Pojawiła się publikacja, która nie zaskakuje, ale myślę, że warto o niej wspomnieć. “Feeds, Feelings, and Focus” to metaanaliza z 2025 roku. Autorzy przeanalizowali 71 badań, w których sumarycznie wzięło udział prawie sto tysięcy uczestników. Badano wpływ sięgania po krótkie formy wideo (SFV), czyli TikTok, rolki Instagramowe, Facebookowe, szorty na YouTube.
Jest tak jak zapewne się domyślacie. Koszmarnie. Nie ma wątpliwości, że doomscrolling pogarsza zdolności kognitywne, kontrolę odruchów, uwagę, źle wpływa na zdrowie psychiczne, stany lękowe i stres. Co ciekawe, metaanaliza nie wykazała wpływu na samoocenę, ale według autorów wynika to z tego, że badania nie tyczyły się specyficznych treści (np związanych z branżą beauty czy podróżami).
Nie ma tu niespodzianki, ale warto zwrócić uwagę, jak mocno to wybrzmiewa. Mówimy tu o dziesiątkach badań, tylko dla tego wąskiego zakresu social mediów. To wymierna szkoda. Doomscrolling to zmora, która niszczy ludzi na wielu frontach jednocześnie. Niszczenie samokontroli, pogorszenie zdrowia psychicznego, demolowanie zdolności racjonalnego myślenia, podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów. Nawet z własnego doświadczenia pewnie widzicie, że ludzie zatracają zdolność zapoznawania się z dłuższymi i bardziej wymagającymi treściami.
Pojawiają się też pierwsze badania pokazujące, że LLMowe czaty również oduczają samodzielnego myślenia, wnioskowania czy głębszego wnikania w zagadnienia. Chichotem losu będzie, jeśli za kilka lat to AI pomoże przygotować podobną metaanalizę, podsumowującą co z mózgami robią te czaty. Szkoda tylko, że może nie będzie już komu jej czytać.
Mamy przed sobą potworną kulę śniegową. Przypominam, że przez większość minionego stulecia współczynnik IQ (który oczywiście nie jest idealną miarą) rósł o 2-3 punkty na dekadę. Trend ten uległ odwróceniu i w ostatnich dekadach obserwowany jest spadek o nawet 7 punktów na pokolenie (nie dekadę). Innymi słowy mamy nieszczęśliwą, niezdolną do skupienia, znerwicowaną, populację coraz mniej zdolną do podejmowania racjonalnych decyzji czy poprzedzania ich pogłębioną analizą. Przepis na katastrofę.
Na koniec powiem tylko, że sto lat temu zaczęto solidnie regulować ołów, choć w miarę radykalne ograniczenia to raczej lata siedemdziesiąte. Następnie zaczęto też zajmować się azbestem, choć już przed połową wieku było wiadomo, że jest szkodliwy. Wreszcie przyszedł czas na tytoń, gdzie minęły dekady od stwierdzenia szkodliwości do wprowadzenia ograniczeń w reklamach, ostrzeżeń na paczkach czy zakazów palenia w przestrzeniach publicznych.
W każdym przypadku istniały grupy interesów i silne lobby, które stawiało opór. Mimo to udało się wprowadzić regulacje. Może z social mediami też się da? Może w ich przypadku nie potrzebujemy kolejnych dekad?
Bonus: Pamiętajcie, że dla mózgu można zrobić też dużo dobrego. To, że oglądacie filmiki na TikToku czy Instagramie to jeszcze nie wyrok. Jeśli chcecie poprawić swoje mózgownice to:
- Czytajcie książki.
- Trenujcie krytyczne myślenie, poświęćcie uwagę problemom bez łatwych odpowiedzi.
- Rozwiązujcie zagadki logiczne, grajcie w gry strategiczne i wymagające myślenia.
- Jak już przed ekranem to aktywnie a nie pasywnie, niech technologia będzie narzędziem do tworzenia czegoś a nie scrollowania.
- Uczcie się nowych rzeczy, szczególnie przez działanie, żonglerka, budowanie czegoś, gotowanie, czyli działania, które rozwijają zdolności poznawcze w sposób, którego nie zapewni nauka z podręcznika.
- Dobre spanko, dobre jedzonko i ruch fizyczny to również klucze do zdrowego mózgu.
Źródło: Feeds, Feelings, and Focus: A Systematic Review and Meta-Analysis Examining the Cognitive and Mental Health Correlates of Short-Form Video Use
sobota, 31 stycznia 2026
Wpływ krótkich form wideo na nasze zdrowie
wtorek, 11 listopada 2025
Wadliwa hipoteza LNT
Dzisiejszy wpis to podsumowanie filmu, który Kyle Hill wrzucił na swój kanał i określił mianem najważniejszego jaki popełnił. Dlatego wpierw zachęcam was do obejrzenia “Big Nuclear’s Big Mistake - Linear No-Threshold”. Jeśli jednak nie macie trzydziestu minut i wolicie, skróconą wersję po polsku, to zapraszam do lektury.
Krytykuje on Hipotezę LNT (Linear No-Threshold), która jest szeroko uznawana w ciałach regulujących energetykę jądrową i zakłada, że zapadalność na nowotwory jest liniowo zależna od przyjmowanych dawek promieniowania. To jeden z czynników, które sprawiły, że elektrownie jądrowe są obłożone ogromnymi regulacjami, nie zawsze racjonalnymi. Jednocześnie atmosfera wokół tematu jest taka, że jakakolwiek krytyka czy sugestia deregulacji spotyka się z mieszanką wściekłości i histerii, zarzutami o chęć powtórki Czarnobyla itd.
Czy zatem silne dążenie do minimalizacji dawek promieniowania za niemal każdą cenę ma sens i pozwala chronić życie? Dla dużych dawek promieniowania rzeczywiście wzrost dawki zwiększa zapadalność na nowotwory. Model LNT powstał niemal kilkadziesiąt lat temu i opierał się głównie na badaniach skutków dużych dawek (choć nawet w 1955 badania sugerowały, że myszy wystawione na niskie dawki żyją dłużej niż grupa kontrolna). Mimo niskiej dostępności danych dotyczących efektów małych dawek promieniowania, LNT zyskał na popularności chociażby dzięki swojej prostocie. W 1958 UNSCEAR podkreślał problem z oceną wpływu niskich poziomów promieniowania na zdrowie. Mimo wszystko zasada ALARA - As Low As Reasonably Achievable, stała się podstawą podejścia do promieniowania. LNT nie uwzględniał i nie uwzględnia ludzi mieszkających w terenach o wyższym poziomie promieniowania tła, latających samolotami czy pracujących z emitującym promieniowanie sprzętem medycznym.
Biologia istot ziemskich ewoluowała w środowisku pełnym promieniowania. Każdego dnia promieniowanie niszczy nasze DNA. Ale znacznie częściej niszczą je inne, równie naturalne źródła. Każdego dnia dziesiątki tysięcy uszkodzeń ulega naturalnej naprawie. Dlaczego radioterapia działa? Dlaczego leczy raka zamiast go wywoływać? Bo podawane są niskie dawki. Gdyby LNT był prawdziwy, ludzie żyjący w regionach o wyższej rocznej dawce promieniowania tła powinni częściej zapadać na nowotwory. Tymczasem nie ma takiego efektu.
W Ramsar (Iran) roczna dawka z naturalnych źródeł to 260 miliSivertów (mSv/y). To ponad pięciokrotność dopuszczalnej dawki dla pracownika sektora jądrowego (50mSv/y). To czterokrotność typowej rocznej dawki jaką otrzymuje amerykanin (65mSv/y) i jest to 260-krotność jednego miliSiverta, który jest rekomendowanym limitem. Czy populacja Ramsar to jedna wielka zrakowaciała masa? Nie.
Niewielkie dawki promieniowania okazują się wręcz obniżać zapadalność na nowotwory. Badania zapadalności na białaczkę wśród ocalałych z HIroszimy z 1958 pokazały, że dla niskich dawek, przypadków było mniej niż w ogólnej populacji. Radowe dziewczyny miały zerową zapadalność na raka w 2383 przypadkach, poniżej pewnej dawki. Pacjenci chorzy na gruźlicę, którzy byli często prześwietlani mieli większe szanse na przeżycie niż ci, których płuca nie były prześwietlane. I tak dalej… Na przestrzeni dekad zebrała się pokaźna góra dowodów, że niskie dawki promieniowania nie tylko nie są szkodliwe, ale wręcz owocują NIŻSZĄ zapadalnością na nowotwory. Innymi słowy obserwujemy zjawisko hormezy radiacyjnej - gdzie niskie dawki promieniowania prowokują naturalne mechanizmy odbudowy komórek.
Nawet jeśli nie uwzględnimy pozytywnego efektu niskich dawek, na ten moment można z przekonaniem powiedzieć, że brak dowodów, by dawki poniżej 100mSv skutkowały jakimkolwiek kancerogennym efektem.
A co z kumulatywnymi dawkami? Gdyby logikę stosowaną do regulacji promieniowania stosować do innych substancji, to przeciętny facet powinien mieć życiowy limit kawy na poziomie 138 filiżanek. 0,4% szansy na zgon po każdej filiżance. Czy oglądając Księżyc, czyli odbite promienie Słońca powinniśmy nosić filtr słoneczny w obawie przed nowotworami skóry? Coś tu chyba nie gra prawda? Dlatego dziś coraz jaśniej widać, że reakcje po wypadkach w Czarnobylu i Fukushimie były przesadzone i mogły spowodować więcej szkód niż same wypadki. W Fukushimie ewakuowano 160 000 ludzi. Ocenia się, że 2 300 osób zmarło z powodu ewakuacji i przesiedlenia. Mówimy tu o zawałach, depresji, samobójstwach. Przesiedlenie 200 000 ludzi w Czarnobylu doprowadziło do około 1250 samobójstw i od 100 000 do 200 000 aborcji na życzenie, wywołanych paniką. To rząd wielkości więcej niż nawet górne estymaty potencjalnej zapadalności na nowotwory tarczycy.
Co teraz? Teraz mam nadzieję, że film Kyle Hilla i jego zasięgi pozwolą przełamać tamę ignorancji i wyparcia w temacie, dla bezpieczniejszej i lepszej przyszłości nas wszystkich. Oczywiście nie można wylać dziecka z kąpielą. Istnieją publikacje wskazujące wzrost zapadalności wśród pracowników sektora jądrowego (“Updated Mortality Analysis of SELTINE, the French Cohort of Nuclear Workers, 1968–2014”). LNT może być wadliwy, ale nie znaczy, że powinniśmy go po prostu wyrzucić. Warto jednak użyć lub wypracować coś lepszego.
No i zawsze warto przypomnieć, że przemysł paliw kopalnych boryka się z ułamkiem absurdalnych regulacji, które radykalnie obniżają konkurencyjność energii jądrowej. Jednocześnie to paliwom kopalnym przypisuje się 24 000 zgonów dziennie. Dziennie.
Film Kyle'a:
www.youtube.com/watch?v=gzdLdNRaPKc
Inne źródła:
The Linear Non-Threshold Hypothesis-A Failed Concept
The Linear No-Threshold Relationship Is Inconsistent with Radiation Biologic and Experimental Data
Lee Zelden, cut nuclear power costs by complying radiation limits with science
wtorek, 2 stycznia 2024
Sztuczna Inteligencja robi to co my. Tylko lepiej.
Dziś może uda się krócej, bo w sumie nie będzie nic szczególnie nowego. Temat siedzi w głowie bo widzę, że kwestia kreatywności AI czy też modeli językowych wciąż jest mocno wałkowana. Ostatnio pewien youtuber, którego cenię, choć czasem mamy różne zdanie, stwierdził, że AI nie zastąpi twórców/artystów, bo sztukę tworzą umysły, bo dzieła sztuki wychodzą z duszy. Że nawet dobra książka AI będzie nieprawdziwa bo nie ma osoby autora z którą doznałby relacji. Brzmi to jak test Turinga z dodatkowymi krokami, a wiemy jak słabo tenże test się zestarzał.
Chodzi o to, że sztuka, książka, muzyka nie jest (według niektórych) jedynie przemieszaniem znanych nam elementów, ale wypływa z naszych doświadczeń i tego zabraknie algorytmowi/modelowi językowemu. Tyle, że przecież dokładnie tym jest doświadczenie autora - rzeczami, które poznał w pewnym określonym stanie i kontekście. To wyrafinowany generator liczb losowych, składający w sensowny sposób doświadczenia. Dlatego tak śliski jest zarzut, że AI dokonuje plagiatu, kiedy mieli i rekombinuje obrazy którymi karmiono model, skoro ludzki autor może robić to samo i naśladować nie tylko dany styl, czy to będzie impresjonizm czy manga, ale wręcz hołdować konkretnemu autorowi jak H. R. Giger. Myślę, że po prostu wystarczy badać dzieła AI pod względem praw autorskich tak samo jak wszystkie inne dzieła. Najlepiej tak, by ekspert nie wiedział, czy analizuje pracę człowieka czy maszyny.
Rozumiem natomiast obawy, że wytwory sztucznej inteligencji jaką widzimy dzisiaj będą grawitować w kierunku jednolitej papki. Jeśli nie będą się pojawiać nowe, ciekawe, oryginalne style, koncepcje itd, będzie to ciągłe losowanie tych samych klocków. Szczególnie, jeśli modele będą tuningowane pod komercyjne efekty, jeśli będą śrubowane pod maksymalizację zysków. Tylko wiecie co? To już się dzieje od lat. Bez udziału AI. Na przykład w przemyśle muzyki pop. To nie czcze dziadersowe marudzenie - analizy statystyczne pokazują, jak popularna muzyka robi się coraz bardziej jednolita. Zarówno w warstwie tekstu, tembru czy głośności wszystko zlewa się w całkiem jednolity krajobraz muzyczny.
Jeśli spojrzeć na filmowe uniwersum Marvela, można odnieść podobne wrażenie. Formuła niby teraz się wyczerpuje, ale przez około dekadę po tym jak się ukształtowała wycisnęła niemal trzydzieści miliardów dolarów z kieszeni entuzjastów kina. MCU to popularny cel szydery, ale przecież to samo (też bez udziału AI) robiły studia z horrorami, slasherami, komediami romantycznymi… Sztuczna Inteligencja robi i będzie robić to co my. Tylko lepiej.
Co pociesza? Że obok muzyki pop jest miejsce na mongolskie folk-metalowe zespoły, dark cabaret i inne eksperymenty muzyczne. Że obok MCU i Piły 10 jest miejsce na filmy pokroju Swiss Army Man czy The Grand Budapest Hotel. Myślę, że odpowiednio wprowadzane szumy pozwolą AI na to by czasem, wśród iluś niestrawnych bełtów wyrzuciła z siebie coś od czego może rozpocząć się nowy gatunek, coś co powieje świeżością i zainspiruje ludzi.
Cały czas sądzę, że widzę przejawy urażonej dumy. Dlatego wciąż powtarzam - w ludzkim mózgu nie ma nic magicznego. Jest fajowy, obłędnie skomplikowany, zdolny do niesamowitych rzeczy, ale to nie znaczy, że nie da się go podrobić, zreplikować, a nawet ulepszyć. Co więcej - te 89 miliardów neuronów nie zajmuje się tylko myśleniem. Myślenie to tylko wierzchołek góry lodowej. Mózg musi zajmować się też tymi mniej seksownymi rzeczami jak oddychanie, żonglowanie hormonami, utrzymywanie wyprostowanej pozycji, obrabianie urządzeń wejścia itd… nie obciążona tymi pierdołami sztuczna inteligencja przyszłości być może nie będzie nawet wymagać jakiegoś ekstremalnego hardware’u.
niedziela, 5 czerwca 2022
SS#19 - Kurczak bez głowy
“Szybko, jeszcze szybciej” te słowa przewijały się przez film “Home” z 2009 roku. Odnosiły się do różnych aspektów naszej cywilizacji, głównie do ogromnego parcia na konsumpcjonizm, czyli również na szybszą produkcję, na ciągłe zwiększanie skali.
Przemysłowa hodowla kurczaków jest dość potwornym procesem. Chów klatkowy w zasadzie oznacza dla drobiu całe życie spędzone w cierpieniu. Paul Thompson, pracujący dla Kellogg’s filozof (wspominam o marce, bo delikatnie mówiąc nie ma ona zbyt dobrej etycznie opinii), zasugerował kiedyś, że niewidome kurczaki lepiej znoszą ścisk, więc wartym rozważenia byłoby hodowanie niewidomych kurczaków na mięso. Bo wiecie, byłoby im lepiej, wróć, mniej źle. Niedawno jednak pewien student architektury i zapewne fan pewnego filmu z 1999, Andre Ford, zaproponował coś innego. A gdyby tak usuwać kurczakom korę mózgową, zostawiać tylko pień mózgu, żeby kontrolował funkcje organizmu? Z pewnością taki kurczak nie odczuwałby żadnego cierpienia.
Od bardzo dawna (“Nie mam ryjka, a muszę kwiczeć” 2018) nie pisałem notek z cyklu “scary shit”. Ostatnio jednak trafiłem na trochę “wdzięcznego materiału”, więc szykuje się reaktywacja. Co roku w hodowli rodzi się i ginie kilka miliardów kurcząt przeznaczonych na mięso. Jakkolwiek upiornie brzmi w pierwszej chwili rozwiązanie Forda… to rzeczywiście, trudno cierpieć bez kory mózgowej. Według artykułu z Wired w samej Wielkiej Brytanii rocznie 800 milionów brojlerów dorasta w kilka miesięcy, nigdy nie doświadczając naturalnego światła, by po siedmiu-ośmiu tygodniach skończyć w ubojni lub umrzeć z niby-naturalnych przyczyn, bo ich serca i płuca nie nadążają za szybko rosnącymi ciałami.
Popyt tyczy się tkanki mięśniowej, nie mózgu, więc ten można odrzucić, zostawiając tylko niezbędny pień. Ford wyobraża sobie farmy wertykalne z unieruchomionymi ptakami z podłączonymi rurkami żeby doprowadzać co potrzebne i odprowadzać co nie potrzebne. Gęstość takiej hodowli byłaby blisko czterokrotnie większa niż w przypadku ciasnych klatek. Pozostaje tylko elektryczna stymulacja mięśni i po sprawie...
Czy podoba mi się to rozwiązanie? Ani trochę. Czy mam na to emocjonalne argumenty? Jasne - brzmi to jak horror. Jednak jeśli alternatywą jest upiorna rzeczywistość zwierzęcych obozów koncentracyjnych, jeśli celem jest redukcja cierpienia, to sprawa nie jest tak prosta. Tyle, że to fałszywa alternatywa, bo opcji jest więcej.
Innymi słowy, są też merytoryczne argumenty, żeby nie pochylać się zbyt mocno nad tym pomysłem. Artykuł z Wired jak się okazuje ma już dziesięć lat. Koncepcje Forda nie weszły w życie. Natomiast raczkująca wówczas idea hodowli komórkowej mięsa zbliża się do dojrzałości i półek sklepowych.
Mowa tu o hodowli mięsa bez zwierzaka, namnażaniu interesującej nas tkanki bez nerwów, kości, skóry czy innych zbędnych rzeczy. W tym również bez cierpienia, a na dłuższą metę, przy odpowiedniej skali i dojrzałości technologii, powinno to być wydajniejsze i lepsze dla środowiska niż tradycyjna hodowla.
Źródło: Wired
sobota, 4 grudnia 2021
Neutron Update
Przedwczoraj Rocket Lab zamieścił w sieci prezentację aktualnego stanu projektu rakiety Neutron. Raz jeszcze prezenterem był Peter Beck ze swoim nowozelandzkim akcentem. W niecałe dziesięć minut pokazano, że firma nie próżnowała. Neutron wciąż istnieje tylko “na papierze”, ale projekt uległ sporym zmianom. Jest tu kilka naprawdę ciekawych pomysłów.
Beck kilka razy używa określenia, że to rakieta skrojona na rok 2050. Wystarczająco dużo razy, że zacząłem się bać, że przyjdzie nam czekać na nią trzydzieści lat. Chyba nie będzie tak źle, bo pierwsze testy nowego silnika planują na 2022 rok.
Przyjrzyjmy się zatem najciekawszym informacjom o Neutronie.
Jeśli pominąć niektóre rządy, nie ulega żadnej wątpliwości, że przyszłością są rakiety wielokrotnego użytku. I o ile Neutron nie celuje w pełną re-używalność, to cały projekt jest wyraźnie podporządkowany tej idei. Chyba najciekawszym pomysłem jest podejście do owiewki. Zamiast odrzucanej osłony na drugim stopniu rakiety, Neutron przenosi ją na pierwszy stopień i otwiera, zamiast odrzucać. Ponadto będzie czwórdzielna, o ile projekt nie ulegnie zmianie, a po wypuszczeniu ukrytego wewnątrz drugiego stopnia i ładunku będzie ponownie ulegać zamknięciu.
Pomysł kojarzy mi się trochę z tym jak SpaceX postanowił “przenieść” nogi do lądowania z pierwszego stopnia na “stopień zerowy” czyli naziemną infrastrukturę, która ma łapać booster Starshipa. Dzięki tak rozwiązanej owiewce nowa rakieta Rocket Lab ma dysponować “najlżejszym” drugim stopniem. Nie wiem według jakiej miary, szkoda się nad tym rozwodzić, gdy rakieta wciąż jest głównie w głowach inżynierów. Nie zmienia to jednak elegancji pomysłu. Dzięki temu można niemal całkowicie olać aerodynamikę i wytrzymałość drugiego stopnia na atmosferę a przez to uprościć jedyny element, który będzie spisany na straty.
Rocket Lab pozostaje przy kompozytach węglowych. Tu nastąpił showmański fragment prezentacji, gdzie Beck pokazał jak żelazny taran obchodzi się z metrem kwadratowym stali nierdzewnej, aluminium i ich kompozytu węglowego. Chyba nie trzeba się rozwodzić nad tym jak niemiarodajne jest takie porównanie. Nie oznacza to jednak, że pozostawanie przy tym materiale jest złe a droga SpaceX jest lepsza. Szczególnie biorąc pod uwagę, że Rocket Lab chwali się sprawnym procesem produkcji, nakładając całe metry włókien węglowych w ciągu minut.
Rakieta jest baryłkowata co daje jej dobre właściwości aerodynamiczne, kluczowe przy ponownym wchodzeniu w atmosferę. Mniejsza waga kompozytowej rakiety to kolejny atut. Wszystko to ma sprawić, że siedem silników Archimedes może pracować bez skrajnego obciążenia. Archimedes na ten moment też istnieje tylko na papierze, ale ma mieć ciąg miliona Newtonów i być silnikiem z generatorem gazu. Oznacza to, że część paliwa i tlenu będzie trafiać do preburnera, który będzie napędzać turbopompy odpowiadające za wtłaczanie tlenu i paliwa do silnika. To zmiana w stosunku do pierwszej rakiety Rocket Lab. Electron używał elektrycznych pomp. Te jednak źle się skalują wraz z rozmiarem rakiety, więc o ile świetnie pasowały do malutkiego (ot 18 metrów wysokości / 1,2m średnicy) Electrona, to grubasek (40m wysokości / 7m średnicy) potrzebuje bardziej klasycznych rozwiązań.
Paliwem będzie metan, co powinno ułatwić wielokrotnie używanie silników (więcej o zaletach metanu przeczytacie tutaj - Kanapowy inżynier - paliwa rakietowe) ponadto Beck kilkukrotnie podkreślał, że nie będą zamęczać siedmiu Archimedesów niosących rakietę. Podobnie jak w przypadku fragmentu poświęconego materiałom, brzmi to jak przytyk do SpaceX, gdzie Musk stara się wycisnąć absolutne maksimum z Raptora (ostatni rekord ciśnienia w spalania komorze był porównywalny z ciśnieniem na głębokości czterech kilometrów). W tym wypadku silniki mają odwalać dobrą robotę bez ekstremalnych warunków, co zapewni im sprawność przy wielu lotach.
Neutron po uwolnieniu drugiego stopnia ma wracać na do bazy startowej. I tu padły słowa, że nie będzie potrzebny transport “drogimi barkami”, co obecnie robi tylko SpaceX. Nie bez powodu, bo powrót w to samo miejsce wymaga zużycia większej ilości paliwa, ale czas pokaże czy Rocket Lab dobrze sobie to wykalkulował. Zamiast rozkładanych nóg, są lekko wysuwane. Jak zauważył Scott Manley, możliwe, że idące wzdłuż rakiety nogi mogą dublować również jako kanały dla części okablowania i hydrauliki pojazdu. Dwie z nóg stanowią też niewielkie dodatkowe powierzchnie aerodynamiczne, co pewnie będzie wspierać lot powrotny.
Rocket Lab generalnie jak mówi, że coś zrobi to to robi. Czasem nawet jak mówią, że czegoś nie zrobią to i tak próbują to zrobić. Dlatego ja na Neutrona czekam z wielkim zaciekawieniem.
https://www.youtube.com/watch?v=7kwAPr5G6WA - Prezentacja Rocket Lab
https://www.youtube.com/watch?v=GcZ19f-yqfs - Scott Manley i jego komentarz
piątek, 18 grudnia 2020
Zderzenie dwóch kodów
Pomyśl przez chwilę o całej różnorodności życia na Ziemi. Wiewiórka, kukurydza, pantofelek, pieczarka, ośmiornica, dziobak, arbuz, niesporczak, sekwoja… wszystkie te formy łączy ten sam kod źródłowy. DNA “programuje” życie. Ikoniczna spirala DNA jest nośnikiem informacji genetycznej w postaci sekwencji zasad, które łączą dwa zwinięte wokół siebie łańcuchy. Dlatego do zastosowań praktycznych można zapisywać ten kod jako GAATTC - ciąg liter pochodzących od nazw tych zasad...Powinienem wspomnieć, że dzisiejsza notka będzie pełna ogromnych uproszczeń. No więc wspominam. Pewnie do każdego zdania można będzie tu dodać “tak, ale” albo “w pewnych przypadkach”, czy oczywiście “to bardziej skomplikowane, a ludzie spędzają nad tym całe życie”.
Kod ten jest uniwersalny dla wszystkich organizmów żywych. Te same aminokwasy w dziobaku, orzęsku i pomidorze. Jednak liczba i kolejność daje niemal nieskończoną liczbę możliwości. Można powiedzieć, że wyglądają jak ciąg koralików, z jednej strony podobnych, ale różniących się “dyndającą” częścią, czyli tak zwanym łańcuchem bocznym. Mają one różne kształty geometryczne i właściwości - na przykład polarność, ładunek dodatki, ładunek ujemny… Wiem miało być ciekawie a nie skomplikowanie, no więc teraz dochodzimy do ciekawej części.
Taki sznurek aminokwasów, który może mieć setki tysiące a nawet dziesiątki tysięcy “ogniw”, po zejściu z taśmy produkcyjnej zaczyna się zwijać, składać i skręcać. Staje się białkiem. Białka to podstawowy budulec życia na tej planecie. Odpowiadają za ruch naszych mięśni, sprawiają, że nasze oczy widzą światło, błony komórek przepompowują chemikalia w odpowiednich kierunkach, pozwalają naszej krwi transportować tlen… Mogą robić to wszystko, bo przyjmują odpowiednie kształty. Bo plusy i minusy się przyciągają, bo taki a nie inny kształt “ogonka” aminokwasu sprawia że układa się w daną stronę, albo blokuje zgięcie innego fragmentu.
Białka są takimi zwitkami takich sprężynek i tasiemek. W jednych odpowiednie atomy ustawione “na zewnątrz” mogą wiązać pewne związki chemiczne lub rozbijać inne. W innych białkach sam kształt zapewnia pewną giętkość i umożliwia mechaniczną pracę. Na tym poziomie biologia spotyka fizykę i chemię. W tym miejscu możecie przypomnieć sobie notkę Kwantowy kocyk. Mówię w niej między innymi o tym, że wiązania między atomami nie są sztywne, że bliżej im do sprężynek.I tu tkwi ogromny problem jaki stał przed naukami biologicznymi. Od przeszło pół wieku wiadomo było że podwójna spirala DNA koduje pojedynczą nić RNA a ta z kolei koduje ciągi aminokwasów, czyli białka. Wiedzieliśmy zatem, że DNA jednoznacznie mówi jakie aminokwasy następują po sobie, a zatem jakie białka tworzy. Wiedzieliśmy, że z DNA potencjalnie można odczytać kształt życia. Niestety proces tego zwijania jest obłędnie skomplikowany i trudny do przewidzenia. Sama świadomość jakie atomy i jak połączone wchodzą w skład białka to za mało. Wibrujące, sprężynujące atomy obijające się o siebie i o wszędobylskie w komórkach cząsteczki wody sprawiały, że łamały sobie na nich zęby tęgie umysły uzbrojone w najtęższe komputery.
Wśród lektur, jedną z moich ulubionych był Shadow 19. Było tam takie urządzenie, symulator biologiczny. Sonda wysłana na obcą planetę pobierała próbki DNA tamtejszych form życia i przesyłała je na Ziemię. Symulator na podstawie samego kodu DNA ekstrapolował wygląd obcych istot. Domyślam się, że dla większości brzmi to absurdalnie, jak kolejny hurraoptymistyczny wymysł ze starych Star Treków. A jednak zaryzykuję stwierdzenie, że nie jest to całkiem niemożliwe, tylko bardzo, bardzo, bardzo, bardzo trudne. Jasne, dobrze wiemy, że organizmy kształtuje nie tylko DNA, że czynników jest więcej, wpływają na ekspresję genów w tymże kodzie, że istnieje epigenetyka i niezliczone czynniki środowiskowe. Mimo to, odpowiednio potężny komputer w przyszłości, mógłby pewnie zaskoczyć niejednego sceptyka.
Wiecie jak to z reguły bywa, gdy media rozdmuchują pewne nowinki. Tym razem, myślę, że z perspektywy lat mamy szansę przekonać się, że ten przełom był wart każdego okrzyku zachwytu i głośnego nagłówka. Myślę, że są duże szanse, że pierwszy Nobel zdobyty przy pomocy technik uczenia maszynowego, zostanie przyznany w dziedzinie medycyny.
Rozgryzając tak fundamentalny aspekt biologii otwieramy drogę do niezliczonej ilości zastosowań. Lepiej zrozumiemy funkcje genów, zrozumiemy choroby, które są skutkiem źle składających się białek, przekujemy tą wiedzę na terapie, leki, opracujemy białka, które tępią szkodniki lub chronią plony rolnicze, będziemy mogli tworzyć biologiczne nanomaszyny, nowe klasy materiałów, samoorganizujących się struktur zdumiewających właściwościach, medycyna będzie bardziej spersonalizowana, bezpieczna, wycelowana precyzyjnie w dolegliwości… Powstanie też szereg innych, niemożliwych jeszcze do przewidzenia zastosowań. Oczywiście, jeszcze długa droga przed nami. Dwie trzecie białek to nie trzy trzecie. Dziewięćdziesiąt procent to nie sto procent. Ale to kolejny krok by genetyka stała się technologią informatyczną. A wtedy będzie mieć potencjał do wykładniczego rozwoju. Zastosowania będą niemal nieograniczone.
Jeśli jeszcze jej nie znacie, to warto zapamiętać nazwę firmy DeepMind, która stworzyła AlphaFold. Wcześniej to oni stworzyli AlphaGo, który pokonał najlepszego gracza w Go. Na sieciach neuronowych się nie znam, ale spece mówią, że AlphaFold 2 opiera się na “Transformersach”, które kilka lat temu odmieniły tą dziedzinę. Udało mi się tylko dowiedzieć, że dzięki nim programy nie operują na danych sekwencyjnie (od początku do końca) tylko mocno równolegle. To na pewno pomaga, biorąc pod uwagę, że możliwości złożeń białek jest więcej niż atomów w widzialnym wszechświecie i ciężko byłoby je analizować po kolei.1 - Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że czytałem wczesne wersje “Edge of tomorrow”, “Source Code”, “Carnival Row”, “Interstellar”, “Arrival”, “Transcendence” i “Lockout”. Większość sprawdzała się lepiej lub ciekawiej na papierze.
Źródła, a może raczej materiały uzupełniające:
The protein folding problem - Ken Dill (warto obejrzeć, film sprzed siedmiu lat)
Genetic Engineering Will Change Everything
DeepMind solves protein folding | AlphaFold 2
Wpis Konrada Klepackiego
Neuralink zmieni wszystko
Wyniki CASP 2020
‘It will change everything’ - artykuł w Nature
poniedziałek, 26 października 2020
Czy to już? (nasz ostatni wynalazek)
W ostatnich dniach Tesla uruchomiła betę trybu “Full Self-Driving”. YouTube zaroiło się od nagrań autonomicznej jazdy słynnego elektryka. Jazda z punktu A do punktu B. Skręty, włączanie się do ruchu, nawigowanie w korku i na rondzie, omijanie koszy na śmieci, zwracanie uwagi na przechodniów… W sam raz na “rok cyberpunka”. Imponujące, ale wiem, że to możliwe od dość dawna, teraz jednak firma ma dość pewności siebie, by ruszyć z betą.
Tymczasem mojej uwadze niemal zupełnie uszedł GPT-3. Stworzona przez OpenAI (współfundowany przez Elona Muska projekt non-profit) sztuczna inteligencja (pardon - autoregresywny model językowy wykorzystujący deep learning), która najwyraźniej zwaliła z nóg całe środowisko. I po tym co zobaczyłem i przeczytałem, zupełnie mnie to nie dziwi.
GPT-3, czyli Generative Pre-trained Transformer 3, to generator tekstu. Tylko tyle i aż tyle. To trzecia wersja. Jego druga wersja, która już była imponująca, mogła się poszczycić złożonością na poziomie ponad półtora miliarda parametrów. GPT-3 liczy sobie 175 miliardów parametrów. Tylko co z tego? Dużo. Może on rozumieć naturalny język i przekładać go na szereg zastosowań, od copywritingu, designu po kwestie prawnicze i medyczne.
Nakarmiony połową terabajta danych tekstowych GPT-3 cechuje się kompletnie przełomowym rozumieniem naturalnego języka ludzi. Można powiedzieć, że posiada wręcz intuicję. Następnie to rozumienie poleceń i wyczytywanie z nich intencji użytkownika można przełożyć na wykonywanie poleceń z potocznym słownictwem by stworzyć witryny internetowe. Mówimy “zrób mi stronę z wyszukiwarką na środku, dodaj guzik w kształcie pomidora”. I otrzymujemy dokładnie to. Możemy też powiedzieć “zwiększ czcionkę, niech pomidor będzie bardziej czerwony”. Gotowe. To jednak nic.
Pierwszy raz głowa wybuchła mi kiedy zobaczyłem, że można GPT-3 powiedzieć, że chcemy “guzik o nazwie rzut kostką, który po naciśnięciu wyświetla wynik”. To wystarcza, by sztuczna inteligencja wypluła kod, który wyświetla guzik a po jego naciśnięciu pojawiała się wartość od 1-6. Zwróćcie uwagę, że w żadnym miejscu komenda nie mówi o zakresie wyniku, nie mówi nawet nic o generowaniu losowych liczb. Mimo to AI odgadła intencje i konotacje zawarte w prostej komendzie (RPGowców proszę o nie komentowanie na temat kości innych niż K6 :P ). Takich przykładów jest więcej, zapraszam na do źródeł na dole.
GPT-3 jest w stanie zrozumieć i wykonać polecenie takie jak “stwórz stronę podobną do stripe.com [strona z appką do płatności online] ale poświęconą komunikatorowi”. Jedno z licznych demek zastosowań tego cudeńka pokazało też jak w ramach rozmowy z AI użytkownik może dokładnie opisać co ma robić kod programowy i jak ma działać. Kolejny wybuch głowy zafundowało mi jednak tłumaczenie języka prawniczego na język ludzi i vice versa. Pomijając złośliwości, które cisną mi się na usta, polecam spojrzeć ile miejsca zajmuje ta sama treść napisana po ludzku a ile na prawniczemu :P
Źródła:
GPT-3 Demo: New AI Algorithm Changes How We Interact With Technology
10 cool GPT-3 demos
What Is GPT-3 And Why Is It Revolutionizing Artificial Intelligence?
Grafika: Goro Fujita
środa, 10 lipca 2019
"Moja futurologia nie została jeszcze prześcignięta przez rzeczywistość" - wywiad z Michałem Cholewą
Michał Cholewa, choć jego strona na Wikipedii jest wciąż krótsza niż jego ojca, już ma na koncie sześć książek i niemały zbiór nagród, w tym Zajdla (oraz nominację do kolejnego, więc trzymamy kciuki).
Zapraszam do lektury.
Zakładam, że już pisząc Gambit miałeś pewien plan na cały cykl, prawda?
Pisząc Gambit - nie. Pomysłem na tę książkę początkowo było opowiedzenie o operacji wojskowej z punktu widzenia jej różnych uczestników. W tym czasie Gambit miał być jeszcze zbiorem opowiadań, ale to się ostatecznie zmieniło. Część treści zniknęła, pojawiły się inne, uwspólnili się bohaterowie. Wiedziałem, do czego zmierza fabuła, ale wiedziałem również, że jeśli na jednej książce się skończy, to będzie to miało jakieś domknięcie.
Kiedy Gambit został ostatecznie wysłany do druku, wiedziałem już o czym będzie cała historia - o ile będę miał szansę ją wydać.
OK, więc moje pytanie brzmi - biorąc pod uwagę, że minęło siedem lat i mamy za sobą już pięć tomów, czy tamten zarys przypomina jeszcze to co już powstało i czego finał widać na horyzoncie?
Tak! O ile oczywiście zmieniają się detale w środku i którędy dokładnie wiedzie przewidziana dla bohaterów ścieżka, ale jej ogólny kształt powstał przed napisaniem Punktu cięcia i pozostaje modyfikowany acz niezmieniony. To historia o konkretnych rzeczach, chciałem napisać ją w konkretny sposób i nie chcę tego zmieniać.
Ekspozycja świata Algorytmu Wojny chyba zawsze odbywa się “przy okazji”. Ciekaw jestem czy dowiemy się więcej o przekaźnikach czasu rzeczywistego albo o przestrzeni metrycznej?
To zależy co oznacza “więcej”. Z punktu widzenia bohaterów obie te rzeczy - i wiele innych zresztą - są narzędziami. Wierzba jest żołnierzem, więc przekaźnik czasu rzeczywistego jest dla niego mniej więcej tak zrozumiały jak dla przeciętnego człowieka akcelerator cząstek. Jak dotąd nie miałem dobrego sposobu ani żeby wpleść to w rozmowę, ani przemyślenia.
To może się zmienić - ale prawdę mówiąc nie chcę się w to przesadnie zagłębiać, ponieważ lot FTL czy choćby przekazywanie informacji FTL jest zagadnieniem niemożliwym i co bym wymyślił, będzie źle.
Starasz się zachować realizm, czy może jego pozory. Jako pisarz. Czy jako czytelnik też jesteś na to wyczulony? Czy wolisz jak inni autorzy przemilczą zasady podróży/komunikacji FTL niż jeśli wymyślają jakieś uzasadnienie?
Skądinąd wiem, że póki co uzasadnienia nie ma, więc każde wyjaśnienie będzie w ten lub inny sposób naciągane. Na ogół więc przyjmuję, że pewne rzeczy są założeniami świata i trzeba po prostu przyjąć, że fizyka działa w nim tak, a nie inaczej. Kiedy już jednak mam te założenia - których nie kwestionuję - chciałbym żeby świat działał poniekąd spójnie z nimi. Jeżeli w świecie funkcjonuje powszechna telepatia na przykład, oczekiwałbym, że część telepatów współpracuje z policją, a wywiad działa troszkę inaczej niż u nas. Jeżeli gwiezdny myśliwiec bez trudu radzi sobie z wielkim okrętem, potrzebuję powodu, dla którego w świecie istnieją wielkie okręty stworzone do walki (a nie tylko transportu).
Słowem, zwykle moim głównym wymaganiem jest to, by świat działał według swoich własnych zasad.
Przypomnij moim Czytelnikom, gdzie pracujesz.
Zawodowo pracuję w Instytucie Informatyki Teoretycznej i Stosowanej Polskiej Akademii Nauk. Zajmuję się uczeniem maszynowym, co może brzmieć jakbyśmy budowali Skynet, ale na takie zarzuty moją odpowiedzią jest stanowcze nie potwierdzam i nie zaprzeczam.
Otoczenie pomaga Ci w pisaniu?
Moje zawodowe otoczenie? Bardzo. Głównie dlatego, że jest tam spory procent ludzi o podobnych zainteresowaniach, których zawsze mogę zapytać jak coś mogłoby działać albo czy dane rozwiązanie - techniczne czy fabularne - ma sens. Głęboko wierzę w sens testowania pomysłów, a moim koledzy z pracy bardzo to ułatwiają.
Czy jakieś osiągnięcia współczesnej nauki namieszały ci w cyklu? Ostatnie siedem lat to Crispr/CAS9, implanty pamięci u myszy, wysyp egzoplanet (to raczej nie psuje Ci nastroju), Watson wygrał w Jeopardy w 2011… Widząc jak starasz się, żeby Algorytm był Hard-SF, zastanawiam się czy coś Ci popsuło zabawę.
Jak dotąd nie. W ciągu ostatniej dekady nie pojawiło się nic, co odwróciłoby mi świat do góry nogami. Setting Algorytmu Wojny jest pod tym względem wygodny - jest przecież de facto postapokaliptyczny i mam pewną swobodę z decydowaniem co ze świata sprzed Dnia przetrwało. Wiele kierunków gwałtownie rozwijających się porusza sie po orbicie automatyzacji, a akurat ich nieobecność w świecie mogę łatwo wytłumaczyć.
Ogólnie na ten konkretny moment moja futurologia, jaka by nie była, nie została jeszcze prześcignięta przez rzeczywistość - z drugiej strony od premiery Gambitu minęło zaledwie siedem lat.
Załóżmy, że w Twojej twórczości AI są złe. Co sądzisz o AI tu i teraz? Ja mam wrażenie, że apokalipsę serwujemy sobie sami od kilkudziesięciu lat i nie zapowiada się, że sami się uratujemy. Może silna AI mogłaby nam pomóc?
Masz rację, ludzie zupełnie nie potrzebują złych AI do apokalipsy, z tą jedną rzeczą radzimy sobie, niestety, świetnie. Co więcej, w wielu przypadkach mniej więcej wiadomo co należałoby zrobić, po prostu ludzie nie chcą tego robić. To z kolei prowadzi do myśli, że potencjalna silna AI musiałby dokonać prawdziwego przełomu i opracować zupełnie nowe rozwiązania - najlepiej takie który nie obniżą nam poziomu wygody, bo co jak co, ale na to ludzie się nie zgadzają, choćby świat miał się walić i palić.
Na to oczywiście silna AI ma szanse większe niż ludzie. Ale łatwo jej nie będzie.
Druga opcja jest to, że po prostu przejmie władzę i zacznie realizować jakaś zoptymalizowana wersje naszych dzisiejszych pomysłów. Ale silna AI u steru ludzkości to temat na zupełnie osobną i długą rozmowę.
Co sądzisz o kryzysie zaufania do nauki? Lęk przed GMO, szczepieniami, altmedy, negowanie zmian klimatycznych, brak zaufania do energetyki jądrowej?
Delikatnie mówiąc, niepokoi mnie. Dorastałem już w erze gwałtownego rozwoju i naiwnie zakładałem że idziemy w stronę bycia dziećmi nauki i pełnego racjonalizmu. To się nie stało - co więcej pojawił się zupełnie niespodziewany (dla mnie) regres. I szkoda, bo moglibyśmy być o tyle dalej.
Mam wrażenie że problem bierze się trochę z zamiłowania do teorii spiskowych, trochę z tego że nauka jest coraz mniej intuicyjna, a więc jej nie rozumiemy. A rzeczy niezrozumiałe są - w naszych głowach - groźne.
Trochę też winę ponosi brak intuicyjnego zrozumienia reguły Bayesa - domyślnie zakładamy, że otrzymywane informacje tworzą sensowny obraz rzeczywistości - mniej lub bardziej przybliżony.
Ale dowiadujemy się głównie o sytuacjach, kiedy coś pójdzie nie tak. Wszyscy wiemy o Czarnobylu, ale nikt nie opublikuje przecież notki prasowej “tego roku znowu wszystkie elektrownie atomowe działały bez zarzutu”. Podobnie nie czytamy informacji o działających szczepionkach. Albo braku głodu. Ale skoro wiemy tylko o kryzysach, to znaczy że pewne wynalazki pojawiają się w naszej świadomości tylko w negatywnym kontekście. Więc i w umysłach ludzi tworzy się ich negatywny obraz.
A jakie jest w ogóle twoje podejście do nowinek technologicznych? Kibicujesz Elonowi? Wypatrujesz kolonizacji Marsa czy bazy na Księżycu? Wolałbyś zjeść udającego mięcho impossible burgera czy burgera z mięsem z próbówki?
Jestem gorącym fanem nauki. Jako miłośnik SF oczywiście chciałbym zobaczyć za swojego życia kolonię na Marsie, żyć z przeświadczeniem, że jeszcze trochę, jeszcze sto-dwieście lat i faktycznie staniemy się cywilizacją międzyplanetarną. I chciałbym tego nawet wiedząc, że dużo szybciej taką cywilizacją staną się roboty.
Chciałbym patrzeć jak nauka rozwiązuje nasze problemy, jak nie musimy hodować bydła rzeźnego, jak energetyka przestaje rujnować planetę, jak pokonujemy kolejne choroby. I wierzę, że to się stanie - ostatecznie, wbrew memom, że postęp skupił się tylko na obrazkach kotów, idziemy naprzód.
Masz jakieś technofobie?
Chyba mam nie tyle technofobię co strach przed nią. Rozwijamy technologię szybciej iż ewoluujemy - co jest oczywiste. Boję się, że w pewnym momencie nie nadążymy z przeciętnym wykształceniem naukowym i okaże się w pewnym momencie, że technologia stanie się amuletem, clarkowsko nieodróżnialnym od magii. Że zniknie chęć jej poznania, zostanie tylko satysfakcja z użycia.
Patroni pytają czy masz już tytuł szóstego tomu?
Nadal szukam odpowiedniego. Tradycja nakazuje, że musi być sensownym spoilerem :)
To o datę premiery też nie pytać?
Chciałbym w tym roku ale patrząc na moje tempo byłoby to sporym zaskoczeniem. Niemniej staram się i nadal troszkę wbrew faktom - mam nadzieję.
No dobra to teraz pogadajmy o rakietach w Twoim cyklu. Wyjaśnisz czytelnikom czemu metalowe drzazgi? I skoro wyrzucane one są w kształcie stożka w jednym kierunku, to co zostaje odrzucone w przeciwnym kierunku i czy grozi pojazdom prowadzącym ostrzał?
To akurat nie problem. Doskonałość namierzania obrony punktowej sprawia, że pocisk zasadniczo nie ma szans trafić w okręt, co oznaczało, że należy przyjąć, że detonuje gdzieś wcześniej, a energię trzeba jakoś donieść do celu.
Do wyboru miałem bardzo silne emisje energii wprost (jak na przykład bomba termojądrowa) albo pociski kinetyczne. Bomby termojądrowe jednak mają w próżni skandalicznie mały zasięg skutecznego rażenia, zdecydowałem się więc na pociski kinetyczne. Pocisk kiedy stwierdzi, że jest z grubsza wystarczająco blisko celu (znaczy każda chwila lot dłużej niesie ze sobą za duże ryzyko zestrzelenia) detonuje i rozpada się na stos małych, ale za to bardzo rozpędzonych (bo pocisk był rozpędzony) drzazg. Jest ich na tyle dużo że istnieje matematycznie rozsądna szansa, że któraś z nich trafi cel, a ponieważ są bardzo rozpędzone - narobić szkód.
W tym kontekście nic nie jest wyrzucane do tyłu. Rakieta ofensywna raczej rozpada się niż wystrzeliwuje coś.
Czyli drzazgi są niesione pędem pocisku, który po prostu się rozpada?
Dokładnie tak. On już jest wystarczająco szybki żeby nie musieć ich bardziej rozpędzać.
Silna Sztuczna Inteligencja z perspektywy człowieka jest istotą niemal boską. Jakie są ograniczenia AI w Algorytmach Wojny i czemu odpowiedź brzmi poczekaj na kolejne tomy?
Tak naprawdę AI doskonale liczą i to jest ich główna supermoc. Są dobre w liczeniu prawdopodobieństw i uwzględnianiu wielu czynników. Czyli w tym, czym komputery są dobre teraz - moje AI po prostu świetnie izolują istotne czynniki, przez co ich kalkulacje mają sporo sensu. Ich słabym punktem - co widać było już w Gambicie - jest to że jednak nie są po prostu komputerami. Są istotami z własnymi osobowościami i poglądami - bo stworzyli je ludzie, na swoje podobieństwo (jak to stwórcom się zdarza). Wyhodowanie sensownej AI również zajmuje czas, to nie jest proste powielanie kodu, więc jest ich nieco mniej.
No i oczywiście, nie są aż takie bliskie bogom - ostatecznie, już raz przegrały.
Jest jakiś powszechnie znany i lubiany klasyk SF którego Ty nie lubisz?
Mam wrażenie że gdybym miał wymienić któregoś koniecznie - byłby to Robert Heinlein. Jego silny militarystyczny jingoism niekoniecznie mi odpowiada.
Wielkie dzięki za rozmowę. Trzymam kciuki za Zajdla, no i powodzenia w pracach nad kolejnymi tomami.
piątek, 7 czerwca 2019
Druk 3D - w kosmosie i na Ziemi
Na scenę wkracza Relativity Space. Kluczowe w ich podejściu jest to, że druk 3D jest integralną częścią projektowania. Tradycyjna produkcja wymaga tworzenia części osobno, spawania, skręcania czy innego łączenia ich ze sobą, bo często inaczej po prostu się nie dało. W tym wypadku można tworzyć całe złożone struktury.
W ten sposób Relativity Space chce radykalnie zmniejszyć liczbę części - nawet stukrotnie. Można oczekiwać uproszczenia i lepszych parametrów, w tym niezawodności i dłuższego życia silnika. Na przykład - niektóre silniki rakietowe przepuszczają ciekłe, zimne paliwo przewodami wokół dyszy i komory spalania, żeby dzięki temu paliwo spalane w temperaturze rzędu 3000°C nie stopiło silnika. Zamiast montować przewody, uszczelki, łączenia i inżynier raczy wiedzieć co jeszcze, można coś takiego wydrukować. Powinno to zapewnić lepsze przewodzenie temperatury, lepszą szczelność...
Pracownicy Relativity Space chwalą się drukiem całego pokazowego silnika w 3 częściach (czas druku to 9 dni). Analogiczny, klasycznie skonstruowany silnik może mieć 3000 części. To tylko pokazówki, niegotowe do lotów, ale łatwo sobie wyobrazić, że NASA i cały kosmiczny biznes patrzy z zainteresowaniem. Testowe loty mogą odbyć się już w 2020.
A to nie wszystko. Druk 3D coraz częściej zwraca na siebie uwagę sektora energetycznego. Technologia ta może ułatwić lub przyspieszyć pracę nad małymi modularnymi reaktorami jądrowymi. Niedawno w Oak Ridge National Laboratory wydrukowano caluśki kadłub niewielkiej łodzi podwodnej. Trwało to trzy tygodnie zamiast wielu miesięcy i było dziesięciokrotnie tańsze od standardowego procesu. Taki wymarzony reaktor, mały zamknięty, bezpieczny, możliwy do zamontowania w dowolnej dziurze odciętej od sieci energetycznej, byłby podobnej wielkości.
Duże reaktory potrzebują paliwa co ~2 lata. Takie małe reaktorki mogłyby dostarczać energię przez dekadę bez “tankowania”. W regionach podbiegunowych (czy po prostu chłodniejszych) niewielkie reaktory modularne mogłyby dostarczać zarówno energii jak i ciepła. Stan Alaska już teraz chciałby dziewięć takich urządzeń. SMRs (Small Modular Reactors) mają też zadatki na to, by być rozwiązaniem tańszym od wielkich zcentralizowanych elektrowni jądrowych. Co ma sens, biorąc pod uwagę, że ich koszty są napompowane, w pewnym stopniu słusznie, z powodu obsesji antyatomowych i silnego lobby paliw kopalnych.
Po serialu “Czarnobyl” bez wątpienia nie będzie ani trochę łatwiej.
Źródełka:
RelativitySpace
Micro-Reactors Will Provide Cost-Competitive, Carbon-Free Energy in Remote Places
How a 3D-Printed Sub Could Revolutionize Nuclear Energy
These Engineers Want to 3D Print an Entire Rocket in 60 Days
środa, 31 stycznia 2018
Napęd warp i smocza krew
Niedawno NASA opublikowała swoje „projekty” pojazdu mającego poruszać się dzięki technologii warp – czyli zakrzywiania czasoprzestrzeni. Obrazki wykonane przez artystę Marka Rademakera konsultującego się z inżynierem i fizykiem Haroldem White z NASA są śliczne. Nie są jednak niczym więcej niż ładnymi grafikami i częścią dość niesmacznego PR-owego ruchu ze strony agencji, która postawiła człowieka na Księżycu.
Sam fakt, że NASA przeznacza finanse na badanie technologii warp nie byłby bulwersujący. Jednak robienie z tego filara promocji, kreowanie poczucia, jakby lada moment miała powstać prawdziwa wersja Star Trekowego statku „Enterprise” zasługuje na nazwanie tego po imieniu – wciskaniem kitu. Kitu wysokiej klasy bo zbudowanego na prawdziwej nauce i popularnych w fantastyce elementach.
To prawda – czasoprzestrzeń można zaginać. Każdy obiekt obdarzony masą robi to w pewnym stopniu. Nie lada wyczynem było zmierzenie zakrzywienia wywoływanego przez Ziemię (sonda Gravity Probe B w 2004). Łatwiej zmierzyć ten efekt w przypadku Słońca lub całych galaktyk działających jak soczewki dla światła. Napęd warp, zwany również Napędem Alcubierre’a miałby w teorii zgniatać czasoprzestrzeń przed statkiem i rozciągać ją za nim, jednocześnie nie odkształcając jej w środku bąbla, by nie zniszczyć pojazdu. W ten sposób załoga w środku mogłaby przemieszać się z nieograniczoną prędkością, nie czując przeciążeń ani żadnych innych efektów podróży, nie łamiąc praw fizyki.
Jak łatwo się domyślić to ogromne uproszczenie. Istnieje cały ogrom wątpliwości co do funkcjonowania takiego bąbla, jego ruchu, powstawania i potencjalnych katastrof przy jego rozpraszaniu. Kluczowe wydaje się jednak coś zgoła innego. Żeby zakrzywić czasoprzestrzeń potrzebne jest coś co naukowcy określają mianem „egzotycznej materii”, to znaczy coś posiadające ujemną masę lub energię. Równie dobrze można powiedzieć, że do zbudowania napędu warp potrzebna jest smocza krew. NASA chętnie mówi, że matematyka się zgadza, że fizyka się zgadza, niechętnie wspominają jednak o kłopotliwym składniku.
Największym sukcesem ostatnich miesięcy było obliczenie parametrów bardziej wydajnego energetycznie bąbla czasoprzestrzennego. W 2013 dr Harold White ogłosił, że zamiast dwóch kwadryliardów kilogramów smoczej krwi (masa Jowisza) wystarczyłoby zaledwie siedemset kilogramów smoczej krwi. Oczywiście w jego godzinnej prezentacji łatwo było przegapić ten detal. Raptem kilka minut poświęcił on fizycznym kwestiom by „nie zanudzać” widowni. Trudno zatem było zauważyć minus przed wzorem na gęstość energii zanim przeszedł on do omawiania instrumentów na których można by badać mikroskopijne bąble czasoprzestrzenne. Dotychczasowe wyniki testów określił mianem „nie-negatywnych”. Dodatkowo zwodził też słuchaczy wspominając o efekcie Casimira – stosunkowo trudnym zjawisku fizyki kwantowej. Zjawisko to wywołuje efekt podobny do smoczej krwi, to znaczy pozornie mamy do czynienia z negatywną energią, która mogłaby urzeczywistnić napęd warp. Jest to jednak tylko pozorny efekt w odniesieniu do przestrzeni dookoła i nie dałoby się go wykorzystać do konstrukcji fantastycznego silnika.
Raz jeszcze – nie ma nic złego w tych badaniach. A nuż za kilkanaście lat znajdziemy smoczą krew i wtedy będzie można sięgnąć po projekty doktora White’a. Póki co jednak szkoda mamić oczy publice fałszywymi nadziejami.
Szczególnie gdy jest tak wiele całkiem realnych rzeczy, którymi mogliby się ekscytować amerykańscy podatnicy. Sonda Dawn, która dostarczyła nam doskonałych zdjęć protoplanety Vesta już w lutym 2015 wejdzie na orbitę planety karłowatej Ceres, która od czasu odkrycia w 1801 jest dla nas niewyraźną plamą. Teraz zobaczymy ją z dokładnością do kilkunastu metrów. W lipcu przyszłego roku koło Plutona przeleci sonda New Horizons, po raz pierwszy ukazując nam dokładne zdjęcia jego i jego księżyców. Przed 2020 w kosmosie ma znaleźć się Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, który odkryje przed nami nowe tajemnice wszechświata i pomoże badać pozasłoneczne planety i szukać na nich oznak życia. Czy naprawdę potrzeba mydlenia oczu fantastycznym napędem, by wzbudzić zainteresowanie opinii publicznej?
Uzupełnienie: Dlaczego wrzucam tekst z 2014 roku? Ano dlatego, że pojawiło się coś takiego: Physicists Say They've Created a Device That Generates 'Negative Mass'. Oczywiście tytuł jest bardzo na wyrost i nie stworzyliśmy smoczej krwi. Wciąż twierdzę, że nie oszukamy prędkości światła. Nie w taki sposób. Konsekwencje dla związków przyczynowo-skutkowych są po prostu zbyt wielkie.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
piątek, 29 września 2017
SpaceX - tym razem Księżyc i Mars
OK a teraz konkrety:
- Zgodnie z przewidywaniami, wobec planów USA i Rosji wobec Księżyca, Musk chce włączyć się w ten biznes. Zaprezentował mniejszy International Transport System, jest “tylko” wielkości Saturna V (przy jednoczesnej pełnej odzyskiwalności).
- Co zaskakujące trzymają się silników napędzanych metanem (spodziewałem się, że z powodu Księżyca, pójdą w wodór/tlen pozyskiwany z lodu).
- Jak zwykle z Muskiem - ambicje są szalone. Nie tylko chce by ITS* zastąpił wszystko co obecnie robią - Falcona Heavy i Falcona 9, ale ponoć już w przyszłym roku zacznie się konstrukcja. Taki skok na główkę w nowe rozwiązanie. Jestem troszkę ciekawy czy może to być podyktowane problemami z Falconem Heavy. Wygląda jednak na to, że ITS jest po prostu radykalnie lepszy.
- SpaceX opracowało nowy splot włókien węglowych co pozwoliło im zbudować kompozytowy zbiornik na paliwo o objętości 1000 metrów sześciennych, który utrzyma 1200 ton ciekłego tlenu.
- Silniki przetestowano już na 40 sekundowe odpalenie - tyle potrzeba do lądowania na Marsie. Ciśnienie 200 atmosfer, docelowo ma być 250+ ale chcieliby niecały 300. Ciśnienie przekłada się na ciąg/wydajność.
- Lądowanie BFR* na kilku silnikach (gdzie nie wszystkie są potrzebne) oznacza redundancję. Falcony wylądowały 16 razy z rzędu na jednym. Co za tym idzie Musk mówi, że lądowanie na tym bydlaku będzie porównywalnie niezawodne jak z liniowymi samolotami. Są tak zadowoleni z precyzji lądowania, że chcą usunąć rozkładane i ciężkie nogi i lądować na stanowisku startowym,
- Mówi o tym wszystkim, bo chce oferować loty orbitalne/suborbitalne - z barki na barkę, w dowolne miejsce na Ziemi w 30-40 minut (https://www.youtube.com/watch?v=zqE-ultsWt0). Nie byłby to pewnie komfortowy lot, ale… gdziekolwiek w niecałą godzinę?
- Ładunek BFR - 5x większy niż Falcon Heavy (który nawet jeszcze nie poleciał) ~8x większy niż Falcon 9. 100 metrów Wielkiej Pieprzonej Rakiety.
- “Ship” (drugi człon) to 48 metrów. Będzie miał trzy wersje. Klasyczny do wynoszenia ładunków z 8-piętrową ładownią na 150-tonowy ładunek (lub przechwycone satelity co jest wśród planów). Tankowiec dla dalekich lotów (Musk zdradził trochę jak będzie wyglądać tankowanie, będzie dokowanie dyszami, co oznacza brak nowych rur i zaworów które mogłyby zawieść, sprytnie, odważnie). Trzeci wariant to “mars transit configuration” czyli załogowy… Mimo zmniejszenia gabarytów, Elon wciąż mówi o planowanej setce pasażerów...
- Koszty wynoszenia ładunków na orbitę mają spaść dramatycznie (typu kilkadziesiąt procent).
- Tankowanie na orbicie, oznacza, że tych 150 ton można dostarczyć nie tylko na orbitę, ale i na Marsa, Tytana, czy Enceladusa. Albo Ganimedesa [pozdro, you know who you are ;)]
- Jak zwykle szalone daty: Dwie rakiety z ładunkiem w 2022 (w to mogę uwierzyć), oraz dwie z ładukiem i dwie załogowe w 2024 (i w to już nie uwierzę). Ale dobrze. Dzięki ambicjom SpaceX przeszło taką drogę w ciągu ostatnich lat.
Pełne nagranie tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=S5V7R_se1Xc
* - ITS = Interplanetary Transport System. BFR = Big Fucking Rocket
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
4 powody, dla których praca na platformach wiertniczych może stać się ekstremalnym wyzwaniem
Wydawałoby się, że katastrofa Titanica w pewien sposób nauczyła wilki morskie szczególnej ostrożności i dała do myślenia, że warto brnąć wedle zasady „przezorny zawsze ubezpieczony”. A tym samym, że symptomy nadchodzącej katastrofy, która może odebrać życie setek ludzi, więcej nie zostaną zignorowane. Cóż… nic bardziej mylnego.
Zatoka Meksykańska, rok 2010. Zaplanowano przesunięcie platformy Deepwater Horizon, by móc dopuścić do pracy statek wydobywczy. Jako, że jest to proces poprzedzony dokładną kontrolą stanu eksploatowanego nawodnego przedsiębiorstwa, znajdujący się na nim pracownicy, podjęli się sprawdzenia- czy na pewno jest on odpowiednio zabezpieczony. Ignorując z początku niewielkie objawy nadchodzącego zagrożenia i oznaczając kontrolę jako zakończoną pozytywnie, dopuścili do niekontrolowanego wycieku gazu ziemnego i ropy naftowej. Cała platforma została pochłonięta przez ogromne tumany ognia. Od razu rozpoczęto akcję ratunkową: Straż Wybrzeża USA intensywnie poszukiwała zaginionych w trakcie wydarzenia osób, a wiele statków pomocniczych poskramiało w międzyczasie pożar. Skutki? 11 pracowników zabitych/ zaginionych i 17 rannych. Sama platforma poszła na dno, a o efektach dla środowiska wokół porozmawiamy w innej części artykułu.
Mimo, że głównym zadaniem platform wiertniczych jest, jak sama nazwa wskazuje, wykonywanie podwodnych odwiertów, to zdarza im się pomóc ich kuzynkom- platformom wydobywczym. Praca z takimi substancjami jak chociażby ropa naftowa jest ze względu na niektóre z ich właściwości bardzo wymagającym procesem. Jego zaniedbanie może doprowadzić do takiej sytuacji, jak ta opisana wyżej, w której kozłem ofiarnym był Deepwater Horizon.
Pokład platformy wiertniczej aż roi się od ostrych i niebezpiecznych narzędzi- wiertła, wózki widłowe, żurawie, czy nawet maszyny przędzalnicze to nierzadki powód wyzionięcia ducha pracownika. Dopóki urządzenia są sprawne, to jedyną możliwą przyczyną zgonu jest nieuwaga personelu. Nic jednak nie trwa wiecznie i bez względu na nakład finansowy, każdy element platformy może ulec zniszczeniu. Ale… od czego jest gonitwa za pieniądzem? To, że niesprawne, nie oznacza, że… trzeba to naprawiać! Tak właśnie, nawet jeśli mamy do czynienia z wykraczającymi poza normę warunkami pracy, to nie jest to równoznaczne z faktem, że musimy zadbać o pełne bezpieczeństwo personelu. „Przecież pracownicy noszą jakieś ubrania ochronne. Powinno wystarczyć”. Niektóre przedsiębiorstwa niestety żałują pieniędzy na regularną konserwację i naprawy urządzeń. I tylko po to, by nie przerywać przypływu zysków.
Na początku roku 2010 (czyżby jakiś pechowy dla platform wiertniczych?) na pokładzie konstrukcji zajmującej się poszukiwaniami gazu, zginął mężczyzna. Jak to zimą bywa- temperatura sięgała -15ºC, a pokryta pośniegowym błotem posadzka nie ułatwiała zachowania stabilności. Mimo takich warunków, pod wieczór rozpoczęto rutynowe prace. Wszystko grało do momentu, gdy tłoczona w wężu woda stanęła oko w oko z lodowym zatorem. Ciśnienie w instalacji wciąż rosło, aż w końcu końcówka węża uderzyła jednego z pracowników w klatkę piersiową i brzuch. Ten z kolei upadł i uderzył z wystarczającym impetem głową w posadzkę, by zginąć. J ak to się jednak ma do zaniedbań ze strony pracodawców? Przybyła na miejsce prokuratura bez wahania wskazała naruszenie zasad BHP, niewystarczającą ilość mat antypoślizgowych i zbyt słabe zabezpieczenie końcówki węża. No cóż, gdy nie chcemy zapłacić pieniędzmi, może się zdarzyć, że zapłacimy ludzkim życiem.
Nie każda platforma wiertnicza usytuowana jest wśród spokojnych wód, których ruchy można przewidzieć. Tam gdzie surowiec, tam umieszczamy naszą konstrukcję. Dlatego też jednym z miejsc cieszącym się ogromnym zainteresowaniem jest Ocean Arktyczny. Umożliwiający wydobycie aż 90 miliardów baryłek ropy naftowej rocznie i bogaty w zasoby klatratu metanu oraz gazu ziemnego, potrafi sprawić nieco kłopotów podczas eksploatacji. Lód i chłodne masy powietrza grożą bowiem stabilności platformy. Nie jest on jednak jedynym obszarem stanowiącym spore wyzwanie dla wydobywców naturalnych bogactw Ziemi.
W 2011 roku holowana do portu, wokół rosyjskiej wyspy Sachalin, platforma wiertnicza Kolskaja napotkała spory sztorm. Co przykre- na jej pokładzie znajdowało się aż 67 osób, a pomocy udało się udzielić wyłącznie 20% z nich. Fale oceaniczne szybko pochłonęły szalupy ratunkowe, uniemożliwiając tym samym pracownikom sprawną ucieczkę na bezpieczny ląd. Podczas akcji ratowniczej działały dwa lodołamacze i śmigłowiec. Wszystko, by wydobyć utracone w oceanie ciała i poszukać tych, którzy zaginęli. Zbiornik wodny nie uległ znacznym zanieczyszczeniom na skutek upadku platformy.
Wiele katastrof z udziałem platform wiertniczych na rozległych akwenach morskich pozostawia po sobie trudne do zatuszowania ślady. Ślady, które zagrażają życiu wielu organizmów i utrudniają dalsze prowadzenie działalności gospodarczej. Zgodnie z obietnicą weźmy ponownie pod lupę dzień, w którym spłonęła Deepwater Horizon. Gdy w trakcie wydarzenia doszło do wypływu ropy naftowej, branża turystyczna i rybacy zadrżeli. Niektóre miejsca Zatoki Meksykańskiej objęto całkowitym zakazem połowu ryb, a piękna Floryda już nie cieszyła się takim zainteresowaniem. Mimo, że straty dla obu dziedzin osiągały pułap kilku miliardów dolarów, dyrektor BP mężnie postanowił zrekompensować straty każdej poszkodowanej jednostce. Na skutek zanieczyszczenia wody, dom i przyjazne środowisko straciło wiele ryb, a nawet ptaków. Nie ma co ukrywać, zbiornik pochłonął wówczas niemalże 700 milionów litrów ropy naftowej i mimo rozpaczliwych prób zatrzymania dalszych konsekwencji, nie udało się to zbyt prędko.
Wypadki z udziałem platform wiertniczych można porównać do katastrof lotniczych. Mimo, iż rzadkie, potrafią uśmiercić dziesiątki niewinnych ludzi, zwykły dzień w pracy zmienić w niekończący się koszmar i skutecznie zanieczyścić tak chronione wody mórz i oceanów. Są one także świetną pożywką dla wszelkich rodzajów mediów, które z niecierpliwością wyczekują sensacyjnej ploteczki, na której zarobią krocie.
Z czego korzystałam tworząc artykuł:
Republic of the Marshalls Island- Deepwater Horizon Marine Casualty Investigation Report
www.maritimeinjuryguide.org
echodnia.eu
Weronika jest autorką bloga Maszyny okiem dziewczyny, zachęcam wszystkich do jego lektury, oraz do polubienia go na facebooku!
poniedziałek, 27 lutego 2017
Wracamy na Księżyc?
Zrobimy te i inne rzeczy, nie dlatego, że jesteśmy Elonem Muskiem, tylko dlatego, że od pół wieku nikt tego nie robił…
Szalony Elon
OK na serio i konkretnie. Wczoraj wieczorem SpaceX ogłosiło, że dwie prywatne osoby opłaciły już częściowo wycieczkę wokół Księżyca, która ma mieć miejsce pod koniec 2018 roku. W przypadku biznesu kosmicznego to znaczy za chwilę. Na ten moment załogowy Dragon jeszcze nawet nie zabrał pieska na jedno okrążenie na niskiej orbicie okołoziemskiej. Falcon Heavy nie odbył jeszcze nawet dziewiczego lotu. A wspomniane osoby to zapewne ekscentryczni milionerzy, może z zamiłowaniem do sportów ekstremalnych, może zdrowi, ale z pewnością nie są wybitnymi osobnikami ludzkimi, którzy przechodzili niedorzeczne testy NASA w czasie Zimnej Wojny.
Brzmi to absurdalnie. W końcu mówimy tu o locie na odległość 380 000 kilometrów, podczas gdy od 46 lat nikt nie oderwał się na więcej niż jakieś 550 kilometrów ponad powierzchnię Ziemi.
Z drugiej strony…
Jednocześnie przypominam, że takie rzeczy robiliśmy przed 1969 rokiem. Bez współczesnych komputerów, bez 50 lat inżynierii materiałowej i ogólnego rozwoju technologii. Choć załogowy Dragon jeszcze nie był testowany, jest to zmodyfikowana wersja kapsuły, która odbyła już ponad dziesięć lotów. Choć Falcon Heavy jeszcze nie poleciał, to de facto jest to Falcon 9 z przyczepionymi dwoma boosterami Falcona 9. Czyli mówimy tu o wariancie rakiety, która ma niemal trzydzieści udanych lotów na koncie.
No i wreszcie astronauci. Dragony do teraz latały same i pewnie tak będzie i w tym wypadku. Nie zostaną oni wysłani w czymś na kształt lodówki. Pół wieku rozwoju technologicznego robi ogromną różnicę. Jeśli tylko pasażerowie będą gotowi wytrzymać przeciążenie, to nie potrzeba od nich wiele więcej. Oczywiście nie mam wątpliwości, że pasażerowie wsiądą do kapsuły na czubku 70 metrowej rakiety z pełną świadomością, że mogą zginąć. Ich prawo, nasz zysk. Bo nawet jeśli ten lot będzie kompletną katastrofą jak Apollo 1, to wiele się z niego nauczymy.
“Jeśli ustawisz sobie niedorzecznie ambitny cel i zawiedziesz, twoja porażka będzie ponad sukcesem całej reszty”.
Ogłoszenie:
SpaceX to send privately crewed dragon spacecraft beyond the Moon next year
niedziela, 7 lipca 2013
Poświata dla oświaty
Bioluminescence Of The Night - James HornerOstatnio krytykowałem pewien projekt na Kickstarterze. Dlatego teraz postanowiłem pochwalić inny. Trochę późno bo akcja już się skończyła, ale na szczęście ogromnym sukcesem. Mowa o projekcie stworzenia świecących drzew. Jego twórcy potrzebowali 65 tysięcy dolarów, a zgromadzili niemal pół miliona.
Zacznijmy od paru słów o bioluminescencji. Na początek dość istotne rozróżnienie – nie mylmy bioluminescencji i fluorescencji. Zjawisko fluorescencji polega na oddawaniu energii w postaci światła przez wzbudzone wcześniej atomy lub cząsteczki. Te wszystkie świecące myszki i pieski o których mogliście czytać i słyszeć w mediach, świecą jeśli się je naświetli. Bioluminescencja polega na kompletnie samodzielnym emitowaniu światła.
Wśród organizmów lądowych bioluminescencję kojarzymy głównie z świetlikami. I słusznie, bo mało który organizm świeci tak intensywnie (filmik, zdjęcie). Nic dziwnego – świetliki jak każdy organizm chcą dwóch rzeczy – żreć i seksić się. Tak się składa, że świecąc przyciągają partnerów do jednego i drugiego.
Na nich jednak się nie kończy. Wśród owadów niezłych wrażeń dostarczają poczwarki pewnego gatunku muchówki, rozświetlające Waitomo Glowworm Caves – atrakcję turystyczną w Nowej Zelandii, wyglądającą jak plan Avatara 2. Świecą też niektóre wije, pierścienice oraz ślimaki. W ich wypadku jednakże świecenie pełni rolę odstraszającą. Spójrzmy prawdzie w oczy – kto z Was zjadłby posiłek, który zacząłby świecić? Prawdopodobnie lęk przed świecącym pożywieniem pozwolił też wypromować geny odpowiadające za świecenie niektórych gatunków grzybów – filmik, animowany gif.
Bioluminescencja jest jeszcze bardziej popularna pod wodą. O głębinowych rybach które łowią mniejsze rybki chyba nie ma sensu pisać, bo o nich, dzięki „Gdzie jest Nemo?”, wiedzą nawet dzieci. Warto najwyżej zlinkować do zdjęć niektórych z tych paskud – oto żabnicokształtne.
Wielu pewnie kojarzy „świecące meduzy” w tym obrazki tęczowych światełek mknących wzdłuż bezkostnych ciałek. W tym jednym wypadku prawda jest odrobinkę rozczarowująca. Po pierwsze – detal. Popularne gify i filmiki przedstawiają żebropławy, które nie są nawet jamochłonami. Po drugie, tęczowe barwy nie wynikają z tak bujnej bioluminescencji, lecz są efektem załamywania światła przez drobne, przezroczyste włoski. Po trzecie, ich własne światło nie jest czerwone – to zabarwione na czerwono organy wewnętrzne dają taki efekt. Oczywiście – świecące meduzy też istnieją.
O kałamarnicach nie będę wspominać bo cały czas planuję poświęcić im całą notkę (lub więcej). Na koniec chciałem zostawić niesamowity świecący plankton, ale okazało się, że to fluorescencja (choć często opisywany jest jako „bioluminescent plankton”)… A co tam, nie opanuję się i polecam kilka nagrań pokazujących jak reaguje on na ruch: filmik1, filmik2, filmik3, filmik4.
Obiecałem na początku, że tym razem będę chwalił Kickstartera. Czas spełnić obietnicę. Do czego może używać bioluminescencji homo sapiens? Homo sapiens może użyć bioluminescencji do promocji nauki, pobudzania wyobraźni i zainteresowań. Uważam, że to fantastyczny projekt. Nawet jeśli światło tych roślin będzie zbyt wątłe by zastąpić latarnie tak jak sugerują twórcy, to takie rośliny byłyby wspaniałymi atrakcjami na kampusach uczelnianych czy na miejskich skwerach. Żywe okazy ludzkich możliwości. Kto wie ile osób zafascynowałyby na tyle, by po ich zobaczeniu sięgnęły do źródeł, a może nawet kiedyś wybrały edukację techniczną?
Źródła:
Kampania na Kickstarterze
Strona projektu "Glowing Plant"
Samiczka świetlika z grafiki tytułowej
Waitomo Glowworm Caves
BONUS: żabka, która chciała być świetlikiem













