piątek, 23 sierpnia 2019

IPCC - specjalny raport sierpień 2019

Zgodnie z Waszymi prośbami, przygotowałem podskrótowanie (skrót podsumowania) najnowszego raportu IPCC. Mówi o tym w jak dramatycznym położeniu jesteśmy, jakie są nasze możliwości i jak liczne są potencjalne korzyści pójścia drogą zrównoważonego zarządzania lądem i produkcją żywności. Raport ten to efekt pracy 107 ekspertek i ekspertów z 52 krajów, którzy posiłkowali się siedmioma tysiącami badań.


Gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy

Ludzkość wykorzystuje około 72% powierzchni lądowej nie skutej lodem. Powierzchnia lądowa jest zasobem krytycznym, potrzebujemy go niemal do wszystkiego. Około jednej trzeciej lądów, które wykorzystujemy podlega wywołanej przez nas erozji w tempie od dziesięciu do ponad stukrotnie większym do tempa formacji gleby. Spróbujcie przetrawić tą informację. Jak zatrważający jest brak równowagi między tempem w jakim niszczymy krytyczny zasób a tempem w jaki jest on odnawiany. Zmiany klimatyczne szczególnie mocno uderzają w nisko położone tereny brzegowe, delty rzek, tereny suche i tereny wiecznej zmarzliny.

Ląd ulega szybszemu wzrostowi średnich temperatur. Choć globalnie podgrzaliśmy Ziemię o 0,87’C (dane na 2015) to średnia temperatur dla lądowej części planety podniosła się o 1,53’C. IPCC wspomina, że wywołało to częstsze i silniejsze zjawiska takie jak fale upałów, susze i ulewne deszcze. Postępujące pustynnienie dodatkowo napędza efekt cieplarniany - zanikanie roślinności idzie w parze z uwalnianiem CO2 do atmosfery.

Sektor rolny, leśny i inne użytkowanie gruntów (Agriculture, Forestry and Other Land Use, w skrócie - AFOLU) odpowiada za 13% emisji CO2, 44% metanu (CH4) i 82% podtlenku azotu (N2O). W sumie 23% całej wypadkowej antropogenicznych emisji cieplarnianych (ekwiwalent 12 Gigaton CO2 rocznie).

Jak zawsze najbardziej ucierpią ludzie biedni. Jak łatwo się domyślić najliczniej ucierpią mieszkańcy południowej i wschodniej Azji. Ale jeśli idzie o susze to szczególnie narażony jest region śródziemnomorski i południowa Afryka. Przypomnę przy okazji, że Polska wysycha.

Lista zagrożeń jest długa. Erozja gleb, niedobory wody, utrata wegetacji, pożary, topnienie zmarzliny, degradacja wybrzeży i topików, mniejsze zbiory… Wszystkie tym bardziej dotkliwe im bardziej podgrzejemy planetę. Co więcej z roku na rok jest coraz więcej dowodów na to, że nadmiar CO2 w powietrzu wcale nie jest dobry dla roślin i IPCC tym razem pisze wprost, że prowadzi on do obniżenia wartości odżywczej niektórych upraw. Pogorszeniu ulegnie również wydajność hodowli zwierząt. W scenariuszu “pośrednim”, który ja nazwałbym optymistycznym, bo z reguły sprawdzają się te pesymistyczne przewidywania IPCC, do 2050 susze i degradacja siedlisk ludzkich dosięgnie 178 milionów ludzi przy zdecydowanie optymistycznym ociepleniu o 1,5’C, 220 milionów przy 2’C i 270 milionów przy 3’C. Mówimy tu o dodatkowych, bo już dziś pół miliarda ludzi zamieszkuje tereny podlegające pustynnieniu.

Nie wiem czy wcześniej IPCC mówiło o tym w raportach, ale tym razem jasno stwierdzają, że katastrofa klimatyczna może prowadzić do zagrożenia życia, wielkich migracji, głodu a to prowadzić może do nowych konfliktów zbrojnych. Za pierwszy tego rodzaju konflikt niektórzy uznają wojnę w Syrii.


Adaptacja i łagodzenie skutków

Ląd jest zasobem krytycznym, ale może być też jednym z kluczy do rozwiązania kryzysu klimatycznego. Niektóre z rozwiązań mają natychmiastowy efekt, inne przyniosą skutki na przestrzeni dekad. Te pierwsze to ochrona bogatych w związki węgiel ekosystemów - torfowisk, mokradeł, użytków/pastwisk (rangelands) i lasów namorzynowych. Te, które zapewnią liczne korzyści, lecz dopiero po latach to zalesianie i przywracanie zniszczonych i utraconych lasów oraz wymienionych wcześniej ekosystemów. To również regeneracja zniszczonych gleb i agroleśnictwo.

IPCC podkreśla wielokrotnie, że liczne opcje walki z kryzysem klimatycznym cechują synergie. Niektóre rozwiązania jednocześnie blokują degradację lądów i zwiększają bezpieczeństwo żywnościowe, inne zmniejszają zapotrzebowanie na tereny uprawne i powstrzymują utratę bioróżnorodności. Powstrzymywanie pustynnienia przekłada się na zwiększenie żyzności gleb i tak dalej.

To powiew świeżości w literaturze IPCC, gdzie najczęściej czytałem o synergiach w postaci sprzężeń zwrotnych, gdzie różne skutki globalnego ocieplenia dodatkowo wzmacniały się wzajemnie i napędzały zmiany klimatyczne.

Rozwiązaniem jest zwiększenie wydajności w tym genetyczne poprawki, co pewnie doprowadzi legislatorów w Unii Europejskiej i pseudoekologów do białej gorączki. Ważna jest również zmiana diety na mniej mięsną, co oprócz zmniejszenia emisji może zwolnić miliony (!) kilometrów kwadratowych ziemi. Istotne wreszcie będzie ograniczenie marnowania żywności. Mimo głodujących milionów szacuje się, że 25-30% produkowanej żywności jest tracona lub wyrzucana, to 8-10% całych emisji cieplarnianych ludzkości (gnijąca żywność to metan i dwutlenek węgla trafiający do atmosfery).

IPCC zaleca również lokalną produkcję żywności, zamiast wożenia jej z drugiego końca świata. Zalesianie, tworzenie “zielonych murów” i “zielonych tam” które ograniczą erozję, pustynnienie, utratę wody, poprawią jakość powietrza i lokalne mikro klimaty a jednocześnie stworzą kolejne rezerwuary węgla.


Mierzalne korzyści

Choć to szacunki obarczone ogromnymi niepewnościami, to IPCC szacuje, że gdyby wprowadzić wspominane metody zrównoważonego wykorzystywania lądów, do 2050 moglibyśmy zmniejszyć emisje cieplarniane o ekwiwalent 2-10 gigaton CO2 rocznie, a zmiana diety dałaby kolejne 1-8 gigaton. W sumie 3-18 Gt CO2/rocznie, czyli około 20% rocznych emisji dzisiaj. Wszystkie ścieżki prowadzące do ograniczenia ocieplenia do 1,5’C i 2’C wymagają, by oprócz transformacji w dziedzinie paliw kopalnych doszło do fundamentalnych zmian w tym jak zarządzamy lądami i jak produkujemy (i konsumujemy) żywność.

A nie zapominajmy, że poza ograniczeniem ocieplenia zapewnimy w ten sposób również poprawę dostępu do żywności, lepsze zdrowie, powstrzymanie masowych migracji i dalszą, katastrofalną degradację środowiska. IPCC do wszystkich informacji i przewidywań przypisuje poziomy pewności. Zmniejszenie ubóstwa i poprawa zdrowia publicznego na skutek proponowanych przemian opisywana jest jako “high confidence”, co oznacza ponad 80% prawdopodobieństwo.


Działania w krótkim terminie

Podobne silne przekonanie o pozytywnych efektach IPCC wyraża wobec polityki zachęcającej do zrównoważonego zarządzania lądem i zmniejszania nierówności i emancypacji kobiet. Wśród kluczowych działań na ten moment znajduje się budowanie narzędzi instytucjonalnych i finansowych, umożliwiających przemiany, rozpowszechnianie wiedzy i technologii oraz wprowadzanie systemów wczesnego ostrzegania (czyli również instrumentów do dokładniejszej i lepszej analizy klimatu i pogody).

W ostatnich sekcjach raportu IPCC mówi nawet językiem bezwzględnego kapitalizmu. Otóż okazuje się, że poza poprawą zdrowia ludzi, walką z głodem i biedą, powstrzymaniem katastrofalnego spadku bioróżnorodności, hamowaniem niszczenia lądów, poza korzyściami socjalnymi ekonomicznymi, ekologicznymi… na ratowaniu świata można zarobić. IPCC wskazuje, że stopa zwrotu może sięgać 300-600% na wartości odrestaurowanych terenów. Powstrzymania końca świata się opłaca. Kto by pomyślał.


I jeszcze link do raportu, a raczej podsumowania dla decydentów:
https://www.ipcc.ch/site/assets/uploads/2019/08/4.-SPM_Approved_Microsite_FINAL.pdf


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Pierdzinotka - naukowo o gazach jelitowych

Z okazji 10 000 lajków planowałem napisać coś wyjątkowego (jak widać, trochę mi zeszło). Wiedziałem, że musi być naukowo. Jak zawsze najlepszy okazał się schemat proste pytanie - ciekawa odpowiedź. Jestem pewien, że jednym z pytań, które spędzają Wam sen z powiek jest to, czy puszczając bączka, stajemy się ciężsi, czy lżejsi? Miło mi powiedzieć, że od dziś będziecie mogli spać spokojnie.

Czy muszę wspominać, że jeśli temat gazów jelitowych godzi w Waszą wrażliwości i nie tolerujecie różnych określeń na bączki, to powinniście niezwłocznie zaprzestać lektury? Zamiast tego mogę polecić cały szereg kulturalnych i nie mniej naukowych tekstów na Węglowym.

Zacznijmy zatem nasze rozważania. Co to znaczy, że stajemy się lżejsi po pierdnięciu? Można by powiedzieć, że wydalając cokolwiek poza organizm zmniejszamy naszą masę, bo „jest nas mniej”. W tym wypadku jednak chodzi o to, jak zmieniłoby się wskazanie wagi w momencie puszczenia bąka, gdyby była dość precyzyjna. Jeśli stojąc na wadze puszczę trzymany balonik z wodorem lub helem, wskazanie powinno delikatnie wzrosnąć.

Najlepiej oczywiście byłoby wykonać solidny eksperyment. Wyzwanie jednak jest większe niż można by się spodziewać. Potrzebna dokładność sięga miligramów. Tak precyzyjne wagi istnieją, ale nie waży się na nich ludzi. Pewnie możliwe jest skonstruowanie przeciwwagi, dzięki której można by bezpiecznie stanąć na jednym z takich urządzeń, ale pomijając kłopot z organizacją, w tej skali pewnie samo sprężynowanie i bujanie przeciwwagi, oddychanie czy najdrobniejsze ruchy mogłyby wprowadzać szumy przekraczające “efekt”. Na pewno trzeba by wstrzymywać oddech w czasie pierdzenia, acz to niektórym przychodzi naturalnie. Dlatego kibicuję każdemu kto porwie się na ten godny IgNobla wyczyn, ale sam wymiękam i pozostanę w sferze teoretycznych rozważań podpartych danymi naukowymi.

Skupimy się na tym, czy bączek, kiedy cieszy się przytulną ciemnością naszych jelit, ma wyporność większą czy mniejszą od powietrza. Innymi słowy, czy masa pierdziocha w brzuchu podzielona przez jego objętość, jest mniejsza czy większa od masy takiej samej objętości powietrza. To klucz do odpowiedzi na nasze pytanie. I wiecie co… Nauka jest piękna, a odkrywanie tajemnic świata fascynujące. Bardzo często, nawet jeśli sprowadzimy coś do pozornie prostego pytania, to odpowiedź może być zaskakująca. Bo widzicie... jeśli spytamy, czy po pierdnięciu jesteśmy lżejsi, czy wręcz przeciwnie, odpowiedź brzmi:


TO ZALEŻY.

Zgodnie z tym co już napisałem, kluczowe dla naszych rozważań powinno być porównanie gęstości powietrza oraz bączka. Dla wygody będziemy jednak porównywać masy molowe. Wiem jak niektórzy reagują na wzory, więc podam Wam jedynie tego linka do dowodu. Autor używa Prawa Boyla i kilku prostych przekształceń. Tym, którzy chcieliby mi powiedzieć, że bąki nia są gazami idealnymi powiem - macie rację. Jednakże nasza nieidealna atmosfera i nasze nieidealne pierdzioszki w temperaturach i ciśnieniach, z którymi mamy do czynienia zachowują się tak jak gaz idealny. Dopóki nie macie w tyłku arktycznych temperatur, a ciśnienie nie starczy do rozsadzenia termoforu, nie zaprzątajcie sobie tą niedoskonałością głowy.

Masa molowa powietrza jest dość łatwa do obliczenia:
Masa molowa Zawartość
azot N2 28 78.08% 21.86
tlen O2 32 20.95% 6.70
argon Ar2 40 0.93% 0.37
Dwutlenek węgla CO44 44 0.04% 0.02
SUMA 100% 28.96

Gazy inne to mniej niż 0,003%. Para wodna, natomiast, jeśli jest obecna, jedynie zmniejsza gęstość powietrza. Masa molowa pierdzioszka, to moment w którym robi się ciekawiej...

Gazy jelitowe pochodzą z kilku źródeł. Połykamy całkiem sporo powietrza, poza tym powstają one w wyniku fermentacji bakteryjnej i oczywiście metabolizmu. Pozbywamy się ich na trzy sposoby – część wybekujemy (nawiasem mówiąc, czy wiecie, że „krowi metan” pochodzi głównie z krowich beknięć, nie pierdnięć?), część dyfunduje, trafia do krwioobiegu, a następnie jest wydychana (dlatego część diagnostyki stanu jelit można prowadzić na podstawie badania wydychanego powietrza). Reszta opuszcza organizm gdy puszczamy wiatry. I tą resztą zajmiemy się dzisiaj.

Z przyczyn dla mnie kompletnie niezrozumiałych nie ma wiele literatury poświęconej temu zagadnieniu. Znalazłem kilka źródeł, które odwoływały się do siebie wzajemnie lub prowadziły do artykułu doktor nauk biomedycznych - Anne Marie Helmenstine, według której skład bąka przedstawia się następująco:

Masa molowa Zakres
azot N2 28 20-90%
wodór H2 2 0-50%
dwutlenek węgal CO2 44 10-30%
tlen O2 32 0-10%
metan CH4 16 0-10%
smród 45+ 1%

Na pierwszy rzut oka widać, że pierd pierdowi nierówny. Jednym z kluczowych dla wyporności składników może być metan. Jak się okazuje, nie każdy z nas ma w jelitach bakterie produkujące ten gaz. W tej kwestii również trudno o rzetelne informacje, bo jedne źródła mówią, że raptem połowa z nas posiada odpowiednią faunę, inni twierdzą, że tylko jedna trzecia ludzi wzbogaca swoje wiatry metanem. Zanim przejdziemy do przykładów, słówko o “smrodzie”. Otóż ten niecały procencik zawiera między innymi metanotiol i siarkowodór. I to właśnie ten drobny ułamek bąka jest przyczyną niejednej kłótni, nerwowej atmosfery w windzie czy wzajemnych oskarżeń. Jest też jedną z cięższych frakcji w ludzkim bąku.

Jeśli założymy, że delikwent nie posiada tej cechy (nie produkuje metanu) i jego “produkt” zdominowany jest przez azot (50%) i dwutlenek węgla (30%) i dopełniony przez tlen (10%) i wodór (9%) z odrobiną smrodku (1%), to masa molowa wyniesie 31 gramów na mol. To ciężki bąk. Wypierdzenie tak skomponowanej mieszanki sprawi, że staniemy się lżejsi.

Jeśli jednak znajdziemy wybrańca zdolnego do produkcji metanu, jeśli nakarmimy go czymś bogatym w siarkę, brokułami, kapustą czy jarmużem, to może dojść do sytuacji, gdzie metan będzie stanowić 10% bąka, wodór 25%, dwutlenek węgla skromne 15%, tlen 5%, a całość dopełni smród (1%) i azot (44%). Wtedy masa molowa wyniesie raptem 23 gramy na mol. Taki bąk zatem w atmosferze ziemskiej będzie nam dawał wyporność i uwolnienie go zwiększy naszą wagę.

Kiedy dopiero zaczynałem pracę nad tym tekstem, myślałem, że metan jest języczkiem u wagi. Niektóre źródła twierdzą, że jeśli tylko generujesz metan, to bąk będzie lżejszy od powietrza. Więc gdybyśmy tylko wiedzieli, czy dana osoba produkuje metan, moglibyśmy udzielić w miarę zdecydowanej odpowiedzi, czy w jej przypadku staje się lżejsza czy cięższa. Teraz wiem, że nie jest tak prosto. To jednak nie powstrzyma mnie przed umieszczeniem tu poniższej sekcji...


NIE RÓBCIE TEGO W DOMU

Okej. Czyli zadałeś sobie to pytanie. “Czy ja produkuję metan?” Na pewno jest sporo metod by to sprawdzić. Mniej lub bardziej inwazyjnych. Można by próbować łapać gaz i oddać do jakiegoś laboratorium. Lub próbować zbadać florę jelitową… Ale można by też poczuć się jak astronom i dokonać naukowo brzmiącej analizy spektralnej.

To analiza spektrum światła pozwala nam badać gwiazdy, pulsary, kwazary, galaktyki, mgławice i supernowe, odległe o miliony lat świetlnych bez ruszania tyłka z Ziemi. Kolory światła mówią nam wiele o badanych obiektach. Wodór i metan są łatwopalne. Wodór płonie żółtym, wpadającym w pomarańcz kolorem. Metan płonie błękitnym ogniem. Just sayin’.


CIŚNIENIE

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Ciśnienie. Wbrew temu czego można by się spodziewać, gazy jelitowe nie znajdują się pod ogromnym ciśnieniem. Trafiłem na informacje o jednym badaniu, według którego ciśnienie w okrężnicy może być do 30% większe od atmosferycznego i traktować to należy jako ekstremum (widzieliście wzdęte pośmiertnie wieloryby?). Jeśli tak wygląda absolutna górna granica, uznałem, że może warto zerknąć na ciśnienie w typowym imprezowym baloniku przed pęknięciem. Tu z pomocą przybył Jerzy Michałowski, któremu serdecznie dziękuję za poświęcenie swojego czasu i umiejętności. Powiedział “mam czujnik ciśnienia, raspberry pi i kilka balonów”. A ja opanowałem się przed zacytowaniem Blues Brothers. Dwa tuziny godzin później okazało się, że balonik pęka przy 108 kPa, czyli około 6% ponad ciśnienie atmosferyczne. W sieci (wraz z czytelnikami) dotarłem do informacji o balonikach, którym wystarczyło 4% a nawet raptem 2,5% ciśnienia ponad atmosferyczne.

Jeśli jednak uwzględnimy ekstremalne ciśnienie, to nawet przy masie molowej zwiększonej o 30%, pierdzioszki o skrajnym składzie będą osiągać masy od 22 (lżejsze od powietrza) do 40 gram na mol (choć w tym wypadku naciągane jest mówienie o gramach na mol, ale idea pozostaje w mocy - gęstości powiększone o 30% będą zarówno większe jak i mniejsze od powietrza atmosferycznego).


KONKRET

Wiemy już, że bąk może zarówno zwiększyć jak i zmniejszyć naszą wagę. Pora jednak odpowiedzieć na pytanie jak bardzo. Jak bardzo zmieniłoby się wskazanie wagi, która byłaby w stanie uchwycić tak małe zmiany. Z samego faktu, że poruszamy się na samej granicy lżejszy/cięższy możemy się domyślać jak minimalny wpływ na wskazanie wagi wchodzi w grę.

Jeśli zgodnie z jednym z moich źródeł (które pokrywa się z powyższą tabelą rozpiętości składu wiatrów) założymy, że pierdzioszek waży ok. 37 miligramów, to jego wyporność może osiągnąć około 5-6 miligramów. Tak że puszczając taki wiatr, zyskamy dodatkową wagę dwóch głodnych komarów.


SIĘGAJĄC KOSMOSU

Trudno mi się rozstawać z tym tematem, więc mam jeszcze jedną myśl. Słyszeliście pewnie, że nowa generacja rakiet będzie stosować metan jako paliwo (New Glenn Jeffa Bezosa, podobnie jak BFR Elona Muska). Istnieje szereg powodów, które sprawiają, że sam dałem się przekonać, że to nie jest kombinowanie i że może nie jest to taka zła alternatywa dla latania “na wodę” (tzn spalając wodór i tlen). Mam nadzieję, że kiedyś napiszę o tych powodach, teraz jednak sięgnę po jeden, przytaczany przez Elona. Metan jest paliwem, które w miarę nieźle powinno dać się produkować na Marsie, więc rakiety mogłyby wracać z Czerwonej Planety korzystając z paliwa wytworzonego in situ. Wiecie gdzie z tym zmierzam…

Ile czasu potrzebowałaby setka kolonistów (założymy, że selekcja kolonistów odrzuca tych, którzy nie pierdzą metanem), by “zatankować” rakietę i wrócić na Ziemię? Starship (według bardzo wczesnych założeń), ma mieścić 240 ton metanu, to jest 240 000 000 gramów. Statystyczny bączek zawiera 1,8 miligrama metanu i puszczamy statystycznie 14 takich wiaterków dziennie, czyli 24 miligramów na dobę. Przy takich założeniach, setka marsjańskich osadników potrzebowałaby… 270 tysięcy lat by zatankować swój pojazd powrotny.


Źródła:
Air - Molecular Weight and Composition
What is the relationship between molar mass and density?
What Is a Fart Made Of? (rzekomo kolor płomienia)

Pressure – The Life of the Party (balon na imprezie)
Publikacja: Inflating a Rubber Balloon
Publikacja: Balloons revisited
Gas turbine combustion performance test of hydrogen and carbon monoxide synthetic gas - fotka płomieni

Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
Jesteś zbulwersowany/zbulwersowana? Odwołaj patronat tutaj.


sobota, 20 lipca 2019

Księżycowy lądownik LEGO (10266)

Niemal każdy robi coś z okazji 50-lecia lądowania na Księżycu. LEGO na przykład wypuściło zestaw “Lądownik księżycowy Apollo 11 NASA” (10266) a ja postanowiłem napisać o nim kilka słów dla Was.


Tło

LEGO zrobiło furorę i po circa 20 latach wróciło do mojego życia zestawem Saturn V (21309). Jestem nim nieprzerwanie zachwycony, jest śliczny, fajnie się go buduje i jest świetnym modelem rzeczywistej rakiety, która poniosła ludzi na Księżyc. Dzieli się na trzy stopnie, ma malutki lądownik, oznakowania, “wodujący” command module… No cudeńko po prostu.

Prawdziwy Saturn V to stu dziesięciometrowy gigant, dlatego model wykonany został w skali mikrofigurki, co pozwala mu mieć “zaledwie” metr wysokości. Gdyby go zbudować w skali klasycznego “ludzika LEGO” miałby niespełna 6 metrów.

Ale jeśli skupimy się na samym lądowniku… To zbudowanie go w “domyślnej” skali klocków nie jest zupełnym szaleństwem. I tu na scenę wkracza zestaw 10226.


Budowanie

Model dzieli się na trzy główne części. Pierwszą jest podstawka. Zawiera ona fragment powierzchni Księżyca, ładne obramowanie z opisem, ślady kroków astronauty, miejsca na nogi lądownika, no i oczywiście pasiastą, nakrapianą gwiazdkami flagę. To najkrótszy i najprostszy etap budowy. Podoba mi się jak oddano kratery na powierzchni Srebrnego Globu.

Drugi i najbardziej złożony jest oktagonalny lądownik (descend module), czyli charakterystyczny złoty pajączek. To najciekawszy etap konstrukcji. Jest tu kilka interesujących technik; najbardziej spodobało mi się ciasne upakowanie “kwadrantów” wokół głównej konstrukcji, oraz to jak sukcesywnie wpinane wsporniki stabilizowały nogi. Bardzo podoba mi się też nieoczywisty sposób w jaki siadają one na podstawce. Nie ma żadnego wpinania czy sczepiania klocków a jednocześnie nie ma szansy by Apollo się osunął czy zjechał ze swojego miejsca. Brawo.

Moduł wznoszący to już w sporej mierze droga “z górki”. Choć i tu warto podkreślić, że twórcy interesująco kilka razy zabawili się zmianą orientacji klocków. Do tego od całości można bardzo łatwo odpinać dwie boczne sekcje. Dzięki temu bez problemu możemy z łatwością zerkać sobie do środka. A to prowadzi nas do kolejnego wątku...


Walory edukacyjne

Pod tym względem ten zestaw jest rewelacyjny. Imponująco wiernie oddaje wygląd historycznego pojazdu kosmicznego. Książeczka z instrukcjami zawiera ciekawe przypisy, dzięki którym w kilku miejscach dowiadujemy się co konkretnie budujemy i czemu to służyło.

Lądownik ma dwa “ukryte” schowki, w tym jeden z kamerą wycelowaną w drabinkę po której na powierzchnię schodzili astronauci. W drugim znajduje się lustrzany panel, który umożliwił dokładne pomiary odległości między Ziemią a Księżycem.

Kiedy odłączymy moduł wznoszenia, możemy zerknąć w trzewia lądownika i zobaczyć gdzie przechowywano paliwo hipergolowe (takie, które dostaje samozapłonu, więc upraszcza konstrukcję silnika) i utleniacz. Na jednej z nóg odwzorowano też tabliczkę, na której widnieje pokojowe pozdrowienie. Wnętrza zawierają panele z wielkimi i ciężkimi komputerami, których moc obliczeniowa stanowiła ułamek tego co potrafią dzisiejsze smartfony. Nie brakuje też silniczków manewrowych, niewielkich okienek czy sprzętu do komunikacji.

Jedną dużą różnicą, chyba nie do przeskoczenia w przypadku modelu LEGO, jest delikatność łupki Apollo. Rzeczywisty pojazd, choć ciasny, był bardziej przestronny, co pozwoliło astronautom przespać się w środku i spędzić tam naprawdę sporo czasu, jak i przynieść kilkadziesiąt kilogramów skał do badań. Choć na pokładzie Apollo ludzie polecieli na najdłuższą wycieczkę w historii, to silniejsze uderzenie astronauty prawdopodobnie mogłoby go przebić na wylot.


Końcowe myśli

W zasadzie nie mam zarzutów do tego zestawu. Jest w nim sporo naklejek, a te zawsze przyprawiają mnie o palpitacje serca, no bo masz tylko jedną szansę. Na szczęście płytka z napisem na podstawce nie jest naklejką, zawsze to coś. Pozostaje jeszcze kwestia ceny. A ta jest wysoka. Niestety LEGO to drogie zabawki. Czy to co opisałem wyżej jest warte tych pieniędzy, każdy musi ocenić sam. Ja nie żałuję.


środa, 17 lipca 2019

Neuralink - podsumowanie konferencji

Jakąś godzinkę temu Elon skończył prezentację niejako podsumowującą dwa lata pracy swojego najnowszego startupa Neuralink. Jego głównym celem jest stworzenie potężnego interfejsu pomiędzy mózgiem a komputerem. Oczywiście czeka nas jeszcze daleka droga, ale myślę, że to co już dokonali jest imponujące. Wpierw jednak - jeśli chcecie solidnie zrozumieć ideę Neuralinka to warto zapoznać się z tekstem Tima Urbana z Wait But Why z 2017. A jeśli chcecie podsumowania informacji z konferencji to zapraszam do lektury tutaj:


* Elon stwierdził, że głównym celem tej konferencji była rekrutacja. Neuralink ma przed sobą długą i trudną drogę i chce na niej mieć najlepsze umysły.

* Interfejs w postaci sieci małych elektrod ma być umieszczany na powierzchni mózgu za pomocą robota działającego podobnie do maszyny do szycia.

* Wstępnie procedura miałaby polegać na wywierceniu w czaszce otworu o średnicy 8mm tak by maszyna mogła nałożyć implant. Docelowo Elon chciałby, żeby dziurki były nieporównywalnie węższe i wykonywane przez laser. Marzy mu się, by procedura była kiedyś odpowiednikiem laserowej korekty wzroku - standardem o małej inwazyjności. Na ten moment dziurkę “zatyka się” sensorami.

* Zaznacza jednak, że oczywiście na początku celem Neuralinka są osoby z różnymi dolegliwościami - głównie sparaliżowane. Takie które z racji na swoje problemy chcą podjąć się takiej procedury, by polepszyć swój komfort życia.

* N1 sensor - zaprezentowana elektronika jest imponująco malutka, jeszcze bardziej imponujące są nici sensorów o szerokości od 4 do 6 mikrometrów. Maszyna może umieścić nawet tysiąc tychże w tkance mózgowej.

* Wiadomo było, że neuralink pracował ze szczurami, nawet zaprezentowano fotki szczura, któremu zaimplementowano 3072 sondy. Elon jednak odpalił niewielką wyraźnie niezaplanowaną bombkę, kiedy powiedział, że to “delikatny temat”, ale “małpa była w stanie kontrolować komputer swoim mózgiem”. Detali nie znamy. Wiemy, że Neuralink stara się obecnie o zgodę FDA na badania na ludziach i można liczyć, że pierwsze próby odbędą się jeszcze przed końcem 2020 roku.

* Dwie części prezentacji były poświęcone elektronice. Były szalenie imponujące - miniaturyzacja, niesamowicie mały pobór energii, dokładność odczytu… Oczywiście sensory w dalszym ciągu są znacznie większe od neuronów, ale według mózgów prowadzących prezentację, powinno być możliwe, by rozróżnić “spikes”, czyli sygnały aktywacji pojedynczych neuronów.

* Co chyba najciekawsze (przynajmniej w kontekście elektroniki), jeśli idzie o tempo działania, odczyt, odsianie szumu, konwersja sygnału analogowego na cyfrowy - wszystko to działa szybciej niż reakcje chemiczne w mózgu. Więc nawet jeśli jeszcze nie mamy idealnej rozdzielczości, to elektronika spokojnie może nadążać w czasie rzeczywistym za mózgiem.

* Co z tymi danymi? Przesłane do niewielkiego urządzenia zaimplantowanego za uchem mogą być przekazywane za pomocą BlueTooth do telefonu lub komputera. Odpowiednio obrobione mogą pozwolić na… cóż wszystko. Poruszanie protezą, stymulowanie nerwów za zerwanym rdzeniem kręgowym, obsługa komputera… Czas pokaże, ale możliwości wydają się nieograniczone. Od przywracania wzroku niewidomym, do wgrywania umiejętności rodem z matrixa.

* Podoba mi się, że kolejni naukowcy podkreślali, że Neuralink nie wyskoczył jak dżin z butelki, tylko że to efekt ponad stulecia neurologii.





Nagranie z konferencji
Strona Neuralink
Relacja The Verge
Relacja Bloomberga


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


środa, 10 lipca 2019

"Moja futurologia nie została jeszcze prześcignięta przez rzeczywistość" - wywiad z Michałem Cholewą

Doktor nauk technicznych, matematyk i informatyk, który znajduje jeszcze czas na pisanie militarnej SF. Co miłe - znalazł też trochę czasu, żeby porozmawiać ze mną o swoich książkach, pracy i o naszym świecie i jego przyszłości.
Michał Cholewa, choć jego strona na Wikipedii jest wciąż krótsza niż jego ojca, już ma na koncie sześć książek i niemały zbiór nagród, w tym Zajdla (oraz nominację do kolejnego, więc trzymamy kciuki).
Zapraszam do lektury.


Zakładam, że już pisząc Gambit miałeś pewien plan na cały cykl, prawda?

Pisząc Gambit - nie. Pomysłem na tę książkę początkowo było opowiedzenie o operacji wojskowej z punktu widzenia jej różnych uczestników. W tym czasie Gambit miał być jeszcze zbiorem opowiadań, ale to się ostatecznie zmieniło. Część treści zniknęła, pojawiły się inne, uwspólnili się bohaterowie. Wiedziałem, do czego zmierza fabuła, ale wiedziałem również, że jeśli na jednej książce się skończy, to będzie to miało jakieś domknięcie.

Kiedy Gambit został ostatecznie wysłany do druku, wiedziałem już o czym będzie cała historia - o ile będę miał szansę ją wydać.


OK, więc moje pytanie brzmi - biorąc pod uwagę, że minęło siedem lat i mamy za sobą już pięć tomów, czy tamten zarys przypomina jeszcze to co już powstało i czego finał widać na horyzoncie?

Tak! O ile oczywiście zmieniają się detale w środku i którędy dokładnie wiedzie przewidziana dla bohaterów ścieżka, ale jej ogólny kształt powstał przed napisaniem Punktu cięcia i pozostaje modyfikowany acz niezmieniony. To historia o konkretnych rzeczach, chciałem napisać ją w konkretny sposób i nie chcę tego zmieniać.


Ekspozycja świata Algorytmu Wojny chyba zawsze odbywa się “przy okazji”. Ciekaw jestem czy dowiemy się więcej o przekaźnikach czasu rzeczywistego albo o przestrzeni metrycznej?

To zależy co oznacza “więcej”. Z punktu widzenia bohaterów obie te rzeczy - i wiele innych zresztą - są narzędziami. Wierzba jest żołnierzem, więc przekaźnik czasu rzeczywistego jest dla niego mniej więcej tak zrozumiały jak dla przeciętnego człowieka akcelerator cząstek. Jak dotąd nie miałem dobrego sposobu ani żeby wpleść to w rozmowę, ani przemyślenia.

To może się zmienić - ale prawdę mówiąc nie chcę się w to przesadnie zagłębiać, ponieważ lot FTL czy choćby przekazywanie informacji FTL jest zagadnieniem niemożliwym i co bym wymyślił, będzie źle.


Starasz się zachować realizm, czy może jego pozory. Jako pisarz. Czy jako czytelnik też jesteś na to wyczulony? Czy wolisz jak inni autorzy przemilczą zasady podróży/komunikacji FTL niż jeśli wymyślają jakieś uzasadnienie?

Skądinąd wiem, że póki co uzasadnienia nie ma, więc każde wyjaśnienie będzie w ten lub inny sposób naciągane. Na ogół więc przyjmuję, że pewne rzeczy są założeniami świata i trzeba po prostu przyjąć, że fizyka działa w nim tak, a nie inaczej. Kiedy już jednak mam te założenia - których nie kwestionuję - chciałbym żeby świat działał poniekąd spójnie z nimi. Jeżeli w świecie funkcjonuje powszechna telepatia na przykład, oczekiwałbym, że część telepatów współpracuje z policją, a wywiad działa troszkę inaczej niż u nas. Jeżeli gwiezdny myśliwiec bez trudu radzi sobie z wielkim okrętem, potrzebuję powodu, dla którego w świecie istnieją wielkie okręty stworzone do walki (a nie tylko transportu).

Słowem, zwykle moim głównym wymaganiem jest to, by świat działał według swoich własnych zasad.


Przypomnij moim Czytelnikom, gdzie pracujesz.

Zawodowo pracuję w Instytucie Informatyki Teoretycznej i Stosowanej Polskiej Akademii Nauk. Zajmuję się uczeniem maszynowym, co może brzmieć jakbyśmy budowali Skynet, ale na takie zarzuty moją odpowiedzią jest stanowcze nie potwierdzam i nie zaprzeczam.


Otoczenie pomaga Ci w pisaniu?

Moje zawodowe otoczenie? Bardzo. Głównie dlatego, że jest tam spory procent ludzi o podobnych zainteresowaniach, których zawsze mogę zapytać jak coś mogłoby działać albo czy dane rozwiązanie - techniczne czy fabularne - ma sens. Głęboko wierzę w sens testowania pomysłów, a moim koledzy z pracy bardzo to ułatwiają.


Czy jakieś osiągnięcia współczesnej nauki namieszały ci w cyklu? Ostatnie siedem lat to Crispr/CAS9, implanty pamięci u myszy, wysyp egzoplanet (to raczej nie psuje Ci nastroju), Watson wygrał w Jeopardy w 2011… Widząc jak starasz się, żeby Algorytm był Hard-SF, zastanawiam się czy coś Ci popsuło zabawę.

Jak dotąd nie. W ciągu ostatniej dekady nie pojawiło się nic, co odwróciłoby mi świat do góry nogami. Setting Algorytmu Wojny jest pod tym względem wygodny - jest przecież de facto postapokaliptyczny i mam pewną swobodę z decydowaniem co ze świata sprzed Dnia przetrwało. Wiele kierunków gwałtownie rozwijających się porusza sie po orbicie automatyzacji, a akurat ich nieobecność w świecie mogę łatwo wytłumaczyć.

Ogólnie na ten konkretny moment moja futurologia, jaka by nie była, nie została jeszcze prześcignięta przez rzeczywistość - z drugiej strony od premiery Gambitu minęło zaledwie siedem lat.


Załóżmy, że w Twojej twórczości AI są złe. Co sądzisz o AI tu i teraz? Ja mam wrażenie, że apokalipsę serwujemy sobie sami od kilkudziesięciu lat i nie zapowiada się, że sami się uratujemy. Może silna AI mogłaby nam pomóc?

Masz rację, ludzie zupełnie nie potrzebują złych AI do apokalipsy, z tą jedną rzeczą radzimy sobie, niestety, świetnie. Co więcej, w wielu przypadkach mniej więcej wiadomo co należałoby zrobić, po prostu ludzie nie chcą tego robić. To z kolei prowadzi do myśli, że potencjalna silna AI musiałby dokonać prawdziwego przełomu i opracować zupełnie nowe rozwiązania - najlepiej takie który nie obniżą nam poziomu wygody, bo co jak co, ale na to ludzie się nie zgadzają, choćby świat miał się walić i palić.

Na to oczywiście silna AI ma szanse większe niż ludzie. Ale łatwo jej nie będzie.

Druga opcja jest to, że po prostu przejmie władzę i zacznie realizować jakaś zoptymalizowana wersje naszych dzisiejszych pomysłów. Ale silna AI u steru ludzkości to temat na zupełnie osobną i długą rozmowę.


Co sądzisz o kryzysie zaufania do nauki? Lęk przed GMO, szczepieniami, altmedy, negowanie zmian klimatycznych, brak zaufania do energetyki jądrowej?

Delikatnie mówiąc, niepokoi mnie. Dorastałem już w erze gwałtownego rozwoju i naiwnie zakładałem że idziemy w stronę bycia dziećmi nauki i pełnego racjonalizmu. To się nie stało - co więcej pojawił się zupełnie niespodziewany (dla mnie) regres. I szkoda, bo moglibyśmy być o tyle dalej.

Mam wrażenie że problem bierze się trochę z zamiłowania do teorii spiskowych, trochę z tego że nauka jest coraz mniej intuicyjna, a więc jej nie rozumiemy. A rzeczy niezrozumiałe są - w naszych głowach - groźne.

Trochę też winę ponosi brak intuicyjnego zrozumienia reguły Bayesa - domyślnie zakładamy, że otrzymywane informacje tworzą sensowny obraz rzeczywistości - mniej lub bardziej przybliżony.

Ale dowiadujemy się głównie o sytuacjach, kiedy coś pójdzie nie tak. Wszyscy wiemy o Czarnobylu, ale nikt nie opublikuje przecież notki prasowej “tego roku znowu wszystkie elektrownie atomowe działały bez zarzutu”. Podobnie nie czytamy informacji o działających szczepionkach. Albo braku głodu. Ale skoro wiemy tylko o kryzysach, to znaczy że pewne wynalazki pojawiają się w naszej świadomości tylko w negatywnym kontekście. Więc i w umysłach ludzi tworzy się ich negatywny obraz.


A jakie jest w ogóle twoje podejście do nowinek technologicznych? Kibicujesz Elonowi? Wypatrujesz kolonizacji Marsa czy bazy na Księżycu? Wolałbyś zjeść udającego mięcho impossible burgera czy burgera z mięsem z próbówki?

Jestem gorącym fanem nauki. Jako miłośnik SF oczywiście chciałbym zobaczyć za swojego życia kolonię na Marsie, żyć z przeświadczeniem, że jeszcze trochę, jeszcze sto-dwieście lat i faktycznie staniemy się cywilizacją międzyplanetarną. I chciałbym tego nawet wiedząc, że dużo szybciej taką cywilizacją staną się roboty.

Chciałbym patrzeć jak nauka rozwiązuje nasze problemy, jak nie musimy hodować bydła rzeźnego, jak energetyka przestaje rujnować planetę, jak pokonujemy kolejne choroby. I wierzę, że to się stanie - ostatecznie, wbrew memom, że postęp skupił się tylko na obrazkach kotów, idziemy naprzód.


Masz jakieś technofobie?

Chyba mam nie tyle technofobię co strach przed nią. Rozwijamy technologię szybciej iż ewoluujemy - co jest oczywiste. Boję się, że w pewnym momencie nie nadążymy z przeciętnym wykształceniem naukowym i okaże się w pewnym momencie, że technologia stanie się amuletem, clarkowsko nieodróżnialnym od magii. Że zniknie chęć jej poznania, zostanie tylko satysfakcja z użycia.


Patroni pytają czy masz już tytuł szóstego tomu?

Nadal szukam odpowiedniego. Tradycja nakazuje, że musi być sensownym spoilerem :)


To o datę premiery też nie pytać?

Chciałbym w tym roku ale patrząc na moje tempo byłoby to sporym zaskoczeniem. Niemniej staram się i nadal troszkę wbrew faktom - mam nadzieję.


No dobra to teraz pogadajmy o rakietach w Twoim cyklu. Wyjaśnisz czytelnikom czemu metalowe drzazgi? I skoro wyrzucane one są w kształcie stożka w jednym kierunku, to co zostaje odrzucone w przeciwnym kierunku i czy grozi pojazdom prowadzącym ostrzał?

To akurat nie problem. Doskonałość namierzania obrony punktowej sprawia, że pocisk zasadniczo nie ma szans trafić w okręt, co oznaczało, że należy przyjąć, że detonuje gdzieś wcześniej, a energię trzeba jakoś donieść do celu.

Do wyboru miałem bardzo silne emisje energii wprost (jak na przykład bomba termojądrowa) albo pociski kinetyczne. Bomby termojądrowe jednak mają w próżni skandalicznie mały zasięg skutecznego rażenia, zdecydowałem się więc na pociski kinetyczne. Pocisk kiedy stwierdzi, że jest z grubsza wystarczająco blisko celu (znaczy każda chwila lot dłużej niesie ze sobą za duże ryzyko zestrzelenia) detonuje i rozpada się na stos małych, ale za to bardzo rozpędzonych (bo pocisk był rozpędzony) drzazg. Jest ich na tyle dużo że istnieje matematycznie rozsądna szansa, że któraś z nich trafi cel, a ponieważ są bardzo rozpędzone - narobić szkód.

W tym kontekście nic nie jest wyrzucane do tyłu. Rakieta ofensywna raczej rozpada się niż wystrzeliwuje coś.


Czyli drzazgi są niesione pędem pocisku, który po prostu się rozpada?

Dokładnie tak. On już jest wystarczająco szybki żeby nie musieć ich bardziej rozpędzać.


Silna Sztuczna Inteligencja z perspektywy człowieka jest istotą niemal boską. Jakie są ograniczenia AI w Algorytmach Wojny i czemu odpowiedź brzmi poczekaj na kolejne tomy?

Tak naprawdę AI doskonale liczą i to jest ich główna supermoc. Są dobre w liczeniu prawdopodobieństw i uwzględnianiu wielu czynników. Czyli w tym, czym komputery są dobre teraz - moje AI po prostu świetnie izolują istotne czynniki, przez co ich kalkulacje mają sporo sensu. Ich słabym punktem - co widać było już w Gambicie - jest to że jednak nie są po prostu komputerami. Są istotami z własnymi osobowościami i poglądami - bo stworzyli je ludzie, na swoje podobieństwo (jak to stwórcom się zdarza). Wyhodowanie sensownej AI również zajmuje czas, to nie jest proste powielanie kodu, więc jest ich nieco mniej.

No i oczywiście, nie są aż takie bliskie bogom - ostatecznie, już raz przegrały.


Jest jakiś powszechnie znany i lubiany klasyk SF którego Ty nie lubisz?

Mam wrażenie że gdybym miał wymienić któregoś koniecznie - byłby to Robert Heinlein. Jego silny militarystyczny jingoism niekoniecznie mi odpowiada.


Wielkie dzięki za rozmowę. Trzymam kciuki za Zajdla, no i powodzenia w pracach nad kolejnymi tomami.



wtorek, 2 lipca 2019

O dziewczynce, która przestała jeść

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Grecie Thunberg. Wiem, że moje pierwsze reakcje były dość sceptyczne. Mówiła zbyt sensownie, dosadnie i konkretnie. Sądziłem, że pewnie ktoś za nią stoi, że to wyreżyserowany spektakl. Nie byłem przekonany, czy z tego wyrazistego symbolu nie będzie kłopotów.

Pamiętam jednak, kiedy postanowiłem, że chcę o niej coś napisać. Było to po tym jak wysłuchałem jej wystąpienia na TEDzie, gdzie dowiedziałem się, że jest ona osobą z Zespołem Aspergera. I nagle wszystko miało sens. Powaga, niezwykłe skupienie, jasny przekaz.

Wiek Grety jest kluczowy zarówno dla jej zwolenników jak i sceptyków. Przeciwnicy mówią oczywiście „co ona tam wie, zmanipulowane dziecko”. Cóż – Bill Nye skutecznie tłumaczył fotosyntezę kilkulatkom. Dzieciaki w szkole podstawowej uczyły się o odżywianiu, o wiązaniach ATP, o piramidzie żywnościowej, czy jak jedząc świnkę „zjadamy” energię fotonów, które padały na zielone listki. To nie jest trywialne, ale można to zrozumieć będąc dzieckiem.

Globalne ocieplenie na podstawowym poziomie jest prostsze. Jeśli leżysz sobie na powietrzu i ogrzewa cię słoneczko, to osiągniesz pewną równowagę między ciepłem, które oddaje twoje ciało a które przyjmuje ze słońca. Co się stanie, jeśli narzucisz na siebie koc? Koc nie generuje ciepła. Nie sprawia również, że słońce zaświeci mocniej. Ale zmienia bilans. Zatrzymuje część energii przy tobie. Znów osiągniesz równowagę, ale będzie Ci cieplej. Tak działa efekt cieplarniany. CO2 jest kocem.

Czy to tak dziwne, że 11-latka zrozumiała, że dorzucając CO2 do atmosfery spuszczamy jej przyszłość w kiblu? Czy to tak dziwne, że 11-latka nie może zrozumieć, dlaczego pomimo świadomości tego mechanizmu ludzkość zachowuje się w ten sposób? Niektórzy bezczelnie mówią, że powinna się uczyć i zostać klimatologiem, znaleźć rozwiązanie... Po pierwsze - nie ma na to czasu, katastrofa już się zaczęła. Po drugie - mamy rozwiązania. Na przykład nie pompować CO2 do atmosfery. A już na pewno nie pompować go w coraz większym tempie.

Dlatego to straszne, ale zgadzam się z formą strajku jaki przyjęła. Po co chodzić do szkoły i uczyć się faktów, skoro najwyraźniej fakty nie mają dziś znaczenia? Po co uczyć się skoro nie mam przyszłości? To bolesne słowa, biorąc pod uwagę, że głęboko wierzę, że edukacja mogłaby rozwiązać wszystkie problemy. Mówiłem to i będę powtarzał - wyedukowane społeczeństwo, to społeczeństwo dokonujące lepszych wyborów. Produkujące lepszych polityków, wybierające lepszych polityków, wywierające presję na polityków w ważnych sprawach. Wyedukowane społeczeństwo to takie, którym trudniej manipulować.

Oczywiście jak zawsze jest „ale”. Wokół Grety już zleciały się sępy. Greenpeace bardzo chętnie chciałoby przejąć tak wyrazisty symbol, by zasilać swoje kłamliwe przekazy. Pod koniec 2018 Ingmar Rentzhog bez jej wiedzy i zgody zaczął zbierać pieniądze. Na szczęście Greta bardzo wyraźnie odcięła się od niego i innych organizacji.

Są też inne „ale”. Diabeł tkwi w szczegółach. Trochę martwi mnie antyatomowość bodaj najsłynniejszej działaczki klimatycznej. Nie wiem jak to ująć, by nie zabrzmiało jak traktowanie protekcjonalne, ale rozumiem, że kwestia atomu może ją przerastać. Niestety kwestia energetyki jądrowej zdaje się przerastać znaczną większość populacji. Panel IPCC, niezwykle wstrzemięźliwy i asekuracyjny w swoich tezach, mówi jasno – nie ma żadnych szans na osiągnięcie celów klimatycznych i powstrzymanie kompletnej katastrofy bez energii jądrowej.

Jest to źródło bezpieczne, stabilne, niskoemisyjne, skalowalne i nieszkodliwe dla środowiska. Po dekadach technologia ta osiągnęła dojrzałość a wszystkie mity i zastrzeżenia wobec niej są już nieaktualne. Byłbym pewnie trochę mniej wściekły na moją rasę, gdybyśmy nie siedzieli na gotowym rozwiązaniu.

Liczę na to, że Greta wciąż będzie symbolem, że będzie wchłaniać wiedzę o klimacie i o rozwiązaniach. Mam nadzieję, że w 2050 będzie mogła realizować swoje marzenia, jakiekolwiek one są, niekoniecznie walczyć o przetrwanie lub być działaczką.

Jeśli historia starcia ludzkości z katastrofą klimatyczną będzie mieć happy end, to możliwe, że będziemy go zawdzięczać dzieciom. Wystraszonym dzieciom, które zmuszą rządy i korporacje do działań, bo te dzieci nie mają czasu by zostać inżynierami i opracować metody przemysłowego usuwania CO2 z atmosfery. Nie będzie to historia disneyowska o dzieciach, które rozsądkiem topią serduszka dorosłym, tylko krzykiem wymuszają rozsądne działania. Wolę jednak taką historię niż koniec naszej historii.


Źródło komiksu: twitter.com/TommySiegel/
Fotka pochodzi z profilu FB Grety


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.

czwartek, 27 czerwca 2019

Wyniki konkursu "Opowieść o początku"

Dziękuję wszystkim z udział w konkursie zorganizowanym wraz z wydawnictwem Zysk i Spółka. Książki Davida Christiana "Opowieść o początku" już powędrowały do zwycięzców (i patronów) bloga. Mam nadzieję, że przygotowywanie odpowiedzi było dla Was równie zabawne jak ich czytanie dla mnie.

Jako wielbiciel prostego humoru nie mogłem nie docenić odpowiedzi, którą wysłał Maciej Dybał. Śmieszna i jednocześnie kreatywnie interpretująca słynną fotkę:


Żarcik dla nerdów też musiał się znaleźć wśród zwycięzców. Poniższą odpowiedź nadesłał Michał Zemełka:


Naprawdę sporo osób poszło w tekst o Bieszczadach, ale to Tomasz Piskorski jako jedyny rozbudował go w urokliwy sposób:



I to już wszystko. Raz jeszcze dzięki za udział i gratulacje!