Planety czerwonych karłów są niezwykle ciekawe z wielu powodów. Pragmatyczny jest taki, że stosunkowo łatwo je wykryć. Są relatywnie duże w stosunku do tych niewielkich gwiazd. Czerwone karły są też mniej masywne więc planety wyraźniej oddziałują na nie grawitacyjnie, to też ułatwia wykrycie i oszacowanie ich masy. Czerwonych karłów jest też po prostu bardzo dużo. Stanowią około trzech czwartych gwiazd w Drodze Mlecznej. Zatem większość planet, które odkryjemy będzie krążyć właśnie wokół nich.
Dlatego środowisko astronomiczne szeroko dyskutuje jakie są szanse na to, by choćby niektóre z tych planet mogły mieć warunki sprzyjające życiu. Jest całkiem sporo argumentów przeciw. Czerwone karły są znacznie, znacznie chłodniejsze, więc by mieć szanse na warunki sprzyjające życiu jakie znamy, planety takie muszą krążyć bardzo takich gwiazd. Znacznie bliżej niż Merkury okrąża Słońce. To sprawia, że są obracają się synchronicznie (zawsze są zwrócone tą samą stroną do gwiazdy). Ogranicza to szanse na silne pole magnetyczne. To sprawi też, że klimat będzie działać zgoła inaczej.
Czerwone karły są mniejsze i chłodniejsze, ale słyną z rozbłysków słonecznych, które mogą skutecznie ogołocić pobliskie planety z atmosfery i wysterylizować powierzchnie. Szczególnie, jeśli planeta nie posiada pola magnetycznego. Dlatego w środowisku astronomicznym nie brakuje dyskusji o tym, czy w ogóle są szanse, by planety te, nawet jeśli mają odpowiednią masę i znajdują się w odległości od gwiazdy, która teoretycznie umożliwia istnienie ciekłej wody, mogły być kolebkami życia.
Przy naszej obecnej technologii samo wykrycie egzoplanet jest bardzo trudne. To, że znaleziono ich ponad sześć tysięcy to zasługa tego, że planet w kosmosie jest więcej niż ziaren piasku na plażach Ziemi (oraz oczywiście geniuszu inżynierów i astronomów, którzy wymyślili metody i stworzyli narzędzia do ich poszukiwania). Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że badanie ich atmosfer jest tym trudniejsze. Ale i na tym polu mamy pewne sukcesy, szczególnie jeśli idzie o wielkie, gazowe olbrzymy.
Ale w przypadku planet typu ziemskiego póki co nie ma zbytnich sukcesów. A przynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie. Szczegółowe obserwacje niesamowitego systemu TRAPPIST-1 na ten moment oferują zimny prysznic. Kolejne planety tego układu wydają się być pozbawione atmosfer. I tu na scenę wkracza LHS 1140b. To planeta, która krąży wokół swojego czerwonego karła dziesięć razy bliżej niż Ziemia względem Słońca. W przypadku gwiazdy LHS 1140 oznacza to, że jest w zewnętrznym obszarze ekosfery. Planeta ta jest o 70% większa, oraz pięciokrotnie masywniejsza od Ziemi i… ma atmosferę.
Po raz pierwszy odkryliśmy atmosferę na skalistej planecie w ekosferze. To przełom. Oczekiwany, dla wielu nie zaskakujący, ale wciąż przełom. Jak zwykle w przypadku przełomów w egzoplanetach - nie pakujcie jeszcze walizek. I nawet nie chodzi o niemal pięćdziesiąt lat świetlnych dystansu. Raczej chodzi o to, że póki co wiemy jedynie, że atmosfera LHS 1140b składa się z helu. Na ten moment badania nawet nie są w stanie określić jak gęsta jest ta atmosfera, ale przesłanki sugerują, że może być dość gęsta. Autor badania poproszony o spekulacje mówi, że można się tam spodziewać również tlenku i dwutlenku węgla, może związków siarki oraz wody. Na ten moment nie można tego jednak potwierdzić.
Dlaczego LHS 1140b ma atmosferę? Po pierwsze wygląda na to, że na przekór swoim odpowiednikom, ten czerwony karzeł jest wyjątkowo spokojny. A skoro o tym mowa, to wśród żółtych gwiazd Słońce też jest relatywnie spokojną gwiazdą. Po drugie, po prostu duża masa sprawia, że planeta może utrzymać hel przy powierzchni. Warto dodać, że wygląda na to, iż utraciła wodór, czyli jest nie dość masywna by utrzymać ten najlżejszy pierwiastek, ale wystarczająco by utrzymać ten drugi. A że wśród innych powszechnych pierwiastków jest węgiel i tlen, stąd podejrzenie, że planeta może mieć, między innymi, dużo wody.
Co jeszcze możemy powiedzieć o tej planecie? Skoro jest tam hel, to może to jest taki mały Uran albo Neptun? Nie. Raczej nie. Według Collina Cherubima, autora badania, nie ma zbytnio szans, żeby przy takiej masie i rozmiarze planeta mogła nie być skalista. Owszem, nie wykluczone, że jest to świat oceaniczny, ale i tak mówimy o skalnej sferze oblanej wodą. Wówczas i tak byłaby tam woda jest w kontakcie ze skałami, co może skutkować ciekawą chemią. Bogata w hel atmosfera to prawdopodobnie pozostałość tak zwanej pierwotnej atmosfery - gazów z pierwotnego obłoku, które “zasiedziały” się na planecie w czasie formacji układu. Modele mówią, że ta atmosfera często jest tracona i może zostać zastąpiona nową w wyniku uderzeń komet, czy aktywności geologicznej. Tu mimo pięciu miliardów lat hel się utrzymał.
Jeszcze jednym aspektem, który wspomina się w przypadku czerwonych karłów jest promieniowanie rentgenowskie, bardziej intensywne niż w przypadku Słońca. I tak LHS 1140b otrzymuje 3-8 krotnie więcej promieniowania tego typu niż Ziemia. Ale, jeśli wierzyć autorowi badania nie jest to coś przed czym nie ochroniłaby przyzwoita atmosfera. Wspominałem, że planeta jest w zewnętrznym regionie ekosfery. Jej temperatura równowagi (temperatura, gdyby w ogóle nie miała atmosfery) to −43°C. Dla Ziemi jest to −18°C. Gdyby atmosfera LHS 1140b była analogiczna do ziemskiej panowałoby tam chłodne −9°C. Dwukrotnie mocniejszy efekt cieplarniany ogrzałby ją do aż 23°C, (średnia temperatura Ziemi to 15°C). Nawiasem mówiąc chłodniejsza planeta lepiej utrzymuje atmosferę.
Mniejszy i lżejszy kompan, LHC 1140c orbituje 50x bliżej gwiazdy niż Ziemia nie ma śladów atmosfery. Możliwe, że większy glob jest bliżej granicznych parametrów. Tak czy inaczej nie ma już wątpliwości - skalne światy okrążające czerwone karły mogą mieć atmosfery. Trudno oczekiwać by już ten pierwszy był bliźniakiem Ziemi. Na takie przyjdzie jeszcze czas.
Źródło:
Helium escaping from the atmosphere of a nearby rocky exoplanet orbiting in a habitable zone
niedziela, 23 sierpnia 2026
LHS 1140b - atmosfera, ekosfera, typ ziemski
niedziela, 22 marca 2026
Brązowy karzeł na naszym niebie
Nie wątpię, że nie ma tygodnia, żeby w waszej głowie nie padło pytanie “a jakby to wyglądało, gdyby Ziemia krążyła wokół brązowego karła”. Dlatego dziś uspokoimy ten głos w głowie raz na zawsze.
Brązowe karły to obiekty gwiazdopodobne. Zbyt lekkie by prowadzić fuzję wodoru w hel, zbyt masywne by uznać je za planety, bo są zdolne do fuzji deuteru i trytu. Ich masa to zaledwie kilka procent masy Słońca (są kilkadziesiąt razy cięższe od Jowisza). Żeby rozważania miały sens, założymy, że Ziemia byłaby dość blisko takiego, żeby otrzymywała tyle samo ciepełka co od naszej gwiazdy. Jasność brązowych karłów to od 10⁻⁴ do 10⁻⁶ jasności Słońca, więc przyjmiemy pośrednią wartość 10⁻⁵. Czyli energia wypromieniowywana przez naszego karła jest sto tysięcy razy mniejsza niż Słońca. Przeliczymy odległość jaka powinna dzielić Ziemię od naszego karła według poniższego wzoru (miłym czytelniczkom fejsbuczka przypominam, że moje notki można czytać jeszcze w dwóch innych miejscach):
0,0032 AU to jest około 480 000 km. Trochę dalej niż Księżyc. Ale nasz brązowy karzeł miałby rozmiar podobny do Jowisza (promień większości tych obiektów to od 0,8 do 1,1 promienia Jowisza).
Dla porównania Księżyc na niebie ma jakieś pół stopnia. Czyli ten obiekt miałby 33 razy większą średnicę na niebie i ponad tysiąckrotnie większą “powierzchnię”. Myślę, że to niewiele Wam mówi. Na szczęście są pewne triki, które mogą pomóc. Wyciągnijcie rękę przed siebie. Nasza zaciśnięta pięść w wyciągniętej ręce ma około 10°. Jeśli zrobimy “rogi” jak na koncercie Iron Maiden \m/, to kąt między wskazującym a małym palcem wyniesie około 15°, zatem 16,6° to jeszcze troszkę więcej.
Innymi słowy, nasz brązowy karzeł, byłby ogromnym, dominującym niebo obiektem. Jak pamiętacie, dążyliśmy do tego, żeby Ziemia dostawała tyle samo energii co od Słońca. Czyli przeliczyliśmy całościową jasność. Ale nasze oczy widzą tylko mały ułamek spektrum światła, a takie chłodne obiekty o temperaturze mizernych 725°C większość energii emitują w podczerwieni. Światło widzialne stanowiłoby mniej niż 1% całej jasności.
Czyli, choć brązowy karzeł byłby ogromny na naszym niebie, jedynie żarzyłby się lekko wśród ciemności. Przy tej odległości wyraźnie byłoby widać pasy chmur, wiry burz i większość tego co dzieje się w górnych warstwach atmosfery. Do tego, zależnie od składu chemicznego, mogłyby przewijać się też inne kolory, w tym fiolet czy różne odcienie czerwieni od metanu, związków siarki, krzemu czy amoniaku. Dużą atrakcją mogłyby być okresowe zorze (niekoniecznie polarne), dające dodatkowe kolory zjonizowanych gazów.
I tyle. To znaczy nie tyle. Bo taki czerwony karzeł oczywiście niemal gwarantowałby obrót synchroniczny Ziemi, zapomnijcie o Księżycu czy o zielonych roślinach. Ale to już temat na zupełnie inny wpis…
sobota, 7 marca 2026
Kanapowy Inżynier 5 - Avatar
Tradycyjny, chemiczny silnik rakietowy wykorzystuje energię chemiczną - oddziaływania między atomami żeby nadać gazom wylotowym energię kinetyczną. Zapewnia ona ciąg, choć w sumie bardziej pasowałoby pych, a najlepiej w ogóle odpych, bo gazy wylatując z dyszy jednocześnie popychają rakietę w kierunku przeciwnym.
Już w czasach programu Apollo poważnie rozważano silniki nuklearne-termalne. W takim silniku źródłem energii są reakcje jądrowe. Raczej wszyscy mamy świadomość jak niewiarygodną potęgę niesie w sobie energia nuklearna, w porównaniu do chemicznej. Ciepło energii rozpadu jądrowego w takim silniku ogrzewa gaz, na przykład lekki wodór, nadając jego atomom ogromną prędkość, czyli energię kinetyczną. Następnie ten rozpędzony wodór kierowany jest do dyszy i wszystko działa jak w klasycznym silniku, czyli “na odpych”.
Silnik taki ma istotne ograniczenie - by uniknąć stopienia rdzenia, maksymalna temperatura jaką można nadać wodorowi to około 2300’C. To około tysiąca stopni mniej niż osiąga się spalając wodór i tlen w silniku rakietowym. To poważnie ogranicza ciąg. Dzieje się tak dlatego, że silniki chemiczne można sprawniej chronić przed stopieniem przepuszczając przez nie kriogeniczne paliwo zanim dotrze do komory spalania. W przypadku silnika nuklearnego mechanizm jest podobny, ale mówimy o samym wodorze i to w mniejszych ilościach, więc nie może tak skutecznie chłodzić rdzenia jak chemiczny odpowiednik.
Silnik nuklearny nigdy nie wyniesie rakiety na orbitę. Skąd zatem w ogóle zainteresowanie taką technologią? Bo poza ciągiem, rakiety mają jeszcze jeden niezwykle ważny parametr - impuls właściwy (specific impulse). To miara tego ile pędu można nadać rakiecie określoną masą paliwa. I tu błyszczą silniki nuklearne. Jednym z czynników jest lekkość paliwa - wodór+tlen to woda, czyli cząsteczka dziewięciokrotnie cięższa od cząsteczki wodoru H2, co daje jej trzykrotnie lepsze wyniki na papierze, ale z najróżniejszych powodów technicznych silniki nuklearne powinny dawać mniej więcej dwukrotnie większy impuls właściwy. To i tak istotna przewaga nad rakietami chemicznymi, nie dziwi zatem, że cieszą się pewnym zainteresowaniem. W ramach projektu DRACO (Demonstration Rocket for Agile Cislunar Operations), firma Lockheed Martin planowała w 2027 roku przeprowadzić test takiego silnika na orbicie nie niższej niż 700 kilometrów. Obecnie jednak projekt został zawieszony w ramach cięć budżetowych.
Jakie wyzwania czekają nas przy budowie i w eksploatacji takich silników? Liczne. Silnik taki oczywiście będzie bardzo odmienny od reaktorów jądrowych jakie znamy z Ziemi. Musi działać w nieważkości, stawiać na niską masę, operować w znacznie wyższych temperaturach (i większym ich zakresie), sprawie oddawać energię gazom napędowym… Ponadto ziemskie reaktory przez większość czasu pracują dość jednostajnie. W przypadku silników w rakietach marzy nam się regulowanie ciągu, odpalanie ich, zatrzymywanie itd. Regulowanie mocy takiego silnika polega na regulowaniu krytyczności - konkretniej mówiąc, jak dużo neutronów pałęta się po rdzeniu. W tym celu stosuje się bębny kontrolne. Na Ziemi typowo używa się prętów kontrolnych, które wsuwa się i wysuwa z rdzenia. Ich rola to pochłanianie neutronów, które w przeciwnym razie trafiałyby w jądra uranu i rozbijały je na części. Orbitalne silniki, jeśli powstaną, będą mieć bębny kontrolne - cylindry naokoło rdzenia, których jedna strona odbija neutrony, a druga je pochłania. By zmniejszyć krytyczność rdzenia odwracamy je tak by wyłapywały neutrony, jeśli chcemy zwiększyć ciąg odbijamy neutrony do środka machiny.
A to tylko wierzchołek góry lodowej. Bo sam wodór jest niezłym pochłaniaczem neutronów. Wpływ na pracę takiego silnika ma praca pompy, temperatura komory i szereg innych elementów ze swoimi sprzężeniami zwrotnymi itd. Sprawia to, że rozruch silnika nuklearnego może trwać kilka minut. Podobnie nie można go po prostu wyłączyć, odcinając dopływ wodoru i obracając bębny. W rdzeniu zachodzi cała kaskada procesów rozszczepienia jąder. Nawet po “wyłączeniu” trzeba przez jakiś czas jeszcze odprowadzać energię, czyli wyrzucać rozgrzany wodór z dyszy.
Idąc dalej, w miarę wypalania paliwa w reaktorze (nie mylić z paliwem wodorowym do napędzania rakiety) będą zmieniać się jego parametry. Ciąg, czas rozruchu i wygaszenia będą ulegać zmianie. W silniku może dojść do zatrucia ksenonowego. Jednym z produktów rozszczepienia paliwa jest izotop ksenonu-135, który świetnie pochłania neutrony. Jeśli nagromadzi się w silniku, będzie utrudniać ponowne uruchomienie silnika. Więc po dłuższym odpaleniu silnika może być konieczne odczekanie kilkunastu lub kilkudziesięciu godzin przed kolejnym manewrem.
Wszystko to składa się na silnik, którego każde odpalenie jest skomplikowanym manewrem, gdzie istnieje szereg czynników, które mogą wpłynąć na to jaką zmianę prędkości zaserwujemy naszej rakiecie. A przecież nawet jeszcze nie poruszyliśmy kwestii promieniowania. Czy takie silniki nadają się do rakiet, które mają przewozić ludzi? Pamiętajmy, że masa jest szalenie ważnym czynnikiem w kosmosie, a osłony przed promieniowaniem są ciężkie. Nawet elektronika ma ograniczoną odporność na promieniowanie. Amerykańskie plany z lat 60tych zakładały, że silniki takie będa odczepiane od statku w pobliżu ciała niebieskiego. Reszta statku miałaby manewrować używając tradycyjnych silników chemicznych i dokować ponownie w celu dalszej drogi czy powrotu…
Nawet zakładając, że wszystko idzie zgodnie z planem, nuklearne silniki wydają się być ciężkie, wymagać masy planowania i być toporne i nie w pełni przewidywalne w użyciu. A co, jeśli coś pójdzie źle? Nawet nie z winy silnika, katastrofalne usterki rakiet wciąż się zdarzają niemal każdego roku. Dostajemy wtedy małą brudną bombę i duży problem. Czy to wszystko gra warta świeczki? Jeśli zależy nam na impulsie właściwym, to może trzeba trzymać się silników jonowych - mają komicznie słaby ciąg, ale od trzech do dziesięciu razy większy impuls właściwy. Jeśli prace nad silnikami nuklearnymi będą kontynuowane, będę się im przyglądać z zainteresowaniem. Ale nie spodziewam się by takie silniki zbyt szybko wyszły z fazy testowej.
poniedziałek, 15 grudnia 2025
Węglowy szowinizm w praktyce – Bennu pełna składowych życia
Wygląda na to, że asteroida zawiera bardzo dużo tak zwanego pre-solarnego pyłu. Widać też ślady przemian materiału, które musiały zachodzić w kontakcie z ciekłą wodą. Jednocześnie wymieszane jest to z materiałami, które raczej nie miały kontaktu z wodą. Wskazuje to na bardzo bogatą historię Bennu. Asteroida prawdopodobnie miała wiele przygód, kolizji, etapów gromadzenia materiału i tracenia go. Oczywiście wykryto wodę, węgiel, ale to tylko początek.
Odkryto też formaldehyd, aminokwasy (w naszych ciałach budują białka), fosforany, a także wszystkie pięć zasad azotowych nukleotydów budujących DNA i RNA. Oraz cukry, w tym ryboza. Tym samym mamy wszystkie części składowe RNA w próbce z pierwotnej asteroidy. Wykryte zostały również inne cukry w tym glukoza. I sole. Autorzy jednego z badań sądzą, że cukry mogły powstać w pierwotnej solance, w obecności formaldehydu. Niezależnie od tego jak powstały, to odkrycie pokazuje jeszcze dobitniej niż wcześniejsze, że w podstawowe składowe życia najpewniej były i są powszechne w kosmosie.
Większość tych składników znajdowano już wcześniej, często były to jednak meteoryty odkryte na Ziemi, więc można było zarzucać zanieczyszczenie próbek czy reakcje, które zaszły już po upadku na Ziemię, tu mamy pewność, że składowe RNA (który ocenia się jako prawdopodobny prekursor DNA i życia ogółem) krążą w kosmosie i trafiają na różne światy. Jeśli tylko znajdą podatny grunt, mogą prowadzić do powstania życia. Doskonale pasuje to do tego co obserwujemy na historycznej Ziemi. Gdy tylko planeta ostygła na tyle, by było to możliwe, pojawiło się życie.
Węglowy szowinizm górą. Wszechświat może tętnić życiem, opartym o węgiel i genetyczny alfabet, który znamy z Ziemi. Oczywiście potrzebne są odpowiednie egzoplanety, ale wiemy, że planet w kosmosie jest więcej niż ziaren piachu na wszystkich plażach naszego świata. Jeśli choć jedna na milion się nadaje, to w samej Drodze Mlecznej są ich tysiące… Oczywiście na drodze do złożonych form życia jest jeszcze wiele przeszkód, to to już inny temat.
Zanim przejdziemy do źródeł. Mamy dla Was fajną okazję egzoplanetarną - w tym tygodniu pakiety “Nieba pełnego planet” dostępne są w niższej wyprzedażowej cenie: Ideaman.tv/niebo-pelne-planet. Może wylądują pod czyjąś choinką. Istotną część książki poświęciłem temu jakie wyzwania leżą na drodze pomiędzy powstaniem życia a technologiczną cywilizacją.
Źródła:
Bio-essential sugars in samples from asteroid Bennu
Nitrogen- and oxygen-rich organic material indicative of polymerization in pre-aqueous cryochemistry on Bennu’s parent body
Abundant supernova dust and heterogeneous aqueous alteration revealed by stardust in two lithologies of asteroid Bennu
Prebiotic organic compounds in samples of asteroidBennu indicate heterogeneous aqueous alteration
I jeszcze YouTube:
Anton Petrov
John Michael Godier
Fraser Cain
niedziela, 7 grudnia 2025
Polowanie na egzoksiężyce
Istnienie egzoplanet wydawało się oczywiste. Mimo to, odkryciu pierwszych towarzyszyły ogromne emocje. Podobnie trudno sobie wyobrazić, że tylko planetom krążącym wokół Słońca towarzyszą księżyce. Dlatego nic dziwnego, że niejeden astronom marzy o tym, żeby być pierwszym, który odkryje egzoksiężyc.
Mimo to do tej pory nie mamy ani jednej, niepodważalnej detekcji księżyca poza Układem Słonecznym. Nic dziwnego - wykrycie egzoplanety to duża sztuczka, a co dopiero mówić o satelicie takiego globu. Są jednak trzy ciekawe przypadki, jeden o którym jest wręcz oburzająco mało szumu medialnego. Każdy wiąże się z inną metodą detekcji. Dlatego chcę je Wam pokrótce przedstawić.
Kandydat - Kepler-167e I
Ten jest chyba najgłośniejszy, bo za badaniem stoi Dave Kipping z popularnego kanału YT Cool Worlds. W 2016 roku odkrył on planetę Kepler-167e, gazowego olbrzyma, trochę mniejszego od Jowisza, krążącego wokół gwiazdy trochę mniejszej od Słońca. Po wielu staraniach, w 2024 udało mu się zdobyć solidny przedział czasu teleskopu Jamesa Webba, by dokonać obserwacji kolejnego tranzytu tej planety i sprawdzić, czy w krzywej jasności uda się doszukać dowodu na istnienie dużego księżyca lub księżyców.
Niestety uzyskane wyniki są niekonkluzywne. Owszem w danych jest coś co może być księżycem, ale nie da się wykluczyć, że to błąd danych lub inny czynnik jak choćby plama słoneczna. Co ciekawe, mówimy o metodzie tranzytowej. Instynktownie to, co przychodzi do głowy w takim przypadku to dodatkowe obniżenie pozornej jasności gwiazdy, kiedy oprócz planety, gwiazdę zasłania również księżyc. Tu natomiast prawdopodobnie zaobserwowano coś odwrotnego. Kepler-167e wraz ze swoim księżycem przysłaniały gwiazdę, następnie egzoksiężyc orbitując wokół planety ustawił się przed nią (lub za nią) więc obserwowana jasność gwiazdy na pewien czas zwiększyła się, zanim księżyc minął planetę i ponownie zabierał ułamek jej jasności.
Co dalej? Ciężko powiedzieć. Do kolejnego tranzytu dojdzie dopiero za trzy lata. Czy wówczas JWST wciąż będzie sprawny? Czy Kipping dostanie kolejną szansę? Może do tej pory pojawią się nowe narzędzia i metody? A może wcześniej odkryty zostanie inny egzoksiężyc, trudniej będzie pozyskać zasoby na badanie Keplera-167.
Kandydat - WASP-49 b I
To mój faworyt. Wokół planety WASP-49b zaobserwowano obłok sodu. Sama planeta jest gazowym olbrzymem, trochę większym, choć lżejszym niż Jowisz. Podobnie jak gwiazda, ta planeta składa się głównie z wodoru i helu. Astronomia nie zna mechanizmu, który mógłby prowadzić do wyrzucania w kosmos sodu z głębszych warstw planety.
Ale takie obłoki można obserwować w Układzie Słonecznym. Poddawany ciągłemu rozciąganiu i zgniataniu przez grawitację Jowisza, księżyc Io jest najbardziej wulkanicznie aktywnym obiektem w naszym systemie. Wyrzuca on lawę na setki, a gazy na tysiące kilometrów, tworząc chmury podobne do tego, co zaobserwowano w towarzystwie WASP-49b. Chmura dwukrotnie zwiększała swój rozmiar, co sugeruje, że jest czasami uzupełniana (np. przez hipotetyczne wulkany na hipotetycznym egzoksiężycu). Obłok poruszał się też szybciej niż planeta, co może być najsilniejszym dowodem na to, że towarzyszy on czemuś, co orbituje planetę a nie samej planecie.
Autorzy badania są bardzo ostrożni i powściągliwi. W całej publikacji nie używają terminu “księżyc”, wspominają jedynie o “zmiennym źródle sodu w systemie planetarnym” i uprzejmie informują jakie dalsze badania mogłyby określić jego orbitę i geometrię. Hipoteza egzoksiężyca dobrze wyjaśnia obserwacje (nie ma konkurencyjnej hipotezy), a jej główną słabością jest ograniczona ilość danych i obserwacji.
Kandydat - HD 206893 B I
Dla kontrastu, preprint publikacji, który ukazał się pod koniec zeszłego miesiąca ma dużo odważniejszy tytuł, “Exomoon search with VLTI/GRAVITY around the substellar companion HD 206893 B”. Tym razem mamy do czynienia z metodą astrometryczną. Oznacza to bardzo precyzyjne mierzenie pozycji i ruchu ciał niebieskich. A w przypadku HD 206893 B wykazało ono, że jego ruch wokół gwiazdy HD 206893 jest zaburzany w specyficzny sposób. Wygląda tak, jakby wokół tego obiektu, którego masę szacuje się na 23 mas Jowisza, krążył egzoksiężyc o masie 0,4 masy Jowisza.
Problemy? To może być systematyczny błąd. Detekcję trzeba będzie solidnie zweryfikować i potwierdzić. Mówimy tu o bardzo drobnej perturbacji. Co najzabawniejsze, jeśli detekcja się potwierdzi, to nie wykluczone, że głównym problemem będzie nazewnictwo. A to dlatego, że nie przypadkiem kompana gwiazdy oznaczono wielką literą B. Planety oznacza się małymi literami a gwiazdy wielkimi. Jeśli coś krąży wokół gwiazdy to jest to egzoplaneta, jak krąży wokół egzoplanety to egzoksiężyc. HD 206893 B to brązowy karzeł, obiekt sub-gwiazdowy, gwiazdopodobny. Jeśli HD 206893 B I istnieje i ma połowę masy Jowisza, to czy pojawią się głosy, że to nie egzoksiężyc, tylko mamy tu do czynienia z binarną planetą? Zobaczymy.
Jeśli interesuje Was temat egzoplanet, albo chcecie kogoś nim zainteresować, to przypominam, że dostępna jest moja książka “Niebo pełne planet”. Jest to kompletny wstęp do tematyki egzoplanet; jak ich szukamy, jak je badamy, jakie są perspektywy odkrycia pozaziemskiego życia. Książka to idealny prezent pod choinkę. Także poniżej znajdziecie nie tylko linki do źródeł, ale również strzałę do książki.
Zamów książkę: Niebo pełne planet
Źródełka:
Kipping o Keplerze
Exomoon search with VLTI/GRAVITY around the substellar companion HD 206893 B
Redshifted Sodium Transient near Exoplanet Transit
Possible Volcanic Moon Detected 635 Light-Years Away
W poszukiwaniu pierwszego egzoksiężyca
WASP-49b I - potencjalny egzoksiężyc
niedziela, 9 listopada 2025
"Odpadki" gwiezdnych żłobków
Planetary. Planety swobodne. Rogue planets. Długo domyślano się, że istnieją, potem zaczęliśmy je odkrywać, jeszcze zanim rozpruł się wór z egozplanetami pamiętam, że padały sugestie, że Uran i Neptun mogły w przeszłości mieć jeszcze jednego kolegę, który został wyrzucony z układu słonecznego. Z czasem pojawiły się oszacowana twierdzące, że na każdą egzoplanetę okrążającą inną gwiazdę może przypadać jeden planetar. Obecnie pojawiają się głosy, że może ich być znacznie więcej niż “klasycznych”, związanych z gwiazdami planet.
Jeśli tak jest, to nie mogą wszystkie być wyrzutkami z układów gwiezdnych. W zeszłym roku pisałem o hipotezie tłumaczącej jak mogły powstać JuMBO (Jupiter Mass Binary Objects). To grupy podwójnych planetarów, które wykryto w mgławicy Oriona w 2023. Teraz pojawiła się nowa ciekawa publikacja, która oferuje jeszcze ciekawszy mechanizm, który wyjaśnia tak liczną populację wędrujących planet.
Otóż Zhihao Fu, Hongping Deng, Douglas N. C. Lin i Lucio Mayer wykonali symulacje spotkań dysków protoplanetarnych. Może do nich dochodzić dość często w obłokach molekularnych, czasem nazywanych “gwiezdnymi żłobkami” (stellar nursery). Otóż, jak to pięknie pokazuje animacja, taka mijanka prowadzi do ciekawych smug gęściejszej materii w których mogą powstawać pojedyncze, podwójne a czasem nawet potrójne planety.
Oczywiście to “tylko” symulacja, ale bardzo wdzięcznie wyjaśnia to co obserwujemy. Co więcej, wynikałoby z tego, że przynajmniej część planetarów może być bardzo unikalnymi obiektami, ze względu na nietypowy proces powstawania. Jeśli powstają z skompresowanej materii z zewnętrznych części dysków protoplanetarnych, to mogą być zdecydowanie odmienne od wszystkiego co znamy do tej pory.
Publikacja:
Formation of free-floating planetary mass objects via circumstellar disk encounters
Zeszłoroczny tekst o JuMBO: JUMBO - zdmuchnięte gwiazdy?
Pamiętajcie, że możecie zakupić moją książkę o egzoplanetach: Niebo pełne planet
No i od jakiegoś czasu działa nasz Discord
sobota, 30 sierpnia 2025
Jowisz nie jest jak cebula
Ten obraz utkwił w mojej głowie na długo. Wyobrażałem sobie, że po prostu na pewnej głębokości w chmurach jest taki jakby ocean. Dopiero lata później uświadomiłem sobie, że skoro gęstość rośnie wraz z wysokością, to nie ma tam jasnej granicy między cieczą a gazem. Atmosfera robi się coraz gęściejsza aż w końcu ma cechy bliższe cieczy.
Sądziłem jednak że pod tym wszystkim jest już wyraźna granica ze stałym, czy to skalnym, czy lodowym jądrem. Jak wykazują badania, to też nieprawda. Również w przypadku jąder gazowych olbrzymów następuje stopniowe zwiększanie gęstości między ciekłymi gazami (głównie wodorem) a mieszaniną lodu i materiału skalnego.
Wcześniejsze hipotezy, że to efekt kolizji Jowisza z innym planetarnym ciałem zostały obalone przez symulacje. Sugeruje to, że olbrzymy nie powstają jako lodowo-skalne planety, które po przekroczeniu granicznej masy przechwytują gazy. Zamiast tego formują się absorbując zarówno gazy jak i lód oraz skały w czasie długiej ewolucji.
Źródło:
A fresh twist to the mystery of Jupiter's core: Simulations challenge giant-impact origin
Odpaliłem Substacka i gdyby nie ilość notek tutaj, całkiem bym się na niego przerzucił:
https://substack.com/@wglowyszowinista
No i bardzo fajnie działa też Discord:
https://discord.gg/J5ZfnnbCJg
Zapraszam!
sobota, 26 lipca 2025
Czy Betelgeza wybuchnie za naszego życia? Oczywiście, że nie. Niestety.
Betelgeza to czerwony nadolbrzym, który jest u schyłku swojego życia. To najbliższy czerwony olbrzym i jedna z najbardziej znanych gniazd północnego nieba. Jest widoczna gołym okiem, od setek lat obserwowano zmiany jej jasności, a kiedy lepiej zrozumieliśmy cykl życia gwiazd, zaczęły się domysły co do tego, jak blisko jej do supernowej.
Bardzo ogólny konsensus był taki, że niedługo. Co w skali astronomicznej oznacza “zaledwie” setki lub dziesiątki tysięcy lat. Jakiś czas temu pojawiła (pod koniec 2023… zdecydowanie za długo zbierałem się do napisania tej notki) się publikacja, która twierdzi, że Betelgeza może wybuchnąć już za naszego życia. To w połączeniu z jej niedawnym radykalnym pociemnieniem rozpaliło zainteresowanie tym olbrzymem. Badanie od początku uznawano za kontrowersyjne, ale odkrycie z tego miesiąca raczej ostatecznie obala tę tezę. Czyli może to jednak dobrze, że zwlekałem…
Gwiazdy takie jak Betelgeza, to znaczy o masie dwudziestokrotnie większej od Słońca, żyją znacznie krócej. Sekwencja życia gwiazdy to “spalanie” coraz cięższych pierwiastków, wodór, hel, potem węgiel, neon, tlen… Słońce będzie spalać nuklearnym ogniem wodór w hel przez jakieś dziesięć miliardów lat, ale wielka i gorąca Betelgeza zrobi to w zaledwie dziesięć milionów lat. Potem nastąpi fuzja helu w węgiel na przestrzeni stu tysięcy lat. Następnie synteza tego węgla w neon zajmie setki lat, jego przemiana w tlen to kwestia dekad. Potem już z górki fuzja w krzem na przestrzeni miesięcy, jeden dzień na przemianę w żelazo, wówczas ustaje fuzja jądro gwiazdy się zapada, a zewnętrzne warstwy uderzają w nie i odbijają się w spektakularnej supernowej. Więcej o tym przeczytacie moim wpisie “Teoria mniejszego wybuchu”.
Tylko skąd wiedzieć, co jest aktualnie spalane? Jak się okazuje badanie pulsacji zmiennych gwiazd może to zdradzać. A Betelgeza jak najbardziej jest zmienną, pulsującą gwiazdą. Podobnie jak inne gwiazdy, ma kilka okresów pulsacji, które nie są tak łatwe do określenia. Ten nadolbrzym nie jest tak kulisty jak nasze Słońce, wygląda raczej jak bulgocząca, kotłująca, buzująca, wściekła chmura plazmy. Utrudnia to pomiary tak okresów pulsowania jak i samego rozmiaru gwiazdy. Wiemy, że Betelgeza znajduje się między 500 a 700 lat świetlnych od Ziemi i ma promień od 600 do 800 większy od Słońca (czyli tutaj sięgałaby do pasa asteroid).
Sensację wywołała wspomniana wyżej publikacja, której autorzy twierdzili, że Betelgeza spala już węgiel. Było to od początku kontrowersyjne. Do swoich obliczeń autorzy założyli, że gwiazda ma cztery cykle pulsacji - trwające 2200 dni, 420 dni, 230 dni oraz 185 dni. Innym założeniem potrzebnym do oszacowania, co aktualnie spala gwiazda jest przybliżenie jej masy i tempa rotacji. Szybciej obracające się gwiazdy lepiej mieszają pierwiastki, przez co spalanie zachodzi szybciej. Łącząc to wszystko Hideyuki Saio i pan Et Al doszli do wniosku, że Betelgeza jest w fazie spalania węgla i szykują się fajerwerki.
Tu możemy przejść do kontrowersji. Jeszcze zanim badanie Saio przeszło proces recenzji trafiło do sieci i pojawiły się publikacje kontrujące jego tezy. Wielu astronomów było przekonanych, że te około 2200 dni to okres wtórny, wywołany przez inne fenomeny astronomiczne, cykle plam słonecznych albo interakcja z innymi ciałami niebieskimi. Co więcej gdyby Betelgeza spalała węgiel i 2200 dni było okresem podstawowym, przy tej masie jej promień byłby bliżej 1300-1400 promieni Słońca.
I to byłby koniec tej historii z 2023 roku, gdyby nie to, że w 2024 pojawiły się głosy, że Betelgeza może być częścią układu podwójnego, że ma małą towarzyszkę, którą trudno dostrzec w oślepiającym świetle nadolbrzyma. Ta mniejsza gwiazda okrążałaby Betelgezę raz na 2170 dni. Brzmi znajomo, prawda? I znów zwlekanie z napisaniem na ten temat notki przypłaciło tym, że… chyba ją już znaleziono. [Małe uzupełnienie - w sumie głosy o potencjalnej towarzyszce pojawiały się dużo wcześniej, ale w tym minionym roku pojawiły się publikacje dość mocno przewidujące istnienie takiego obiektu, jednocześnie podkreślające, że jego obserwacja może być niemal niemożliwa przy obecnej technologii.]
W poniedziałek 21 lipca 2025 pojawił się preprint badania, które utrzymuje, że prawdopodobnie dokonano obserwacji kompana gwiazdowego Betelgezy. Roboczo nazywana została “Betelbuddy”, mniej roboczo, ale wciąż nieoficjalnie, zaproponowano nazwę “Siwarha”, co oznacza “jej bransoletka”. Świetny pomysł biorąc pod uwagę, że Betelgeza oznacza “dłoń al-Jawzy”.
Dlaczego akurat teraz się udało? To zasługa narzędzia Alopeke na teleskopie Gemini North, które stosuje technikę interferometrii plamkowej. Polega ona na wykonywaniu bardzo krótkich zdjęć i odpowiednim ich nakładaniu na siebie tak, by wyeliminować zakłócenia pochodzące z atmosfery ziemskiej. Kolosalnie zwiększa się w ten sposób rozdzielczość teleskopów, jednak technika ta ma zastosowanie tylko do bardzo jasnych celów. Na szczęście ten cel jest bardzo jasny. Takie zabawy z obrazem obarczone są pewnymi błędami, więc to wykrycie ma pewność około 1,5-sigma, czyli około 86% (14 procent szansy na false positive). Niewiele jak na standardy naukowe, ale w tym przypadku, mówimy o samym “zdjęciu”. Jeśli dodać do tego wszystko co wiemy o Betelgezie i jej zachowaniu, to jak ten obiekt pasuje do 2170-dniowej orbity sprawia, że odkrycie wydaje się raczej przesądzone. Kolejną fotkę będzie można wykonać w 2027, co powinno wyeliminować wątpliwości.
Jak zatem przedstawia się Siwarha? Według publikacji “The Probable Direct-Imaging Detection of the Stellar Companion to Betelgeuse” obiekt ten ma około 1,6 masy Słońca, czyli dwadzieścia razy mniej niż Betelgeza, oraz jedną milionową jej jasności. Okrąża ją w odległości 2,43 promienia Betelgezy. Dla porównania Księżyc okrąża Ziemię w odległości 60 promieni Ziemi. Jest to w zasadzie obiekt proto-gwiazdowy, który jeszcze nie rozpoczął stabilnej fuzji wodoru w jądrze. Ale czy zdąży zapłonąć? Naukowcy są przekonani, że jest na spirali i powoli opada w atmosferę Betelgezy. Z pewnością gwiazdy te wpływają na siebie i wymieniają się materiałem, co może prowadzić do ciekawych zmian w ewolucji obu obiektów. Na przykład dodatkowa masa opadająca na Betelgezę może zwiększyć jej prędkość obrotową, a zatem mieszanie materiału w środku, a zatem tempo jej ewolucji w kierunku supernowej. Z pewnością niedługo usłyszymy o potencjalnych scenariuszach dla tej pary. Na ten moment możemy czekać na kolejne zdjęcie w 2027 roku.
PS. Boję się, że nie wszyscy złapią sarkazm pod adresem Et Ala, a z drugiej strony w notkach nie lubię dawać emotikonek. Może to będzie sprawdzian, kto doczytał do połowy a kto do końca? Co sądzicie?
Źródła:
The evolutionary stage of Betelgeuse inferred from its pulsation periods
Could This Star Explode Before You Die?
The Probable Direct-Imaging Detection of the Stellar Companion to Betelgeuse
Radial Velocity and Astrometric Evidence for a Close Companion to Betelgeuse
niedziela, 8 czerwca 2025
Cios dla teorii Dziewiątej Planety
O Dziewiątej Planecie pisałem tu na blogu, średnio raz na cztery lata. W 2016, 2020 i 2024. Liczyłem, że następny większy tekst przypadnie gdzieś na 2026 rok, kiedy obserwatorium Very Rubin (planowany start działania w lipcu 2025), potwierdzi jej istnienie. Albo, gdy wykluczy jej istnienie (to byłoby troszkę trudniejsze). Tymczasem pojawił się powód, żeby już wcześniej wrócić do tematu.
Zacznijmy od kilku słów przypomnienia. W 2016 Mike Brown i Konstantin Batygin analizując rozkład orbit obiektów w pasie Kuipera stwierdzili, że ich tendencja do podobnej orientacji jest bardzo nieprawdopodobna. Konkretnie określili, że szanse by było to dziełem przypadku, wynoszą zaledwie 0,007%. Jednocześnie postawili hipotezę, że daleko poza Neptunem krąży masywna planeta, której grawitacja “wyrzeźbiła” taki właśnie charakterystyczny rozkład orbit obiektów krążących poza Neptunem.
Rozważono alternatywne scenariusze. Może układ słoneczny minęła inna gwiazda i to jej przejście “wyczyściło” obiekty po jednej stronie. Może Słońce uformowało się w gromadzie gwiazd i to pozostałe gwiezdne noworodki ukształtowały orbity najdalszych obiektów naszego układu. Jednak symulowane, wirtualne układy planetarne były najpodobniejsze, gdy sprawdzano scenariusz z Dziewiątą Planetą.
Model Browna i Batygina, przewidywał, że powinna istnieć też grupa obiektów, których elipsy nie będą po przeciwnej stronie, ale pod kątem 90° do Dziewiątej Planety i nachyleniu względem dysku Układu Słonecznego również pod kątem 90°. Początkowo próbowali oni wyrugować je ze swojego modelu, bo sądzili nie, że nie ma takich prostopadłych obiektów. Ale model był nieubłagany. Tymczasem okazało się, że nie trzeba nic modyfikować, bo wykryto pięć takich obiektów! To sprawiło, że hipoteza stała się bliższa teorii naukowej - zakładając istnienie wielkiej planety za Neptunem, przewidziano istnienie pewnej grupy obiektów, a następnie udało się je odkryć.
Mogłoby się wydawać, że w takim razie wykrycie Dziewiątej Planety to tylko kwestia czasu. I tu wkracza publikacja “Discovery of a dwarf planet candidate in an extremely wide orbit: 2017 OF201” (autorzy: Sihao Cheng, Jiaxuan Li, Eritas Yang). 2017 OF201, to prawdopodobnie nowa planeta karłowata. Jedno okrążenie Słońca zajmuje jej jakieś dwadzieścia pięć tysięcy lat, ma prawdopodobnie od 550 do 850 kilometrów średnicy i za nic ma trendy, które obserwowano do tej pory wśród obiektów transneptunowych.
Wpierw sądziłem, że to po prostu wyjątek od reguły. Ot, jeden obiekt, który się “uchował” w regionie, generalnie oczyszczonym przez hipotetyczną planetę. Jednakże autorzy publikacji o 2017 OF201 dokonali symulacji, według której, w obecności Dziewiątej Planety ich obiekt powinien zostać wyrzucony z naszego układu w ciągu zaledwie stu milionów lat.
Teorię można potwierdzić setką eksperymentów czy pomiarów, ale wystarczy jeden by ją obalić. Czy możemy zatem pochować nadzieje na odkrycie Dziewiątej Planety? Nie tak szybko. Po pierwsze, to tylko jedna publikacja i nawet sami autorzy nie twierdzą, że ich odkrycie definitywnie wyklucza możliwość istnienia planety proponowanej przez Browna i Batygina. Sam Batygin twierdzi, że 2017 OF201 jest pod wpływem grawitacji Neptuna, jest niestabilny i przez to nie ma wpływu na hipotezę Dziewiątej Planety.
Może 2017 OF201 to przechwycony obiekt? Szacuje się, że planetary - swobodne planety mogą nawet dorównywać liczebnością “zwykłym” planetom (zwykłym, w sensie takim, które krążą wokół jakichś gwiazd). Zatem na pewno zdarza się, że są przechwytywane (wówczas taki obiekt byłby szalenie ciekawy do badania, na równi z Omuamua). Orbita 2017 OF201 jest silnie eliptyczna co pasuje do scenariusza przechwycenia.
A jeśli obserwacje teleskopu Very Rubin nie odkryją domniemanej planety? Co wtedy? Raczej wykluczyłoby to jej obecność, nie odpowie jednak na pytania. Bo mimo wszystko, ten układ obiektów transneptunowych musi mieć jakieś wyjaśnienie, może jednak spotkanie z inną gwiazdą, może grawitacyjne siły pływowe pochodzące od samej Drogi Mlecznej? A może tajemnicza planeta istniała kiedyś, “ułożyła” tak orbity tych obiektów, ale na skutek interakcji z innym obiektem została wyrzucona z Układu Słonecznego? Tak czy inaczej będzie ciekawie.
Źródła:
Discovery of a dwarf planet candidate in an extremely wide orbit: 2017 OF201
Planeta X - komentarz Węglowego (2016)
Planeta X i drobne wątpliwości (2020)
Nowa publikacja o Planecie 9 (2024)
Zamów "Niebo pełne planet"
niedziela, 25 maja 2025
2M1510(AB)b - prostopadła planeta?
Kiedy byłem na urlopie "wykryto" bardzo interesującą planetę. Używam cudzysłowu, bo mówimy raczej o silnych dowodach na jej istnienie. Analiza ruchu dwóch z trzech brązowych karłów układu 2M1510 wykazała perturbacje karłów A i B, których nie można wyjaśnić obecnością trzeciego, znacznie bardziej oddalonego karła C. Zachowanie to jednak może wyjaśnić niewidoczna planeta, która okrąża układ AB, ale na orbicie prostopadłej do płaszczyzny orbit A i B.
Byłby to pierwszy taki przypadek. Jak mogłoby dojść do powstania 2M1510(AB)b? Jeśli jej orbita byłaby silnie eliptyczna, mogłoby to sugerować, że dwa brązowe karły przechwyciły błądzącą po kosmosie planetę. Jeśli powstała razem z nimi, to pewnie musiałby istnieć proces w wyniku którego, na przestrzeni lat orbita planety uległa tak ekstremalnemu nachyleniu. W obu przypadkach to bardzo ciekawy obiekt.
Linki:
Universe Today
Wikipedia
Niebo pełne planet
sobota, 10 maja 2025
W poszukiwaniu pierwszego egzoksiężyca
(Tekst pierwotnie pojawił się na profilu Facebookowym w listopadzie 2024)
David Kipping to astronom z dużym zacięciem popularyzatorskim. Od lat lat marzy mu się odkrycie księżyca poza Układem Słonecznym. Spełnienie tego marzenia jest dziś bliżej niż kiedykolwiek. Nie mówimy tu o WASP-49b I, potencjalnym egzoksiężycu, o którym pisałem parę tygodni temu. Kipping i jego zespół niedawno otrzymali aż 60 godzin czasu teleskopu Webba na obserwację gwiazdy Kepler-167. Liczą, że dane zebrane w tym czasie pozwolą na ogłoszenie odkrycia pierwszego egzoksiężyca metodą tranzytową.
W roku 2016 Kipping i jego zespół odkryli planetę podobną do Jowisza krążącą wokół tej gwiazdy. Jest ok 10% mniejsza od naszego olbrzyma, a gwiazda Kepler 167 ma 74% rozmiaru naszego Słońca. Oznacza to, że Kepler-167e ma około jednej ósmej rozmiaru swojej gwiazdy, czyli w czasie tranzytu przysłoni mniej więcej jedną sześćdziesiątą czwartą światła docierającego do teleskopu Jamesa Webba.
Okrążenie swojej gwiazdy zajmuje tej planecie niemal 3 lata, więc okazja do obserwacji i pomiarów nie trafia się często. Kipping sądzi, że poza potencjalnymi księżycami, powinni być też w stanie ocenić spłaszczenie planety i nachylenie jej osi. Z filmu nagranego przez Kippinga wynika, że czułość JWST powinna wystarczyć by wykryć księżyc wielkości Tytana (promień 2575 km). Twierdzi też, że w tych warunkach brak detekcji, będzie równie doniosłym wynikiem. A to dlatego, że zarówno Jowisz i Saturn posiadają księżyce tej wielkości, więc brak takowego w przypadku Keplera-167e miałby mocne implikacje dla naszych teorii o formacji układów planetarnych i księżyców. Nie wspomniał o tym, że największe księżyce Neptuna i Urana mają promienie wielkości 800 i 1300 km. Są jednakże planetami ponad dwukrotnie mniejszymi i znajdującymi się dalej od gwiazdy, ma to sporo sensu.
Faktem jest, że obecność dużych księżyców wokół gazowych gigantów wydaje się czymś oczywistym. Ekscytująca jest perspektywa, że wreszcie będzie można powiedzieć, “tak, oczywiście, że tam są”. Analiza danych z pewnością zajmie długie miesiące. Mam nadzieję, że będą konkluzywne.
Tyle “na gorąco” (choć słabo tu pasuje taki zwrot, bo do napisania tego tekstu przymierzałem się od 25 października). Dajcie znać czy chcielibyście, żebym rozpisał się bardziej o szansach / przeszkodach, które mogą czekać na zespół badaczy, czyli czułość pomiaru i zwykły niefart w postaci pechowego układu geometrycznego.
Więcej o egzoplanetach? W mojej książce:
ideaman.tv/niebo-pelne-planet
Źródełka:
It's happening!! Right now!
6491 - Revealing the Oblateness and Satellite System of an Extrasolar Jupiter Analog
Wikipedia - Kepler-167
piątek, 2 maja 2025
Znów o K2-18b
Już kilka razy od wydania “Nieba pełnego planet” otrzymałem pytanie, co chciałbym dopisać lub co zmieniło się od napisania książki. Mając świadomość, że to egzoplanety to relatywnie nowa działka wiedziałem, że odkryć będzie przybywać, dlatego chciałem dać czytelnikom podstawy, przedstawić aktualny stan badań i perspektywy. Dlatego nie spodziewam się, żebym chciał coś usunąć lub zmienić, prędzej coś dopisać. I z pewnością dziś rozdział “K2-18b - mokra egzoplaneta” byłby dłuższy. Ale nie tyle z powodu odkryć, co raczej dramy wokół rzekomych odkryć.
K2-18b to glob dwa i pół raza większy oraz osiem i pół raza cięższy od Ziemi. Zrobiło się o nim głośno w 2019, gdy w jego atmosferze wykryto parę wodną. Był to pierwszy przypadek planety nie będącej gazowym olbrzymem, na której stwierdzono istnienie wody. Jeśli pominąć cząsteczkowy wodór, to woda jest najpowszechniejszym związkiem chemicznym we wszechświecie. Znalezienie jej na egzoplanetach wydawało się raczej nieuniknione. Co więcej w tym przypadku nie było pewności, czy to super-Ziemia czy mini-Neptun. Dziś zdaje się przeważać opinia, że raczej to drugie.
Później, w 2023 wykryto jeszcze dwutlenek węgla oraz metan - znów nie powinno to szokować, oba związki mogą powstawać w procesach nie-biologicznych. Jednak parę tygodni temu pojawiła się publikacja twierdząca, że w atmosferze planety wykryto również DMS - siarczek dimetylu, a to już coś bo na Ziemi kojarzony jest z aktywnością biologiczną. Innymi słowy na K2-18b “zapachniało” życiem.
Jeszcze przed moim urlopem postanowiłem nie pisać o K2-18b, bo jak się okazało jeszcze w styczniu wyszła publikacja krytykująca wyniki dotyczące DMS, a precyzyjniej mówiąc “Kompleksowa reanaliza transmisyjnego spektrum K2-18b z JWST NIRISS+NIRSpec”. Autorzy artykułu potwierdzili obecność metanu (w dużych ilościach) i stwierdzili brak wyraźnych oznak dwutlenku węgla i DMS. A to nie jedyny krytyczny głos. Według Antona Petrova, tuż po publikacji artykułu “Carbon-bearing Molecules in a Possible Hycean Atmosphere” od którego zaczęła się cała heca, dość szybko pojawiły się głosy krytykujące analizę statystyczną, która umiejscawia DMs w atmosferze K2-18b. Jakby tego było mało, choć siarczek dimetylu na Ziemi produkowany jest przez życie, to odkryto go też na komecie 67P/Churyumov–Gerasimenko. Nie jest zatem dobrym wskaźnikiem życia. Może powstawać abiotycznie. Podobnie jak metan. Czy tlen.
Wydawałoby się zatem, że temat powinien szybko przycichnąć. Znów ktoś krzyknął “Wilk”, ale wiedzieliśmy, że trzeba być sceptycznym… a przynajmniej tak powinno być. Jednak nius złapał wiatr w żagle, dorobił się coraz odważniejszych nagłówków w coraz większych mediach i dlatego właśnie czytacie ten wpis.
Częściowo wynika to też z tego, że autorzy pierwotnego artykułu opublikowali nowy w którym twierdzą, że druga obserwacja K2-18b przez JWST daje pewność obecności DMS na poziomie 3-sigma. Oznacza to w teorii 99,7% na to, że wynik nie jest dziełem przypadku/błędu… ale w świecie nauki to dość skomplikowane i bardziej pożądany wynik, szczególnie przy ekstraordynaryjnych twierdzeniach, to 5-sigma, czyli 99,9999%. Wiarygodność publikacji podważa też przekonanie autorów, że DMS jest biosygnaturą. Jak już wiemy, związek ten może powstawać też bez udziału biologii, więc to źle świadczy o autorach. Podobnie twierdzą, że tylko kombinacja CO2 i DMS może wyjaśnić takie wyniki spektralnej analizy, choć wspomniane badanie z reanalizą wykazało coś zupełnie innego. Na koniec jeszcze jedna obserwacja Antona - wygląda na to, że autor kontrowersyjnych badań w swojej publikacji cytuje głównie swoje własne prace. To też duża czerwona flaga.
Podsumowując chciałbym powiedzieć dwie rzeczy. Pierwsza chyba jest bardzo jasna - argument, że znaleźliśmy życia, albo chociaż jego silne poszlaki jest bardzo przesadzony. Nie dość, że kwestionowane jest samo wykrycie DMS, to traktowanie go jako biosygnatury jest też naciągane. Druga jest taka, że jednocześnie nie można wykluczyć, że życie tam istnieje. Byłoby fantastycznie, gdyby udało się to potwierdzić. Nie dajcie się zwieść mojemu krytycznemu tonowi - gdybym miał zgadywać, wydaje mi się prawdopodobne, że we wszechświecie życie jest dość powszechne, choć sądzę, że najczęściej jest to życie bardzo proste a zatem trudne do wykrycia. Sądzę tak, biorąc pod uwagę jak wiele planet jest w kosmosie, jak szybko powstało na Ziemi, oraz jak długo trwało zanim stało się złożone.
Źródła i linki:
Carbon-bearing Molecules in a Possible Hycean Atmosphere - początek całej hecy (2023)
A Comprehensive Reanalysis of K2-18 b’s JWST NIRISS+NIRSpec Transmission Spectrum (styczeń 2025)
Evidence for Abiotic Dimethyl Sulfide in Cometary Matter (2024)
Major Updates About DMS Detection From Planet K2-18b, Life or What? - Anton pierwszy film
New Constraints on DMS and DMDS in the Atmosphere of K2-18 b from JWST MIRI - drugi artykuł tych samych autorów 3-sigma.
JWST observations of K2-18b can be explained by a gas-rich mini-Neptune with no habitable surface
Let's Talk About Recent Claims of Alien Life on Planet K2-18b - Anton drugi film
Niebo pełne planet - moja książka
sobota, 14 grudnia 2024
JUMBO - zdmuchnięte gwiazdy?
Jednym z interesujących odkryć teleskopu Jamesa Webba było wykrycie sporej grupy binarnych obiektów o masie Jowisza, czyli JUMBOs (Jupiter Mass Binary Objects). Odkrycia dokonano w sercu mgławicy Oriona. Wśród ponad pół tysiąca obiektów o masach od połowy do kilkunastokrotności Jowisza, niemal jedną dziesiątą stanowią układy podwójne o dość szerokiej separacji (odległości między obiektami). To dziwne, bo rzuca wyzwanie naszym teoriom tego jak powstają planetary - planety swobodne, nie krążące wokół gwiazd.
Dlaczego? Bo sądzi się, że planetary z reguły powstają w jakimś układzie i są z niego wyrzucane, rzadziej powstają samoistnie w wolnej przestrzeni. Wydaje się, że mało prawdopodobne jest wrzucenie pary planet z młodego układu, lub by taki duet powstał w przestrzeni międzygwiezdnej. Ponadto z reguły w układach podwójnych separacja jest skorelowana z rozmiarem - to znaczy jest mniejsza, kiedy składniki są lżejsze. Tymczasem w przypadku JUMBO separacja jest duża, podobna do typowej odległości między gwiazdami w układach podwójnych.
Pojawiła się hipoteza, która tłumaczy istnienie JUMBO. Astronomka Jessica Diamond w swojej nowej publikacji proponuje jak mechanizm fotoewaporacji mógłby przyczynić się do ich powstania. W regionie, gdzie licznie występują największe gwiazdy (typy O i B, dwukrotnie lub jeszcze większe niż Słońce), ich wiatr gwiezdny jednocześnie wspomaga kompresję jąder gwiazd, oraz “zdmuchuje” ich zewnętrzne warstwy. W ten sposób zamiast gwiazd powstają obiekty o masie podobnej do Jowisza. A jako, że dzieje się to w mgławicy, rodzącej liczne gwiazdy, często w układach podwójnych, to przestaje być dziwne, że część tych “zdmuchniętych gwiazd” powstaje w układach binarnych o separacji charakterystycznej dla gwiazd podwójnych.
Czyli zagadka rozwiązana? Nie tak prędko. Jessica Diamond mówi, że konieczne będą kolejne obserwacje. Co więcej hipoteza jest falsyfikowalna - jej model przewiduje, że tylko gromady z największymi gwiazdami typu O i B powinny tworzyć JUMBO. Więc jeśli uda się zaobserwować liczne JUMBO w gromadzie bez takich gwiazd, będzie trzeba dopracować model lub zaproponować coś innego.
Publikacja:
Formation of Jupiter-mass Binary Objects through Photoerosion of Fragmenting Cores
poniedziałek, 4 listopada 2024
Parowy świat, czyli jak zostałem egzoplanetarnym snobem
GJ 9827 d to planeta prawie dwa razy większa od Ziemi i ponad trzy raz cięższa. Odkryto ją w 2017 roku. Jako, że krąży bardzo blisko swojej gwiazdy (pełna orbita zajmuje jej zaledwie sześć dni), to była wdzięcznym obiektem do badania. W 2020 roku teleskop Kecka zbadał atmosferę planety i wykluczył w niej obecność wodoru i helu. A teraz, dzięki teleskopom Hubble i Webba potwierdzono, że atmosfera GJ 9827 d to głównie para wodna.
W 2011 wyodrębniono klasę planet zwaną światami hyceańskimi. “Hycean world” to połączenie “hydrogen” i “ocean”. Chodziło planety bogate w wodę z gęstą atmosferą wodoru, helu i pary wodnej. Pamiętajmy, że woda to najpowszechniejsza cząsteczka w kosmosie, jeśli pominąć czysty wodór H2. Jednocześnie wodór i hel są bardzo lekkie, więc chętnie uciekają z planet poniżej pewnej masy, odpowiednio blisko gwiazdy.
Wiecie… dziś łatwo mówić, że to oczywiste, że są planety poza Układem Słonecznym. Ale pierwsze wykrycie to było coś. Tu jest podobnie. Czapki z głów dla zespołu, ale nie powiem, żebym był szczególnie podekscytowany. Zbliżamy się też wielkimi krokami do odkrycia pierwszych księżyców poza układem słonecznym. To też wydaje się oczywiste, ale przyznam, że w tej kwestii czuję pewną ekscytację. Dlatego niedługo mam nadzieję przygotować dla Was kolejny post w tym temacie. Dwa tygodnie temu pisałem o WASP-49b I - potencjalnym egzoksiężycu. Teraz chcę powiedzieć o zbliżającym się badaniu Kepler-167e, planety podobnej do Jowisza, którą prawdopodobnie okrążają księżyce.
Źródła:
JWST/NIRISS Reveals the Water-rich “Steam World” Atmosphere of GJ 9827d
Study Confirms a New Type of Exoplanets: Water-Rich Steam Worlds!
Hyceańska heca - nowa klasa planet
WASP-49b I - potencjalny egzoksiężyc
Niebo pełne planet - no i moja książka
poniedziałek, 21 października 2024
WASP-49b I - potencjalny egzoksiężyc
Międzynarodowy zespół badaczy i badaczek przestudiował obłok sodu zaobserwowany w 2017 roku, w pobliżu egzoplanety WASP-49b. Planeta ta jest gazowym olbrzymem, trochę większym od Jowisza, choć ma “zaledwie” 40% jego masy. Gwiazda macierzysta natomiast jest łudząco podobna do Słońca. Oba te obiekty składają się głównie z wodoru i helu. Nie znamy mechanizmu, który mógłby prowadzić do wyrzucania sodu z głębszych warstw planety.
Coś podobnego obserwujemy w Układzie Słonecznym. Poddawany ciągłemu rozciąganiu i zgniataniu przez grawitację Jowisza, księżyc Io jest najbardziej wulkanicznie aktywnym obiektem w naszym systemie. Wyrzuca on lawę na setki, a gazy na tysiące kilometrów, tworząc chmury podobne do tego, co zaobserwowano w towarzystwie WASP-49b. Chmura dwukrotnie zwiększała swój rozmiar, co sugeruje, że jest uzupełniana (np. przez hipotetyczne wulkany na egzoksiężycu). Obłok poruszał się też szybciej niż planeta, co może być najsilniejszym dowodem na to, że towarzyszy on czemuś, co orbituje planetę a nie samej planecie.
Modele komputerowe sugerują, że potencjalny księżyc WASP-49 b okrąża ją co około osiem godzin (orbita planety to ponad 66 godzin). Co więcej - jeśli byłby to obiekt o rozmiarach podobnych do naszego Księżyca, to bardzo prawdopodobne, że jest on dość blisko punktu, w którym zostanie rozerwany przez interakcje grawitacyjne z gwiazdą i planetą. Stanie się wówczas pierścieniem wokół planety.
Na pewno zastanawiacie się jakie byłoby oznaczenie takiego egzoksiężyca. Śpieszę z pomocą. Otóż w przypadku księżyców sięga się po prostu po liczby rzymskie, numerując albo kolejno od planety macierzystej, albo zgodnie z kolejnością odkrywania. Podobnie jest z egzoplanetami, ale tam stosowane są małe litery alfabetu i “a” rezerwuje się dla gwiazdy, z reguły obiekt “b” jest najbliższy gwieździe, choć czasem późniejsze wykrycie dodatkowych planet potrafi troszkę namieszać. W tym wypadku zatem WASP-49b, czyli najbliższą (i jak na razie jedyną) planetę gwiazdy WASP-49, prawdopodobnie okrąża bardzo aktywny, sponiewierany przez siły pływowe księżyc “WASP-49 b I”.
Autorzy badania jednakże są bardzo ostrożni i powściągliwi, nie używają określenia “księżyc”, wspominają jedynie o potencjalnym “zmiennym źródle sodu w systemie planetarnym” i uprzejmie informują jakie dalsze badania mogłyby określić jego orbitę i geometrię. Hipoteza egzoksiężyca dobrze wyjaśnia obserwacje (nie ma innego wyjaśnienia), główną słabością jest ograniczona ilość danych i obserwacji.
Jeśli interesuje Was tematyka egzoplanet, albo już szukacie pomysłów na prezent, to przypominam, że dostępny jest dodruk “Nieba pełnego planet”. Moja książka stanowi kompletne i przystępne wprowadzenie w tematykę poszukiwania egzoplanet oraz życia w kosmosie. Adres do zakupu i linki do publikacji na temat domniemanego egzoksiężyca, oraz inne źródła znajdziecie poniżej.
Źródła:
Publikacja: Redshifted Sodium Transient near Exoplanet Transit
A Possible Exomoon Could be Volcanic, like Jupiter’s Moon Io
Does Distant Planet Host Volcanic Moon Like Jupiter’s Io?
YT NASA JPL: Possible Volcanic Moon Detected 635 Light-Years Away
YT AntonPetrov: https://www.youtube.com/watch?v=o5FC38OwryE
Wizualizacja (artystyczna): NASA/JPL-Caltech
Książka: ideaman.tv/niebo-pelne-planet
niedziela, 21 lipca 2024
James Webb “zobaczył” planetę-oko? Nie tak prędko…
“Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba zobaczył planetę oko”. Takie nagłówki widziałem w ostatnich dniach. Tyczą się one wniosków płynących z nowych obserwacji gwiazdy LHS 1140. Spider’s Web już w ogóle poszedł na całość wysrywając artykuł pod tytułem “Mamy to! Znaleźliśmy drugą Ziemię”, gdzie stwierdzili, iż jest bardzo możliwe, że istnieje tam życie.
No, delikatnie mówiąc, nie. Żeby nie przedłużać, zanim wejdziemy w szczegóły, powiedzmy sobie, o czym naprawdę tu mówimy. JWST dokonał obserwacji czerwonego karła LHS 1140, kiedy przez jego tarczę przechodziła planeta LHS 1140 b. Analizując tę odrobinkę światła przechodzącego przez atmosferę egzoplanety stwierdził, że nie ma tam wodoru. Koniec. Można z tego wyciągnąć interesujące wnioski, ale naciągane jest stwierdzić, że “zobaczył planetę-oko”. A abominacja, którą popełnił Spider’s Web to już zupełne prostytuowanie treści nie mające nic wspólnego z nauką, dziennikarstwem czy ludzką przyzwoitością. Nie, ta egzoplaneta nie jest drugą Ziemią. Nie, obecność życia nie jest tam bardzo prawdopodobna.
Egzoplanetę LHS 1140 b wykryto metodą tranzytu w 2017 roku, czyli obserwując przygasanie światła gwiazdy, gdy częściowo przysłaniała je egzoplaneta. Krąży ona wokół czerwonego karła, odległego o 49 lat świetlnych od Ziemi, na orbicie dziesięciokrotnie ciaśniejszej niż nasza. W przypadku tej, znacznie chłodniejszej, gwiazdy jest to odległość, która daje szanse na temperatury odpowiednie dla wody w stanie ciekłym.
Parę lat temu działanie rozpoczął Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba i jednym z jego celów obserwacji był właśnie ten układ. LHS 1140 b ma promień o 70% większy niż Ziemia, oraz pięć i pół raza większą masę. Oznaczało to, że może być niewielką planetą gazową, podobną do mini-Neptuna, lub super-Ziemią zdominowaną przez oceany. Opublikowane właśnie wyniki wykluczyły grubą warstwę bogatej w wodór atmosfery. Co więcej, sugerują one obecność azotu i dwutlenku węgla (ale te wnioski cechuje mała pewność). Oznacza to, że LHS 1140 b niemal na pewno nie jest puchatą gazową planetą, a raczej ogromnym światem typu ziemskiego, gdzie około 15% masy może stanowić woda. Dla porównania na Ziemi woda stanowi 0.025% masy.
Ta egzoplaneta jest na tyle blisko swojej gwiazdy, że możliwe jest iż jest zakleszczona grawitacyjnie, czyli jest zawsze zwrócona tą samą stroną do LHS 1140. Przy takiej ilości wody i mniejszej ilości energii docierającej do powierzchni, istnieje szansa, że planeta wygląda jak wielka gałka oczna. To znaczy większość powierzchni może skuwać biały lód a środek półkuli zwróconej do gwiazdy zajmuje ciemny ocean. Zwracam uwagę na słowa “możliwe” oraz “może”.
Czy już widzicie jakim fikołkiem jest powiedzieć, że JWST “zobaczył” planetę-oko? Dla Jamesa Webba, cały układ LHS 1140 to plamka światła. A co z tymi farmazonami od Spider’s Web? Słabiutko. Na ten moment nie mamy żadnych istotnych biosygnatur. Woda jest kluczowa dla życia, ale niewystarczająca. Zrobiłem trochę prostych obliczeń, z których wynika, że ocean LHS 1140 b może mieć grubość od trzech do sześciu tysięcy kilometrów. Warunki w głębinach takiego oceanu są niewyobrażalne. Nawet nie chodzi o to, że ciśnienie rozpuściłoby znane nam formy życia. Przy takim ciśnieniu, dolne setki, czy tysiące kilometrów może stanowić nie ciecz, ciało stałe - egzotyczne formy lodu wodnego, powstające pod wielkim ciśnieniem. A wówczas nie byłoby miejsca na “ciekawą” chemię. Nie byłoby kominów hydrotermalnych, które wzbogaciłyby wodę o energię i związki chemiczne dające szanse na powstanie życia.
Wszechświat lubi zaskakiwać, a LHS 1140 b jest dość blisko, więc liczę na kolejne badania. Może E-ELT, czyli Ekstremalnie Wielki Teleskop będzie mógł dokonać bezpośredniej obserwacji, która powie czy w ogóle mamy tu zakleszczenie grawitacyjne, jaka jest temperatura na powierzchni tej egzoplanety i temu podobne. To z pewnością ciekawa egzoplaneta. Nie jest to jednak “druga Ziemia”. I szkoda, że niektórzy tak chętnie krzyczą “wilk”. Przez takie fejki, można przegapić prawdziwego “wilka”, czyli prawdziwą drugą Ziemię.
Jeśli chcecie się uodpornić na kiepskie newsy o egzoplanetach, to rzecz jasna polecam “Niebo pełne planet” - moją książkę poświęconą tej właśnie tematyce. Dostępna na papierze, jako ebook i audiobook.
Źródło: Transmission Spectroscopy of the Habitable Zone Exoplanet LHS 1140 b with JWST/NIRISS
Moja książka: Niebo pełne planet
niedziela, 14 lipca 2024
Czarna dziura o masie pośredniej
Znakomita większość czarnych dziur jakie udało się zaobserwować to, albo te supermasywne o masie rzędu setek tysięcy czy nawet miliardów słońc, albo te “zwyczajne” czyli takie o masie “zaledwie” od kilku, do kilkudziesięciu słońc.
Jak się okazuje odkrycie czarnych dziur o masie pośredniej jest trudne. Generuje to pytania, o to jak powstają te supermasywne. Czy proces łączenia się zwykłych kolapsarów jest tak szybki, że trudno je uchwycić w tym okresie i dlatego zaobserwowano tak wiele supermasywnych czarnych dziur?
Na ten moment istnieje spora garść kandydatów na IMBH (intermediate-mass black hole), ale żaden nie jest pewniakiem. 10 lipca tego roku opublikowano badanie, które według mediów przedstawia najmocniejszego do tej pory kandydata na czarną dziurę masy pośredniej. Przyjrzyjmy się mu, bo to ciekawe z co najmniej kilku powodów.
Po pierwsze autorzy nie mieli “swoich” danych, ale posłużyli się danymi z teleskopu Hubble’a zgromadzonymi na przestrzeni 20 lat. Co więcej były to obserwacje głównie na potrzeby kalibracji, a nie zbierania danych naukowych. Skupili się oni na ruchu gwiazd w gromadzie kulistej Omega Centauri. Zawiera ona około 10 milionów gwiazd związanych grawitacyjnie. Autorzy publikacji znaleźli wśród nich siedem, które znajdują się blisko centrum gromady, które poruszają się z bardzo dużą prędkością. Konkretnie to ich prędkość jest wystarczająca by uciec z tej gromady. Prawdopodobnym wyjaśnieniem tych pomiarów, czyli obecności tak szybkich gwiazd, tak blisko centrum gromady jest właśnie obecność czarnej dziury o masie ponad 8000 słońc.
I jest to kolejna rzecz, która mnie ujęła w tym badaniu. Bo jeśli uda się potwierdzić obecność tej czarnej dziury, to historia jej wykrycia będzie łudząco podobna do tego jak odkryto supermasywną czarną dziurę w centrum Drogi Mlecznej - czyli obserwując ruchy gwiazd na przestrzeni lat. Choć w tamtym wypadku dane były bardziej widowiskowe, bo jedna z gwiazd osiąga prędkość ponad 1% prędkości światła (!).
Być może podobnie jak ja zadaliście sobie pytanie - a może te gwiazdy tylko przelatują tamtędy i po prostu nie są grawitacyjnie przywiązane do tej gromady? Trochę jak Omuamua, która tylko odwiedziła nasz układ słoneczny. Autorzy zaadresowali to w swojej pracy - według nich to statystycznie prawie niemożliwe, by zaobserwować pięć takich gwiazd, tak blisko centrum gromady. Tym bardziej aż siedem.
Wszystko to brzmi całkiem przekonująco, szczególnie, że Omega Centauri to prawdopodobnie jądro mniejszej galaktyki, którą kiedyś pożarła Droga Mleczna. Wówczas obecność sporej czarnej dziury w centrum ma tym więcej sensu.
Mimo wszystko nic nie jest jeszcze pewne. Rok temu pojawiła się bardzo podobna publikacja dotycząca gromady M4, gdzie analiza ruchu gwiazd sugerowała centralną czarną dziurę o masie między 500 a 1100 słońc, choć nie wykluczała, że ten sam efekt mogłoby dać bliskie zgromadzenie zwykłych czarnych dziur i białych karłów.
Źródła:
Fast-moving stars around an intermediate-mass black hole in ω Centauri
An elusive dark central mass in the globular cluster M4
poniedziałek, 20 maja 2024
Czy odkryliśmy sfery Dysona?
Czy w 2024 właśnie wykryliśmy takiej roje wokół kilkudziesięciu gwiazd na niebie? Cóż, nie można tego wykluczyć, ale absolutnie nie można tego potwierdzić. Sprawa na pewno jest interesująca, szczególnie, że odkrycia niejako dokonały niezależnie dwa zespoły. Jedna publikacja wskazuje siedem kandydatek, druga aż pięćdziesiąt trzy. We wszystkich przypadkach istotnie wygląda na to, że spektrum gwiazd nie pasuje do oczekiwanej krzywej, która powinna przypominać ciało doskonale czarne, zamiast tego pokazując nadmiar promieniowania podczerwonego.
I tylko tyle. Nawet sami autorzy bardzo jasno mówią, że za wcześnie by ogłaszać odkrycie sfer Dysona czy obcych cywilizacji. Autorzy jednej z publikacji wspominają o innych, naturalnych wyjaśnieniach (jednakże nie wymieniają ich), choć twierdzą, że żadne nie tłumaczy w pełni tego, co zaobserwowano. Jakie są zatem wyjaśnienia w których nie trzeba powoływać się na kosmitów?
Podstawowe wyjaśnienie to dysk protoplanetarny - chmura gazu i pyłu otaczająca taką gwiazdę, która nie tylko zasłania część jej światła, ale również ulega podgrzaniu i emituje przez to światło podczerwone. W wielu przypadkach mamy tu do czynienia z gwiazdami na tyle wiekowymi, że nie powinny już mieć takich dysków. Jednak wśród miliardów gwiazd na niebie kolizje planetarne muszą zdarzać się od czasu do czasu nawet w takich dojrzałych układach. Autorzy jednego z badań wspominają, że odsiewali z danych ewidentne EDD (Extreme Debris Disks), jednak do tej pory zidentyfikowano dopiero 17 takich obiektów, więc nasza umiejętność filtrowania takich przypadków jest ograniczona.
Innym wyjaśnieniem może być obecność innego źródła światła bezpośrednio za poszczególnymi gwiazdami. Jeśli na jednej linii, za gwiazdą znajduje się na przykład odległa galaktyka, może ona różnie wpływać na pozorne spektrum tej gwiazdy. Natomiast chyba najciekawszą opcją, która nie zawiera obcych, jest po prostu istnienie jakiegoś nietypowego typu gwiazdy.
Chciałbym się mylić, bo odkrycie obcych byłoby czadowe. Jednak moje zdanie jest takie, że to nie są sfery Dysona. Powody w dużej mierze pokrywają się z tymi dla których nie lubię skali Kardaszowa. Napisałem o tym w mojej książce, w rozdziale pod wymownym tytułem “Dlaczego nie lubię skali Kardaszowa”. W dużym uproszczeniu sądzę, że tak prosta ekstrapolacja może nie mieć tu zastosowania i od lat widać już, że zużycie energii per capita nie rośnie tak jak spodziewał się tego Kardaszow. Fakt, że nie widzimy sfer Dysona niekoniecznie oznacza, że nie ma odpowiednio rozwiniętych cywilizacji. Być może nie widzimy ich z tego samego powodu, z którego nie widzimy silników spalinowych wielkości układów planetarnych. Obce cywilizacje, mogą korzystać z źródeł energii, które dla nas są tak nie do pomyślenia, jak energia nuklearna kilkaset lat temu, a koncepcja otoczenia gwiazdy kolektorami może być dla nich równie groteskowa jak wspomniany silnik spalinowy dla nas.
“Niebo pełne planet”, poza wprowadzeniem do tematyki poszukiwania i badań egzoplanet poświęca sporo miejsca perspektywom na odkrycie pozaziemskiego życia. W tym tego inteligentnego. Książkę można zamówić online, odnośnik poniżej, podobnie jak strzałki do obu publikacji przedstawiających kandydatów na sfery Dysona.
Książka: ideaman.tv/niebo-pelne-planet
Project Hephaistos - II. Dyson sphere candidates from Gaia DR3, 2MASS, and WISE
A Data-Driven Search For Mid-Infrared Excesses Among Five Million Main-Sequence FGK Stars
sobota, 27 kwietnia 2024
Nowa publikacja o Planecie 9
Przyjrzeli się obiektom o orbitach sięgających setek lub tysięcy AU w najdalszym punkcie, które jednocześnie zbliżają się poniżej orbity Neptuna (30 AU). Tym samym wystawione są na jego grawitacyjny wpływ. W związku z tym powinny być niestabilne i na długą metę powinny zostać wyrzucone poza układ słoneczny. Fakt, że w ogóle obserwujemy te obiekty mówi nam, że musi być jakiś grawitacyjny wpływ, który zapewnia obecność takich komet/asteroid. I tu właśnie do gry wchodzi Dziewiąta Planeta. Autorzy wykonali szereg symulacji, które pokazują, że to, co obserwujemy pokrywa się z modelem, gdzie w układzie słonecznym, na orbicie ok. 500 AU znajduje się jeszcze jedna duża planeta. Natomiast model bez takiej planety można odrzucić z pewnością sięgającą 5-sigma.
Warto podkreślić, że jest to pewien trik. Nie mówimy o 5-sigma pewności, że Planeta 9 istnieje. Publikacja twierdzi, że szansa na to, że obserwowany rozkładu obiektów transneptunowych jest przypadkowy jest niemal zerowa (mniej więcej jeden na trzy miliony). Czy zatem są inne wyjaśnienia niż Dziewiąta Planeta? Tak, ale nie działają równie dobrze. Jedna z opcji to galaktyczne siły pływowe, ale jak twierdzi Batygin rozkład ciał byłby wtedy inny. Podobnie z wpływem spotkania Słońca z inną gwiazdą czy pozostałościami po formacji Słońca w gromadzie gwiazd - żadna z tych alternatyw nie działa tak dobrze jak Planeta 9.
Zatem bardzo prawdopodobne wydaje się, że szesnaście razy dalej niż Neptun, 75 miliardów kilometrów od Słońca, krąży planeta, o masie pięciokrotnie większej od Ziemi (kilka lat temu skłaniali się do dziesięciokrotnej), na orbicie o ekscentryczności 0.25 (mocno kołowa, trochę rozciągnięta, trochę jak Merkury) i inklinacji 20 stopni.
Co poza tym? Natura badań jest taka, że o ile pozwala przybliżyć orbitę planety, to nie jest w stanie pokazać nam wprost gdzie się znajduje na tej orbicie w tym momencie. No i na koniec, to co istotne - czekamy na przełom tego i przyszłego roku, kiedy zacznie działać Vera Rubin Observatory, czyli wielki teleskop, który co cztery noce będzie skanować calusieńkie niebo południowe. Najprawdopodobniej to właśnie to urządzenie pozwoli wreszcie odkryć hipotetyczną planetę.
Jeśli interesuje Was ta tematyka, to przypominam, że dostępna jest moja książka, "Niebo pełne planet". Koncentruję się w niej na poszukiwaniach i badaniach egzoplanet, ale znalazło się w niej również miejsce dla nieodkrytej jeszcze planety w Układzie Słonecznym.
Źródło:
Generation of Low-Inclination, Neptune-Crossing TNOs by Planet Nine
I wywiad na Event Horizon
niedziela, 11 lutego 2024
Naleśniki w kosmosie
Z czasem obiekt, który wpierw nazwano “Ultima Thule”, by ostatecznie nadać mu oficjalną nazwę Arrokoth, stawał się tylko coraz ciekawszy. Orbita okazała się silnie kołowa, co oznacza, że w zasadzie od powstania Układu Słonecznego nie zbliżał się do Słońca. Innymi słowy to obiekt z początków naszego układu, w nieskazitelnym stanie, minimalnie naruszony przez promieniowanie naszej gwiazdy czy interakcje z innymi ciałami.
Następnie zaczęło wyglądać na to, że ma interesujący kształt. Rejestrując w jaki sposób przysłania gwiazdy w tle astronomowie zaczęli podejrzewać, że to dwie zlepione skały. Biorąc pod uwagę jak wątłe były te dane sam wówczas trochę się nabijałem, że równie dobrze Ultima Thule mogłaby mieć kształt kotka, albo balaska (jak choćby planetoida 433 Eros). Jednak mieli rację i z czasem coraz wyraźniej można było zobaczyć dwie skalne bryły o średnicy 19 i 14 km. Ostateczną niespodzianką jeśli idzie o kształt, było odkrycie, że oba komponenty są dość płaskie.
Los chciał, że również około 2019 roku określono kształt ʻOumuamua, pierwszego obiektu zidentyfikowanego jako pozasłoneczny “gość” w Układzie Słonecznym. Również okazał się być płaskim dyskiem o wymiarach około 115 na 111 na 19 metrów. W styczniu 2024 ukazała się publikacja, wyjaśniająca dlaczego w pasie Kuipera kształt naleśnika może być standardem. Jak się nad tym zastanowić, to w sumie dziwne, że nie doszliśmy do tego jeszcze przed zbadaniem ʻOumuamua czy Arrokoth.
W trzecim rozdziale mojej książki pokrótce opisuję nasze wyobrażenie o narodzinach układu słonecznego, oraz to jak wyjaśniono zagadkę bardzo szybkiej formacji planet: “Przez lata było to zagadką dla naukowców. Wydawało się, że ten proces powinien trwać znacznie dłużej, gdyż grawitacja drobinek dysku protoplanetarnego była rozpaczliwie słaba. Jednak w 2008 roku astronauta Donald R. Pettit nie marnował wolnego czasu na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Potrząsał woreczkami wypełnionymi różnościami i obserwował ich zachowanie w warunkach nieważkości. Zauważył, że drobiny takie jak kawa, cukier czy sól szybko zbijały się w większe grudki. Jak się okazało, wyjaśnił w ten sposób, że tym, co przyczynia się do tak szybkich narodzin planet, są oddziaływania elektrostatyczne. Elektrostatyczne oddziaływania dają pierwszego kopa grawitacji. Kłębki luźnej materii z czasem pozwalają, by siła ciążenia przejęła stery.“
Odpowiedź mieliśmy pod ręką. Blisko młodego Słońca było dużo materiału, więc powstawało dużo obiektów, ich rozmiar szybko stawał się tak duży, że pod własnym ciężarem przyjmowały bardziej kulisty kształt, który wydaje się nam tak intuicyjny. Do tego dochodziły wzajemne oddziaływania, zderzenia, promieniowanie które odparowywało materiały lotne… Ale daleko za orbitą Neptuna nie ma tych czynników, więc tam elektrostatyka, oddziaływania van der Waalsa, moment obrotowy dłużej pozostawały tymi kluczowymi. Jakby tego było mało, w 2017 sonda Cassini wykonała fascynujące fotki Atlasa i Pana - księżyców Saturna, które wyglądają jak pierożki. To skalne bryły, otoczone drobnym materiałem pyłowym zebranym z pierścieni, który bardziej niż przez grawitację, trzymany jest przez siły elektrostatyczne.
Lata obserwacji kosmosu przyzwyczaiły nas do sferycznych lub z grubsza “ziemniakowatych” kształtów obiektów. Teraz kiedy sięgamy wzrokiem dalej, okazuje się, że przestrzeń może być też pełna naleśników.
Formation of flattened planetesimals by gravitational collapse of rotating pebble clouds
Distant Objects In The Solar System May All Be Pancake Shaped Like 'Oumuamua



















