środa, 19 września 2018

O słoniach i rakach

Dla wytrwałych czytelników, na końcu tekstu zamieściłem coś innego niż zawsze.

Życie to jeden wielki ciąg mnożących się komórek. Dzielą się, narastają w wyniku fascynującego, “cyfrowego” u swoich podstaw procesu. Nic jednak nie jest doskonałe, czasem coś pójdzie nie tak i komórka mutuje. To jeszcze nie koniec świata, a wręcz to część procesu ewolucji. Błędy prowadzą do powstawania nowych, skutecznych rozwiązań. Czasem jednak, kiedy do mutacji dochodzi w dojrzałym (lub nawet dojrzewającym) organizmie, komórki zaczynają się dzielić w sposób niekontrolowany i niekorzystny - powstaje nowotwór.

Jest to generalnie proces losowy, choć są czynniki sprzyjające temu nieszczęściu. Niemal każda komórka może paść ofiarą mutacji. Co za tym idzie, im więcej komórek, tym więcej szans na nowotwór. Czysta matma. Rzucając kilkoma kostkami mamy mniejsze szanse, że na choć jednej wypadnie niekorzystny wynik niż gdy rzucimy pełną garścią. A jednak zaobserwowano, że słonie - nasi krewni - choć mają znacznie więcej komórek, rzadziej cierpią na nowotwory. Szacunkowo 17% ludzi zmaga lub będzie zmagać się z tymi chorobami, wśród słoni to zaledwie 5%. Odsetek ten jest jeszcze mniejszy u wielorybów.

Wiemy o tym od lat. Kilka lat temu naukowcy zauważyli, że słonie mają w DNA aż dwadzieścia kopii genu p53. Gen ten kontroluje podział komórek i rozpoznaje uszkodzenia DNA. Innymi słowy kod genetyczny słoni jest bardziej wyczulony na jego własne niedoskonałości. To oczywiście nie wyjaśnia wszystkiego. I tu pojawia się ogłoszona niedawno nowość. Gen p53 aktywuje inny gen. LIF6, to nowa, fajniejsza wersja genu LIF, który posiadają również ludzie. Słoniowa wersja to terminator komórek nowotworowych. U nas służy m.in. do komunikacji między komórkami. LIF6 jednak produkuje białka, które trafiają do wadliwych komórek i wycinają dziury w ich mitochondriach. Mitochondria, normalnie “zasilające” komórki, rozlewają swoją zawartość, która jest śmiertelnie szkodliwa dla komórki jako całości.

Jak łatwo się domyślić, naukowcy mają nadzieję, że analiza tego mechanizmu może nas doprowadzić do uniwersalnej metody radzenia sobie z tą okropną przypadłością. Z jednej strony brzmi to obiecująco, z drugiej myślę, że warto poczekać z entuzjazmem. O ile jesteśmy teoretycznie zdolni do manipulacji pojedynczymi genami, to chyba wyobrażacie sobie jak ogromny sprzeciw wywołałyby choćby propozycje by wprowadzać do ludzkiego DNA nowe geny. Ponadto w przeciwieństwie do programów w naszych komputerach, geny najczęściej nie mają jednej funkcji.

Pocieszające jest jednak to, że istnieją inne mechanizmy. Bo jak się okazuje wieloryby nie mają dodatkowych kopii genu p53. A są jeszcze bardziej odporne na nowotwory niż ludzie i słonie. To w sumie logiczne, że ewolucyjnie różne organizmy osiągnęły pewien poziom tendencji do mutacji. Odstępstwem są golce - wyjątkowo brzydkie gryzonie, które w przeciwieństwie do krewniaków, którym mimo krótkiego żywota i małej liczby komórek nowotwory nie są obce, żyją długo i bez nowotworów.

Mimo całych dekad badań, nigdy nie zaobserwowano by golec wyhodował guza. [Aktualizacja: a jednak chorują] W 2013 odkryto, że kwas hialuronowy, którego produkują więcej niż my, ma troszkę inną budowę i tworzy bufor między komórkami, przez co nawet gdy któraś zmutuje, nie pozwala on na jej dalsze podziały. Choć badane są możliwości stymulowania produkcji golcowej wersji kwasu u ludzi, trzeba brać pod uwagę, że u nas może się to nie sprawdzić. Nie jesteśmy golcami. U nas może być wręcz szkodliwy.

Zbliżając się do końca, dodam słowo komentarza - rak i nowotwór to nie to samo. Rak to nowotwór złośliwy. Zaznaczam to bo notka jest ogólnie o nowotworach, ale dla chwytliwości w tytule napisałem o “rakach”. A wbrew mitom, rekiny też cierpią na nowotwory.

Zanim przejdziemy do źródeł, zamiast zwyczajowej strzałki do Patronite będzie coś innego. Tak się przykro złożyło, że szykując tą notkę dowiedziałem się, że moja znajoma cierpi na raka. Minęły dwa tygodnie, a ja dalej nie wymyśliłem co sensownego można napisać o Wiewiórce i raku. Dlatego jedynie podsunę Wam linka: http://wiewiorawygrywazrakiem.pl


Źródła:
The ‘Zombie Gene’ That May Protect Elephants From Cancer
Dlaczego słonie nie chorują na nowotwory?
The Animal that doesn't get cancer
Peto’s Paradox: how has evolution solved the problem of cancer prevention?
High-molecular-mass hyaluronan mediates thecancer resistance of the naked mole rat
Foto: procitova
Foto: Robbie Shade
Foto: Meghan Murphy, Smithsonian’s National Zoo.


poniedziałek, 10 września 2018

Fizyka w rysunkach - konkurs

Wraz z Wydawnictwem Naukowym PwN zapraszam Was do nowego konkursu. By wziąć w nim udział wystarczy do niedzieli 16 września 2018 roku wysłać odpowiedź (lub odpowiedzi) na adres weglowy.szowinista@gmail.com.

Tym razem chcę przeczytać jaki jest Wasz ulubiony eksperyment naukowy. Może być dowolny - psychologiczny, fizyczny, biologiczny. Może być taki, który może przeprowadzić każdy, lub który wymaga lotu na orbitę albo 27-kilometrowego tunelu nadprzewodzących magnesów. Odpowiedzi należy udzielić z uzasadnieniem.

Jury w składzie jednoosobowym subiektywnie wybierze najlepszą propozycję, a zwycięska odpowiedź zostanie nagrodzona egzemplarzem książki “Fizyka w rysunkach”.






wtorek, 4 września 2018

Fizyka w rysunkach - patronat


Co my tu mamy... "Fizyka w rysunkach" przybliża 51 tematów fizycznych w przyjazny sposób. Zaczyna w starożytnej Grecji a kończy na współczesnym bozonie Higgsa. Idealna propozycja na początek roku szkolnego. Optyka, astronomia (wiem, wiem to nie jest nauka ;) ), elektryka, dynamika a nawet termodynamika, wyjaśnienia, no i rysunki.

Ale zaraz... co to takiego z tyłu wśród patronów? Czy to może być logo Węglowego? :)
No to chyba nie obejdzie się bez recenzji i jakiegoś konkursu...



Fizyka w rysunkach. 2600 lat odkryć od Talesa do Higgsa





czwartek, 23 sierpnia 2018

O tankowaniu rakiet słów kilka

Niedawno na fejsika wrzuciłem radosne nowiny o tym, że NASA wyraziło zgodę na używanie procesu “load and go” w przypadku lotów załogowych. To znaczy, że SpaceX może wsadzić astronautów do niezatankowanej rakiety, zatankować z ludźmi na pokładzie i odpalać. Kilka osób poprosiło o wyjaśnienie. Więc oto i ono…

To co zaraz napiszę może wydać się dziwne i może spodziewacie logicznego wyjaśnienia, ale muszę ostudzić Wasze oczekiwania. NASA to rządowa organizacja i cechuje ją pewna proceduralna ociężałość i bezwładność. Do tego dochodzą sprzeczne interesy - taki Boeing i Lockheed Martin dostają szału widząc jak Elon Musk ośmiesza ich warte dziesiątki miliardów kontrakty wojskowe robiąc to samo dużo taniej i często sensowniej. Tak więc ich lobbyści często starają się utrudnić życie SpaceX.

Przechodząc do konkretów - pół wieku temu w NASA utarło się, że astronautów ładuje się do rakiety po jej zatankowaniu. Tankowanie uchodzi za jeden z tych bardziej niebezpiecznych etapów startów kosmicznych. Nie bez powodu. Jedna z dwóch porażek SpaceX (z 61 lotów Falconów 9) miała miejsce właśnie podczas tankowania. Dlatego w czasie lotów bezzałogowych na platformie ma nikogo nie być. Nie zapominajmy, że rakiety kosmiczne to takie bomby, które mają eksplodować w kontrolowany sposób i jest dziesięć tysięcy sposobów na to, żeby ta eksplozja była niekontrolowana. Jednakże w przypadku lotów załogowych nie ma takiego komfortu i kiedy rakiety są już gotowe do eksplozji, dookoła krzątają się ludzie.

Można by pomyśleć, że to nie takie głupie, bo przynajmniej pozamykane są wszystkie kurki i zawory, ale tak nie jest. Paliwo i utleniacz należy utrzymywać w temperaturze rzędu -200oC. Nawet tak duża masa ulega dość szybkiemu podgrzewaniu i gdyby zawrzała mogłaby być jedną z dziesięciu tysięcy przyczyn eksplozji. Dlatego rakiety takie jak Saturn V czy Atlas kombinowały z dolewaniem paliwa i cyrkulowaniem go tak, by zmniejszyć różnice temperatur w poszczególnych punktach rakiety. To znaczy, że choć główne tankowanie zakończyło się wcześniej, nie kończy to majstrowania z paliwem przed samym lotem.

Rozwiązanie SpaceX wygląda następująco - ładujemy bałwanki na czubek fallicznej bomby i szybciutko tankujemy ją schłodzonym paliwem i utleniaczem w ostatniej chwili, pod kurek, tak żeby nie trzeba było niczego dolewać ani mieszać. Takie są ich rozwiązania techniczne. Gdyby rakieta miała być zatankowana wcześniej, musieliby nalać mniej paliwa o wyższej temperaturze by wygotowując się nie rozerwało Falcona. To oczywiście oznaczałoby mniejszą moc i mniejszy udźwig.

Mamy jednak happy-end. Po pewnym okresie marszczenia czoła i cmokania ze strony NASA udzielono zgody na wariant launch and go. Co ciekawe, w 2014 roku dokonano testu awaryjnego systemu ucieczki, zamontowanego w załogowej kapsule Dragon 2. Jakiś miły internauta nałożył nagranie z tegoż testu na nagranie eksplozji Falcona 9 z 2016 roku. Wygląda na to, że gdyby był to lot załogowy, astronauci prawdopodobnie uszliby z niego cało.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


Źródła:
NASA signs off on SpaceX’s “load-and-go” procedure for crew launches
“Steep hill” for SpaceX to convince NASA of load and go’s safety for crew
Florydziak
Też Florydziak
Rocket propellants
The “super chill” reason SpaceX keeps aborting launches


sobota, 28 lipca 2018

Suche fakty o wodzie na Marsie

Po pierwsze dziękuję Wam wszystkim za linki do najnowszej marsjańskiej sensacji. To miłe, kiedy podrzucacie mi ciekawostki i tematy na notki. Nie przestawajcie. Po drugie przyznam, że moja reakcja była troszkę chłodna, bo tak w sumie to kolejny konsekwentny krok w naszych badaniach Marsa. Po trzecie - mimo to jest się czym ekscytować, bo to odkrycie potencjalnie daje nam łatwiejszą drogą do potwierdzenia tego co podejrzewamy, że Mars nie jest martwą planetą.

Wyjaśniając dalej mój początkowy brak entuzjazmu - dowody na marsjańską wodę są liczne. Jej pierwotne ślady widziały już sondy Mariner i Viking. Istnienie podziemnych jezior domniemano już w 1987. Szukano ich od kiedy w 2003 Mars Express zaczął orbitować wokół Marsa. W 2008 lądownik Phoenix potwierdził pokłady lodu tuż pod regolitem na północy planety. Wystarczyło odgarnąć górną warstwę a światu ukazał się śnieżnobiały lód, który sublimował w ciągu dni (atmosfera Marsa jest tak rzadka, że lód zmienia się bezpośrednio w parę wodną). W 2011 natomiast odkryto ciemne rosnące linie na zboczach planety, które uznaje się za spływy bardzo słonej wody występujące w czasie marsjańskiego lata (choć są alternatywne hipotezy).

Ale oczywiście to nie to samo co zbiornik ciekłej wody. A odkrycie takowego ogłosili w środę naukowcy. Zamontowany na pokładzie sondy Mars Express radar pozwala badać wnętrze planety. Echa fal radiowych z obszaru o szerokości około 20km do złudzenia przypominają echa obserwowane na przykład na Grenlandii, tam gdzie ciekła woda styka się z litą skałą. Już w 2007 inny zespół zaobserwował podobne echa ale uznał, że to niemożliwe by były tam jeziora, bo temperatury na biegunach Marsa są zbyt niskie. Od tamtej pory udało się odkryć, że tak zwane nadchlorany (ClO4-) istnieją na Marsie. To sole które mogą obniżyć temperaturę zamarzania wody nawet do -75 stopni Celsjusza. A że temperatura w tym regionie Marsa to jakieś -68’C… tadam!

“Jezioro” może być gęstą solną breją, ale to i tak działa na wyobraźnię naukowców. Po pierwsze, jest duże. Żeby wygenerować takie echo musi mieć co najmniej 10cm głębokości. W takim wypadku jest w nim dziesięć milionów metrów sześciennych wody, czyli mniej więcej tyle ile w mazurskim jeziorze Jegocin. Równie dobrze może mieć dziesięć metrów głębokości, co by oznaczało, że jest tam stukrotnie więcej wody. Mars Express to stara sonda. Ma małą rozdzielczość, więc takich jezior może być znacznie więcej.

Fajnie byłoby się tam dostać i pobrać próbki, to jednak nie stanie się zbyt szybko. Jednakże być może jest prostsza metoda by to zbadać. Pod lodem Antarktydy znajdują się podobne, również bardzo słone jeziora. Jedno z nich jest źródłem “krwawego wodospadu” - czerwonego wypływu, bogatego w tlenki żelaza. Podobne mechanizmy prawdopodobnie transportują materiały z głębin Europy na jej powierzchnię - stąd czerwone “nitki” w pęknięciach lodu, co może ułatwić badanie jej oceanów, bez odwiertów lub przetapiania się przez lód. Może podobny proces zachodzi na Marsie?

No i najlepsze na koniec. Jezioro z którego wypływa “krwawy wodospad” ma swój ekosystem. Zamieszkują go bakterie żywiące się jonami siarki i żelaza. Od milionów lat żyją one w izolacji od biosfery reszty Ziemi. Dlatego nie wykluczone, że marsjańskie jezioro może być jedną z enklaw życia na Marsie.

A ja cały czas planuję napisać tekst o tym, że prawdziwym zaskoczeniem i rewolucją byłoby odkrycie, że na Marsie nie ma życia.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


Źródła:
http://science.sciencemag.org/content/early/2018/07/24/science.aar7268
https://www.sciencenewsforstudents.org/article/mars-could-have-liquid-water-lake
https://www.youtube.com/watch?v=b8eNOOqi258
https://en.wikipedia.org/wiki/Seasonal_flows_on_warm_Martian_slopes
https://en.wikipedia.org/wiki/Chronology_of_discoveries_of_water_on_Mars
https://www.sciencedaily.com/releases/2009/04/090416144512.htm
https://www.youtube.com/watch?v=vJkYBhSqet8
http://science.sciencemag.org/content/early/2018/07/24/science.aau1829

Zdjęcia:
Pierwsze: R. Orosei et al/Science 2018
Drugie: USGS Astrogeology Science Center, Arizona State University, INAF


wtorek, 17 lipca 2018

Nowe księżyce Jowisza. W tym jeden dziwak.


Tuzin nowych księżyców odkryto w trakcie poszukiwań odległych obiektów w Układzie Słonecznym. Zespół z Carnegie Institution for Science jest jedną z ekip, które usiłują odkryć planetę X, która prawdopodobnie odpowiada za regularności wśród orbit obiektów transneptunowych. Więcej o tym pisałem w 2016. Tak się złożyło, że wiosną 2017 roku Jowisz znajdował się w regionie nieba gdzie prowadzili poszukiwania, co doprowadziło do ogłoszonego dziś odkrycia.

Jako, że do prześledzenia orbit trzeba wielu obserwacji i dokładnych obliczeń, od wstępnego odkrycia minął ponad rok. Tym samym od dziś Jowisz liczy sobie aż 79 księżyców, co umacnia jego pozycję lidera w tej kategorii.

Dwa z tych księżyców na ten moment nie wyróżniają się szczególnie, ot kolejne skalne bryły. Dziewięć z nich stanowi część odległego roju księżyców, poruszających się ruchem wstecznym - to znaczy ich ruch po orbicie jest przeciwny niż ruch obrotowy planety. Rój ten można podzielić na co najmniej trzy grupy, w związku z czym za prawdopodobne uznaje się, że są to pozostałości trzech asteroid przechwyconych przez Jowisza, które uległy rozpadowi w wyniku kolizji. Jedynym dużym ciałem w naszym Układzie Słonecznym, który porusza się ruchem wstecznym jest Tryton - księżyc Neptuna.

Najciekawszy jednak jest ostatni z dwunastu nowych księżyców. Roboczo nazwany Valetudo, nie porusza się ruchem wstecznym, ale krąży wśród wspomnianej wcześniej grupy księżyców. Można powiedzieć pod prąd, choć bardziej poprawnie byłoby powiedzieć, że on jeden porusza się tak jak trzeba, ale jego otoczenie porusza się pod prąd. W przeciwieństwie do sąsiadów, których okrążenia trwają około dwóch lat, Valetudo okrąża króla planet w półtora roku i jest potencjalnie najmniejszym księżycem Jowisza - ma mniej niż kilometr średnicy.

“To niestabilna sytuacja” powiedział Scott S. Sheppard, przewodniczący zespołowi z Carnegie. “Zwykle kolizje czołowe szybko prowadzą do rozbicia i starcia takich obiektów na pył”

Zespół sądzi, że Valetudo może być ostatnią pozostałością większego księżyca, który uległ takim kolizjom. Badania tych nowo odkrytych księżyców mogą dostarczyć wielu informacji o procesach które tworzyły młody Układ Słoneczny.


Bardzo dziękuję Ewie Zegler-Poleskiej za pomoc w przygotowaniu notki.

Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


Źródło:
American Astronomical Society
Carnegie Institution for Science


niedziela, 15 lipca 2018

Prawda o wymieraniu pszczół i neonikotynoidach

O CCD - Colony collapse disorder, zjawisku które z jakiegoś powodu w Polsce nazwano “zespołem masowego ginięcia pszczoły miodnej”, miałem napisać już kilka lat temu. Temat przypomniał mi się niedawno, kiedy dwukrotnie na ulicy zaczepili mnie młodzi działacze Greenpeace. W obu wypadkach rozmowa potoczyła się niemal identycznie. Spytany, czy kojarzę organizację Greenpeace odpowiedziałem, że tak. W obu przypadkach następne pytanie brzmiało, czy to skojarzenie dobre czy złe. Lekko zakłopotany ale szczery mówiłem, że jednoznacznie źle. Na pytanie “dlaczego” odpowiadałem “bo GMO, bo atom”. Co ciekawe w zarówno chłopak jak i dziewczyna odpowiedzieli, że “noo taak z atomem to racja, ale z GMO to pewnie byśmy mogli długo dyskutować…”. Potem padało pytanie o to czy na lubię/troszczę się o pszczoły. Tu, żeby nie przedłużać mówiłem, że tak, ale jeśli będę chciał się zaangażować w ten temat, to przez jakąś akcję nie związaną z Greenpeace.

I słusznie, bo okazuje się, że również w przypadku pszczół sprawa jest skomplikowana obciążona wielkim biznesem i wielką polityką, oraz (co najgorsze) Greenpeace ciągnie ją w kierunku niekorzystnym dla pszczół i środowiska. Przez niewiedzę, mógłbym przyłożyć ręce do pogorszenia stanu rzeczy. Dlatego najwyższa pora, żebym też zabrał głos.


Pszczołokalipsa rzekoma

Zacznijmy od tego, czy chwytliwe i alarmujące nagłówki o CCD to kolejny przykład fake news. Częściowo. Istotnie istnieje fenomen, który tyczy się bardziej całych kolonii niż indywidualnych owadów (co nie ułatwia jego analizy) i polega na tym, że latające robotnice “porzucają” swoje ule. W ulu są młode osobniki, zapasy i zdrowa królowa, lecz brak dorosłych robotnic prowadzi do śmierci rodziny.

Co stoi za problemami pszczół? Dotychczasowe badania i analizy sugerują, że nie ma jednej przyczyny, że owady zmagają się z całym szeregiem szkodliwych czynników, na czele których stawia się pasożyty żyjące w owadzich tchawkach, żerujące na larwach, wirusy (w tym powodujące dysfunkcje skrzydeł) oraz zmiany klimatyczne. Oczywiście wybuchła histeria, internetowemu tłumowi z pochodniami i widłami, łatwo było podrzucić kolejnych winnych. I tak obwiniano chyba wszystko włącznie z GMO i telefonami komórkowymi. Wśród podejrzanych zabrakło chyba jedynie homoseksualistów.

Tajemnicza przypadłość oraz widmo załamania populacji pszczół to bardzo medialny temat. Według niektórych szacunków nawet jedną trzecią jedzenia na naszych stołach zawdzięczamy w jakimś stopniu pszczołom. To zawsze okazja do przytoczenia fejk-cytatu Einsteina o ludziach i pszczołach. Cytat - o ile nieprawdziwy lub niesłusznie przypisywany Einsteinowi - to jednak istotnie docenia wagę pszczół. Jeśli jednak spojrzeć na liczebność uli, można odetchnąć z ulgą. O ile ich liczebność uległa spadkowi, to nie był on tak gwałtowny, tyczył się głównie Ameryki Północnej, a globalna liczebność wzrasta. Jak to się ma do wykresu trochę wyżej? Ano tak, że przedstawia on tylko wycinek danych. Oraz, że skala pionowa zaczyna się od dwóch milionów uli a nie od zera. Jak to wygląda w szerszym spojrzeniu? A tak:



Liczebność pszczół w USA jest najwyższa od 20 lat. Aha - warto nadmienić, że większość tej notki traktuje o hodowlanych pszczołach, które znacznie łatwiej badać i analizować na przestrzeni lat. Nie oznacza to, że CCD nie dotyka dziko żyjących pszczół. Powyższe zestawienia tyczą się jedynie USA. Na świecie pasiate owady mają się jeszcze lepiej.

Ponadto warto mieć świadomość, że z umieraniem pszczół można sobie poradzić znacznie łatwiej niż gdyby analogicznie podskoczyła śmiertelność krów czy kukurydzy. Odbudowa ula jest bardzo prosta. Liczy on do 80 tysięcy pszczół, królowa składa około 1500 jaj dziennie. Prostą metodą jest podzielenie ula na dwa oraz zakup nowej królowej. W ciągu kilku tygodni nowy ul jest gotowy do zapylania.

Podsumowując - pszczoły nie były i nie są na krawędzi wymarcia. Warto bacznie przyglądać się zachodzącym zjawiskom, nie warto panikować.


Neonikotynoidy i UE

Niedawno w Unii przegłosowano zakaz stosowania trzech głównych neonikotynoidów. Vytenis Andriukaitis, komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności w Komisji Europejskiej, ogłosił, że to dowód na to, że polityka UE kieruje się nauką. W tym wypadku nie jest to prawda. Imidakloprid, klotianidyna i tiametoksam to insektycydy (jak się można domyślić) podobne do nikotyny. Kwestia zdrowia pszczół była jednym z flagowych argumentów przeciw tym środkom… mimo, że na zlecenie (i za pieniądze) KE szereg placówek przeprowadziły badania nad zdrowiem zapylaczy, które wykazały coś zupełnie innego. Wśród szeregu czynników tylko jedno laboratorium wskazało na pestycydy; nie są one nawet w dziesiątce “winowajców”. Jeśli zagłębić się w dane okaże się, że szkodliwość pestycydów udało się wykazać tylko w warunkach laboratoryjnych, gdzie pszczoły dosłownie duszono neonikotynoidami. Nie istnieją badania na żyjących wolno pszczołach, które wskazywałyby na szkodliwość tych substancji.

Ale to nie wszystko. Jak się okazało, wydany w 2014 roku zakaz używania neonikotynoidów w Europie okazał się mieć fatalne skutki. Uprawcyzostali zmuszeni do korzystania ze starszych, gorszych pestycydów. Wymagały one częstszych oprysków, wiele z nich jest bardziej szkodliwych dla zapylaczy, powodują one też wyższe koszty i więcej pracy dla uprawców. Zlinkowana powyżej ewaluacja została przemianowana na “badanie”, przez co komisarz został zwolniony z obowiązku jej publikacji.

Następujące później analizy zakazanych niedawno neonikotynoidów przeprowadzono w skandaliczny sposób. Tak zwany Bee Guidance Document (BGD) zakłada niedorzeczne wymogi w czasie prób. Na przykład, by śmiertelność pszczół wynosiła najwyżej 7%, podczas gdy naturalna śmiertelność tych owadów wynosi 15%. Absurdalne wymogi pozwoliły zignorować poprzednie analizy i korzystać tylko z wyników laboratoryjnych, gdzie owady w małych klatkach katowano ogromnymi ilościami pestycydów. Więcej o tym ciągu absurdów możcie przeczytać tutaj w części “Policy-driven Science”.


Bez happy endu

Wystarczy powiedzieć, że choć ostatecznie nie ma żadnego oficjalnego dokumentu, do głosu doszły miliony przeznaczone na lobbying przez “big organic”. Greenpeace straszy Modesto 480 FS i Cruiser OSR 322 FS - w końcu cyferki i skróty jednoznacznie oznaczają czyste zło. Przemysł organicznego rolnictwa (które nie jest korzystne dla natury, ani dla ludzi, ani dla ekonomii) otrzymał duży bonus. Cios dla rolnictwa przemysłowego oznacza, że niewydajne i szkodliwe dla środowiska uprawy organiczne staną się trochę bardziej konkurencyjne.

Nawiasem mówiąc… Czy wiecie, że ptaki w miastach nauczyły się wykorzystywać niedopałki papierosów? Zanoszą ja do gniazd, żeby nikotyna odpędzała kleszcze i inne insekty. Brzmi dość organicznie.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


Źródła:
Zdjęcie: New Zealand honey bee on clover
Requiem for Neonicotinoids
What Happened to the Beepocalypse?

Dodatkowe źródła:
The Impact of the Nation’s Most Widely Used Insecticides on Birds
The impact of restrictions on neonicotinoid (...) on pest management (...) in eight European Union regions
Do Neonics Hurt Bees? Researchers and the Media Say Yes. The Data Do Not.
New Study Finds Neonicotinoids May Have Harmful, Beneficial, or No Effects on Bees
Bee population rising around the world
Believe it or not, the bees are doing just fine
How many honey bees are there?
Risk management for bee health
Birds use cigarette butts for chemical warfare against ticks


wtorek, 10 lipca 2018

Michael Jordan w kosmosie

Czy są w Układzie Słonecznym takie miejsca, że siła mięśni wystarczyłaby do osiągnięcia prędkości ucieczki? Czy są księżyce z których można by “zeskoczyć” na planetę wokół której krążą? Jak to policzyć? Wiele notek na tym blogu powstaje dlatego, że zadałem sobie jakieś pytanie albo coś mnie zaciekawiło. To jedna z nich.

Nie ja jeden się nad tym zastanawiałem. W sieci jest sporo różnych odpowiedzi, ale większość z nich mnie nie satysfakcjonuje, bo dokonuje zbytnich moim zdaniem uproszczeń lub podchodzi do zagadnienia w nieprzekonujący mnie sposób. Dlatego postanowiłem pokombinować samemu. Jak zobaczycie (jeśli nie przeskoczycie Strasznych Wzorów), ja też zabrałem się do tego trochę od dupy strony i też zdecydowałem się na pewne uproszczenia. Ale jedną z metod uzyskania odpowiedzi w internecie jest nie zadanie pytania ale udzielenie złej odpowiedzi - wtedy niezawodnie ktoś cię poprawi. Zatem do dzieła...


Podejście

Nie przekonuje mnie przekładanie prędkości biegu na Ziemi na inne ciała niebieskie. Osiągi Usaina Bolta trudno przełożyć na sytuację, gdzie każdy krok w jego biegu dzieliłyby długie sekundy lub nawet minuty (gdyż “dryfowałby” między kolejnymi krokami jak astronauci programu Apollo). Chciałem skupić się na sile z jaką może skoczyć lekkoatleta lub przeciętny człowiek, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach i samo obliczenie siły ludzkich nóg jest dość trudne.

W końcu jednak znalazłem świetny artykuł opisujący fizykę skoku wzwyż. Doskonale rozkłada go na czynniki pierwsze, są wykresy, wzory i mechanika kryjąca się za każdym etapem skoku. Ba, pod koniec autorzy nawet zastanawiają się jak wysoko mógłby skoczyć Michael Jordan, gdyby postawić go na Księżycu. Ale nawet oni w tak drobiazgowym artykule w tym punkcie poszli troszkę na łatwiznę. To jednak ich artykuł stał się fundamentem tej notki, więc jeśli nie straszne są Wam proste całki i trochę fizyki, to zapraszam do tekstu The Physics of the Vertical Jump.


Straszne Wzory (można przeskoczyć)

Interesuje mnie prędkość skoku, którą docelowo będziemy porównywać z prędkością ucieczki (pierwszą prędkością kosmiczną dla różnych obiektów w Układzie Słonecznym). Punktem wyjścia były dla mnie dwa wzory z artykułu: związek maksymalnej wysokości skoku z prędkością początkową oraz związek popędu (fizycznego) z masą i prędkością. By z nich skorzystać poczyniłem założenie, że skok trwa pół sekundy i zgooglałem, że przeciętny człowiek skacze na wysokość 46 cm (w odróżnieniu od Michaela Jordana, który skacze na przynajmniej 110 cm).



Dzięki temu uzyskuję siłę skoku. Następnie dodaję do tego siłę jako F=mg, czyli siłę potrzebną na zwalczanie grawitacji. Przyspieszenie to oczywiście g=9,81, masa to 80 kg dla przeciętnego człowieka i 98 kg dla Michaela Jordana. Teraz dysponuję całym “budżetem” siły. Mogę przejść do rzeczy. Odejmuję F=mgx dla danych ciał niebieskich (czyli siłę pożytkowaną na walkę z lokalną grawitacją, na utrzymać się na nogach) a reszty używam do wyliczenia prędkości początkowej. To porównujemy z prędkością ucieczki w danym miejscu.



Wyniki

Nikogo pewnie nie zaskoczy, że nie ma możliwości, by siłą mięśni uwolnić się z studni grawitacyjnej większych księżyców. Dopiero ciała o wymiarach rzędu kilkunastu-kilkudziesięciu kilometrów są wystarczająco lekkie, by astronauta mógł bać się, że zbyt gwałtowny krok pośle go w pustkę. Na powierzchni Phobosa, większego z dwóch księżyców Marsa, zarówno Michael Jordan jak i przeciętny Joe mogliby spektakularnie poskakać bez większych obaw. Ale na mniejszym z nich, Deimosie obaj mogliby... na przykład zeskoczyć na Marsa. Udało mi się znaleźć dwa miejsca gdzie tylko sportowiec pokroju Jordana mógłby powiedzieć “I don’t wanna live on this moon anymore”, spakować plecak i polecieć w cholerę, a osoby nie będące lekkoatletami mogłyby jedynie pozazdrościć. To Eros i Atlas. W przypadku tego pierwszego uśredniłem promień, więc możliwe, że MJ mógłby pokonać siłę grawitacji na odległych końcach podłużnego Erosa, ale nie na równiku.



Epilog

W kilku miejscach moje wyliczenia rozmijają się z danymi z Wikipedii, więc mogę być w błędzie. Ale rzędy wielkości powinny być OK. Co więcej wydaje mi się, że kilka lat temu, wykonywałem ten sam eksperyment myślowy i wyniki były podobne, choć na sto procent posługiwałem się inną metodą. Mówię to w oczekiwaniu na tych wszystkich, którzy zechcą mnie poprawić - do dzieła!


Źródła:
Is there a small enough planet or asteroid you can orbit by jumping?
The Physics of the Vertical Jump
Newtons Second Law force to accelerate jumping person
Throwing Something Into Orbit
Is there a small enough planet or asteroid you can orbit by jumping?
Could a Human reach escape velocity by jumping from the surface of Ceres?
if I jump high from Deimos' surface will I escape from it forever?


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


czwartek, 28 czerwca 2018

Oumuamua przyspiesza! Wiemy czym jest przybysz spoza układu słonecznego

Są takie dni, kiedy nie mogę odżałować okazji do tytułu rodem z brukowca. Oumuamua - co po hawajsku oznacza “zwiadowcę” - wywołała sporo zamieszania w świecie naukowym. Obiekt C/2017 U1 odkryto w październiku 2017. Niezwykła orbita wskazywała na kometę, ale z racji na brak warkocza uznano go za asteroidę i zmieniono nazwę na A/2017 U1. Dalsza analiza orbity wykazała, że to nie orbita tylko trajektoria, bo obiekt nie jest związany z Układem Słonecznym, ale jest przybyszem z zewnątrz. Astronomów ogarnęła euforia w ramach której gość otrzymał nazwę 1I/2017 U1, jako pierwszy stwierdzony obiekt spoza Układu Słonecznego.

Jakby tego było mało Oumuamua okazała się mieć ciemnoczerwoną barwę i bardzo wydłużony kształt - nawet 400 metrów długości i 40 metrów średnicy. Miała zbliżyć się do Słońca i pomknąć dalej w przestrzeń międzygwiezdną... Niech mnie diabli, jeśli to nie brzmi jak wyjęte prosto z Ramy Arthura C. Clarke’a! A teraz jeszcze okazuje się, że to skubaństwo przyspiesza.

Zatem z czym mamy do czynienia tak naprawdę? Zakładając, że to nie prastara sonda badawcza, wciąż stanowi on bardzo ciekawy obiekt. Wygląda na to, że to jednak kometa i w tym momencie promienie Słońca ogrzewające “tylne partie” Oumuamuy powodują rozprężanie i ulatnianie się gazów, co generuje prymitywny napęd dziwacznego obiektu. Dlatego dzisiejsze nagłówki mówią, że “Oumuamua jest jednak kometą!”. Jej niezwykły kształt w połączeniu z siedmiogodzinnym ruchem wirowym wskazuje jednak na to, że nie jest to kruchy skalno-lodowy obiekt jak znane nam komety, ale coś bliższego metalicznej asteroidzie. Nie zapominajmy też, że wciąż brak tu wyraźnego warkocza.

Pozostaje jeszcze kwestia barwy. Czerwień nie pasuje do komety, jest bardziej typowa dla dalekich obiektów z pasa Kuipera. Bardziej typowa, ale jednak trochę inna. Naukowcy twierdzą, że takiego ubarwienia można oczekiwać po skałach wystawionych na długotrwałe “wietrzenie” przez promieniowanie kosmiczne. Co nieźle pasuje do czegoś, co mogło dryfować przez setki milionów lub miliardy lat w przestrzeni międzygwiezdnej.

Aha… naukowcy mówią też, że wykluczyli również inne wyjaśnienia akceleracji tajemniczego obiektu, w tym ciśnienie promieniowania słonecznego i interakcje magnetyczne z wiatrem słonecznym. Ja bym spytał czy wykluczyli protomolekułę ;) Ciężko byłoby teraz ją dogonić, by to sprawdzić. Oumuamua oddala się od nas obecnie z prędkością około dwudziestu sześciu kilometrów na sekundę.


Źródła:
Interstellar visitor Oumuamua comet after all
Update on interstellar object Oumuamua
Wizja artysty: ESA/Hubble, NASA, ESO, M. Kornmesser
Trajektoria: Brooks Bays / SOEST Publication Services / Univ. of Hawaii


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


piątek, 8 czerwca 2018

Nowości z Marsa

Zgodnie z obietnicą śpieszę z krótkim podsumowaniem konferencji NASA. Opublikowano dwa główne odkrycia łazika. Pierwszym są sezonowe wahania koncentracji metanu, drugim odkrycie związków organicznych w skamieniałym mule na powierzchni rdzawej planety.

Oba odkrycia mogą, ale nie muszą wskazywać na ślady życia. Naukowcy NASA oczywiście muszą być tak bardzo powściągliwi jak to tylko możliwe. Prawdę powiedziawszy, z powodów, które może opiszę w osobnym tekście, zaskakujące byłoby, gdyby Mars był martwą planetą.

Mars z cieniutką atmosferą, bez pola magnetycznego i warstwy ozonowej nie jest przyjazny życiu. A przynajmniej na powierzchni. Co innego pod ziemią, gdzie nie docierają promienie UV gotowe rozbić złożone związki węgla, gdzie niemal na pewno jest woda w stanie ciekłym i inne fajne rzeczy. Curiosity jednak trzyma się powierzchni i może sięgnąć raptem na kilka centymetrów w głąb Marsa.

Nawet tak płytko w skamieniałym mule marsjańskich rzek/jezior odkryto cykliczne węglowodory (takie kółeczka z węgla) takie jak tiofen, benzen i toluen, oraz łańcuchy węgla takie jak propan i butan. By to zbadać Curiosity wypala laserem dziurę w skale i analizuje unoszący się opar. Biorąc to pod uwagę, naukowcy nie wykluczają, że te związki mogą pochodzić z kerogenów - złożonych substancji organicznych, nazywanych czasem niedojrzałą ropą. Laser curiosity jest tak mocny, że rozbiłby je na wspomniane wcześniej, prostsze związki organiczne.

Ale to tylko hipoteza. Istnieją zupełnie abiologiczne procesy, które również mogą wyprodukować te związki. Podobnie jak metan… Metan który wykryto już wcześniej w atmosferze czerwonej planety. Teraz jednak łazik potwierdził, że jego koncentracja (bardzo, bardzo mała, dziesięciomilionowe części atmosfery) waha się znacznie i pod koniec marsjańskiego lata może być nawet trzykrotnie wyższa niż na początku. To bardzo znaczna oscylacja.

Co za tym wszystkim stoi? Może dowiemy się po 2020 roku, kiedy na Marsa trafią dwa łaziki - Mars 2020 (następca Curiosity, który dopiero dostanie swoją oficjalną nazwę) oraz ExoMars (ten wyśle Europejska Agencja Kosmiczna). Oba powinny być zdolne do odkrycia historycznego lub obecnego życia na Marsie, choć nie sięgną zbyt głęboko pod powierzchnię. To znaczny przeskok, bo Curiosity nie mógłby potwierdzić śladów życia nawet gdyby na nie trafił.

Przy okazji... to już szósty rok misji Curiosity. Łazik miał działać dwa lata. W tej kwestii inżynierowie NASA są zwyczajowo przesadnie powściągliwi. Radioaktywny izotop zasilający ważący ponad tonę łazik, całkiem nieźle będzie sobie radził i po kilkunastu latach. Generalnie jeśli Curiosity zakończy swoją karierę, to najprawdopodobniej nie będzie to z powodu zasilania. Na ten moment zaskakujący i nadspodziewanie zły jest stan kół łazika. Dobrze, że zastępstwo już się szykuje...

Źródło:
NASA


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


piątek, 1 czerwca 2018

Płynne bzdury, czyli czym się różni woda

W Internecie jest wszystko. Niestety “wszystko” częściej oznacza pierdoły, półprawdy i bzdety niż rzetelne informacje. Pseudonaukowe bzdury mają szczególną tendencję do zachowywania się jak hydra albo zombie. Albo zombie-hydra. Dziś trafiłem na tekst, który obudził we mnie naiwną nadzieję, że jedną z takich bzdur można by przypalić ogniem faktów zanim w sklepie Jerzego Z. zaczną sprzedawać orto-wodę, albo zanim Jerzy Z. i jemu podobni szarlatani zaczną opowiadać, że naukowcy odkryli to, o czym oni mówili od dawna (pomiędzy opowieściami o powiększaniu biustu hipnozą) albo zanim sprzedaż strukturyzatorów wody podskoczy.


Czym się różni woda

Tekstem który sprowokował mnie do tej pisaniny jest artykuł “Istnieją dwa gatunki wody. Fizykom z Bazylei udało się je rozdzielić i poddać testom” z Wyborczej. Po lekturze można odnieść wrażenie, że odkryto coś nowego i po raz pierwszy rozdzielono dwa izomery tego najpowszechniejszego we Wszechświecie związku chemicznego. Nic podobnego.

Cząsteczki wody składają się z atomu tlenu i dwóch atomów wodoru. Wodór to najprostszy atom. To jeden elektron na orbicie wokół jądra składającego się z jednego protonu. Spin tych właśnie protonów jest kluczowy w rozróżnieniu z pozoru identycznych cząsteczek wody. Jeśli oba atomy wodoru mają zgodne spiny to mówimy, że to izomer (odmiana) wody typu orto-, jeśli są przeciwne mówimy że mamy cząsteczkę para-.

W fizyce kwantowej spin to tak jakby moment pędu cząstki, ale nie chodzi o jej ruch obrotowy - tak jak kolory w fizyce kwantowej nie mają nic wspólnego z kolorami jakie widzimy. Pozwalam sobie na taką dygresję, bo pisząc taką notkę nachodzi mnie obawa, czy takie porównania i nazewnictwo robią więcej szkody niż pożytku. Na pocieszenie - nazwanie tej właściwości cząstki kwantowym spinem nie jest bezpodstawne (a wręcz ma sporo sensu).

Zagadnieniem para- i orto- wodoru zajmowano się już w 1935 (pewnie nawet wcześniej) i jasne było, że te właściwości będą występować również w wodzie. Metody separacji tych izomerów wody proponowano już w 2002 (być może również wcześniej), separacji dokonano już w 2014 (i to chyba istotnie pierwszy raz, ale nie dam głowy).


Co z tego wynika

Tyle tytułem wyjaśnienia. Naturalnie przychodzi do głowy pytanie - co z tego wynika. W sporym uproszczeniu - nic. Szczególnie w naszym codziennym życiu (a niestety przeczuwam, że znajdą się tacy, którzy wokół takich publikacji nakręcą niezły przemysł oparty o ludzką niewiedzę). Woda z którą mamy do czynienia każdego dnia jest mieszanką obu izomerów. Ich proporcje zależą od wielu czynników, w tym od temperatury. Powyżej minus dwustu stopni Celsjusza na trzy cząsteczki orto-H2O przypada jedna cząsteczka para-H2O. Jedynie w ekstremalnie niskich temperaturach stan niższy energetycznie, czyli para-H2O, zyskuje przewagę.

Istotne jest podkreślenie faktu, że cząsteczka wody może się zmienić z jednego izomeru w drugi w każdej chwili. Wystarczy błahe zderzenie z inną cząsteczką, a w zwykłej szklance wody odbywają się ich kwadryliony (1024) w każdej sekundzie. To właśnie sprawia, że choć od lat nie było wątpliwości, że mamy dwa izomery wody, ich rozdzielenie było takim wyzwaniem.

By dokonać separacji wykorzystuje się minimalne ilości wody zmieszanej z gazem szlachetnym. Mieszanka wstrzeliwana jest z naddźwiękową prędkością do komory próżniowej, gdzie ulega natychmiastowemu schłodzeniu. Dzięki temu naukowcy otrzymują strumień schłodzonych cząsteczek wody, które są na tyle daleko od siebie, że nie dochodzi do kolizji. W komorze wytwarza się niejednorodne pole elektryczne. Różne konfiguracje kwantowe atomów wodoru sprawiają, że tory ich lotu w polu zakrzywiają się w różny sposób i tak można oddzielić orto- i para-wodę.

Zapewniam Was, że żaden “strukturyzator” wody za 2500 złotych ani inne pseudomedyczne gizmo nie posortuje tak wody. Zapewniam też, że nawet jeśli, to nie miałoby wpływu na jakiekolwiek reakcje czy procesy biologiczne. Różnice w reakcjach chemicznych, które wykazano w badaniu opisanym w Wyborczej, tyczyły się ekstremalnie schłodzonego związku wodoru z azotem.


Płynne bzdury

Ta notka ma być przestrogą. Myślę, że możemy się spodziewać, że ta ciekawostka naukowa może niektórym posłużyć jako ziarenko prawdy na którym zbudują swoje bzdury, lub jako rzekome potwierdzenie już istniejących nonsensów, które głoszą. A tych nie brakuje.

Jerzy Z. lubi opowiadać farmazony o strukturze wody i biodostępności. Homeopaci twierdzą, że woda posiada pamięć przez co roztwory rozcieńczone tak bardzo, że nie ma w nich nawet śladu po substancji aktywnej rzekomo mają wciąż działać (tym mocniej im bardziej rozcieńczone). Jest też niesławny Masaru Emoto, Japończyk, który chyba inspirował się drugą częścią Ghostbustersów. Jako antydoktor Otwartego Międzynarodowego Uniwersytetu Alternatywnej Medycyny w Indiach (korespondencyjna “szkoła”, gdzie za 300 dolarów, bez udziału w jakichkolwiek kursach można nabyć dyplom doktora) zapoczątkował mit o wpływie emocji i słów na wodę. Woda która słyszała miłe słowa miała mieć ładniejsze kryształki przy mrożeniu, woda której mówiło się przykre rzeczy albo puszczało nieładną muzykę mroziła się nieładnie.

Chyba nie muszę mówić jak solidne były jego materiały dowodowe. Ani jak nie podjął się wyzwania Jamesa Randiego by powtórzyć eksperyment z podwójnie ślepą próbą. A mimo to do dziś trafiam na farmazony Masaru Emoto lub ich pochodne. Czasem w całkiem niespodziewanych miejscach.


EDIT:
No i się spóźniłem… https://harmonyh2o.com/en/technologia-zywej-wody/ Jakbyście chcieli przepuścić kilka stów na placebo.


Źródła:
Publikacja z 2002
Tekst z 2014
Tekst z 2015
Wspomniane badania z Bazylei #1
Wspomniane badania z Bazylei #2
Świetny tekst o ortho- i para- wodzie
Publikacja o separacji
Rational Wiki o Masaru Emoto
Rational Wiki o pamięci wody
Rational Wiki o strukturze wody



Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


wtorek, 8 maja 2018

Optyczny konkurs Węglowego - wyniki

Optyczny konkurs Węglowego, organizowany wraz z Wydawnictwem Naukowym PwN dobiegł końca. Dziękuję za wszystkie nadesłane odpowiedzi. Nie obyło się bez niespodzianek. Pytanie o Isaaca Newtona nie przysporzyło nikomu żadnych trudności, niektórzy natomiast troszkę się pogubili pisząc o kolorach tęczy.

Najłatwiej było powiedzieć, że tęcza zawiera wszystkie kolory, lub wszystkie w zakresie światła widzialnego. Wszyscy jednak jak jeden mąż napisaliście, że Newton gmerał sobie szpikulcem w oczodole. Odrażające.

Trzecie pytanie, co nie było niespodzianką, sprawiło Wam najwięcej trudności. Niektórzy poddali się bez walki, inni próbowali. Najlepiej (tzn najbliżej istniejących teorii) wypadł Mariusz Myszkier, który stwierdził, że energia fotonu zamieniana jest na energię rozszerzania czasoprzestrzeni.

Tak więc, bez zbędnego przynudzania, książki otrzymują następujący czytelnicy i czytelniczka:

Zbigniew Ćwik
Mariusz Myszkier
Karolina Słaba
Tomasz Piskorski

Lada moment spytam Was o adresy do wysyłki nagród :)
Gratulacje i dzięki za udział!


Fotka: Manuskrypty Isaaca Newtona, Biblioteka Narodowa Izraela


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Infinity War - recenzja

Wiesz, że trudno zrecenzować film, jeśli nawet mówienie “nie dajcie sobie zespoilerować” może być spoilerem. Dobrze, że lubię wyzwania. Będzie bardzo bezpiecznie i bez zdradzania, a pod koniec będzie troszkę tekstu do podświetlenia. Nie spoilery w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale kilka słów o tym, którzy bohaterowie/interakcje mi pasowali lub nie. Z tego wynika kto z kim razem występuje, więc dla czystego sumienia będzie schowane.

Mało filmów wyczekiwano tak jak tego. Początek nowej i nowszej trylogii Gwiezdnych Wojen, ekranizacja Władcy PierścieniAvengers: Infinity War może nie był aż tak wyczekiwany, natomiast uważam, że był jednocześnie najtrudniejszy w realizacji. Dziesięć lat budowania uniwersum, które jeśli racjonalnie na to spojrzeć, nie trzyma się kupy. Dziesięć lat piętrzenia oczekiwań. Dziesięć lat, w czasie których fani wyrabiali sobie zdanie, kto jest ich ulubieńcem. Jak zaspokoić wszystkich, jak dać każdemu pięć minut, spleść z tego jedną historię, dać im wszystkim godnego przeciwnika i zmieścić się z tym wszystkim poniżej trzech godzin?

Z przyjemnością zgłaszam, że to możliwe. Nie jest to film idealny i tylko kilka pierdółek sprawia, że raczej nie będzie w moim rankingu wyżej niż Avengers i Guardians of the Galaxy, ale to niesamowite widowisko i monumentalny wyczyn Marvel Studios. Czegoś takiego nie zaserwowano nam w poprzednich osiemnastu filmach. Film przejmujący, pełen emocji i pozostający z widzem na długo po seansie (niżej podpisany ma za sobą już dwa). Jednocześnie Infinity War to wciąż kino Marvelowskie - akcja, humor, kolorki, śmieszne teksty. Wydawało się, że Joss Whedon w 2012 miał przed sobą niewykonalne zadanie. Bracia Russo mieli poprzeczkę jeszcze wyżej, ale i tak jej nie strącili.

Wiem, że do filmu przyłożył rączki James Gunn by Strażnicy Galaktyki byli w nim sobą. Oglądając miałem wrażenie, że nie tylko on, bo Thor jest tu wyśmienity i taki jak w Ragnaroku. Myślę, że Marvelowi udało się stworzyć wyjątkowy model pracy z aktorami i twórcami filmów i teraz zgarniają owoce tej współpracy. No i owoce jakiegoś castingowego arcydzieła.

OK, to jakie są te pierdółki? Jest jeden duet, którego tu nie kupiłem. Jest tu duży przeskok względem tego co widzieliśmy w poprzednich filmach, jest zmiana tego co znamy i jest pośpiech. Jestem minimalnie niedopieszczony pod względem scen akcji. Po wariackim pościgu Capa za Winter Soldierem i bijatyce w windzie (Winter Soldier), po bitwie na lotnisku (Civil War), oczekiwałem chyba, że Infinity War stopi mi mózg. Nie stopił.

Jest też CGI, które momentami jest doskonałe i sprawia, że pod animacją widać świetną grę aktorską Josha Brolina. Jest jednak kilka momentów kiedy myślałem sobie, że fajnie byłoby, gdyby przed wydaniem Blu-Raya studio rzuciło jeszcze trochę kapuchy, bo chyba zabrakło trochę czasu na postprodukcję.

Skoro już doszedłem do Brolina… Thanos jest wyśmienity. Powiedzieć, że to najlepszy łotr Marvela to mało. To świetny antybohater w ogóle. Momentami kradnie show. Udało się stworzyć łotra przerażającego i będącego w stanie sponiewierać avengersów, który jednocześnie ma sensowne motywacje, cele, nie jest bezsensownie okrutnym mordercą i ma ludzką stronę.

Kiedy w 2016 Bracia Russo ogłosili, że Infinity War będzie zamkniętą całością bez cliffhangera, a Avengersi w 2019 roku będą mieć zupełnie inny tytuł, chyba mało kto uwierzył, biorąc pod uwagę, że oba filmy kręcono jednocześnie. A jednak… choć nie mogę się doczekać co będzie dalej, potwierdzam, to zamknięta całość. Brzmi dziwnie? Idźcie do kina, potem możemy podyskutować.

Serio, idźcie do kina. Nie przegapcie wielkiego wydarzenia jakim jest ten film. Szczególnie, że udźwignął on ciężar oczekiwań, że pokazuje coś, czego w tym uniwersum nie było przez ostatnie 10 lat, że dostarcza fenomenalnego przeciwnika, że całość nie pęka w szwach a dostarcza emocji i wszystkiego co lubimy w tych wszystkich bohaterach.

Sekcja z niby-spoilerami (ale bez szczegółów):

W filmie jest trochę za mało Kapitana Ameryki. Trzeba jednak przyznać, że Russo poświęcili mu dwa filmy, więc trochę to rozumiem. Dla równowagi Thor, dość zmarginalizowany w poprzednich częściach Avengersów i nieobecny w Civil War, wreszcie dostaje swój czas. A Hemsworth jest godny swojej roli. Niestety Scarlet Witch i Vision - to najsłabszy wątek w filmie. Subtelności poprzednich filmów zastąpiono dosłownością i pośpiechem.

Nie podobało mi się jak potraktowano Hulka/Bannera robiąc z niego klauna. Może to zostawianie sobie więcej na później, ale nie przekonało mnie. Przy okazji - strasznie podoba mi się, że Marvel wszedł w grę z fanami, którzy rozbierają zwiastuny i materiały promocyjne na części pierwsze i nie tylko ukrywa pewne rzeczy, ale wręcz podpuszcza i zwodzi widownię.

Świetnie wypada jednak miks Thora i Strażników, podobnie jak Iron Man i dr Strange oraz Spiderman. Wspaniały wątek Gamory, piękne wprowadzenie Strażników, kapitalny motyw Petera Dinklage… Nawet dla Groota, co do którego miałem obawy, że będzie się tylko szwendał po ekranie, znalazło się coś do roboty. I chwila na małą interakcję z Kapitanem.

Wreszcie okrutnie podoba mi się tona wszędobylskich ale jednak niewymuszonych gagów i nawiązań do motywów i żartów z poprzednich filmów.

Koniec spoilerów.


Przeczytałeś? Lubisz to co robię nawet jak czasem nie piszę o nauce i technice? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego. Już niedługo planuję coś dużego, co nie powstałoby bez patronów!


sobota, 21 kwietnia 2018

Optyczny konkurs Węglowego

Wraz z Wydawnictwem Naukowym PwN zapraszam Was do optycznego konkursu Węglowego. By wziąć w nim udział, musicie nadesłać odpowiedzi na trzy konkursowe pytania na adres weglowy.szowinista@gmail.com do soboty 28 kwietnia 2018.

Najlepsze odpowiedzi zostaną nagrodzone książkami z dwóch serii PwN. “Laboratorium w szufladzie” to cykl książek dla osób ciekawych świata, pasjonatów, hobbystów, a przede wszystkim praktyków. Czytelnicy znajdą w nich instrukcje do prowadzenia własnych doświadczeń i eksperymentów. “The Manga Guide” łączy formę ciekawych i zabawnych japońskich komiksów z praktyczną wiedzą z zakresu tak popularnych ostatnio dziedzin jak: fizyka, informatyka, czy biochemia. To kompilacja graficznych prac najważniejszych japońskich artystów zajmujących się mangą i wiedzy specjalistów z najbardziej prestiżowych uczelni.



A oto konkursowe pytania:

1. Ile kolorów ma tęcza?
2. Jaki makabryczny eksperyment przeprowadzał na samym sobie Isaac Newton?
3. Co dzieje się z energią fotonu (w kontekście zasady zachowania energii), który ulega przesunięciu ku czerwieni w wyniku rozszerzania się wszechświata?


W razie wątpliwości reguły:
  • Na odpowiedzi czekam do soboty 28 kwietnia do północy.
  • Odpowiedzi wysyłamy tylko i wyłącznie na mail weglowy.szowinista@gmail.com.
  • Nadsyłając odpowiedzi wyrażacie zgodę na to, że Wasze imiona i nazwiska zostaną podane na blogu.
  • Jakby się Wam coś pomieszało możecie wysłać odpowiedzi ponownie, uwzględnię te wysłane najpóźniej (ale nie po terminie).
  • Nie musicie lajkować fanpage Węglowego, ale możecie, bo będzie mi miło.



wtorek, 17 kwietnia 2018

Zapytaj astronautę - recenzja

Pięćset trzydzieści sześć. Tyle osób było w kosmosie. To małe grono, ale bardzo płodne jeśli idzie o książki. Do podgrupy astronautów, którzy popełnili książki dołączył właśnie Tim Peake, autor “Zapytaj astronautę. Wszystko, co powinieneś wiedzieć o podróżach i życiu w kosmosie”.

Czy to najlepsza książka o byciu astronautą? Prawdopodobnie nie. Czy to dobra książka o byciu astronautą? Tak. Ostateczna ocena będzie w sporej mierze zależeć od tego do jakiej grupy odbiorców się zaliczamy. Czytelnik dotknięty ciężką odmianą nerdozy, taki jak ja, może być znużony pewnymi fragmentami. Mam wrażenie, że na widok pytania o to jak załatwia się potrzeby fizjologiczne na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, bardziej niż ja wywracają oczami tylko astronauci.

Jeśli jednak nie jesteście kosmicznymi wyjadaczami to myślę, że dostaniecie w rączki książkę pęczniejącą od ciekawostek. Formuła pytanie-odpowiedź sprawia, że książka Tima Peake’a to niemal wydestylowane informacje. Brak fabularyzacji, niewiele biograficznych elementów.

Całość napisana jest w formie pytanie-odpowiedź i podzielona na rozdziały dotyczące przygotowań do bycia astronautą, życia na ISS, powrotu na Ziemię itd. Pytania poruszają zarówno preferencje i doświadczenia samego Tima jak i rzeczy, które tyczą się każdego kto chce zostać astronautą i każdego komu się to udaje.

Choć dostałem recenzencką szczotę, książka i tak prezentuje się bardzo dobrze i estetycznie. Myślę, że to ciekawa lektura, oraz niezły materiał na prezent dla jakiegoś młodego czytelnika.


Tytuł: Zapytaj astronautę
Autor: Tim Peake
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 264


Dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu za egzemplarz recenzencki.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


niedziela, 25 marca 2018

Przedziwna planeta Ziemia - recenzja

Programy dokumentalne chłonę jak gąbka. Większość z nich, nawet te oglądane z ogromną przyjemnością, rozmywają się i mieszają z innymi w mojej pamięci. Podobne tematy, podobna narracja, z grubsza podobne treści. Czasem jednak pojawia się perełka w postaci filmu lub serii, która zapada w pamięć bo wybija się ponad przeciętność, bo zrealizowana jest z pomysłem i odpowiednim nakładem starań. Tak zapowiada się Przedziwna planeta Ziemia (One Strange Rock).

Po pierwsze to duża produkcja i to czuć. Co rusz obraz zapiera dech w piersi. Zerkamy na Ziemię z powierzchni sześciu kontynentów, z powietrza a także z kosmosu. To ostatnie ma szczególne znaczenie, z kilku powodów. W nowej serii National Geographic głównym bohaterem jest Ziemia i ta perspektywa jest tu jak najbardziej na miejscu. Ponadto narratorami kolejnych odcinków są astronauci, którzy mieli okazję zobaczyć naszą planetę jako jedną całość.

Perspektywa astronautów to kolejny powód dla którego Przedziwna planeta Ziemia jest
wyjątkowa. Poza głównym narratorem, którym jest Will Smith, każdy odcinek ma dodatkowego gospodarza w postaci astronauty. Wielu z nich powracając na Ziemię mówi to samo, że chcieliby, by inni również mogli widzieć nasz świat tak jak oni. Ta seria daje im szansę by choć w części spełnić to życzenie. Jednocześnie stwarza okazję do wyjątkowej konstrukcji odcinka…

Mogę oceniać tylko premierowy odcinek, ale mam nadzieję, że również inne podobnie błyskotliwie łączą temat danego epizodu z jakimiś osobistymi historiami czy doświadczeniami astronautów. “Oddech” opowiada o atmosferze naszej planety, o tym
jak złożony jest cykl tlenowy, o podniebnej rzece i jak lodowce sygnalizują rozpad. Nie będę zdradzał szczegółów, ale w te treści Chris Hadfield (którego kojarzycie z nagranego na ISS teledysku “Space Oddity”) wplata bardzo osobistą historię tego co go spotkało czterysta kilometrów nad powierzchnią Ziemi.

Jakby tego wszystkiego było mało, z serii nawet tacy fani dokumentów jak ja mogą dowiedzieć się nowych rzeczy. np. że to nie Amazoński las produkuje tlen którym oddychamy albo co jest najwyższą konstrukcją ludzką w Ameryce Południowej… Czekam na premierę by ponownie obejrzeć pierwszy odcinek Przedziwnej planety Ziemia. Wypatruję kolejnych. Wam polecam to samo. “Oddech” zobaczyć będzie można na kanale National Geographic 3 kwietnia o godzinie 22:00.



Dziękuję National Geographic za zaproszenie na przedpremierowy pokaz serii.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.

środa, 14 marca 2018

Zmarł Stephen Hawking



Kilka godzin temu była to rocznica urodzin Alberta Einsteina i "Dzień Liczby Pi". Od teraz będzie to też rocznica śmierci Stephena Hawkinga.

Zrobił kawał dobrej roboty. Dla nauki i dla popularyzacji nauki. Był profesorem fizyki katedry Cambridge (miejsce kiedyś obsadzone przez Newtona). Poza występami w Simpsonach i Big Bang Theory znany był też z prac nad czarnymi dziurami. Dlatego szczególnie żal mi, że nie zobaczył zdjęcia czarnej dziury, którym powinniśmy się zachwycić jeszcze w tym roku dzięki niesamowitemu projektowi Event Horizon Telescope.


poniedziałek, 12 marca 2018

Politechnika Warszawska can into space

28 lutego zakończono konstrukcję PW-Sat2. Po kilku latach intensywnych prac studentów Politechniki Warszawskiej niepozorna kostka o wymiarach 10 x 10 x 20 cm jest gotowa do ostatecznych testów, załadunku na Falcona 9 i wyniesienia w kosmos. Ma to mieć miejsce w drugiej połowie tego roku.

O satelicie warto wiedzieć nie tylko z powodów patriotycznych. Jest on interesujący bo dokłada cegiełkę do coraz istotniejszego zagadnienia jakim jest oczyszczanie przestrzeni kosmicznej i deorbitacja nieczynnych satelitów. Na pokładzie PW-Sat2 znajduje się mylarowy żagiel. Upakowany w pojemniczku o wymiarach 8 x 8 x 5 cm, po rozłożeniu będzie mieć powierzchnię czterech metrów kwadratowych przy grubości zaledwie 6 mikrometrów (to mniej więcej jedna dziesiąta grubości ludzkiego włosa). Na orbicie o wysokości około 780 km atmosfera może się wydawać pomijalna, ale taka powierzchnia powinna sprawić, że deorbitacja PW-Sat2 zamiast trwać od 25 do nawet 100 lat potrwa nieco ponad dwa. Poniżej animacja:


Ponadto PW-Sat2 wyposażony będzie w czujnik Słońca - układ czujników światła (ALS, podobnych do tych w smartfonach) służący do wyznaczania orientacji satelity względem Słońca, dwie kamery VGA (!) umożliwiające obserwowanie, jak radzi sobie żagiel deorbitacyjny, rozkładane panele słoneczne i układy dublujące eksperymentalny czujnik słoneczny, umożliwiające określenie pozycji satelity. Komunikacja będzie prowadzona z prędkością 1200 bps z możliwością podkręcenia do 9600 bps. Jedno zdjęcie w rozdzielczości 160x120 px (tak małe w celu przyspieszenia transferu) w paczkach po 230 bajtów przesyłać będzie się od kilkunastu do kilkudziesięciu sekund w zależności od warunków pogodowych. Radioamatorzy będą mogli przesyłać odebrane paczki na stronę projektu. W ten sposób będą mogli wspomagać zespół PW-Sat2, jeśli stracą oni klatkę czy pakiet danych. Każda ramka danych jest cenna, bo może pokazać zmiany temperatury przy przejściu przez terminator (wejście w cień Ziemi) lub pozwolić pobrać więcej danych historycznych.

PW-Sat2 jest jednak przede wszystkim narzędziem edukacyjnym, nie naukowym. Na przestrzeni kilku lat pracowała nad nim ponad setka studentów, powstały dzięki niemu dziesiątki prac i publikacji. Mam też nadzieję, że przed częścią z zaangażowanych osób otworzy drogę do kariery w kosmicznym biznesie. Ponad połowa aktualnie zaangażowanych osób pracuje już na etatach w firmach z polskiego sektora kosmicznego. Kilku osobom projekt ułatwił rozpoczęcie pracy za granicą.

Na koniec tabela pokazująca teoretyczną skuteczność żagla deorbitacyjnego (wiele jednak zależy od warunków pogody słonecznej, stopnia otwarcia żagla, niuansów ziemskiego pola grawitacyjnego itd)


Źródła:
Oficjalna strona projektu
Deorbit Sail for the PW-Sat2 satellite mission – a low energy consumption and high efficiency system


Dziękuję zespołowi PW-Sat2, szczególnie Dominikowi Roszkowskiemu za pomoc w przygotowaniu notki.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


sobota, 3 marca 2018

Źle ulokowane lęki

Dziś będzie krótko ale za to z liczbami. Temat chodził za mną od dawna ale, jak to czasem bywa, coś przelało kubek irytacji. Tym razem była to internautka, która postanowiła skreślić szczepienia przez lodówkowe zamieszanie...


Odra i szczepienie

Dla przypomnienia - na początku lutego “dziennikarze” rozpętali aferę, jakoby ci źli lekarze zaszczepili ludzi “wadliwymi” szczepionkami na odrę. Wspomniane szczepionki istotnie spędziły kilkanaście godzin poza lodówką. To jednak zbyt mało czasu, by szczepionki się zepsuły. Marginesy bezpieczeństwa WHO sięgają dni i tygodni, a nie kilkunastu godzin.

Oczywiście mało kto się przejął tymi faktami. Zamiast tego wybuchła typowa bomba nastrojów antyszczepionkowych. Od takich:

...po zwyczajowe pitu pitu o tych strasznych NOPach. Jakie tymczasem są fakty? Szanse na niepożądane odczyny poszczepienne w przypadku szczepienia na odrę wynoszą około 1:900 000. Tymczasem przechorowanie odry w 30% przypadków daje powikłania, pomijając same nieprzyjemności związane z chorobą, którą leczymy jedynie objawowo. Innymi słowy odra jest trzydzieści tysięcy razy bardziej niebezpieczna od szczepionki. Dodajmy też, że wspomniane powikłania to np. zapalenia ucha środkowego, mięśnia sercowego i mózgu (często śmiertelne lub pozostawiające ubytki neurologiczne). Z drugiej strony NOPy (wrzucane przez szczeptyków do jednego worka) to zaczerwienienie w punkcie zastrzyku, 1-2 dniowa gorączka czy wysypka. Najpoważniejszym NOPem jest łagodne zapalenie mózgu - występuje tysiąckrotnie rzadziej niż w przypadku zachorowania na odrę, ale w przeciwieństwie do powikłania po chorobie, przechodzi łagodnie i bez trwałych następstw.


Samoloty i samochody

Wszyscy znamy ludzi, którzy boją się latać, a bez mrugnięcia okiem wskakują do samochodu. Żyjemy też w kraju ekspertów od katastrof lotniczych. Tymczasem samolot jest jednym z bezpieczniejszych miejsc. Niektóre linie lotnicze wręcz chwalą się, że na pokładzie samolotu jest bezpieczniej niż na lotnisku. Porównanie z krwawą łaźnią na drogach, której Polska jest haniebnym liderem, jest uderzające. Mówimy tu o śmiertelności większej o trzy rzędy wielkości.

Rodzi się pytanie, jak najłatwiej sprawić, by podróż samochodem była równie bezpieczna jak samolotem? Można się wygłupiać i poświęcić kilkanaście lat na pracę nad samochodami, które nie potrzebują kierowcy (będącego najgroźniejszą rzeczą w samochodzie), ale jest też prostsza metoda.

Wystarczy, że codziennie będziemy rozbijać piętnaście wypakowanych pasażerami Boeingów 737. To by wystarczyło, żeby oba środki transportu były równie bezpieczne. Jeden drobny problem jest taki, że w ciągu dwóch lat skończyłyby nam się Boeingi 737...


Ludzie i inne zwierzęta

Wśród najbardziej przerażających istot na tej planecie znajdują się rekiny i nielegalni imigranci. Te pierwsze - jak wiadomo - tylko marzą o tym, żeby zamiast tłuściutkich foczek zeżreć kościstego człowieka w niestrawnym stroju kąpielowym, najlepiej zagryzając woskowaną deską surfingową. Ci drudzy to magiczne istoty, jednocześnie pobierające zasiłki dla bezrobotnych i kradnące innym pracę. Straszenie nimi nie ogranicza się jedynie do nadnaturalnych czynników ekonomicznych. Ponoć również mordują i dokonują brutalnych przestępstw.

Otóż nie. Przeciętny uchodźca płaci podatki oraz rzadziej dopuszcza się przestępstw niż lokalsi. W USA szanse na poniesienie śmierci z ręki nielegalnego imigranta wynoszą 1 do 138 milionów. Dla porównania szanse na bycie zabitym przez bliźniego to 1 do 249 (sporo ale to dane dla USA), czyli są pół miliona raza wyższe. Jest 800 raz bardziej prawdopodobne, że śmiertelnie razi nas piorun niż, że zabije nas nielegalny imigrant.

Poza tym krowy zabijają 20 razy więcej ludzi niż rekiny. A my zabijamy od trzydziestu do stu milionów rekinów więcej, niż rekiny zabijają nas.


Źródła:
World Health Organization
Bureau of Aircraft Accidents
Business Insider
TOK FM
Real Clear Life
Teklak 1
Teklak 2

Źródło komiksu:
Mr. Lovenstein


czwartek, 15 lutego 2018

Jeden atom



Powyższe zdjęcie zatytułowano “Pojedynczy atom w pułapce jonowej”. Pomiędzy dwiema elektrodami oddalonymi od siebie o około dwa milimetry, w warunkach bardzo wysokiej próżni, uwięziono pojedynczy atom strontu. Oświetlany laserem o odpowiedniej długości fali sam emituje widzialne światło.

David Nadlinger - po krótkich obliczeniach - stwierdził, że powinno być możliwe uchwycenie w ten sposób atomu wielkości dwustu pięćdziesięciu bilionowych metra, z użyciem zwykłego aparatu. Powyższa fotka potwierdza wspomniane obliczenia. Zdobyła również pierwsze miejsce w konkursie fotografii naukowej, zorganizowanym przez brytyjską organizację EPSRC (The Engineering and Physical Sciences Research Council).

Źródło: Single trapped atom captures Science Photography Competition's top prize
David Nadlinger - University of Oxford


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


wtorek, 13 lutego 2018

Mózg rządzi - czyli jak zacząłem myć zęby prawą ręką

Mózg, genetyka, kosmos. Niekoniecznie w tej kolejności, ale to moim zdaniem najciekawsze rzeczy jakimi można się zajmować (choć przy bliższym poznaniu niemal każda dziedzina nauki jest niezwykle fascynująca). Tak się składa, że tylko to trzecie poznałem bliżej. A teraz głód wiedzy o mózgu dodatkowo podsyciła książka “Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd”.

Kaja Nordenger na przestrzeni niecałych 250 stron przedstawia w szalenie przystępny i ciekawy sposób mózg ludzki i jego ewolucję, oraz daje nam pojęcie o stanie naszej wiedzy na jego temat. A ta, okazuje się być całkiem spora. Z pewnością jeszcze ogrom przed nami, ale jedna z refleksji jakie miałem po lekturze, to że mózg nie jest wielką niewiadomą.

Autorka zaczyna od absolutnych podstaw. Jesteśmy naszym mózgiem, mózg ewoluował “do zewnątrz”. Poznajemy też różnice między mózgiem człowieka a innych zwierząt, główne “składowe” mózgu i ich funkcje. Potem przechodzi do konkretnych zagadnień, które opisuje ciekawie acz krótko.

Czytelnicy dowiedzą się jak mózg zapamiętuje i się uczy, jak orientuje się w przestrzeni, jak czuje, jak działają na nas emocje. W większości przypadków autorka również rozprawia się z pewnymi mitami lub sięga po klasyczne tematy - o wykorzystywaniu 10% mózgu, o tym czy kobiety mają gorszą orientację w przestrzeni, o tym czy można być wielozadaniowym i temu podobne.

Kaja Nordenger świetnie przybliża nam mechanizmy kierujące nałogami, depresją, tym co kieruje naszymi smakami, przyłącza do tłumu namawiającego do medytowania i sprzedaje pewne triki o tym jak można trenować swój mózg. Na przykład, że szczotkowanie zębów ręką inna niż wiodąca pozytywnie wpływa na połączenia nerwowe w nie-dominującej półkuli.

Tak naprawdę po lekturze dominują u mnie dwie emocje - zachwyt i niedosyt. Wszystko jest tu świetnie napisane, ale (może z wyjątkiem rozdziału o GPS mózgu) każdorazowo pod koniec danego rozdziału żałowałem, że to już wszystko na ten temat. Jednak w pełni rozumiem decyzję autorki - kiedy tylko czasem zdarza jej się wchodzić w neurologiczne detale, robi się ciężko. Pojawia się trudna terminologia i przypominamy sobie, że ta cała neurologia to nie rurki z kremem. Mózg to nasz najważniejszy organ (wybacz dupo) i myślę, że każdy powinien mieć o nim choć minimalne pojęcie. “Mózg rządzi” to świetny punkt startu. Bardzo polecam lekturę.


Tytuł: Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd
Autor: Kaja Nordenger
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 240


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Marginesy za egzemplarz recenzencki.