej “chcę wyjść” jest delikatnie mówiąc niepoważny. Nie mam nic przeciwko ich obawom wobec zmian “stanu kognitywnego” zwierząt. Ale już ponad dwa tysiące lat temu Hipokrates napisał “Trzeba wiedzieć, że z mózgu samego płyną nasze przyjemności, radość, śmiech, wesołość, a także nasze smutki, ból, żałość i łzy...”, więc utrudnianie tych konkretnych badań wydaje się niestosowne.

Jednocześnie MIT Technology Review słusznie zwraca uwagę, że w badaniach już od jakiegoś czasu używa się “zhumanizowanych” zwierząt. Na przykład myszy z ludzkim systemem immunologicznym, na których można badać różne leki i terapie. Myszy takie tworzy się poprzez przeszczepianie fragmentów ludzkiej grasicy i wątroby do nowonarodzonych zwierząt. Powstają po to by chorować i być leczonymi na różne sposoby, często nieskuteczne lub szkodliwe.

Miliony zwierząt na całym świecie jest hodowanych z myślą o wylądowaniu w naszych żołądkach, teraz niektóre z nich mogą być hodowane z myślą o tym by skończyć częściowo w naszych klatkach piersiowych. Zanim jednak do tego dojdzie naukowcy muszą się upewnić, że świnia, oddzielona od człowieka 90 milionami lat ewolucji może przetrwać z ludzkim sercem. Samo badanie niedonoszonych płodów nie wystarczy.


Źródła:
MIT Technology Review
Daily Tech


środa, 17 grudnia 2014

SS#16 - Duch w pancerzu

“Świat jest dziwny. Cały wszechświat jest dziwny, ale gdy spojrzeć na detale, zasady gry są bardzo proste (...) w nieskomplikowanej sytuacji można dokładnie przewidzieć co się stanie. To jak szachy. Jeśli jesteś w narożniku i jest tylko kilka figur, możesz przewidzieć dokładny przebieg wydarzeń. Ale w prawdziwej grze, jest ich tak wiele, że tego nie przewidzisz (...). Trudno w to uwierzyć, to niesamowite, większość ludzi nie wierzy, że na przykład moje zachowania, to wypadkowa wielu, wielu atomów przestrzegających bardzo prostych zasad”

- Richard Feynman, “Take the world from another point of view”


Od lat intuicja naukowców podpowiada, że w mózgu nie ma niczego magicznego ani nadnaturalnego. Nasze zachowania, charakter, gusta, upodobania, nawyki, wszystko to jest wynikiem bardzo dużej liczby neuronów splątanych w konkretny sposób. Nie ma nic co by wskazywało, że jest inaczej. A z dnia na dzień przybywa dowodów, że to “konektom”, czyli mapa sieci połączeń neuronowych determinuje kim jesteśmy.

Trudno ogarnąć wyobraźnią stopień złożoności 85 miliardów neuronów połączonych ponad stu bilionami połączeń. Dlatego rozsądni naukowcy zaczynają od czegoś prostszego. Nicień caenorhabditis elegans liczy sobie zaledwie tysiąc komórek. W tym 302 neurony i siedem tysięcy połączeń.

Od dość dawna planowałem pisać o projekcie OpenWorm. To otwarty projekt naukowy, którego celem jest wierna, wirtualna symulacja tego prostego zwierzęcia na poziomie komórkowym. Choć naukowców czeka jeszcze długa droga, zaczynają pojawiać sie pierwsze imponujące efekty. Miesiąc temu konektom nicienia tchnął życie w programowalnego robota LEGO...

Wystąpienie Paula Roota Wolpe z 2010 wciąż pozostaje jednym z moich ulubionych TED talków. Wspomina w nim o robocie sterowanym przez mózg minoga połączony z maszyną elektrodami. Robot w kształcie wózka z dwoma kółkami zamiast procesora i programu miał zwierzęcy mózg, który otrzymywał dane o źródłach światła oraz wysyłał impulsy które kierowały ruchem kół. Można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z bardzo prymitywną protezą całego ciała.

W przypadku dokonania badaczy z OpenWorm sytuacja jest inna. Nie użyto prawdziwego, w pełni działającego mózgu. Zastosowano model, który zapewne każdy szanujący się neurolog nazwałby prymitywnym. Wirtualne neurony mają swoje adresy IP a impulsy nerwowe symulują pakiety UDP. Mimo to robot “wykazał zachowania podobne do obserwowanych u C. elegans”. Zanim skomentuję dlaczego to tak niesamowite, zapraszam do obejrzenia nagrania, które może niektórych rozczarować:



OK. To robot obijający się o ścianę. Ale czego się spodziewaliście po pierwszych krokach w tworzeniu wirtualnego umysłu!? Pewnie nie zaskoczyłby Was nicień obijający się o ścianę i szukający innej drogi. Do tego mówimy tu o umyśle śliskiego robaka uwięzionym w pudle na kółkach, które można kupić w sklepie z zabawkami.

Na wypadek gdyby ktoś nie był pod wrażeniem wyjaśniam… Ostatnie lata pokazały, że pojedynczy neuron jest bardziej złożony i wyrafinowany niż sądzono. W 2013 badania pokazały, że dendryty pojedynczego neuronu wykonują “obliczenia”. Niektóre plany symulacji mózgu zakładają wykorzystanie osobnych, prostych i niewielkich procesorów dla każdego neuronu. Tymczasem tak prosta symulacja zaimplementowana w robocie wystarczyła by działał.

Oczywiście teraz należy czekać na dokładniejsze eksperymenty, robota który lepiej oddaje ciało nicienia umieszczonego w otoczeniu przypominającym jego naturalne środowisko. Wywołuje to jednak we mnie mieszankę trzech emocji. Ekscytacji, że to pierwszy kroczek na bardzo długiej drodze. Dreszczyku na myśl o tym co czeka nas na jej końcu. Oraz rozbawienia, że takie wyniki dostarcza otwarty projekt naukowy a nie amerykański BRAIN Initiative (planowany budżet 3 miliardy dolarów) czy europejski Human Brain Project (planowany budżet 1,91 miliarda euro).


Źródła:
A Worm’s Mind In A Lego Body
Wriggling worm is a breakthrough for artificial life
Strona projektu OpenWorm
TED: It’s time to question bio-engineering
Pojedyncze neurony mogą dokonywać obliczeń


poniedziałek, 2 czerwca 2014

SS#15 – Potwierdzone: decyzjami można bezpośrednio manipulować

Brainscan Theme


Z jednej strony to oczywiste. To po prostu kolejny eksperyment, żaden przełom czy nowy kierunek rozwoju. Z drugiej strony po raz pierwszy pokazano tak dosadnie, że można bezpośrednio wpłynąć na mózg i zmienić decyzję naczelnego. Przekroczono pewną granicę.


Połączone siły trzech zespołów z Belgii i USA wykazały jak elektryczna symulacja VTA – pola brzusznego nakrywki (obszar głęboko w śródmózgowiu) może zmienić decyzję makaka, odbierając mu wolną wolę. Wpierw sprawdzono jakie są preferencje poszczególnych małpek, gdy mają wybrać między dwoma obrazkami. Jedne np. wybierały rysunek piłki, inne gwiazdki. Kiedy naukowcy znali już preferencje danego osobnika zaczęli symulować VTA impulsami elektrycznymi. W efekcie udało się zmienić obserwowane wcześniej preferencje.

Obszar VTA odgrywa rolę w układzie nagrody, w związku z czym badanie wykazało, że stymulacja może też warunkować obiekty (budować „odruchy Pawłowa”). Mówiąc wprost – jednym przełącznikiem można było sprawić, że makaki preferujące obrazek A, wybierały obrazek B. Autorzy badania wspomnieli, że skuteczność stymulacji była różna pomiędzy osobnikami i spekulują, że istotne może być to, jak precyzyjnie umiejscowiono elektrodę w mózgu.

Naukowcy wyjaśniają też, że oczywiście daleko nam jeszcze do zmieniania małp w roboty. Makaki musiały wcześniej zostać nauczone gry polegającej na wybieraniu obrazków, nie obyło się bez nagród w postaci soku owocowego.

To badanie to tylko część naszych zabaw z mózgiem. Ostatnio pisałem o eksperymencie z małpim „awatarem” (Marionetkowe makaki), o wpływaniu na mózg wspominał profesor Vetulani w naszej rozmowie (Wywiad z Człowiekiem Roku), a kto jeszcze nie widział rezultatów DBS (deep brain stimulaiton) w przypadku choroby Parkinsona niech szybko zobaczy to nagranie. Obecnie DARPA pracuje nad implantami, które miałyby leczyć zespół stresu pourazowego.

Obłęd na tle spiskowych teorii, chipowanych mózgów czy uśpionych agentów, który wykwitł w okresie zimnej wojny już nie będzie kompletnie absurdalny. W końcu teraz wiemy, że to możliwe. Pacjenci poddawani zabiegom na mózgu będą mieli uzasadnione powody do (bezpodstawnej jeszcze przez jakieś 10-20 lat) paranoi.


Przypisy:


niedziela, 2 marca 2014

SS#14 – Marionetkowe makaki

Toto – Dune Main Title


Kilka miesięcy temu w Cornell University odbył się eksperyment rodem z horroru lub filmu SF. Dwa makaki unieruchomiono w jednakowej pozycji. Jednemu „nadrzędnemu” osobnikowi wszczepiono implant do mózgu, który monitorował aktywność około stu neuronów. Drugi osobnik został poddany sedacji. W jego rdzeniu kręgowym umieszczono 36 elektrod. Wcześniej pierwsza małpa przeszła szkolenie w ramach którego za pomocą joysticka przesuwała kursor na ekranie na wskazane miejsce, by dostać nagrodę. Jednocześnie trening przechodził komputer porównujący ruchy ręki makaka z aktywnością obserwowanych neuronów. Wreszcie, w tym samym czasie, zespół analizował jak stymulacja pnia nerwowego poszczególnymi elektrodami przekładała się na ruchy drugiej małpki. Kiedy rozpoczęto eksperyment „nadrzędna” małpka widziała ekran tak jak we wcześniejszych testach jednak nie kierowała kursorem tak jak do tej pory (nie udało mi się dowiedzieć, czy miała jednak w ręce atrapę joysticka). Kursor przesuwała ręka drugiej, nieprzytomnej małpki. Ręka kontrolowana przez aktywność mózgu „nadrzędnego” makaka.

W 98% przypadków aktywność neuronów w mózgu (dekodowana na żywo i sterująca neuronami w rdzeniu drugiego zwierzęcia) przyniosła pożądany efekt – ręka małpy poddanej sedacji przesunęła kursor tam gdzie chciała tego przytomna kuzynka. To niesamowity wynik jak na dość surowy etap technologii. Można sobie wyobrazić jak dokładniejsze interfejsy mogłyby umożliwić pełną swobodę i dokładność ruchów oraz połączenie dwustronne. Wtedy i wrażenia dotykowe z kończyny trafiałyby do mózgu „sterującego”.

Pewnie nie muszę tego przypominać, ale tytuł cyklu „Scary Shit” należy traktować z przymrużeniem oka. Oczywiście perspektywa mózgu jednej istoty kierującego ruchem ciała drugiej istoty chyba u każdego wywoła jakąś reakcję, od dyskomfortu po lęk. Ale eksperyment z Cornell University to bardzo przekonująca prezentacja potencjalnej terapii dla osób z uszkodzonym rdzeniem kręgowym. Nie bez powodu użyto dwóch małp – między mózgiem jednej małpki a ręką drugiej nie istniało fizjologiczne połączenie, a osiągnięto zamierzony cel, choć użyto bardzo surowej wersji mechanizmu. To nie jest powód do strachu, to źródło nadziei dla chorych. Zapewniam, że każdy sparaliżowany dałby wiele by choćby w 25% przypadków mógł poruszyć swoimi kończynami.


Źródła:
A cortical-spinal prosthesis for targeted limb movement in paralysed primate avatars
Brain signals move paralyzed limbs in new experiment
Scientists allow monkey to control another moneky’s body
Master monkey’s brain controls sedated “avatar”


niedziela, 8 grudnia 2013

SS#13 - Nie takiego RoboCopa oczekiwaliście

Basil Poledouris – RoboCop


Oto K5, czyli prototyp z firmy (startupa) Knightscope. Opisywany jest jako „autonomous technology platform” i jako „autonomous data machine”. Wygląda jak Dalek zaprojektowany przez twórców gry Portal. Ma się zachowywać jak połączenie czujnego sąsiada i policjantów z Raportu Mniejszości. Nie strzela, nie zakuwa w kajdanki. Ale oczywiście już budzi kontrowersje.

Tak konkretnie, bez nawiązań i okrężnych metafor, ten kuzyn R2D2 (już przestaję!) to robot, który może samodzielnie poruszać się po mieście w wyznaczonym terenie. Oprócz wprowadzonej mapy i GPSa jest naszpikowany czujnikami, dzięki którym może omijać ludzi czy też ruchome i stojące przeszkody, patrolując wyznaczone trasy. Rejestruje to co dzieje się dookoła (zwykła kamera, noktowizor, termowizja, mikrofon), rozpoznaje twarze, powinien być w stanie rozpoznać broń palną, identyfikuje numery rejestracyjne i może je porównywać z bazą np. pojazdów dopuszczonych do przebywania na danym terenie lub oznaczonych jako poszukiwane/niebezpieczne. Twórcy wspominają też o dobrze brzmiącej „analizie behawioralnej”, „biologicznej, chemicznej i radiacyjnej detekcji”, oraz „analizie przewidującej” (predictive analytics).


Trudno na tym etapie oceniać skuteczność prototypu. Można jednak przyjrzeć się technologiom, które się na niego składają. Ogólnie powiedziałbym, że żadna nie jest ściemą. Poruszanie się dzięki lidarowi (laserowy radar – rzucamy kreski lub siatkę światła na obszar przed nami, następnie oglądając zakrzywienia budujemy sobie mapę otoczenia) jest już szeroko stosowane w samodzielnych samochodach i quadcopterach. Rejestracja obrazu i dźwięku chyba nie wymaga komentarza. Co ciekawe – kwestie nagrywania obrazu w przestrzeni publicznej są już całkiem nieźle uregulowane, w przeciwieństwie do dźwięku. Analiza „biologiczna i chemiczna” – no cóż, mamy do tego różne urządzenia i metody, więc czemu nie. Radiacja tym bardziej. Rozpoznawanie obrazów – NEIL ponoć nie tylko świetnie rozpoznaje różne przedmioty, ale i potrafi nadać im pewien kontekst. Więc rozpoznanie broni, bądź dłoni trzymającej broń, nie wydaje się niczym niemożliwym.

Co do analizy behawioralnej – urządzenia typu Kinect i cały szereg technologii mocapu pokazują, że maszyna może rozpoznać człowieka i rejestrować jego ruchy. Nietrudno wyobrazić sobie, że algorytmy działające w grach mogą wyróżnić agresywne zachowanie. Na koniec przewidywanie przestępstw. To działka Big data. Niektóre rozwiązania płynące z nieprzebranych oceanów danych brzmią jak magia. Ale statystyka jest nieubłagana i wsparta analizą behawioralną (np. charakterystycznym poruszaniem się osoby na parkingu samochodowym sugerującym, że szuka celu) pozwala przewidzieć, że w danym miejscu o danej porze może dojść do przestępstwa. Głównym celem K5 nie ma być nagrywanie przestępców i alarmowanie policji. To ma być ostateczność. K5 ma być tam gdzie trzeba, by do przestępstwa w ogóle nie doszło.

Twórcy Knightscope mówią, że idea takiego robota narodziła się po strzelaninie w szkole Sandy Hook w USA (największej w 2012 roku – zginęło tam 28 osób, w pozostałych dwunastu w tym roku zginęło „tylko” 14). Zatem twórcy chcieliby oczywiście by ich robot patrolował kampusy i tereny wokół szkół. Będę szczery – nie mam nic przeciwko. Generalnie jestem zwolennikiem Wielkiego Brata na ulicach. Tylko na ulicach. Z drugiej strony, trudno nie zastanawiać się jak będzie wyglądało pokolenie wychowane od małego w towarzystwie robotów pilnujących porządku. Zawsze będzie też istniało ryzyko, że obecność robotów uśpi naszą czujność, podczas gdy przestępcy będą się do nich włamywać. Ale może nakręcono już tyle filmów, że będzie to jedno z pierwszych zabezpieczeń o jakie zadbają twórcy?


Źródła:
Singularity HUB
Business Wire
Strona Knightscope


poniedziałek, 15 lipca 2013

SS#12 – Powrót eugeniki

Michael Nyman – Gattaca


16-letnia już Gattaca regularnie wymieniana jest jako przykład realistycznego SF, który może czekać już za rogiem. Ta „genetyczna dystopia” wylądowała nawet na pierwszym miejscu w rankingu wiarygodnych filmów SF, wyprzedzając Kontakt (nakręcony również w 1997 roku). Imię jednego z głównych bohaterów, Eugene, nie jest przypadkowe. Obraz Andrew Niccola pełen jest ludzi, których geny nie są efektem loterii między dwojgiem rodziców, ale starannego doboru i modyfikacji.

Być może pierwszy Eugene Morrow przyjdzie na świat za jakieś dziesięć lat? W teorii jest to już wykonalne. Współczesne syntezatory DNA mieszczą się na biurku i można je podłączyć do komputera kablem USB. W praktyce jednak maszynki te syntezują po kilkadziesiąt nukleotydów (dla porównania, człowiek ma ich trzy miliardy, bakterie od setek tysięcy do milionów). Zsekwencjonowanie genomu człowieka to obecnie koszt kilku tysięcy dolarów i czas około jednego dnia. To nie znaczy, że znamy przepis na idealnego człowieka.

Jednakże narodziny Connora Levy dwa miesiące temu otwierają nowy rozdział i nowe możliwości w medycynie. I ponad wszelkie wątpliwości wywołają one falę oburzenia i nawiązań do eugenicznych zapędów z poprzedniego stulecia, od tych naiwnych aż po te złowieszcze. A to dlatego, że embriony powstałe w ramach metody in vitro poddano sekwencjonowaniu genetycznemu i wybrano ten o najlepszym DNA. Do tej pory mogliśmy badać embriony najwyżej pod kątem wybranych defektów, np. błędnej liczby chromosomów. Analiza DNA pozwala stwierdzić, który embrion ma największe szanse by się zagnieździć i przetrwać ciążę.

Ale przecież DNA to znacznie więcej… Takie badanie pozwoli odsiać embriony obciążone do tej pory niewykrywalnymi chorobami genetycznymi. Jeśli dwa embriony mają równie dobre rokowania, ale jeden posiada gen zwiększający drastycznie szanse na chorobę nowotworową, to chyba również naturalnym będzie postawienie na ten mniej obciążony. Każdy rodzic przy zdrowych zmysłach będzie chciał jak najzdrowszego dziecka, każdy chciałby dać swoim dzieciom jak najlepszy start.

Ale przecież DNA to znacznie więcej… Niedawno świat obiegły „genetyczne portrety” artystki Heather Dewey-Hagborg. Zebrała ona kilka niedopałków i gum do żucia w Nowym Jorku i na podstawie pozostałego na nich DNA stworzyła rzeźby twarzy. W rzeczywistości jest to kolosalna spekulacja. Jak się okazuje analizowała ona tylko drobną część kodu, informującą o tym jakie prawdopodobieństwo na dany kolor oczu miały te osoby, sugerującą bardzo ogólnie pochodzenie (np. wschodnia Europa), szanse na otyłość czy typowy rozmiar nosa. Nasz wygląd w dużej mierze zawdzięczamy czynnikom środowiskowym. Jednakże mając kompletne DNA, można by powiedzieć całkiem sporo o cechach człowieka. A to otwiera drogę do dawania dzieciom lepszego startu na nowe sposoby. Tendencje do otyłości? Ciach! Rudy? Ciach! Niski? Ciach!... Jeśli tego zabronimy, pojawi się szara strefa. Biorąc pod uwagę to co dzieje się w Chinach i Indiach w pierwszej kolejności w odstawkę będą szły embriony dziewczynek. Nie sądzę by na tym się skończyło.

Ale przecież DNA to znacznie więcej… pojedyncze geny to tylko wierzchołek naszych ambicji. Nawet nie mówiąc o potencjalnym „tuningowaniu” DNA, a jedynie dobieraniu najlepszego możliwego połączenia genów dwojga ludzi (cokolwiek zinterpretujemy jako „najlepsze”), można zdziałać wiele. Chińscy naukowcy z Beijing Genomics Institute pobrali DNA tysięcy ludzi o wysokim IQ i poszukują fragmentów, które determinują intelekt. Twierdzą, że jeśli uda się je zidentyfikować, można by dobierać najinteligentniejszą zygotę od danej pary i poprawiać średnie IQ o 5-15 punktów w ciągu pokolenia.

To oczywiście obłędnie optymistyczna kalkulacja, tycząca się bardzo umownej i trudnej do zdefiniowania cechy. No chyba, że Chińczycy chcą mieć naród doskonale radzący sobie z testami na IQ, ale to da się wyćwiczyć… Do tego nawet zakładając (nierealny) przyrost o te 5 punktów w ciągu pokolenia, otrzymamy +20 w ciągu jakiś 80 lat. Jak odmienny będzie świat za 80 lat? Jak śmiesznie będą wyglądały eugeniczne zapędy Chin za 80 lat? Rozważania te prowadzimy oczywiście przymykając oko na umowność IQ jako wyznacznika inteligencji i fakt, że kluczowe znaczenie, poza DNA, mają jednak czynniki środowiskowe.

Oczywiście - jeśli jakiś czynnik ma choćby ułamkowy wpływ na coś na czym nam zależy, to pewnie mało kto przejdzie obok niego obojętnie. Spadające w ogromnym tempie koszty sekwencjonowania idą w parze z niesamowitymi możliwościami komputerów i superkomputerów. Chiny w czerwcu uruchomiły superkomputer Tianhe-2, dwukrotnie silniejszy od dotychczasowego rekordzisty. Ich potwór ma moc 33,86 petaflopsów (3,3 * 10^16 operacji na sekundę). Ułatwią one porównywanie DNA milionów ludzi z ich historią medyczną i „parametrami”, by zrozumieć kod genetyczny.

Sam fakt, że pojawiają się takie pomysły jak ten z BGI daje do zrozumienia, że wchodzimy w czas niezwykłych możliwości, wyzwań oraz problemów. Czeka nas wiele trudnych pytań. Warto się nad nimi zastanowić zanim nadejdzie przełom. To znaczy zanim zdrowe pary zaczną sięgać po metodę in vitro.


Źródła:
Pierwszy impuls do napisania tej notki
Ostatni impuls do tej notki
Lista realistycznych i nierealistycznych filmów według NASA
Takie tam pitu pitu, palcem po wodzie...
Artystka robiąca portrety na podstawie DNA
Wyjaśnienie czemu te portrety to lipa


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Scary Shit #11 – Półtora roku straszenia

Terranova – Never


Półtora roku temu rozpocząłem pisanie o nauce i technice. Tak się złożyło, że był to wpis poświęcony owadom-cyborgom, które konstruuje DARPA. Dzisiaj natomiast ruszył kickstarter, który w założeniu ma umożliwić każdemu zaimplantowanie karalucha i kierowanie nim za pomocą smartfona.

„Zabawka” polega na wprowadzeniu do czułków insekta drucików. Dzięki nim, można zdalnie stymulować nerwy tak, by owad czuł, że po danej stronie natrafił na ścianę, co sprowokuje go do skręcenia w przeciwną stronę. Druciki połączone są z „plecakiem” na grzbiecie karalucha, który zaopatrzony jest w niewielkie urządzenie Bluetooth. To w połączeniu z aplikacją na telefon pozwala zdalnie kierować owadem. Aplikację i efekty można zobaczyć w filmiku promującym kickstarterową kampanię. W skład „RoboRoach Kit” wchodzi „plecak”, bateryjka i trzy elektrody. Owada trzeba będzie zakupić osobno.

Nie podoba mi się to. Może jestem hipokrytą, bo jem mięso i nie mam nic przeciwko zwierzętom użytkowym. Może po prostu dla mnie granica znajduje się gdzie indziej. Zdalnie kontrolowane ćmy i żuki w laboratoriach DARPA wywołują dreszczyk, ale nie potępiam ich. Nie jestem wrogiem testowania leków i terapii na myszach, szczególnie, że znakomita większość tych badań dba o to by zwierzęta nie cierpiały. Do tego kiedy tylko będzie to możliwe, będę zwolennikiem tresowanych cyber-karaluchów a nawet cyber-myszy, które będą mogły odszukiwać ocalałych po trzęsieniu ziemi (nawet jeśli wpierw będą częścią ekwipunku wojskowego).

Jednak idea sprzedawania takiego sprzętu zwykłym ludziom, by mogli zmieniać żywe stworzenia w zabawki jest dla mnie nie do zaakceptowania. Nawet jeśli taki karaluch nie cierpi. Używając czegoś takiego fałszujemy zmysły zwierzęcia. Dla zabawy. Myślę, że gdyby George Orwell zobaczył coś takiego w latach 50. to nieprędko zmrużyłby oczy. Wiem jednak, że hakowanie zmysłów owada działa na wyobraźnię. Oczywiście można powiedzieć, że nie ma porównania między drażnieniem nerwu w czułkach karalucha, a ingerowaniem w ludzki mózg, ale skoro doszliśmy od silnika parowego do reaktora nuklearnego, to nie można wykluczyć, że kiedyś można by w wyrafinowany sposób fałszować doznania wzrokowe i słuchowe człowieka, tak by widział wroga w miejscu przyjaciela.

Dlatego TEDowe wystąpienie Paula Wolpe „It’s time to question bio-engineering” jest dziś jeszcze bardziej aktualne.


wtorek, 14 maja 2013

Scary Shit #10 – Dwoje we mnie

Danzig – Thirteen

Ktoś ostatnio spytał mnie czy cybernetyczny mózg w ogóle może istnieć, choćby w odległej przyszłości. Jak już tylko opanowałem połechtaną próżność, szybko odpowiedziałem „tak”. Bez względu na nasze przekonanie o wyjątkowości ludzkiego mózgu, fakty są takie, że to kłębek komórek. Jest ich skończenie wiele, tworzą strukturę o skończonej złożoności.

Do pojęcia jak działa ten niezwykły organ jest nam równie blisko jak daleko. Z jednej strony można powiedzieć, że wiemy bardzo niewiele, że dopiero się rozkręcamy. Z drugiej strony od 15 lat można mówić o protetyce mózgu. Implanty zapewniające głęboką stymulację mózgu (deep brain stimulation) wszczepiono 80 000 ludzi chorym na Parkinsona, epilepsję, przewlekły ból i inne dolegliwości. Do zrozumienia mózgu jest nam też coraz bliżej, bo coraz lepiej możemy analizować jego pracę. Bezinwazyjne skany mózgu są wciąż ulepszane. Obecnie ich rozdzielczość wynosi 0,04 mm. Najmniejsze neurony są wielkości 0,004 mm. Jeśli postęp technologii utrzyma tempo, to może już w 2020 będziemy mogli rejestrować pracę mózgu z dokładnością do pojedynczego neuronu. Dodajmy do tego komputery, które wciąż stają się coraz potężniejsze i potrafią przeszukiwać i interpretować coraz większe oceany danych a wnioski nasuną się same.

To nie będzie notka o tym, że czekają nas wszczepy mózgowe. Bo to już się dzieje. To nie będzie notka o tym, że czekają nas czasy, gdy myśli nie będą bezpieczne ani prywatne. Bo o tym napiszę kiedyś indziej. Mam w zanadrzu coś innego.

Hemisferektomia to ładne określenie na zabieg polegający na wyrżnięciu połowy mózgu. Zwykle powoduje połowiczny paraliż, ślepotę jednego oka, oraz pogorszenie sprawności intelektualnej. Nie jest to jednakże reguła. Pomijając, że możliwe jest odzyskanie praktycznie pełnej sprawności fizycznej, u niektórych pacjentów nie dochodziło praktycznie do żadnego pogorszenia zdolności kognitywnych. Medycyna zna między innymi przypadek z przełomu lat 70tych i 80tych, gdzie pacjent ukończył studia wyższe i uzyskiwał wynik powyżej średniej w testach IQ. Wniosek pierwszy – mózg jest w dechę i ma imponujące możliwości. Inne eksperymenty wykazały, że po urazie np. kory słuchowej, możliwe jest przejęcie jej funkcji przez inny obszar mózgu. Wniosek drugi – jedna półkula może zapewnić 100% funkcjonalności człowieka. Wiecie dokąd zmierzam?

Przed finałem jeszcze jedna ciekawostka. Wiecie jak śpią walenie? W ich przypadku oddech musi być świadomy, nieprzytomne zwierzę nie jest w stanie zaczerpnąć tchu. Badania aktywności mózgu potwierdziły, że delfiny śpią połówkami mózgu. Przez około ośmiu godzin dziennie, w dwugodzinnych cyklach, wyłączają one aktywność jednej półkuli mózgu. Druga jest mniej aktywna niż zwykle, ale kontroluje ciało. Wynurza się by wziąć wdech, unika przeszkód, wypatruje drapieżników. I tak na zmianę.

Pisałem już o tym, że cybernetyczne ciało, coś na kształt „całkowitej protezy” wydaje się nieuniknione. Prędzej lub później. Skoro jedna półkula może zapewnić pełną funkcjonalność, to znaczy, że możliwy powinien być dość makabryczny eksperyment rozdzielenia jednego człowieka na dwie, stuprocentowe osoby. Za mało jeszcze wiemy, by mieć pojęcie o skutkach czegoś takiego. Co ze wspomnieniami? Wygląda na to, że nawet pojedyncze wspomnienia są rozproszone w mózgu. Co z umiejętnościami? Każda półkula delfiniego mózgu wie jak rozpoznać drapieżnika i jak poruszać się w wodzie. Ale jak jest z człowiekiem? Jakie byłyby podobieństwa i różnice pomiędzy dwojgiem ludzi?

W tym momencie wiemy tylko jedno. Że to jest możliwe.


Źródła:
Restoring memory with a microchip
How to make a cognitivie neuroprosthetic
Hemispherectomy
Do whales and dolphins sleep?
How do whales and dolphins sleep without drowning?
Spatial resolution of non-invasive brain scanning
Autora grafiki nie znam, ale wygląda na to, że wpierw pojawiła się w tym artykule


PS. Mam wrażenie, że ta notka opisuje Paradoks Banacha-Tarskiego z piekła rodem.


wtorek, 23 kwietnia 2013

SS#9 - To jest Baxter, przez niego stracisz pracę


Trevor Jones - The Strangers Are Tuning


Szary człowiek coraz gorzej rozumie technikę i naukę, która go otacza w każdej chwili. Tylko częściowo spowodowane jest to szybko postępującą ich komplikacją. W znacznej mierze wynika to z tego, że choć żyjemy w czasach, gdy wszelkie informacje są na wyciągnięcie ręki, nie sięgamy po nie.­

Nikt nas też do tego nie zachęca. Ludzie, którzy inaczej zdychaliby z głodu krytykują GMO, zdrowi dzięki medycynie krytykują szczepionki, siedząc w samochodzie z LDW i GPSem klepią SMSy marudzące na technologię. Nie wymagam od nikogo szczegółowej wiedzy, ale nie byłoby źle, gdyby ludzie wiedzieli, że noszą w kieszeni urządzenia dziesiątki tysięcy razy bardziej sprawne od komputera dzięki któremu w 1969 wylądowano na Księżycu.

Rethink Robotics dokonała niesamowitej rzeczy, tworząc robota, który jednocześnie zbliży i oddali przeciętnego człowieka od cudów współczesnej nauki i techniki. Baxter jest przemysłowym robotem, którego każdy może nauczyć wykonywania pracy. Wystarczy go podłączyć do prądu i pokazać co ma robić. Koniec. Za około 22 tysiące dolarów - czyli znacznie mniej niż zarabia w ciągu roku przeciętny Amerykanin i bez wątpienia mniej niż kosztuje on rocznie pracodawcę - otrzymujemy świetnego pracownika. Nie zakłada związków, nie marudzi, nie choruje. Można go przekwalifikować, jest zaprogramowany tak by w czasie pracy uważać na przebywające dookoła osoby i nie zrobić im krzywdy i ma przyjazny interfejs, więc pewnie łatwiej się z nim komunikować niż jakimś, powiedzmy hipotetycznie, niekompletnie legalnym latynoskim pracownikiem.

Po tym co napisałem zapraszam do zapoznania się z dwoma filmikami, zlinkowanymi pod notką. Pierwszy to promocyjny materiał Rethink Robotics. Drugi przedstawia projekt z Georgia Institute of Technology. Oba są jednocześnie zachwycające i przerażające. Szczególnie w drugim trudno nie roześmiać się widząc jak robot składa podkoszulek i klaszcze, nauczony obu rzeczy przez przypadkowego człowieka. Jeśli w 2013 Baxter może robić takie rzeczy, to należy się spodziewać, że do 2016 będzie w stanie smażyć burgery 24/7. W 2020 będzie w stanie cierpliwie wysłuchać starszej osoby i przygotować jej jajecznicę na boczku zgodnie z jej życzeniami. Obawiam się tylko, że jeśli spytamy wtedy kogoś czy zachwyca go, że robot był w stanie to zrobić usłyszymy w odpowiedzi „no przecież mu powiedziałem jak ma to zrobić”.

Baxter to jedynie wierzchołek góry lodowej. Już niedługo niektórych zawodów bronić będzie tylko ludzki upór i uprzedzenia. Już kilka lat temu mówiłem, że chętnie poddałbym się diagnozie komputera i zaleconej przez niego terapii. No ale ja jestem dziwakiem i dyskusje pokazują, że większość reaguje oburzeniem. Maszyna ma mnie leczyć? Gdzie tam jakiemuś programowi do lekarza z dwudziestoletnim doświadczeniem! Jednak za takim programem może stać doświadczenie milionów lekarzy, diagnozy milionów pacjentów ich historie chorób, statystyki skuteczności różnych terapii. Niedawno doczekałem się pierwszych badań potwierdzających moje przekonanie. Uniwersytet stanu Indiana pokazał, że program podobny do Watsona spisuje się znacznie lepiej od ludzkiego lekarza. Odnotowano nie tylko wyższą o 42% skuteczność diagnozy i leczenia, ale również terapie zalecane przez komputerowego diagnostyka były o 58% tańsze. Czy teraz ktoś z Was chętniej udałby się do nieludzkiego doktora? Jeśli tak to dobrze, jeśli nie to pewnie trzeba zacząć się oswajać z taką myślą, bo sporo wskazuje na to, że czeka nas lawina zmian, na końcu której będziemy mieli świat pełen bezrobotnych. Opór nie ma sensu, trzeba raczej pomyśleć jak taki świat może funkcjonować.


Źródła:
Film promujący Baxtera
Film przedstawiający przypadkowych ludzi uczących robota
Ambitne plany Rethink Robotics
Strona produktu Baxter
Komputerowa diagnoza


wtorek, 2 kwietnia 2013

Scary Shit #8 - Chimery w służbie nauki


Michiru Oshima – Brothers


Lubimy szufladkować. I słusznie, bez tego trudno byłoby się dogadać. Jednak natura ma to w nosie i okazuje się, że mamy planety karłowate (ni planeta, ni planetoida), brązowe karły (ani gazowy gigant, ani gwiazda), mamy ryby z nogami i wirusy (ani żywe, ani martwe). Od niedawna sami tworzymy sobie kolejny problem tworząc chimery.

Chimera to organizm, który składa się z komórek o różnym DNA. Nie należy tego mylić z hybrydą, czyli krzyżówką różnych gatunków. Każda komórka takiego organizmu ma jednakowe DNA będące mieszanką dwojga rodziców. W przypadku chimer mamy do czynienia z różnymi genetycznie komórkami składającymi się na jeden organizm.

W naturze chimery powstają gdy dojdzie do zaburzeń mitozy komórek roślinnych, wielokrotnego zapłodnienia komórek zwierzęcych, połączenia dwóch zarodków lub wymiany komórek między nimi. To rzadkość. Obecnie wśród ludzi znajdują się pewnie miliony chimer – każdy człowiek po udanym przeszczepie organu jest de facto chimerą. Oczywiście wiąże się to z reguły z koniecznością terapii przeciwko odrzutowi i wieloma nieprzyjemnościami.

Naukowcy dokonują jednak bardziej niezwykłych rzeczy, które być może niedługo będą wymagały regulacji i refleksji. Dość oczywiste dla nas jest, że Kowalski z sercem Nowaka to wciąż Kowalski. Nie zawsze jednak wszystko będzie tak oczywiste. W połowie marca badacze z King’s College w Londynie ogłosili, że udało im się wyhodować zęby miksując komórki z ludzkich dziąseł i komórek zębów trzonowych mysiego płodu. Tak powstały ząb miał szkliwo i rosnący korzeń i potencjalnie nadawałby się do wszczepienia.

Chimery to szansa do prowadzenia badań nad metodami leczenia najróżniejszych przypadłości bez użycia człowieka. Badania na zwierzętach mają pewne ograniczenia.  Po prostu te obiekty doświadczalne nie są ludźmi, więc nie ma pewności jak celnie oddają reakcję chorego człowieka. Dlatego już od 1988 roku prowadzono eksperymenty, by stworzyć ludzko-mysie chimery, które miałyby w pełni ludzki system odpornościowy, by testować na nich leki na HIV. Media donoszą, że takie myszy udało się wyhodować w połowie 2012.

Tegoroczny TED wśród licznych, fenomenalnych wystąpień miał również jedno zatytułowane „The dawn of de-extinction”. Polecam całość, Stewart Brand prezentuje szereg niesamowitych technologii, dzięki którym nie tylko udało się powstrzymać wyginięcie pewnych zwierząt, ale również przywrócić takie, które zdawałoby się zniknęły na zawsze. Jeden fragment tego wystąpienia szczególnie pasuje do tej notki. Mianowicie grupie szkockich biochemików udało się stworzyć chimeryczne kurczaki. Wyglądały i zachowywały się jak kurczaki, ale miały gonady sokołów. Kiedy kogut zrobił swoje, kura zniosła jajko. Z jajka wykluło się pisklę sokoła. Jako, że ptaki w wielu przypadkach szereg zachowań mają bardzo mocno zakodowanych w instynkt są spore szanse, że nawet bez właściwych rodziców można będzie przywrócić naturze gatunki, które zniknęły z powodu człowieka.

Na deser zostawiłem sobie coś szczególnie działającego na wyobraźnię. Naukowcy na całym świecie sięgają po różne metody by lepiej zrozumieć jak działa mózg i jak stawiać czoła licznym chorobom układu nerwowego. Ekipa z University of Rochester stworzyła coś co powinno Wam przypomnieć „Planetę Małp”, choć znowu chodzi o myszy. Stworzyli ludzko-mysie chimery innego typu. Gryzoniom wszczepiono do mózgu ludzkie komórki glejowe, następnie przeprowadzono szereg testów, porównując ich osiągi ze zwykłymi myszami. Chimeryczne gryzonie uczyły się nawet dwukrotnie szybciej od zwykłych kuzynów, wykazywały się lepszą pamięcią oraz lepiej dostosowywały się do nowych sytuacji.

Tytuł tego cyklu traktuję z przymrużeniem oka, ale niejednokrotnie te informacje wywołują prawdziwy dreszczyk. Nie ma dla niego racjonalnego wyjaśnienia. Nie podpisałbym petycji, która miałaby zablokować takie badania. Jestem przekonany, że wiele nas nauczą i nie wywołają wielkiej tragedii, a jak wydać po przykładzie Stewarta Branda, mogą wręcz pomóc naprawić szkody, które spowodowaliśmy na tej planecie.


Źródła:
Mysio-ludzkie zęby 1
Mysio-ludzkie zęby 2
Myszy z ludzkim systemem immunologicznym (2012)
Myszy z ludzkim systemem immunologicznym (1988)
Steward Brand: The dawn of de-extinction (bardzo polecam)
Myszy z ludzkimi komórkami mózgowymi
Obrazek tytułowy


czwartek, 28 lutego 2013

Scary Shit #7 – telepatia elektroniczna już dzisiaj

Zack Hemsey – Mind Heist: Evolution


Wiedziałem, że przyjdzie czas na taką notkę. Nie przypuszczałem jednak, że napiszę ją tak szybko. Ale jeśli informacje z mózgu szczurka w Brazylii, zostają przekazane prosto do mózgu szczurka w Karolinie Północnej, to nie ma co zwlekać.

W ostatniej notce wspominałem o tym jak rejestrowana aktywność mózgu może stanowić sygnał sterujący wirtualną lub robotyczną ręką. Co więcej, sygnały przekazywane z takiej ręki do wszczepionego w mózg BMI (Brain-Machine Interface), mogą stanowić jasną informację – np. o tym jaka jest faktura przedmiotu w wirtualnym świecie. Innymi słowy mamy działający w dwie strony interfejs między maszyną a mózgiem.

Jeśli wynaleźliśmy mikrofon i głośnik, to naturalnie kolejnym krokiem będzie budowa telefonu. Zatem, choć może to wywołać dreszczyk, nie powinno dziwić, że zamiast połączenia mózgu z ramieniem robota, połączono jeden mózg z drugim. Na razie jednostronnie. Naukowcy z Duke University wykazali, że można przekazać informację „bezpośrednio” pomiędzy dwoma mózgami. Przez bezpośrednio, mamy oczywiście na myśli bez klasycznej komunikacji, informacji wizualnej, dotykowej, zapachowej czy dźwiękowej.

Dwa szczury z implantami w mózgu przeszły cykl treningów. Szczura zwanego „koderem” nauczono prostej sztuczki – dotknij łapką dźwigienki nad którą pali się lampka, a dostaniesz jedzonko. Szczur zwany „dekoderem” od początku był szkolony tak, by otrzymywać nagrodę, gdy dotknie tej samej dźwigienki, której dotknął szczur po drugiej stronie łącza. W docelowym eksperymencie pokazano, że „dekoder” pomimo braku różnic między dwiema dźwigniami wybierał tę samą co „koder”. Użyteczną informację pomiędzy dwoma szczurzymi mózgami przesłano na dystans 6488 kilometrów.

Od chwili ślęczę nad klawiaturą, a w moim około półtorakilogramowym mózgu pędzi cały potok pomysłów na zastosowanie tych możliwości, od diagnozy i terapii, przez rozrywkę i Borga, aż po nagrywanie wspomnień, snów i domenę publiczną z której można pobierać myśli geniuszy. Nie przyszło by mi natomiast do głowy to, co sugerują sami twórcy, mianowicie kolektywne rozwiązywanie problemów. Sieć mózgów wspólnie szukająca rozwiązań, być może jeszcze wspierana przez odpowiednie rozwiązania z tak zwanej „inteligencji roju”, mogłaby sięgać po pozornie niemożliwe.


Źródło: A Brain-to-Brain Interface for Real-Time Sharing of Sensorimotor Information


poniedziałek, 11 lutego 2013

Scary Shit #6 - robot zjadł pana

Sheb Wooley – The Purple People Eater


Tak jest, Japończycy zbudowali robota, który połyka ludzi. Robi to wolno, niezdarnie i tylko jeśli człowiek grzecznie położy się na baczność. Teoretycznie ma to służyć do ratowania ludzi w ciężkich warunkach. Jednak jak zobaczycie na filmiku, tempo jest dość rozpaczliwe, maszynka niezbyt manewrowa, a potencjalny nieszczęśnik powinien nosić kask i być odpowiedniego rozmiaru. Do tego najlepiej, żeby tragedia rozgrywała się na płaskim terenie. Sami oceńcie:



Nie wiem czy gdzieś poza Japonią coś takiego mogłoby zostać zbudowane. Wymyślone – na pewno, ale projekt skończyłby jako obiekt żartów. Początkowo dzisiejsza notka miała kpić z ich stylu pracy nad robotami, który kiedyś przodował i zachwycał, dziś jednak wciąż tkwi w miejscu. Japonia straciła przewagę nad cudami tworzonymi przez świat zachodni, szczególnie jeśli spojrzeć na zabawki Boston Dynamics. Z ich nowości polecam obejrzeć LS3 - Legged Squad Support System. Błoto, gruz, nierówny teren, przypadkowa wywrotka, radzi sobie ze wszystkim. Oczywiście nie potrafi jeszcze załadować sobie na plecy rannego. Jeszcze. Ale jeśli miałbym obstawiać kto uratuje mnie z płonącego budynku w 2043 roku, to wybrałbym potomka amerykańskiej robo-krowy a nie japońskiego pożeracza ludzi.

Jednak muszę zwrócić honor Japończykom. Kiedyś każdy pokaz ASIMO był efektem wielogodzinnej pracy programistów, dokładnie uczących go otoczenia i wszystkich ruchów. Jak się okazuje dokonali pewnych postępów i obecnie ikoniczny robot Hondy potrafi już między innymi naśladować ruchy widzianej osoby (najlepiej jeśli widzi ją Kinect):



Jest postęp. Nie ma to jednak startu do takiego np. Baxtera (o którym planuję jeszcze napisać kiedyś, w bardziej filozoficznej notce). Kusi by postawić tezę, że mamy tu ciekawą okazję do porównania podejścia „top-down” w przypadku Asimo, który niemal od początku miał taki zakres ruchów i jak człowiek, ale jest dość nieporadny. Nie ma tu mowy o pokonywaniu toru przeszkód balansowaniu, radzeniu sobie z popchnięciem itd.. Dopiero kroczek po kroczku nabiera on pewnych umiejętności. To podejście chciałoby się porównać z „bottom-up” Amerykanów, którzy zaczęli od analizy zasad ruchu, samodzielnego utrzymywania równowagi i poruszania się po różnych powierzchniach. I tak od drobiącego w miejscu Big Doga doszli do krówska LS3, oraz od maszerującego Petmana do Pet-Proto pokonującego tor przeszkód.

To jednak za duże uproszczenie, jedni i drudzy uczą się od siebie, zaczynali w różnych okresach i warunkach, ze zgoła różnymi celami. Dlatego zamiast puenty zostawię Was z Giant TORAYAN’em:

"This GIANT TORATAN doll is the ultimate child's weapon, as it sings, dances, 
breathes fire, and follows only those orders given by children."


Tytułowy obrazek: UberReview


piątek, 9 listopada 2012

Scary Shit #5 – serduszko za firewallem

Imagine Dragons – Radioactive

W czasie niedawnej konferencji BreakPoint poświęconej bezpieczeństwu informacji jedna prezentacja zrobiła szczególne wrażenie. Barnaby Jack w trakcie wystąpienia pod tytułem „Hacking humans” zaprezentował jak można za pomocą zwykłego laptopa zdalnie wyłączyć rozrusznik serca lub śmiertelnie porazić jego właściciela.

Barnaby Jack od ponad 10 lat zajmuje się wyszukiwaniem zagrożeń i wrażliwych punktów wśród najróżniejszych technologii. Brał na cel drivery sprzętowe i bankomaty. Tym razem pokazał coś działającego na wyobraźnię i pokazującego znak naszych czasów. Wykrył dość prostą lukę w oprogramowaniu rozruszników serca pewnej firmy (którą zachowano w tajemnicy), wyposażonych w możliwość komunikacji bezprzewodowej.

Istnieje uniwersalne zapytanie, dla którego urządzenia te zwracają swój model oraz numer seryjny. Jak się okazało to dość by krok po kroku przejąć kontrolę nad rozrusznikiem. Oznacza to nie tylko możliwość zdalnego wyłączenia go, lub użycia funkcji defibrylatora, rażącej noszącego go napięciem 830 woltów. Oznacza to również możliwość wprowadzenia wirusa, który będzie zarażał inne rozruszniki, które pojawią się w zasięgu. Stąd jest już prosta droga do masowego morderstwa – wirus, odliczający do wyłączenia lub śmiertelnego porażenia.

Chciałbym tu jednak zaznaczyć jedno – rozrusznik z możliwością łączności bezprzewodowej oraz wbudowanym defibrylatorem to żadna głupota. To wspaniałe wynalazki ratujące życie i umożliwiające zdalną diagnozę i pomoc. Perspektywa noszenia własnego defibrylatora przy sobie, zawsze, to wspaniała rzecz dla ludzi z chorobami serca.

Tak czy inaczej poza paliwem dla RPGowców i wszelakich twórców, ten przypadek powinien być zbawiennym zwróceniem uwagi na problem, który można łatwo zlikwidować. Bo gdzie tkwi ten problem? W ignorancji i lenistwie. Wbrew pozorom, źródłem takich słabości i wielu wyczynów hakerskich nie jest geniusz cyberprzestępców. Możemy tworzyć niemal doskonałe zabezpieczenia cyfrowe. Nie ma prawdziwie doskonałych, ale są takie, w których trudność ich złamania będzie znacznie przekraczać opłacalność wysiłku. I to wystarczy. Głosowanie internetowe mogłoby być bezpieczniejsze od obecnego systemu, ale jak to przetłumaczyć tłumom w kraju i tłumokom w sejmie?

Niestety nie sięgamy po bezpieczeństwo, tylko po poczucie bezpieczeństwa. Mógłbym rozwinąć tę myśl, ale znacznie lepiej opowiedzieć o tym może Bruce Schneier. Dlatego zanim zaczniecie szykować scenariusz o hakerach implantów i egozszkieletów, którzy w ośrodku rehabilitacyjnym tworzą armię żołnierzy-zakładników (hmm chyba muszę to sobie zapisać…), zapraszam do zapoznania się z tym wystąpieniem:

TED – Bruce Schneier: The security mirage



Artykuł o prezentacji Barnaby Jacka