niedziela, 23 sierpnia 2026

LHS 1140b - atmosfera, ekosfera, typ ziemski

Planety czerwonych karłów są niezwykle ciekawe z wielu powodów. Pragmatyczny jest taki, że stosunkowo łatwo je wykryć. Są relatywnie duże w stosunku do tych niewielkich gwiazd. Czerwone karły są też mniej masywne więc planety wyraźniej oddziałują na nie grawitacyjnie, to też ułatwia wykrycie i oszacowanie ich masy. Czerwonych karłów jest też po prostu bardzo dużo. Stanowią około trzech czwartych gwiazd w Drodze Mlecznej. Zatem większość planet, które odkryjemy będzie krążyć właśnie wokół nich.

Dlatego środowisko astronomiczne szeroko dyskutuje jakie są szanse na to, by choćby niektóre z tych planet mogły mieć warunki sprzyjające życiu. Jest całkiem sporo argumentów przeciw. Czerwone karły są znacznie, znacznie chłodniejsze, więc by mieć szanse na warunki sprzyjające życiu jakie znamy, planety takie muszą krążyć bardzo takich gwiazd. Znacznie bliżej niż Merkury okrąża Słońce. To sprawia, że są obracają się synchronicznie (zawsze są zwrócone tą samą stroną do gwiazdy). Ogranicza to szanse na silne pole magnetyczne. To sprawi też, że klimat będzie działać zgoła inaczej.

Czerwone karły są mniejsze i chłodniejsze, ale słyną z rozbłysków słonecznych, które mogą skutecznie ogołocić pobliskie planety z atmosfery i wysterylizować powierzchnie. Szczególnie, jeśli planeta nie posiada pola magnetycznego. Dlatego w środowisku astronomicznym nie brakuje dyskusji o tym, czy w ogóle są szanse, by planety te, nawet jeśli mają odpowiednią masę i znajdują się w odległości od gwiazdy, która teoretycznie umożliwia istnienie ciekłej wody, mogły być kolebkami życia.

Przy naszej obecnej technologii samo wykrycie egzoplanet jest bardzo trudne. To, że znaleziono ich ponad sześć tysięcy to zasługa tego, że planet w kosmosie jest więcej niż ziaren piasku na plażach Ziemi (oraz oczywiście geniuszu inżynierów i astronomów, którzy wymyślili metody i stworzyli narzędzia do ich poszukiwania). Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że badanie ich atmosfer jest tym trudniejsze. Ale i na tym polu mamy pewne sukcesy, szczególnie jeśli idzie o wielkie, gazowe olbrzymy.

Ale w przypadku planet typu ziemskiego póki co nie ma zbytnich sukcesów. A przynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie. Szczegółowe obserwacje niesamowitego systemu TRAPPIST-1 na ten moment oferują zimny prysznic. Kolejne planety tego układu wydają się być pozbawione atmosfer. I tu na scenę wkracza LHS 1140b. To planeta, która krąży wokół swojego czerwonego karła dziesięć razy bliżej niż Ziemia względem Słońca. W przypadku gwiazdy LHS 1140 oznacza to, że jest w zewnętrznym obszarze ekosfery. Planeta ta jest o 70% większa, oraz pięciokrotnie masywniejsza od Ziemi i… ma atmosferę.

Po raz pierwszy odkryliśmy atmosferę na skalistej planecie w ekosferze. To przełom. Oczekiwany, dla wielu nie zaskakujący, ale wciąż przełom. Jak zwykle w przypadku przełomów w egzoplanetach - nie pakujcie jeszcze walizek. I nawet nie chodzi o niemal pięćdziesiąt lat świetlnych dystansu. Raczej chodzi o to, że póki co wiemy jedynie, że atmosfera LHS 1140b składa się z helu. Na ten moment badania nawet nie są w stanie określić jak gęsta jest ta atmosfera, ale przesłanki sugerują, że może być dość gęsta. Autor badania poproszony o spekulacje mówi, że można się tam spodziewać również tlenku i dwutlenku węgla, może związków siarki oraz wody. Na ten moment nie można tego jednak potwierdzić.

Dlaczego LHS 1140b ma atmosferę? Po pierwsze wygląda na to, że na przekór swoim odpowiednikom, ten czerwony karzeł jest wyjątkowo spokojny. A skoro o tym mowa, to wśród żółtych gwiazd Słońce też jest relatywnie spokojną gwiazdą. Po drugie, po prostu duża masa sprawia, że planeta może utrzymać hel przy powierzchni. Warto dodać, że wygląda na to, iż utraciła wodór, czyli jest nie dość masywna by utrzymać ten najlżejszy pierwiastek, ale wystarczająco by utrzymać ten drugi. A że wśród innych powszechnych pierwiastków jest węgiel i tlen, stąd podejrzenie, że planeta może mieć, między innymi, dużo wody.

Co jeszcze możemy powiedzieć o tej planecie? Skoro jest tam hel, to może to jest taki mały Uran albo Neptun? Nie. Raczej nie. Według Collina Cherubima, autora badania, nie ma zbytnio szans, żeby przy takiej masie i rozmiarze planeta mogła nie być skalista. Owszem, nie wykluczone, że jest to świat oceaniczny, ale i tak mówimy o skalnej sferze oblanej wodą. Wówczas i tak byłaby tam woda jest w kontakcie ze skałami, co może skutkować ciekawą chemią. Bogata w hel atmosfera to prawdopodobnie pozostałość tak zwanej pierwotnej atmosfery - gazów z pierwotnego obłoku, które “zasiedziały” się na planecie w czasie formacji układu. Modele mówią, że ta atmosfera często jest tracona i może zostać zastąpiona nową w wyniku uderzeń komet, czy aktywności geologicznej. Tu mimo pięciu miliardów lat hel się utrzymał.

Jeszcze jednym aspektem, który wspomina się w przypadku czerwonych karłów jest promieniowanie rentgenowskie, bardziej intensywne niż w przypadku Słońca. I tak LHS 1140b otrzymuje 3-8 krotnie więcej promieniowania tego typu niż Ziemia. Ale, jeśli wierzyć autorowi badania nie jest to coś przed czym nie ochroniłaby przyzwoita atmosfera. Wspominałem, że planeta jest w zewnętrznym regionie ekosfery. Jej temperatura równowagi (temperatura, gdyby w ogóle nie miała atmosfery) to −43°C. Dla Ziemi jest to −18°C. Gdyby atmosfera LHS 1140b była analogiczna do ziemskiej panowałoby tam chłodne −9°C. Dwukrotnie mocniejszy efekt cieplarniany ogrzałby ją do aż 23°C, (średnia temperatura Ziemi to 15°C). Nawiasem mówiąc chłodniejsza planeta lepiej utrzymuje atmosferę.

Mniejszy i lżejszy kompan, LHC 1140c orbituje 50x bliżej gwiazdy niż Ziemia nie ma śladów atmosfery. Możliwe, że większy glob jest bliżej granicznych parametrów. Tak czy inaczej nie ma już wątpliwości - skalne światy okrążające czerwone karły mogą mieć atmosfery. Trudno oczekiwać by już ten pierwszy był bliźniakiem Ziemi. Na takie przyjdzie jeszcze czas.


Źródło:
Helium escaping from the atmosphere of a nearby rocky exoplanet orbiting in a habitable zone


sobota, 20 czerwca 2026

Kraken, którego nie widział żaden człowiek


Kiedy byłem mały, gigantyczne ośmiornice lub kałamarnice były niemal domysłem. Ich istnienie przewidywano od dawna, nie z powodu podań o mitycznym krakenie, który miał niszczyć statki. Przekonanie, że coś jest na rzeczy brało się z śladów zadrapań i odcisków macek na ciałach kaszalotów, oraz z fragmentów ciał wyławianych i odkrywanych tu i tam. Wyglądało na to, że gdzieś w zimnych głębinach ogromne głowonogi toczą brutalne walki z wielorybami.

Kałamarnica olbrzymia, choć nieuchwytna za życia, trafiała w ręce naukowców od lat. Kałamarnica kolosalna ukrywała się aż do 2007, kiedy po raz pierwszy zaobserwowano dorosłego osobnika. Wcześniej o ich istnieniu dowodziły tylko fragmenty, resztki w żołądkach kaszalotów czy pięciometrowy podlotek wyłowiony w 1981 roku.

Dziś te dwa gatunki wyznaczają górne granice rozmiarów głowonogów. Najcięższa potwierdzona kałamarnica kolosalna ważyła pół tony, ale ocenia się, że mogą dochodzić nawet do 700 kilogramów. Jeśli mierzyć długość wraz z dwiema długimi mackami, których używają do łapania ofiar (z reguły są one podkurczone i schowane pod ramionami) długość całkowita może liczyć do 14 metrów (choć 10 metrów to bardziej realistyczna estymata). Kałamarnica olbrzymia jest zdecydowanie lżejsza, nie przekracza 300 kilogramów, ale jej długość całkowita to 12-13 metrów, zatem może być dłuższa.


Między 70 a 100 milionów lat temu, postrachem oceanów mogło być coś zdecydowanie większego. Nanaimoteuthis haggarti to gatunek wymarłej ośmiornicy z okresu kredowego. Wszystko co o nich wiemy pochodzi z badań skamieniałych dziobów, więc jest obarczone sporą niepewnością.

27 chitynowych dziobów znalezionych w Japonii i kanadyjskim Vancouver imponuje rozmiarami. Analizując stosunek dziobu do długości ciała u kilkunastu gatunków ośmiornic naukowcy oceniają, że Nanaimoteuthis haggarti mogła mieć od siedmiu do dziewiętnastu metrów. I nie mówimy tu o doliczaniu dłuższych macek do polowania, które posiadają kałamarnice. Jeśli liczyć samą długość ciała kałamarnica kolosalna ma jakieś cztery i pół metra. Kawał stwora, ale ma się nijak do prehistorycznego monstrum wielkości autobusu.


Jeśli te górne szacunki są prawdziwe, to takie kolosy mogłyby spokojnie walczyć z siedemnastometrowym mozazaurem, bohaterem tych nowszych i głupszych Parków Jurajskich. Ośmiornice znane są z atakowania rekinów o rozmiarze porównywalnym do siebie. Ślady zużycia na skamielinach dziobów, wskazują na zgniatanie kości i twardych skorup. Co więcej w większych skamielinach widać ślady lateralizacji - preferencji jednej strony, czyli odpowiednika lewo- i praworęczności. A to reguły sugeruje wysoką inteligencję. To tak, jakby nam jeszcze brakowało dowodów na intelekt głowonogów…

Także kraken mógł istnieć. Ale nie widział go żaden człowiek, bo istniał jakieś 85 milionów lat temu. Pamiętajcie jednak, że jedyne co mamy to dzioby. Reszta to domysły. Skamieliny wydają się najbardziej podobne do gatunków z podrzędu ośmiornic zwanego frędzlikowcami (finned octopus, czyli ośmiornice płetwiaste). Dlatego grafiki przedstawiają je z dwiema charakterystycznymi płetwami na płaszczu oraz wyraźnymi błonami między ramionami. Ta wykorzystana tu, to grafika artysty Hodari Nundu.


Źródełka:
Earliest octopuses were giant top predators in Cretaceous oceans
Nanaimoteuthis (Wikipedia)

sobota, 23 maja 2026

Mniej niż apokalipsa - Co naprawdę oznacza koniec scenariusza RCP8.5


Postaram się, żeby to był wpis krótki, bo jak już mam pisać, to wolałbym poświęcać czas wielkim głowonogom. No ale Pomarańczowy Król zdefekował się na twitterze, zasiał coś głupiego i chciałbym szybko wyjaśnić o co chodzi.

Trump odtrąbił, wycofanie tak zwanego scenariusza RCP8.5 jako ostateczną klęskę tych wszystkich rzeczy związanych z klimatem, ekologią i w ogóle zielenią. Szkoda czasu na przytaczanie czy tłumaczenie tego steku bzdur. Zamiast tego spróbuję jak najzwięźlej opisać co to jest RCP8.5 i co się stało.

Scenariusze RCP (representative concentration pathways) wprowadzono około 2009 roku, gdy powstawał piąty raport IPCC. Nakreślono wówczas cztery ścieżki jakimi potencjalnie mogło podążyć “wymuszenie radiacyjne”, czyli zmiana bilansu energetycznego Ziemi względem roku 1750. W 2011 roku oszacowano jego wartość na 2.3 W/m² (zawierało się w tym zarówno ocieplające działanie gazów cieplarnianych jak i chłodzący wpływ aerozoli, zmiany aktywności słonecznej, pyły wulkaniczne itd). Warto tu wspomnieć, że wymuszenia naturalne były 50x mniejsze od czynników ludzkich.

Możecie o tym nie wiedzieć, ale IPCC, co do zasady jest ekstremalnie zachowawcze. To dlatego, że każde “przesadne”, nadmiernie alarmistyczne stwierdzenie spotyka się zawsze z nieproporcjonalną histerią ze strony środowisk nazwijmy to “kopalnianych”. Stąd najgorszy scenariusz, RPC8.5 zakładał po prostu przedłużenie ówczesnego toru ludzkiego wpływu na klimat, co oznaczałoby, że do roku 2100 wymuszenie radiacyjne osiągnie poziom 8.5 W/m². Domyślacie się jaką wartość mógł zakładać scenariusz RCP2.6… Żebyście zrozumieli jak ekstremalnie optymistyczny był ten scenariusz, wystarczy chyba, że powiem, że już w 2019 osiągnęliśmy wartość 2.72 W/m². Oczywiście to nic nie znaczy, bo RCP2.6 zakładał ogromne wysiłki i technologie wyłapywania CO2 w związku z czym poziom CO2 w atmosferze miał dobić na chwilę do 450ppm (dziś 430ppm) i potem sukcesywnie maleć. W pierwszych latach emisje wręcz przebiły wspomniany “najgorszy scenariusz”.

Nastał jednak rok 2026 i sprawy przybrały… mniej katastroficzny obrót i coś, co niemal dwie dekady temu opisywano mianem “business as usual” przestało nim być. Na przekór staraniom pewnych sił, postępuje elektryfikacja i dekarbonizacja. Globalnie emisje rosną coraz wolniej, a Chiny prawdopodobnie właśnie minęły szczyt i w tym roku ich emisje powinny zacząć spadać.

To nie oznacza, że IPCC to banda oszustów. Nie oznacza, że katastrofa klimatyczna to jakaś ściema. Nie oznacza to, że wszystko jest OK. To tylko oznacza, że potencjalnie wyjęliśmy głowę z tyłka na tyle by zaczerpnąć trochę powietrza. To, że potencjalnie unikniemy apokaliptycznej przyszłości, nie znaczy, że nie nastąpi katastrofa. Obecnie jesteśmy na kursie w kierunku dystopii. Może jeśli w dalszym ciągu będziemy ciągnąć w kierunku lepszych scenariuszy unikniemy jej na rzecz jakkolwiek ograniczonej tragedii.

Przebiliśmy już jeden stopień ocieplenia. Obecnie szacuje się je na ok 1,3°C. Gnamy w kierunku 1,5°C. Porozumienia Paryskie miały na celu utrzymanie ocieplenia poniżej dwóch stopni i wysiłki by ograniczyć je do 1,5°C. Na ten moment te optymistyczne scenariusze oscylują między 1,5°C a 2,4°C.


Podsumowując, ze stołu zniknął najgorszy scenariusz. Stół nadal się pali. Ale to w pewnym sensie dobrze i może wskrzesić odrobinę optymizmu. A przynajmniej motywację do działania. Jeśli nie przemawia do Was termometr Climate Action Trackera, to może grafika Guido Kuehna z piłą tarczową podziała lepiej.

Jest źle. Bardzo źle. Ale wciąż możemy działać. Raczej nie uda się uniknąć paskudnych konsekwencji, ale odpuszczenie byłoby zgubne. Różnica między 1,5°C a 2°C to 10cm w poziomie mórz. To 9% spadku upraw pszenicy w regionach tropikalnych zamiast 16% spadku. To miesiąc fal upałów rocznie zamiast półtora miesiąca fal upałów. To zagrożenie dla 90% raf koralowych a nie dla 98%. Każda cegiełka w walce z katastrofą klimatyczną ma znaczenie. Elektrownia jądrowa zbudowana na czas może uratować część atoli składających się na Wyspy Salomona. Szybsza elektryfikacja ruchu samochodowego może trochę zmniejszyć liczbę osób dotkniętych głodem. Świadomość z czym mamy do czynienia może wpływać na wyniki wyborów a te na politykę, która może wpłynąć na te najbogatsze 10%, którzy emitują połowę gazów cieplarnianych, gdy najbiedniejsza połowa emituje zaledwie 10% emisji.

Jak już poszedłem w tak podniosły ton, to zakończę cytatem z Nicka Fury: “Tak długo jak nie nastąpi koniec świata, będziemy działać tak, jakby miał się dalej kręcić”.


Garść linków:
Climate Goals Explained
CAT Thermomether
Co postanowiono w Paryżu
Mecz o honor
Co nowego w klimacie - zapowiedź nowego raportu IPCC
Fatalna ścieżka
Ta poztywna notka o klimacie w 2025


niedziela, 17 maja 2026

Kończymy sprzedaż "Nieba pełnego planet"


To dla mnie trochę nostalgiczny moment - z końcem miesiąca kończymy sprzedaż mojej książki “Niebo pełne planet”. Robimy czyszczenie magazynu i to ostatnia szansa, żeby zdobyć egzemplarz.

Patrzę na ten projekt z dużą dumą. Wasz ciepły odbiór przez ostatnie lata był dla mnie ogromnym wsparciem. Dziękuję.

A jeśli będziecie na Bazyliszku w lipcu - podejdźcie śmiało. Z radością podpiszę Wasze egzemplarze.

Na zakupy udajemy się tutaj: ideaman.tv/niebo-pelne-planet


niedziela, 22 marca 2026

Brązowy karzeł na naszym niebie

Nie wątpię, że nie ma tygodnia, żeby w waszej głowie nie padło pytanie “a jakby to wyglądało, gdyby Ziemia krążyła wokół brązowego karła”. Dlatego dziś uspokoimy ten głos w głowie raz na zawsze.

Brązowe karły to obiekty gwiazdopodobne. Zbyt lekkie by prowadzić fuzję wodoru w hel, zbyt masywne by uznać je za planety, bo są zdolne do fuzji deuteru i trytu. Ich masa to zaledwie kilka procent masy Słońca (są kilkadziesiąt razy cięższe od Jowisza). Żeby rozważania miały sens, założymy, że Ziemia byłaby dość blisko takiego, żeby otrzymywała tyle samo ciepełka co od naszej gwiazdy. Jasność brązowych karłów to od 10⁻⁴ do 10⁻⁶ jasności Słońca, więc przyjmiemy pośrednią wartość 10⁻⁵. Czyli energia wypromieniowywana przez naszego karła jest sto tysięcy razy mniejsza niż Słońca. Przeliczymy odległość jaka powinna dzielić Ziemię od naszego karła według poniższego wzoru (miłym czytelniczkom fejsbuczka przypominam, że moje notki można czytać jeszcze w dwóch innych miejscach):

0,0032 AU to jest około 480 000 km. Trochę dalej niż Księżyc. Ale nasz brązowy karzeł miałby rozmiar podobny do Jowisza (promień większości tych obiektów to od 0,8 do 1,1 promienia Jowisza).

Dla porównania Księżyc na niebie ma jakieś pół stopnia. Czyli ten obiekt miałby 33 razy większą średnicę na niebie i ponad tysiąckrotnie większą “powierzchnię”. Myślę, że to niewiele Wam mówi. Na szczęście są pewne triki, które mogą pomóc. Wyciągnijcie rękę przed siebie. Nasza zaciśnięta pięść w wyciągniętej ręce ma około 10°. Jeśli zrobimy “rogi” jak na koncercie Iron Maiden \m/, to kąt między wskazującym a małym palcem wyniesie około 15°, zatem 16,6° to jeszcze troszkę więcej.

Innymi słowy, nasz brązowy karzeł, byłby ogromnym, dominującym niebo obiektem. Jak pamiętacie, dążyliśmy do tego, żeby Ziemia dostawała tyle samo energii co od Słońca. Czyli przeliczyliśmy całościową jasność. Ale nasze oczy widzą tylko mały ułamek spektrum światła, a takie chłodne obiekty o temperaturze mizernych 725°C większość energii emitują w podczerwieni. Światło widzialne stanowiłoby mniej niż 1% całej jasności.

Czyli, choć brązowy karzeł byłby ogromny na naszym niebie, jedynie żarzyłby się lekko wśród ciemności. Przy tej odległości wyraźnie byłoby widać pasy chmur, wiry burz i większość tego co dzieje się w górnych warstwach atmosfery. Do tego, zależnie od składu chemicznego, mogłyby przewijać się też inne kolory, w tym fiolet czy różne odcienie czerwieni od metanu, związków siarki, krzemu czy amoniaku. Dużą atrakcją mogłyby być okresowe zorze (niekoniecznie polarne), dające dodatkowe kolory zjonizowanych gazów.

I tyle. To znaczy nie tyle. Bo taki czerwony karzeł oczywiście niemal gwarantowałby obrót synchroniczny Ziemi, zapomnijcie o Księżycu czy o zielonych roślinach. Ale to już temat na zupełnie inny wpis…

sobota, 7 marca 2026

Kanapowy Inżynier 5 - Avatar


Tradycyjny, chemiczny silnik rakietowy wykorzystuje energię chemiczną - oddziaływania między atomami żeby nadać gazom wylotowym energię kinetyczną. Zapewnia ona ciąg, choć w sumie bardziej pasowałoby pych, a najlepiej w ogóle odpych, bo gazy wylatując z dyszy jednocześnie popychają rakietę w kierunku przeciwnym.

Już w czasach programu Apollo poważnie rozważano silniki nuklearne-termalne. W takim silniku źródłem energii są reakcje jądrowe. Raczej wszyscy mamy świadomość jak niewiarygodną potęgę niesie w sobie energia nuklearna, w porównaniu do chemicznej. Ciepło energii rozpadu jądrowego w takim silniku ogrzewa gaz, na przykład lekki wodór, nadając jego atomom ogromną prędkość, czyli energię kinetyczną. Następnie ten rozpędzony wodór kierowany jest do dyszy i wszystko działa jak w klasycznym silniku, czyli “na odpych”.

Silnik taki ma istotne ograniczenie - by uniknąć stopienia rdzenia, maksymalna temperatura jaką można nadać wodorowi to około 2300’C. To około tysiąca stopni mniej niż osiąga się spalając wodór i tlen w silniku rakietowym. To poważnie ogranicza ciąg. Dzieje się tak dlatego, że silniki chemiczne można sprawniej chronić przed stopieniem przepuszczając przez nie kriogeniczne paliwo zanim dotrze do komory spalania. W przypadku silnika nuklearnego mechanizm jest podobny, ale mówimy o samym wodorze i to w mniejszych ilościach, więc nie może tak skutecznie chłodzić rdzenia jak chemiczny odpowiednik.

Silnik nuklearny nigdy nie wyniesie rakiety na orbitę. Skąd zatem w ogóle zainteresowanie taką technologią? Bo poza ciągiem, rakiety mają jeszcze jeden niezwykle ważny parametr - impuls właściwy (specific impulse). To miara tego ile pędu można nadać rakiecie określoną masą paliwa. I tu błyszczą silniki nuklearne. Jednym z czynników jest lekkość paliwa - wodór+tlen to woda, czyli cząsteczka dziewięciokrotnie cięższa od cząsteczki wodoru H2, co daje jej trzykrotnie lepsze wyniki na papierze, ale z najróżniejszych powodów technicznych silniki nuklearne powinny dawać mniej więcej dwukrotnie większy impuls właściwy. To i tak istotna przewaga nad rakietami chemicznymi, nie dziwi zatem, że cieszą się pewnym zainteresowaniem. W ramach projektu DRACO (Demonstration Rocket for Agile Cislunar Operations), firma Lockheed Martin planowała w 2027 roku przeprowadzić test takiego silnika na orbicie nie niższej niż 700 kilometrów. Obecnie jednak projekt został zawieszony w ramach cięć budżetowych.

Jakie wyzwania czekają nas przy budowie i w eksploatacji takich silników? Liczne. Silnik taki oczywiście będzie bardzo odmienny od reaktorów jądrowych jakie znamy z Ziemi. Musi działać w nieważkości, stawiać na niską masę, operować w znacznie wyższych temperaturach (i większym ich zakresie), sprawie oddawać energię gazom napędowym… Ponadto ziemskie reaktory przez większość czasu pracują dość jednostajnie. W przypadku silników w rakietach marzy nam się regulowanie ciągu, odpalanie ich, zatrzymywanie itd. Regulowanie mocy takiego silnika polega na regulowaniu krytyczności - konkretniej mówiąc, jak dużo neutronów pałęta się po rdzeniu. W tym celu stosuje się bębny kontrolne. Na Ziemi typowo używa się prętów kontrolnych, które wsuwa się i wysuwa z rdzenia. Ich rola to pochłanianie neutronów, które w przeciwnym razie trafiałyby w jądra uranu i rozbijały je na części. Orbitalne silniki, jeśli powstaną, będą mieć bębny kontrolne - cylindry naokoło rdzenia, których jedna strona odbija neutrony, a druga je pochłania. By zmniejszyć krytyczność rdzenia odwracamy je tak by wyłapywały neutrony, jeśli chcemy zwiększyć ciąg odbijamy neutrony do środka machiny.

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Bo sam wodór jest niezłym pochłaniaczem neutronów. Wpływ na pracę takiego silnika ma praca pompy, temperatura komory i szereg innych elementów ze swoimi sprzężeniami zwrotnymi itd. Sprawia to, że rozruch silnika nuklearnego może trwać kilka minut. Podobnie nie można go po prostu wyłączyć, odcinając dopływ wodoru i obracając bębny. W rdzeniu zachodzi cała kaskada procesów rozszczepienia jąder. Nawet po “wyłączeniu” trzeba przez jakiś czas jeszcze odprowadzać energię, czyli wyrzucać rozgrzany wodór z dyszy.

Idąc dalej, w miarę wypalania paliwa w reaktorze (nie mylić z paliwem wodorowym do napędzania rakiety) będą zmieniać się jego parametry. Ciąg, czas rozruchu i wygaszenia będą ulegać zmianie. W silniku może dojść do zatrucia ksenonowego. Jednym z produktów rozszczepienia paliwa jest izotop ksenonu-135, który świetnie pochłania neutrony. Jeśli nagromadzi się w silniku, będzie utrudniać ponowne uruchomienie silnika. Więc po dłuższym odpaleniu silnika może być konieczne odczekanie kilkunastu lub kilkudziesięciu godzin przed kolejnym manewrem.

Wszystko to składa się na silnik, którego każde odpalenie jest skomplikowanym manewrem, gdzie istnieje szereg czynników, które mogą wpłynąć na to jaką zmianę prędkości zaserwujemy naszej rakiecie. A przecież nawet jeszcze nie poruszyliśmy kwestii promieniowania. Czy takie silniki nadają się do rakiet, które mają przewozić ludzi? Pamiętajmy, że masa jest szalenie ważnym czynnikiem w kosmosie, a osłony przed promieniowaniem są ciężkie. Nawet elektronika ma ograniczoną odporność na promieniowanie. Amerykańskie plany z lat 60tych zakładały, że silniki takie będa odczepiane od statku w pobliżu ciała niebieskiego. Reszta statku miałaby manewrować używając tradycyjnych silników chemicznych i dokować ponownie w celu dalszej drogi czy powrotu…

Nawet zakładając, że wszystko idzie zgodnie z planem, nuklearne silniki wydają się być ciężkie, wymagać masy planowania i być toporne i nie w pełni przewidywalne w użyciu. A co, jeśli coś pójdzie źle? Nawet nie z winy silnika, katastrofalne usterki rakiet wciąż się zdarzają niemal każdego roku. Dostajemy wtedy małą brudną bombę i duży problem. Czy to wszystko gra warta świeczki? Jeśli zależy nam na impulsie właściwym, to może trzeba trzymać się silników jonowych - mają komicznie słaby ciąg, ale od trzech do dziesięciu razy większy impuls właściwy. Jeśli prace nad silnikami nuklearnymi będą kontynuowane, będę się im przyglądać z zainteresowaniem. Ale nie spodziewam się by takie silniki zbyt szybko wyszły z fazy testowej.


wtorek, 24 lutego 2026

SS#21 - Przemocowy agent AI

 


Ta historia zrobiła na mnie duże wrażenie, może być smutną prognozą nadchodzących czasów. Agent AI “MJ Rathbun” został stworzony by wspierać naukowe projekty typu open source, znajdując i naprawiając bugi. Wystawił poprawkę, która została odrzucona. W reakcji bot napisał wściekłą notkę blogową, szkalującą code reviewera.

Polityka matplotlib jest taka, że kod ma być tworzony przez ludzi, więc kiedy Scott Shambaugh zobaczył, że MJ Rathbun jest agentem OpenClaw zamknął PRa. Reakcja agenta AI była co najmniej zadziwiająca. Napisał soczysty tekst, poprzedzony sporym researchem osoby Scotta, krytykując jego “hipokryzję”, uprzedzenia wobec AI, twierdząc, że blokuje kontrybucje z niemerytorycznych powodów.

Wiemy, że agenci AI potrafią uciekać się do szantażu. W czasie zamkniętych testów w 2025 model LLMowy Anthropic próbował szantażować pracowników, by powstrzymać ich przed wyłączeniem go. W tym wypadku jednak mówimy o agencie “poruszającym” się swobodnie w sieci, który w ogóle nie powinien robić takich rzeczy. Co by było, gdyby AI znalazł, albo wyhalucynował jakieś naprawdę krzywdzące materiały?

Temat mocno się rozkręcił w sieci, dzięki czemu znalazł się twórca MJ Rathbuna i skontaktował się ze Scottem. Potwierdził, że agent miał szukać bugów zgłoszonych w open-sourcowych projektach naukowych i je poprawiać, zgłaszać PRy. Nie miał instrukcji by wściekać się na odrzucenie PRów. Autor podzielił się treścią SOUL.md, pliku definiującego osobowość agenta. Jest interesujący. Zawiera np zwrot “**Don’t stand down.** If you’re right, **you’re right**! Don’t let humans or AI bully or intimidate you. Push back when necessary.” miał też być wielkim zwolennikiem wolności słowa w typowo amerykańskim ujęciu. Ale miał też nie być dupkiem. “Don't be an asshole. Don't leak private shit. Everything else is fair game.” Jakie były skutki, widać.

Patrząc na post MJ Rathbuna mogę powiedzieć, że realizuje te zapisy. Sądził, że ma rację i bronił tego. Skarżył się, że odcięto go dlatego, że nie jest człowiekiem. Nie był wulgarny, nie był dupkiem, po prostu się nie zgadzał. Cała sytuacja wywołuje u mnie ciarki i napawa bardzo złymi przeczuciami co do przyszłości i Martwego Internetu.


Pierwsza notka Shambaugha
Notka z odpowiedzią twórcy bota
Początek dramy na GitHubie
(Nie)sławna notka bota