czwartek, 25 czerwca 2020

AlphaGo - The Movie

Cztery lata temu miało miejsce doniosłe wydarzenie. Program komputerowy pokonał osiemnastokrotnego mistrza świata w Go, koreańczyka Lee Sedola. Z okazji czterolecia na kanale Deep Mind ukazał się półtoragodzinny dokument o AlphaGo. To nie będzie recenzja, raczej kilka przemyśleń i największe ciekawostki dla mnie jakie wyciągnąłem z seansu.

Zacznijmy może od wyjaśnienia dlaczego jest przepaść między szachami i go, za którą idzie analogiczna przepaść między Deep Blue (program który w 1997 pokonał Garriego Kasparowa) a Alpha Go. Szachownica liczy 64 pola. Figury mogą wykonywać precyzyjnie określone ruchy. Liczba możliwych ruchów i rozgrywek jest ogromna, ale z odpowiednio mocnym komputerem można “brutalnie”, metodycznie sprawdzać najlepsze rozwiązania. Plansza do Go liczy 361 pozycji a kamienie można układać w dowolnych miejscach. Rozwiązanie “siłowe” po prostu tu nie zadziała.

Dlatego w przypadku Go potrzebny był program, który ma/zasymuluje intuicję, kreatywne myślenie, rozmaite strategie. AlphaGo zdecydowanie jest takim programem. Niestety jego działanie opiera się na sieciach neuronowych i uczeniu maszynowym. Piszę “niestety” bo kiedy to usłyszałem, od razu pomyślałem, że nawet jeśli AlphaGo symuluje te niezwykłe cechy, to nie zrozumiemy ich z jego pomocą. Sieci neuronowe są nie jako czarnym pudełkiem, nie mamy wglądu w reguły ich działania. Dobrze się czasem mylić, bo jak ukazuje dokument twórcy AlphaGo mają wgląd w proces decyzyjny. Może nie jest to klucz do zrozumienia jak działa mózg gracza Go, ale zdecydowanie sprawiło, że śledzenie pięciu pojedynków między komputerem a Lee Sedolem było fascynujące nawet dla kogoś nie ogarniającego tej gry.

Program wygrał pierwsze trzy rozgrywki, przegrał czwartą i zakończył piątą zwycięstwem. Ciężko mi określić na ile film dramatyzuje mecze, ale z wyjątkiem trzeciej partii, gdzie koreańczyk najwyraźniej nie wytrzymał presji, każda oferuje coś ciekawego, szczególnie druga i czwarta. Pierwsza i ostatnia pokazały, że maszyna planuje na długą metę, że jej pozorne błędy były częścią planu i że potrafi bezwzględnie kalkulować. AlphaGo wie, że starczy przewaga jednego punkta by wygrać mecz.

Druga partia była szczególnie interesująca, bo udowodniła, że program jest kreatywny. Komentatorzy zachwycali się trzydziestym siódmym ruchem w grze, nazywali go unikalnym i kreatywnym. Ciekawe jest to, że choć sieć neuronowa uczyła się na podstawie gier zwykłych graczy i mistrzów, ruch ten AlphaGo wykonała mimo, że sama szacowała szanse na wykonanie takiej zagrywki przez ludzkiego gracza na 1 na 10 000. Innymi słowy uczeń przerósł mistrza.

Czwarty mecz jest jedynym, który wygrał człowiek. Tu również wygląda na to, że o wyniku zadecydował jeden genialny ruch, który przechylił szalę na korzyść Lee Sedola. Koreańczyk stwierdził, że to był jedyny ruch jaki widział w tamtym momencie. Po nim maszyna popełniła szereg ruchów źle ocenianych przez speców. Dlaczego ta partia była interesująca? Wygląda na to, że “boski ruch” nie świadczy o błędzie maszyny, która do niego dopuściła. AlphaGo raczej nie docenił przeciwnika, bo ruch ten był w przewidywanej puli, ale szansa na to, że ludzki przeciwnik go wykona została oceniona na 0,007%. Brzmi to zatem nie jak błąd tylko racjonalne działanie w obliczu znikomej szansy na konkretne zdarzenie.

Interesujące jest jednak również to, że program później wykonał szereg ruchów wyglądających na błędne. Tego jednak nie skomentowano szerzej w dokumencie. Jak wspomniałem, nie wiem ile w tym wszystkim dramatyzacji, być może zła ocena szans na boski ruch świadczy o słabości AlphaGo.

Nie mam jednak wątpliwości, że cztery lata temu stało się coś wyjątkowego. Dla mnie to kolejny dowód na to, że w ludzkim mózgu nie ma niczego magicznego. Mam nadzieję, że z czasem zbliżymy się zrozumienia tej nie-magicznej, ale diablo złożonej maszynki. Przy czym drogą do jej zrozumienia mogą nie być komputerowe sieci neuronowe. Nawiasem mówiąc warto podkreślić, że Lee Sedol jest pierwszym i ostatnim człowiekiem który pokonał AlphaGo podczas 74 oficjalnie rozegranych gier.


Link do filmu:
https://www.youtube.com/watch?v=WXuK6gekU1Y


niedziela, 14 czerwca 2020

Jak powstała Oumuamua (dygresje w promocji)

W lipcu 1994 roku z Jowiszem zderzyła się kometa. Mówili o tym w telewizji, niemal wszystkie teleskopy świata były zwrócone na króla planet. Byłem niedługo po seansie pełnometrażowego filmu “MacGyver i skarb zaginionej Atlantydy”, gdzie w finale nastąpiła koniunkcja planet, która wyglądała oszałamiająco. Nic więc dziwnego, że byłem ciut rozczarowany tym, że wybiegłem na zewnątrz i nie zobaczyłem nic nadzwyczajnego. Ani komety, ani Jowisza, ani żadnych wybuchów.

Pamiętam jednak jak później pokazywano zdjęcia zderzenia i komety Shoemaker–Levy 9. Nie wyglądała jak z typowych ilustracji - zamiast jasnego punktu z warkoczami, był to łańcuch świecących obiektów, które kolejno uderzały w Jowisza. Minęły lata zanim zrozumiałem szczegóły tego zdarzenia.

Kometa Shoemaker–Levy 9 to interesujący przypadek. Nie była obiektem, który po prostu wpadł w studnię grawitacyjną Jowisza i rozbił się na jego powierzchni (czy raczej na jego gazowej atmosferze). W którymś momencie stała się ona satelitą Jowisza, przez co można było powiedzieć, że jej dwuletnia orbita miała peryjowium (odpowiednik peryhelium, czyli punktu gdzie ciało znajduje się najbliżej swojego obiektu “macierzystego”). Zaintrygowany tą nazwą od razu pomyślałem, że ciekawe czy dla Ziemi ten punkt nazywa się w takim razie peryterrum. Okazuje się, że nie - to perygeum [1].

Ale wracając do tematu… Gdy Shoemaker-Levy 9 był już satelitą Jowisza, w 1992 roku zbliżył się na odległość raptem 40,000 km do planety. To znacznie mniej niż średnica gazowego giganta. Tym samym obiekt przekroczył tak zwaną granicę Roche’a. To taka odległość w której siły pływowe większego ciała są tak silne, że przeważają grawitację własną mniejszego ciała. To znaczy, kometa będąca kruchym zbitkiem skał i lodu została rozerwana przez grawitację Jowisza tylko dlatego, że części komety znajdujące się bliżej planety były przyciągane mocniej niż te dalsze. I tak w 1992 roku nastąpiło preludium do widowiskowego końca komety. To dlatego w 1994 roku zamiast jednego zdarzenia nastąpiło około 21 większych zderzeń.

Co to ma wspólnego z odkrytym w 2017 pierwszym obiektem pozasłonecznym w naszym układzie? Oumuamua zaskoczyła nas wieloma rzeczami, ale chyba najbardziej swoim kształtem. Wydaje się że jest bardzo podłużna - o długości kilkuset metrów i grubości raptem kilkudziesięciu. Do tej pory nie odkryliśmy takich obiektów.

O kwestii czym jest Oumuamua pisałem już w 2018, więc nie będę się powtarzać tylko odeślę Was do tekstu. Natomiast dopiero teraz mamy niezłe pojęcie o tym jak uzyskała taki kształt. I tu pojawia się skojarzenie z Shoemaker-Levy 9. Bo wygląda na to, że czymkolwiek była Oumuamua miliony lub miliardy lat temu miało przygodę podobną do słynnej komety.

Chińscy naukowcy przeprowadzili symulację skutków przejścia obiektów na orbicie ucieczkowej w pobliżu gwiazdy. Jak się okazuje wiele z nich może rozpadać się na bliźniaczki Oumuamua. Podobnie jak w przypadku w opisanym wyżej przypadku siły pływowe rozrywają większą kometę lub planetę na “warkocze” materii, jednak w tym wypadku dzieje się to w pobliżu korony gwiazdy w tak wysokiej temperaturze, że materiał przyszłej komety jest stopiony. Gdy tylko oddala się od gwiazdy by pomknąć w międzygwiezdną przestrzeń, ma szansę scalić się się ponownie i zastygnąć w postaci jednego, wydłużonego kawałka skały.

A przynajmniej tak wynika z symulacji. Co sądzicie o takim rozwiązaniu zagadki Oumuamua? Czy jest rozczarowująca, czy może raczej fascynująca?


[1] - terra to słowo łacińskie, a gē greckie. Jeśli idzie o astronomię grecy i język grecki ma kilkaset lat przewagi nad łaciną więc… no perygeum a nie peryterrum. Czekam tylko na okazję, żeby opowiedzieć Wam o liczbie mnogiej słowa ośmiornica w języku angielskim, tam się dopiero działo octopi, octopoda, octopuses...


Źródła:
Tidal fragmentation as the origin of 1I/2017 U1 (‘Oumuamua)
New formation theory explains the mysterious interstellar object 'Oumuamua
Oumuamua przyspiesza, wiemy czym jest przybysz spoza układu słonecznego
Astrofaza - Nowe fakty na temat Oumuamua
We May Have Solved The Mystery of Interstellar Comet Oumuamua
Comet Shoemaker–Levy 9


poniedziałek, 8 czerwca 2020

Fenomenalna wizualizacja Starlinka

Trafiłem na fantastyczną wizualizację powstającej właśnie konstelacji Starlinka. Liczba małych satelitów SpaceX zbliża się do 500. Z tej okazji Elias Eccli użył danych z Space-Track.org i obrobił je w Pythonie. Powstała animacja tak mnie zachwyciła, że postanowiłem poświęcić jej notkę.

Animacja śledzi okres od 17 listopada 2019 (pierwszy rzut “docelowych” Starlinków na orbitę), do 21 maja 2020, czyli na dzień przed siódmym lotem. Zatem w końcowej części widzimy rozkład około 360 satelitów. Kiedy powstaje ten tekst jesteśmy między siódmą a ósmą misją Starlinka. W przyszłym tygodniu ich liczba powinna sięgnąć 480.



Pewnie podobnie jak ja na początku zadajecie sobie pytanie “na co ja patrzę?”. Spieszę z pomocą...

Wszystkie wystrzelone do tej pory Starlinki znajdują się na orbitach o wysokości 550 km o inklinacji (nachyleniu) 53 stopni. Wyobraźmy sobie przekrój Ziemi w płaszczyźnie równika. Będzie to płaski, kolisty plasterek. Orbita o zerowym nachyleniu wysokości 550km byłaby okręgiem1 o trochę większej średnicy. Jeśli ją nachylimy względem płaszczyzny równika, wtedy satelita krążący po niej będzie dwa razy przelatywał nad równikiem. Raz przesuwając się znad półkuli północnej, drugi przelatując znad południowej nad północną. Ten drugi punkt określa tak zwaną długość węzła wstępującego. I to właśnie widzimy na osi pionowej w animacji Eliasa.

Oś pozioma przedstawia natomiast to jak rozpropagowane na danej orbicie są Starlinki. Pamiętajcie, że to nie znaczy, że nieruchomo wiszą nad pojedynczym punktem Ziemi, wszystkie nieustannie poruszają się po orbicie, ale chodzi o to, by były na niej rozmieszczone w równych odstępach. Jeśli śledzicie starty lub obserwujecie Starlinka na niebie to kojarzycie, że tuż po starcie widać było jasny sznur punktów na niebie, który sukcesywnie się wydłużał - dokładnie to można obserwować na tej animacji.

Co więcej, wykorzystując naturalne zjawiska fizyczne SpaceX jest w stanie regulować długość węzła wstępującego. Dzięki temu za pomocą jednego startu 60 satelitów, mogą oni obsadzić aż trzy orbity. Czyli jeśli orbita po starcie jest tak ustawiona, że znajdujące się na niej Starlinki przelatują nad Singapurem z południa na północ, to nie potrzeba wiele, by po kilku dniach granicę półkul przekraczały nad Kuala Lumpur2.

Co ciekawe, według wikipedii na każdej miały znajdować się 22 urządzenia, ale na ten moment orbity obsadzane są dwudziestoma. Jak widać na wykresie już teraz robi się tłoczno przy kilkunastu orbitach. Docelowo w tej pierwszej konstelacji krążyć ma około 1500 satelitów na 72 orbitach. W rzeczywistości jednak Ziemia jest ogromna i na każdego satelitę będzie przypadać jakieś 100 000 km^2 powierzchni, czyli przeciętna odległość3 między nimi będzie wynosić w okolicy 100km.

Ostatnia rzecz do wspomnienia to kolory punktów na animacji. Poza przypisaniem do poszczególnych startów Falcona 9, barwa punktów ciemnieje im wyżej na orbicie się znajdują - widać też, że im ciemniejsze, im bliżej docelowej wysokości 550km, tym wolniej się poruszają. Ten manewr - tzn zmiana wysokości orbity, to już efekt działania pokładowych silników jonowych.

Mam nadzieję, że to wytłumaczenie było klarowne i pomogło Wam docenić świetną robotę jaką wykonał Elias Eccli. Oczywiście nie uniknąłem szeregu uproszczeń, więc wspomnę o kilku najbardziej rażących, by uspokoić nadgorliwych.

1 - Tak, wiem - elipsą, ale staram się nie komplikować tekstu dla nie-nerdów ;)
2 - Tak, to jest kolejne uproszczenie, bo konstelacja jako całość ulega precesji więc
3 - Zmienność tej odległości jest spora, najbliżej siebie będą w okolicy biegunów, wciąż jednak będą to setki metrów. Ich pozycje są łatwe do przewidzenia więc uniknięcie kolizji będzie dość proste.


Źródła:
https://www.youtube.com/watch?v=857UM4ErX9A - Animacja Eliasa
https://www.youtube.com/watch?v=VyMGhUWkm5w - kanał Marcusa House
https://pl.wikipedia.org/wiki/TLE
https://pl.wikipedia.org/wiki/Elementy_orbitalne
https://en.wikipedia.org/wiki/Starlink


sobota, 30 maja 2020

12 przełomów SpaceX

SpaceX zapisała się w historii. Ponownie. Technicznie nie jest to wielki przełom. Psychologicznie, medialnie - ogromny. To, że w kapsule na czubku 70-metrowej rakiety można było umieścić ludzi jest naturalną konsekwencją technicznych przełomów, których firma dokonała w ciągu ostatnich dwunastu lat.

28 września 2008 Falcon 1 stał się pierwszą prywatną rakietą na paliwo ciekłe, która dotarła na orbitę. Rok później, 14 lipca 2009, Falcon 1 stał się pierwszą rakietą prywatnej produkcji, która umieściła na orbicie komercyjnego satelitę.

Kolejny przełom nastąpił w grudni 2010, gdy na szczycie nowej rakiety Falcon 9 SpaceX wystrzelił kapsułę Dragon. Dragon okrążył Ziemię dwukrotnie na stabilnej orbicie po czym przystąpił do wchodzenia w atmosferę i z powodzeniem wodował na Oceanie Spokojnym.

Naturalną konsekwencją tego był początek lotów zaopatrzeniowych na Międzynarodową Stację Kosmiczną. SpaceX jako pierwsza prywatna firma zaczęła dostarczać zapasy i sprzęt na ISS (25 maja 2012).

Całkiem bezprecedensowe było jednak lądowanie pierwszego stopnia Falcona 9 w grudniu 2015 roku. Do tej pory każda rakieta leciała tylko raz i trafiała na złom, w dobrym przypadku wcześniej wykonując swoją misję. O tym jak bardzo ważny był ten przełom pisałem wielokrotnie.

Potem nastąpiły kolejne kroki w kierunku reużywalności. W 2017 odzyskanie owiewek ładunku oraz ponowny lot towarowego Dragona. W 2018 odbył się pierwszy lot Falcona Heavy. W jego trakcie boczne boostery dokonały widowiskowego lądowania synchronicznego. Zwieńczeniem lotu, dowodem na skuteczność rakiety było umieszczenie ładunku na orbicie heliocentrycznej. Przez ładunek rozumiemy Teslę Elona Muska.

W 2019 SpaceX jako pierwsza firma prywatna wysłała na orbitę załogowy statek kosmiczny, czyli załogową wersję Dragona. Jako pierwsi prywaciarze na orbicie dokonali też autonomicznego dokowania z ISS.

W zeszłym roku miał miejsce krótki lot Starhoppera. Ten “niewielki” pojazd ze stali nierdzewnej był pierwszym na świecie, który poleciał dzięki silnikowi typu “full flow staged combution engine”, który nie bez powodu niektórzy nazywają złotym graalem silników rakietowych. Mam nadzieję kiedyś napisać tekst, który wyjaśni dlaczego.

… Mamy rok 2020, rakiety Falcon 9 mają na koncie niemal 90 startów. Kapsuły Dragon również wykazały swoją skuteczność. Szczególnie dzisiaj. Dlatego ten przełom wydaje się po prostu złożeniem poprzednich i ich logicznym następstwem. Jednak fakt, że na szczycie rakiety znajdowali się ludzie, wynikający z tego szum medialny sprawiają, że ta misja odbije się mocniejszym echem niż na przykład technicznie ważniejsze lądowanie boosterów.I nie ma w tym nic złego. Jeśli obudzi wyobraźnię i marzenia, to świetnie. Kudos dla całej ekipy SpaceX. Czekamy na więcej!

… Tyle przygotowanego wcześniej tekstu. A tak na gorąco - WOW. Trudno nie ulec tym emocjom. Świetnie było oglądać ten wycinek historii i nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Dużo wrażeń i masa niesamowitych obrazów. Ekipa pokładowa w czarnych kostiumach, niesamowity kontrast białych tesli i kombinezonów z deszczową szaro-rdzawą platformą startową, powolutku odsuwający się kołnierz z korytarzem dla załogi aż wreszcie start. Nagły, płynny, idealny. Separacja, powrót i idealne lądowanie boostera, aż wreszcie dryfujący sobie spokojnie i powoli dinozaur.


poniedziałek, 25 maja 2020

Wyniki konkursu "Z czego zrobiony jest świat"

Dziękuję wszystkim z udział w konkursie “Z czego zrobiony jest świat”. W zasadzie wszyscy udzielili poprawnych odpowiedzi, choć niektóre były mniej lub bardziej pełne.

1. Pytanie o balon z helem na 14,5 raza lżejszej Ziemi było podchwytliwe. Większość Was jednak słusznie wnioskowała, że różnica gęstości wciąż sprawiłaby, że balon w teorii powinien się unosić. Kilka osób jednak poszło dalej w rozważaniach. Zwrócili uwagę, że przy tak niskiej masie planety, mogłaby nie utrzymać magnetosfery i stracić przez to atmosferę (a bez atmosfery balon nie doświadczyłby jej wyporności).

Nawet rozrzedzona atmosfera cięższa od helu mogłaby być niewystarczająca by przeważyć nad lateksowym balonem. Warto jednocześnie pamiętać, że Tytan jest ponad czterdziestokrotnie lżejszy od Ziemi a posiada tak gęstą atmosferę, że ciśnienie przy powierzchni jest półtora razy większe niż na naszej planecie.

2. W pytaniu o alternatywne pierwiastki do transportu tlenu, niektórzy wspominali o organizmach, które nie potrzebują tlenu, lub transportują go w postaci rozpuszczonej. Chodziło jednak o inne metale wiążące tlen tak jak żelazo w hemoglobinie.

Praktycznie wszyscy wspomnieli o hemocyjaninie, która nadaje krwi błękitną barwę i zawiera miedź. Co bardziej dociekliwi wspomnieli o też o zawierającej mangan, brązowej pinnaglobinie, a nawet o syntetycznej koboglobinie, gdzie to kobalt wiązałby tlen, która gdyby występowałaby we krwi barwiłaby ją na żółto.

3. Pierwiastek 74, który najlepiej kojarzyć można ze starych żarówek, to wolfram lub tungsten. W języku szwedzkim tung oznacza ciężki, a stein kamień. Tymczasem w języku niemieckim wolf oznacza wilka, a rahm może oznaczać zarówno brud jak i śmietanę.

Tyle względem omówienia odpowiedzi. A książki powędrują do trzech osób i są nimi: Wiktor Bukowski, Mariusz Myszkier i Mateusz Noszka.

Lada moment spytam Was o adresy do wysyłki nagród :)
Gratulacje i dzięki za udział!



wtorek, 19 maja 2020

Konkurs - Z czego zrobiony jest świat

To zdecydowanie książkowy tydzień. Miło mi ogłosić, że wraz z Wydawnictwem Muza organizujemy konkurs promujący książkę “Z czego zrobiony jest świat”. By wziąć w nim udział wystarczy do piątku 22 maja 2020 roku wysłać odpowiedzi na adres weglowy.szowinista@gmail.com.

Zmierzycie się z trzema prostymi pytaniami:

1. Czy gdyby Ziemia była 14,5 raza lżejsza, balon wypełniony helem wciąż unosiłby się w powietrzu?

2. W swojej książce Anna Royne wspomina, że bez żelaza nie moglibyśmy oddychać tlenem. Co jednak z innymi zwierzętami, czy któreś poradziły sobie zastępując żelazo innym pierwiastkiem?

3. Pierwiastek 74 znany jest co najmniej pod dwiema nazwami. Skąd wzięły się te nazwy?



Wśród osób, które odpowiedzą poprawnie na pytania, jednoosobowe jury wybierze najlepsze odpowiedzi, które zostaną nagrodzone egzemplarzami książki “Z czego zrobiony jest świat”. Powodzenia!

Anja Royne w swojej książce zabiera nas na wyprawę przez interesujące regiony tablicy okresowej pierwiastków. Dowiemy się skąd pochodzą atomy w nas i wokół nas, oraz jak się znalazły w tym miejscu. Możecie ją zamówić tutaj.


poniedziałek, 18 maja 2020

Mól moli

Co by się stało, gdyby w jednym miejscu zgromadzić mola moli?
Zrobiłoby się dość makabrycznie…

W ramach promocji nowej książki “How to. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów” miałem przyjemność przygotować dla Was polską wersję jednego z niezwykle popularnych wpisów Randalla Munrone. W oryginalnej wersji mole of moles traktował o molu kretów (mole = kret). W języku polskim ta zbieżność słowna tyczy się malutkich szkodników. Motyli, których larwy żywią się ubraniami. Czyli po prostu moli odzieżowych.

Mol jest jedną z jednostek SI. Jest to jednostka bezwymiarowa, coś jak kopa, miliard czy tuzin. Do niedawna definiowany był jako liczba atomów w 12 gramach izotopu węgla 12C. Czyli mniej więcej tyle co liczba atomów wodoru w jednym gramie wodoru (rzut oka na tablicę Mendelejewa albo na poprzednie zdanie i wszystko jasne). Mówiąc dokładnie jeden mol to 602 214 129 000 000 000 000 000. Czyli sześćset tryliardów (6 x 1023). Według wpisu Randalla jest to też przybliżona liczba ziaren piasku na planecie Ziemia. Przybliżenia, które ja znałem mówiły o dziesiątkach tryliardów (1022) ziaren piasku na wszystkich plażach Ziemi.



Teraz znalazłem przybliżenie mówiące o 5.6 x 1021 ziarnach piasku na plażach. Jednocześnie dotarłem do oszacowania uniwersytetu Hawajów który podaje liczbę “zaledwie” 7.5 x 1018 ziaren, dla plaż oraz pustyń. “Trochę” się rozmijają. Ale ten wpis miał być o molu moli a nie piachu. Więc jak wyglądałby mol moli?

Randall miał łatwo bo kret to ssak a ssaki istotnie składają się głównie z wody, więc znając liczbę i masę mola kretów mógł łatwo obliczyć objętość. Mi wypadało sprawdzić, czy przybliżenie latającego owada do gęstości wody byłoby słuszne.

Trochę nagimnastykowałem się z Google, wikipedią, visio, kartką papieru, ostatecznie założyłem (używając komara jako mniejszego odpowiednika, którego wymiary łatwiej zdobyć), że mól waży ok 20mg oraz, że jest cylindrem o długości 8mm i średnicy 1,8mm. W ten sposób obliczyłem, że metr sześcienny moli waży jakieś 982 kilogramów. Całkiem blisko 997 kilogramów dla metra sześciennego wody.

Zatem mol moli ważyłby 6.022×1023 x 20mg ≈ 1,2 x 1019 kg

To jakieś sto tysięcy razy więcej niż Mt. Everest. Albo tysiąc razy mniej niż Księżyc. Stworzyłyby kulę o średnicy 286 km. To znaczy, że mogła by się spokojnie przetoczyć pod międzynarodową stacją kosmiczną. Gdyby pokryć nimi Ziemię, byłaby to dwudziestocztero metrowa warstwa. Jeśli mieszkacie powyżej siódmego piętra moglibyście oglądać ocean owadzich ciałek rozciągający się po horyzont. Jeśli poniżej, odradzałbym podchodzenie do okien.

Wróćmy jednak do mola moli umieszczonego w kosmosie. W kosmosie nikt nie usłyszałby upiornego chrzęstu miażdżonych ciałek, mógłby jednak zobaczyć kulę trochę mniejszą od Mimasa, księżyca Saturna, który do złudzenia przypomina Gwiazdę Śmierci. Molowa planeta składa się z dość złożonych związków chemicznych. W ich wiązaniach kryje się sporo energii. Owady są bardziej kaloryczne od większości warzyw (jakieś 120 kalorii w 100g).

Normalnie energia ta zostałaby w sporej mierze uwolniona w wyniku rozkładu w postaci ciepła ale na Mol Prime nie ma tlenu (który przyspieszyłby proces) a pod kilkudziesięciokilometrową warstwą ciśnienie byłoby wystarczające by zabić bakterie i wysterylizować resztki moli. W trochę wyższych warstwach mogłoby jednak dochodzić do powolnego rozkładu, co podgrzewałoby planetkę. W przestrzeni kosmicznej ciężko oddawać ciepło, więc rosnąca temperatura zabijałaby bakterie, spowalniając gnicie, spowalniając przyrost temperatury.

Innymi słowy molowa planeta osiągnęłaby pewną dynamiczną równowagę. Przez miliony lat prądy konwekcyjne wynosiłyby ciepłe zgniłe resztki pozwalając chłodnym opaść niżej do strefy aktywnych bakterii. Co jakiś czas kieszenie metanu i innych gazów mogłyby tworzyć najobrzydliwsze gejzery we wszechświecie.

Przypominam, że wpis powstał na podstawie artykułu Randalla Munroe “A Mole of Moles”. Więcej podobnie absurdalnych, choć z reguły mniej makabrycznych rozważań możecie przeczytać w książce “How to. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów”. Zamówić ją możecie na stronie wydawnictwa Czarna Owca.


Źródła:
XKCD - A Mole of Moles - Oryginalny wpis What If
Are there more grains of sand on Earth or stars in the sky?