Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sf. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2024

"Czarna chmura" - Fred Hoyle

Fred Hoyle to znany fizyk. Zapisał się w dziejach nauki swoim wkładem w nasze rozumienie ewolucji gwiazd i tego, jak w ich sercach powstają cięższe pierwiastki. Zasłynął też nietrafionymi opiniami o Wielkim Wybuchu czy panspermii. Parał się też fantastyką, a jego pierwszą powieścią była “Czarna chmura” w 1957.

Czytając nie tylko czuć, że autorem jest naukowiec, ale nie ma też najmniejszej wątpliwości, że Fred Hoyle miał bardzo niskie mniemanie o politykach. W sumie da się też odczuć inne smaczki lat 50tych, jak choćby fatalne traktowanie kobiet, ale również fascynację wczesnymi komputerami, które “karmiono” perforowanymi taśmami.

Już sam początek trochę mnie zachwycił, gdyż kapitalnie ukazał proces naukowy, gdzie dwa zupełnie odrębne zespoły, dokonują tego samego odkrycia, całkowicie odmiennymi metodami. Mianowicie stwierdzają, że do układu słonecznego zbliża się tajemniczy obiekt, tytułowa czarna chmura.

W reakcji na ogromne zagrożenie powstaje coś na kształt Projektu Manhattan, gdzie w oddzielonej placówce, tęgie głowy mają zbadać dziwny fenomen i przygotować świat na potencjalne skutki. Po początkowym zachwycie, druga połowa książki wywołała u mnie szereg sprzecznych odczuć.

Z jednej strony zabawnie czytało się kpiny z polityków, choć momentami główny bohater raził swoją nieomylnością. Pewien wniosek co do obłoku, ciśnie się czytelnikowi dość szybko, jednak najwyraźniej dramatyzm książki nie pozwala na zbyt wczesne odkrycie pewnych kart. Jak wspomniałem, książka jest produktem swoich czasów, więc momentami robi się bardzo przaśno-naiwnie.

Nie wiem czy to sprytny trik, czy pójście na łatwiznę. Czy Hoyle celowo odseparował garść ludzi od świata, bo nie interesowało go eksplorowanie świata nawiedzonego przez kataklizm, który zabija miliardy ludzi, bo wolał dywagacje o wielkim kosmosie? Ciężko powiedzieć.

To krótka książka i dla mnie była arcyciekawa. Ale to w dużej mierze przez świadomość tego kto i kiedy ją napisał. Nie ma tu akcji czy wielkiego dramatyzmu, jest natomiast rewelacyjny opis procesu naukowego, który zachwycił mnie w pierwszej połowie. Później jest już… różnie. Także czujcie się poinformowani na co się piszecie, sięgając po “Czarną chmurę”.


czwartek, 18 kwietnia 2024

"Góra pod morzem" - Ray Nayler

Mają po kilka centymetrów, dwa zwoje nerwowe, prymitywne przyoczka, oddychają całym ciałem, większość posiada tylko otwór gębowy, który również odpowiada za wydalanie. To płazińce i są one naszym ostatnim ogniwem wspólnym z ośmiornicami. Nasz szkielet, kończyny, narządy zmysłów, podobnie jak ich macki, oczy i zmiennokształtne ciało wykształciły się na przestrzeni milionów lat całkiem osobno.

To bardzo inteligentne, fascynujące zwierzęta, więc jak usłyszałem, że jest książka o pierwszym kontakcie, ale z ośmiornicami zamiast obcych, od razu byłem kupiony. Tak się złożyło, że głowonogi są niezwykle inteligentne, ale jednocześnie są samotnikami i żyją bardzo krótko. Ray Nayler skorzystał z mocy pisarza SF i wymyślił sobie ośmiornice, które są społeczne i mają kulturę. Akcja książki dzieje się w cyberpunkowej, przyszłości. Megakorporacja której domeną jest sztuczna inteligencja wykupuje cały archipelag, by zagwarantować sobie wyłączny dostęp do pozaludzkiego intelektu…

“Góra pod morzem” to bardzo udana lektura. Dla mnie mocna czwórka, bo choć pochłonąłem ją szybko, to po prostu nie była w stanie przebić pewnego poziomu. Jest krótka a długo się rozkręca. Do tego mam ogromny niedosyt jeśli idzie o same ośmiornice, których autor nam bardzo żałuje. Na szczęście w zamian dostajemy sporo dobroci. Są trzy całkiem ciekawe postacie, które z ramienia korpo badają “obcych”. Do tego jeden z wątków pobocznych, śledzący niewolników pracujących na autonomicznym kutrze bardzo fajne wpisuje się w temat książki.

Chętnie przeczytam kolejne książki Raya Naylera, mimo pewnych niedociągnięć bardzo przypasował mi jego styl. To świetna pozycja na półkę z książkami o pierwszym kontakcie. W tym towarzystwie wyróżni się settingiem, ale będzie pokrewna klasykom, które eksplorują wyzwania obcości.


sobota, 20 listopada 2021

Fundacja - wrażenia z pierwszego sezonu

Mamy za sobą pierwszy sezon Fundacji. Od pierwszych zapowiedzi było jasne, że nie będzie to wierna ekranizacja. Przyjmowałem to jednak za dobrą kartę. Książki Asimova zdecydowanie potrzebowały wiele pracy by mogły nadawać się na interesujący serial. Liczyłem jednak na zachowanie głównej idei, tzn mechanizmu psychohistorii i tego jak Plan Seldona miał ukrócić cierpienia i chaos w galaktyce po nieuchronnym upadku imperium. Niestety tak się nie stało. Główne idee zostały potwornie wykrzywione a serial jako całość nie porywa.

To co najlepsze w serialu nie pochodzi z książek. To co najlepsze w książkach nie trafiło do serialu. Kompletnie pomieszano psychohistorię, która miała parać się przewidywaniem niezliczonych mas ludzkich. Tymczasem serialowy plan Seldona opiera się o niuanse i decyzje pojedynczych osób, jest rozciągniętą na dekady a jeśli powstaną kolejne sezony, na setki lat intrygą. W pierwszej połowie sezonu co rusz ktoś opowiada o wierze w plan, podczas gdy to nie powinno mieć związku z wiarą, tylko być matematyczną nieuchronnością. Fundacja nie miała być zarzewiem rewolucji i upadku Imperium, tylko dzięki przewadze naukowej (oraz skróceniu łańcuchów zależności i ekstremalnej specjalizacji) przyspieszyć powstanie drugiego, lepszego imperium.

Nijakość postaci w drobnym stopniu rekompensuje przepych strony wizualnej. Jest jednak jeden diamencik w tej produkcji w postaci Lee Pace grającego klony Imperatora. Cały ten wątek nie ma bezpośredniego odbicia w książkach. Dostajemy masę ciekawych motywów, tożsamości, stagnacji, intrygę... Ogląda się to dość fascynująco, a Lee Pace w swoich rolach jest absolutnie świetny. Czy warto oglądać ten serial dla niego? Nie przesadzałbym. Szczególnie po dziesiątym odcinku, który wręcz trudno było mi wysiedzieć. Ale jeśli macie głód przyzwoitego (choć miejscami naiwnego i irytującego) science fiction w absolutnie prześlicznej oprawie, to będziecie raczej zadowoleni.


środa, 10 lipca 2019

"Moja futurologia nie została jeszcze prześcignięta przez rzeczywistość" - wywiad z Michałem Cholewą

Doktor nauk technicznych, matematyk i informatyk, który znajduje jeszcze czas na pisanie militarnej SF. Co miłe - znalazł też trochę czasu, żeby porozmawiać ze mną o swoich książkach, pracy i o naszym świecie i jego przyszłości.
Michał Cholewa, choć jego strona na Wikipedii jest wciąż krótsza niż jego ojca, już ma na koncie sześć książek i niemały zbiór nagród, w tym Zajdla (oraz nominację do kolejnego, więc trzymamy kciuki).
Zapraszam do lektury.


Zakładam, że już pisząc Gambit miałeś pewien plan na cały cykl, prawda?

Pisząc Gambit - nie. Pomysłem na tę książkę początkowo było opowiedzenie o operacji wojskowej z punktu widzenia jej różnych uczestników. W tym czasie Gambit miał być jeszcze zbiorem opowiadań, ale to się ostatecznie zmieniło. Część treści zniknęła, pojawiły się inne, uwspólnili się bohaterowie. Wiedziałem, do czego zmierza fabuła, ale wiedziałem również, że jeśli na jednej książce się skończy, to będzie to miało jakieś domknięcie.

Kiedy Gambit został ostatecznie wysłany do druku, wiedziałem już o czym będzie cała historia - o ile będę miał szansę ją wydać.


OK, więc moje pytanie brzmi - biorąc pod uwagę, że minęło siedem lat i mamy za sobą już pięć tomów, czy tamten zarys przypomina jeszcze to co już powstało i czego finał widać na horyzoncie?

Tak! O ile oczywiście zmieniają się detale w środku i którędy dokładnie wiedzie przewidziana dla bohaterów ścieżka, ale jej ogólny kształt powstał przed napisaniem Punktu cięcia i pozostaje modyfikowany acz niezmieniony. To historia o konkretnych rzeczach, chciałem napisać ją w konkretny sposób i nie chcę tego zmieniać.


Ekspozycja świata Algorytmu Wojny chyba zawsze odbywa się “przy okazji”. Ciekaw jestem czy dowiemy się więcej o przekaźnikach czasu rzeczywistego albo o przestrzeni metrycznej?

To zależy co oznacza “więcej”. Z punktu widzenia bohaterów obie te rzeczy - i wiele innych zresztą - są narzędziami. Wierzba jest żołnierzem, więc przekaźnik czasu rzeczywistego jest dla niego mniej więcej tak zrozumiały jak dla przeciętnego człowieka akcelerator cząstek. Jak dotąd nie miałem dobrego sposobu ani żeby wpleść to w rozmowę, ani przemyślenia.

To może się zmienić - ale prawdę mówiąc nie chcę się w to przesadnie zagłębiać, ponieważ lot FTL czy choćby przekazywanie informacji FTL jest zagadnieniem niemożliwym i co bym wymyślił, będzie źle.


Starasz się zachować realizm, czy może jego pozory. Jako pisarz. Czy jako czytelnik też jesteś na to wyczulony? Czy wolisz jak inni autorzy przemilczą zasady podróży/komunikacji FTL niż jeśli wymyślają jakieś uzasadnienie?

Skądinąd wiem, że póki co uzasadnienia nie ma, więc każde wyjaśnienie będzie w ten lub inny sposób naciągane. Na ogół więc przyjmuję, że pewne rzeczy są założeniami świata i trzeba po prostu przyjąć, że fizyka działa w nim tak, a nie inaczej. Kiedy już jednak mam te założenia - których nie kwestionuję - chciałbym żeby świat działał poniekąd spójnie z nimi. Jeżeli w świecie funkcjonuje powszechna telepatia na przykład, oczekiwałbym, że część telepatów współpracuje z policją, a wywiad działa troszkę inaczej niż u nas. Jeżeli gwiezdny myśliwiec bez trudu radzi sobie z wielkim okrętem, potrzebuję powodu, dla którego w świecie istnieją wielkie okręty stworzone do walki (a nie tylko transportu).

Słowem, zwykle moim głównym wymaganiem jest to, by świat działał według swoich własnych zasad.


Przypomnij moim Czytelnikom, gdzie pracujesz.

Zawodowo pracuję w Instytucie Informatyki Teoretycznej i Stosowanej Polskiej Akademii Nauk. Zajmuję się uczeniem maszynowym, co może brzmieć jakbyśmy budowali Skynet, ale na takie zarzuty moją odpowiedzią jest stanowcze nie potwierdzam i nie zaprzeczam.


Otoczenie pomaga Ci w pisaniu?

Moje zawodowe otoczenie? Bardzo. Głównie dlatego, że jest tam spory procent ludzi o podobnych zainteresowaniach, których zawsze mogę zapytać jak coś mogłoby działać albo czy dane rozwiązanie - techniczne czy fabularne - ma sens. Głęboko wierzę w sens testowania pomysłów, a moim koledzy z pracy bardzo to ułatwiają.


Czy jakieś osiągnięcia współczesnej nauki namieszały ci w cyklu? Ostatnie siedem lat to Crispr/CAS9, implanty pamięci u myszy, wysyp egzoplanet (to raczej nie psuje Ci nastroju), Watson wygrał w Jeopardy w 2011… Widząc jak starasz się, żeby Algorytm był Hard-SF, zastanawiam się czy coś Ci popsuło zabawę.

Jak dotąd nie. W ciągu ostatniej dekady nie pojawiło się nic, co odwróciłoby mi świat do góry nogami. Setting Algorytmu Wojny jest pod tym względem wygodny - jest przecież de facto postapokaliptyczny i mam pewną swobodę z decydowaniem co ze świata sprzed Dnia przetrwało. Wiele kierunków gwałtownie rozwijających się porusza sie po orbicie automatyzacji, a akurat ich nieobecność w świecie mogę łatwo wytłumaczyć.

Ogólnie na ten konkretny moment moja futurologia, jaka by nie była, nie została jeszcze prześcignięta przez rzeczywistość - z drugiej strony od premiery Gambitu minęło zaledwie siedem lat.


Załóżmy, że w Twojej twórczości AI są złe. Co sądzisz o AI tu i teraz? Ja mam wrażenie, że apokalipsę serwujemy sobie sami od kilkudziesięciu lat i nie zapowiada się, że sami się uratujemy. Może silna AI mogłaby nam pomóc?

Masz rację, ludzie zupełnie nie potrzebują złych AI do apokalipsy, z tą jedną rzeczą radzimy sobie, niestety, świetnie. Co więcej, w wielu przypadkach mniej więcej wiadomo co należałoby zrobić, po prostu ludzie nie chcą tego robić. To z kolei prowadzi do myśli, że potencjalna silna AI musiałby dokonać prawdziwego przełomu i opracować zupełnie nowe rozwiązania - najlepiej takie który nie obniżą nam poziomu wygody, bo co jak co, ale na to ludzie się nie zgadzają, choćby świat miał się walić i palić.

Na to oczywiście silna AI ma szanse większe niż ludzie. Ale łatwo jej nie będzie.

Druga opcja jest to, że po prostu przejmie władzę i zacznie realizować jakaś zoptymalizowana wersje naszych dzisiejszych pomysłów. Ale silna AI u steru ludzkości to temat na zupełnie osobną i długą rozmowę.


Co sądzisz o kryzysie zaufania do nauki? Lęk przed GMO, szczepieniami, altmedy, negowanie zmian klimatycznych, brak zaufania do energetyki jądrowej?

Delikatnie mówiąc, niepokoi mnie. Dorastałem już w erze gwałtownego rozwoju i naiwnie zakładałem że idziemy w stronę bycia dziećmi nauki i pełnego racjonalizmu. To się nie stało - co więcej pojawił się zupełnie niespodziewany (dla mnie) regres. I szkoda, bo moglibyśmy być o tyle dalej.

Mam wrażenie że problem bierze się trochę z zamiłowania do teorii spiskowych, trochę z tego że nauka jest coraz mniej intuicyjna, a więc jej nie rozumiemy. A rzeczy niezrozumiałe są - w naszych głowach - groźne.

Trochę też winę ponosi brak intuicyjnego zrozumienia reguły Bayesa - domyślnie zakładamy, że otrzymywane informacje tworzą sensowny obraz rzeczywistości - mniej lub bardziej przybliżony.

Ale dowiadujemy się głównie o sytuacjach, kiedy coś pójdzie nie tak. Wszyscy wiemy o Czarnobylu, ale nikt nie opublikuje przecież notki prasowej “tego roku znowu wszystkie elektrownie atomowe działały bez zarzutu”. Podobnie nie czytamy informacji o działających szczepionkach. Albo braku głodu. Ale skoro wiemy tylko o kryzysach, to znaczy że pewne wynalazki pojawiają się w naszej świadomości tylko w negatywnym kontekście. Więc i w umysłach ludzi tworzy się ich negatywny obraz.


A jakie jest w ogóle twoje podejście do nowinek technologicznych? Kibicujesz Elonowi? Wypatrujesz kolonizacji Marsa czy bazy na Księżycu? Wolałbyś zjeść udającego mięcho impossible burgera czy burgera z mięsem z próbówki?

Jestem gorącym fanem nauki. Jako miłośnik SF oczywiście chciałbym zobaczyć za swojego życia kolonię na Marsie, żyć z przeświadczeniem, że jeszcze trochę, jeszcze sto-dwieście lat i faktycznie staniemy się cywilizacją międzyplanetarną. I chciałbym tego nawet wiedząc, że dużo szybciej taką cywilizacją staną się roboty.

Chciałbym patrzeć jak nauka rozwiązuje nasze problemy, jak nie musimy hodować bydła rzeźnego, jak energetyka przestaje rujnować planetę, jak pokonujemy kolejne choroby. I wierzę, że to się stanie - ostatecznie, wbrew memom, że postęp skupił się tylko na obrazkach kotów, idziemy naprzód.


Masz jakieś technofobie?

Chyba mam nie tyle technofobię co strach przed nią. Rozwijamy technologię szybciej iż ewoluujemy - co jest oczywiste. Boję się, że w pewnym momencie nie nadążymy z przeciętnym wykształceniem naukowym i okaże się w pewnym momencie, że technologia stanie się amuletem, clarkowsko nieodróżnialnym od magii. Że zniknie chęć jej poznania, zostanie tylko satysfakcja z użycia.


Patroni pytają czy masz już tytuł szóstego tomu?

Nadal szukam odpowiedniego. Tradycja nakazuje, że musi być sensownym spoilerem :)


To o datę premiery też nie pytać?

Chciałbym w tym roku ale patrząc na moje tempo byłoby to sporym zaskoczeniem. Niemniej staram się i nadal troszkę wbrew faktom - mam nadzieję.


No dobra to teraz pogadajmy o rakietach w Twoim cyklu. Wyjaśnisz czytelnikom czemu metalowe drzazgi? I skoro wyrzucane one są w kształcie stożka w jednym kierunku, to co zostaje odrzucone w przeciwnym kierunku i czy grozi pojazdom prowadzącym ostrzał?

To akurat nie problem. Doskonałość namierzania obrony punktowej sprawia, że pocisk zasadniczo nie ma szans trafić w okręt, co oznaczało, że należy przyjąć, że detonuje gdzieś wcześniej, a energię trzeba jakoś donieść do celu.

Do wyboru miałem bardzo silne emisje energii wprost (jak na przykład bomba termojądrowa) albo pociski kinetyczne. Bomby termojądrowe jednak mają w próżni skandalicznie mały zasięg skutecznego rażenia, zdecydowałem się więc na pociski kinetyczne. Pocisk kiedy stwierdzi, że jest z grubsza wystarczająco blisko celu (znaczy każda chwila lot dłużej niesie ze sobą za duże ryzyko zestrzelenia) detonuje i rozpada się na stos małych, ale za to bardzo rozpędzonych (bo pocisk był rozpędzony) drzazg. Jest ich na tyle dużo że istnieje matematycznie rozsądna szansa, że któraś z nich trafi cel, a ponieważ są bardzo rozpędzone - narobić szkód.

W tym kontekście nic nie jest wyrzucane do tyłu. Rakieta ofensywna raczej rozpada się niż wystrzeliwuje coś.


Czyli drzazgi są niesione pędem pocisku, który po prostu się rozpada?

Dokładnie tak. On już jest wystarczająco szybki żeby nie musieć ich bardziej rozpędzać.


Silna Sztuczna Inteligencja z perspektywy człowieka jest istotą niemal boską. Jakie są ograniczenia AI w Algorytmach Wojny i czemu odpowiedź brzmi poczekaj na kolejne tomy?

Tak naprawdę AI doskonale liczą i to jest ich główna supermoc. Są dobre w liczeniu prawdopodobieństw i uwzględnianiu wielu czynników. Czyli w tym, czym komputery są dobre teraz - moje AI po prostu świetnie izolują istotne czynniki, przez co ich kalkulacje mają sporo sensu. Ich słabym punktem - co widać było już w Gambicie - jest to że jednak nie są po prostu komputerami. Są istotami z własnymi osobowościami i poglądami - bo stworzyli je ludzie, na swoje podobieństwo (jak to stwórcom się zdarza). Wyhodowanie sensownej AI również zajmuje czas, to nie jest proste powielanie kodu, więc jest ich nieco mniej.

No i oczywiście, nie są aż takie bliskie bogom - ostatecznie, już raz przegrały.


Jest jakiś powszechnie znany i lubiany klasyk SF którego Ty nie lubisz?

Mam wrażenie że gdybym miał wymienić któregoś koniecznie - byłby to Robert Heinlein. Jego silny militarystyczny jingoism niekoniecznie mi odpowiada.


Wielkie dzięki za rozmowę. Trzymam kciuki za Zajdla, no i powodzenia w pracach nad kolejnymi tomami.



sobota, 17 czerwca 2017

Rakka - pokazówka od Neila Blomkampa

Po upadku sequela Obcego (czy może raczej jakiejś jego odnogi zastępującej Obcego3), Neil Blomkamp zajął się inicjatywą "Oats Studios", które będzie kręcić szorty, pokazujące koncepcje filmów, w nadziei na ich docelową realizację. Brzmi trochę jak Hollywoodzki Kickstarter.

Na pierwszy ogień poszedł scenariusz Rakka, który raczej niczym nie zaskoczy. Przypominający gady obcy przeprowadzają całkiem skuteczną inwazję na Ziemię. Widownia może zobaczyć, w typowym dla Blomkampa wizualnie stylu, jak Sigourney Weaver wraz z resztkami ludzkości próbuje stawiać opór okrutnym najeźdźcom. Jest więc brudno i brutalnie. Efekty są śliczne a treści jest niewiele i jest poskładana z dobrze znanych i lubianych elementów.

Czy trzymam kciuki za pełnometrażową wersję? Nie wiem. Rozumiem, że w podobny sposób powstał 9, Machete i wiele innych w tym oczywiście Dystrykt 9. Gdyby Rakka poświęcić bardziej samej inwazji i temu co kombinują obcy, niż obdartusom w ruchu oporu, może. W przeciwnym razie oczywiście pobiegłbym do kina, ale przeczuwam zmarnowany potencjał. Jednocześnie filmów SF w takiej estetyce nigdy za wiele.





poniedziałek, 1 grudnia 2014

Wędrowcy

Wanderers to połączenie olśniewających efektów wizualnych z narracją Carla Sagana. To powinna być wystarczająca rekomendacja. Myślę, że tych kilka minut pobudzi każdą wyobraźnię. Najlepsze jest to, że nie ma tu zbyt wiele fikcji. Erik Wernquist wyczarował coś pięknego i inspirującego. Oglądajcie, a potem zapraszam do kilku słów komentarza.



Około pierwszej minuty widzimy Enceladusa, wyrzucającego w przestrzeń wodę z oceanów, które kryje pod powierzchnią. Te gejzery mogą dać nam wgląd w to, co dzieje się kilometry pod lodem. Następnie widzimy astronautę wśród pierścieni Saturna. Choć rozciągają się one na dziesiątki tysięcy kilometrów i można je obserwować z Ziemi, to zbiorowisko okruchów lodu ma grubość zaledwie kilku metrów (Saturn pozuje). Następnie widzimy Marsjańską windę orbitalną. Tak się składa, że o kłopotliwości tego rozwiązania pisałem niedawno (Kłopoty z windą do nieba).

Sterowce na Marsie? Niestety wydają mi się mało prawdopodobne. Choć ciążenie na Czerwonej Planecie jest mniejsze, to atmosfera jest tak rozpaczliwie rzadka, że mogłoby to być niemożliwe. Następnie obserwujemy stuprocentowo realistyczny obrazek - błękitny zachód na Marsie. Tym bardziej realistyczny, że może za naszego życia ktoś tam poleci i będzie mógł się nacieszyć tym na żywo (Niebo nad Marsem).

Około drugiej minuty uraczeni jesteśmy widokiem skolonizowanego Iapetusa. To dość ciekawy satelita Saturna. Na jego równiku znajduje się grzbiet górski nieznanego pochodzenia (mamy tylko domysły). Autor umieścił na nim szereg ślicznych kopuł. Pół minuty później, po przelocie przez kolonię węwnątrz wirującego cylindra, widzimy grupkę ludzi na powierzchni Europy. Obiektyw o dużej ogniskowej sprawia, że wydaje się, że Jowisz wypełnia całe niebo.

Jeśli tylko poradzilibyśmy sobie z ekstremalnie niskimi temperaturami i “metanową” wilgocią powietrza na Tytanie, moglibyśmy latać jak ptaki. Osoba ważąca 80kg na Ziemi, tam czułaby ciężar zaledwie 11kg. Na Mirandzie, księżycu Urana, byłoby to jeszcze mniej - półtora kilograma, dlatego skok z kilkukilometrowego klifu mógłby trwać kilkanaście minut. Spadochron byłby bezużyteczny, ale zwykły dezodorant mógłby zapewnić gładkie lądowanie.

Finałowe ujęcie jest śliczne i ku mojemu zaskoczeniu również dość realistyczne. Mimo ogromnej masy Saturna, na wysokości gdzie panuje ciśnienie porównywalne z ziemskim, ciążenie jest jedynie o kilka procent większe. Więc sterowce jak najbardziej wchodzą w grę, choć temperatura i niezwykle silne wiatry byłby kłopotliwe.


Inspirujące. Szczególnie jeśli uświadomimy sobie, że praktycznie wszystko to jest w zasięgu naszych możliwości.

Strona filmu: www.erikwernquist.com/wanderers


sobota, 15 listopada 2014

Jestem depresyjnym realistą - wywiad z Peterem Wattsem

Petera Wattsa z polskimi czytelnikami wiąże szczególna relacja. Wydawcy z Niemiec i Rosji odrzucili Rozgwiazdę jako "zbyt mroczną", Polacy ją pokochali podobnie jak nagradzane Ślepowidzenie (napisane później a wydane wcześniej). Od tej pory Watts z pomocą Google-translate podgląda co o nim piszemy, a my wciąż wyglądamy kolejnych jego książek. Z niemałą pomocą udało mi się dotrzeć do Petera i zadać mu kilka pytań.


Czy nazwałbyś siebie pesymistą? A moze tytuł “Odtrutka na optymizm” to żart?

“Odtrutka na optymizm” to replika na zbiór Raya Bradbury’ego, “Lekarstwo na melancholię”. Myślę, że termin “pesymista” jest niesłusznie obciążony pewnymi skojarzeniami. Jako gatunek jesteśmy uwarunkowani do złudnego optymizmu wobec naszych szans - i to ma sens w Darwinowskim świecie, gdzie poprawna ocena naszych szans sprawiłaby, że większość z nas siadłaby na drodze w oczekiwaniu na ciężarówkę. Tylko ci z przypadkami klinicznej depresji zbliżają się do obiektywnej oceny rzeczywistości (aczkolwiek wydaje mi się, że obecnie politycznie poprawne to “realizm depresyjny”).

Osobiście, wydaje mi się, że jestem równie radośnie omamiony w kwestii moich możliwości jak każdy. Globalnie jednakże, jestem zdecydowanie realistą. A nie możesz być realistą w stosunku do współczesnego świata i nie być jednocześnie przygnębionym.


Może to zbyt wcześnie na takie pytanie, tuż po premierze Echopraksji, ale czy możesz nam powiedzieć, czego możemy się spodziewać? Wspominałeś [w posłowiu ostatniej książki] o techno-trillerze o biologu morskim. Czy to aktualne i zastanawiam się, czy planujesz jakiś temat przewodni jak świadomość w Ślepowidzeniu czy umysły-ule, działanie mózgu w Echopraksji?

Na ten moment planuję napisać Intelligent Design [Intelignenty Projekt] który, owszem, jest umieszczonym w bliskiej przyszłości technothrillerem o biologu morskim. W zasadzie to moja książka na szerszy rynek, zawieszam pisanie dla mądrych odbiorców staram się uderzyć do tych liczniejszych. Tematyka jest związana z tytułem. Myślę też nad współczesnym thrillerem obracającym się wokół motywu ukrywających się nieśmiertelnych.

Książkę lub dwie później, zamierzam napisać konkluzję do serii “Świadomości” [Consciousnundrum] rozpoczętej Ślepowidzeniem i Echopraksją. Od jakiejś godziny myślę, że zatytuuję ją Omniscience [Wszechwiedza]. (Jeśli ma to jakieś znaczenie, to jesteś drugą osobą po mnie, która poznała ten tytuł.)

Nie…

Jak ważna jest dla Ciebie wiarygodność naukowa? Twoje książki kończą się coraz to większymi bibliografiami, opisałeś z detalami βehemota, wampiry, wężydła i rzeczy z Echopraksji, których nie chciałbym zdradzać (Portia! Portia!). To nawyk, usprawiedliwienie “dziwnych elementów” twojej twórczości, sposób na wzbudzanie ciekawości?

Gdybym zabiegał o względy nowojorskiego wydawcy, powiedziałbym, że wiarygodność jest bardzo ważna i że te wszystkie dodatki to mój sposób na podzielenie się moją ciekawością i ekscytacją wobec fantastycznego świata w którym żyjemy. Powiedziałbym, że pochlebia mi, że tak wiele osób powiedziało mi, że prześledzili te odnośniki a w kilku przypadkach nawet napisali prace oparte o pomysły zawarte w moich książkach.

Gdybym był szczery, powiedziałbym, że naukowy rygor jest przeceniany. Niektóre z najbardziej wizjonerskich dzieł science fiction napisali ludzie, z niewielkim lub żadnym zapleczem naukowym (żeby wymienić dwóch: Delany i Gibson). Niewolnicza czołobitność wobec nauki XXI wieku, to negowanie, że czeka nas nauka XXII wieku. Wszystkie te moje odnośniki naukowe pod koniec książek, są też mechanizmem obronnym, który wykształciłem jeszcze w czasach uczelnianych, gdy ludzie pojawiali się na twoich środowych seminariach, tylko po to, by żeby czepiać się twoich badań. Innymi słowy to coś gdzie można odesłać krytyków, którzy powiedzą Daj spokój, to bzdura. (“Ah, tak? Powiedz to ekipie, która opublikowała to w Nature, dupku!”)

Przyznam też, że czasem cała ta wiarygodność naukowa kompletnie blokuje fabułę. Prawdopodobnie za bardzo się nad tym skupiam.


W Rozgwieździe nie wahałeś się przed używaniem określenia “potwór” przy opisach głębokomorskiego życia. Czy to pisarski trik, czy takie słowo pojawia się w głowie biologa morskiego, gdy bada niektóre z tych stworzeń?

To tylko trik. Dla biologa, “potwór” to coś zdeformowanego, coś co nie wygląda tak jak powinno. Ryby mezopelagiczne [żyjące 200-1000 metrów pod wodą] mogą wyglądać dziwnie, ale nie są potworami, wyglądają dokładnie tak jak powinny. Te w pobliżu Stacji Beebe, są jedynie większe niż powinny być.


Co najbardziej zaskoczyło Cię w badaniach nad morskim życiem? Czy jest coś, co wciąż Cię zdumiewa?

Życie mnie zdumiewa. Morskie życie jest tylko trochę bardziej obce od tego na co trafiamy na codzień. Aczkolwiek zdolność zmiany kształtu i umaszczenia przeciętnej ośmiornicy wciąż mnie zdumiewa.


Mówi się, że 90% oceanów nie zostało przebadane. Dla mnie brzmi to jak liczba wyciągnięta z dupy. Czy to jakaś dziwna, przesadzona statystyka, czy jest to usprawiedliwione?


Myślę, że to zależy od tego co rozumiesz przez “zbadane”. Po raz pierwszy usłyszałem to stwierdzenie w latach sześćdziesiątych i rozumiałem to tak, że “10%” to szelf kontynentalny. Innymi słowy mówili, że otchłań była całkowicie niezbadana. Ale to nie znaczy, że włóczyliśmy się po całym szelfie. Nawet dziś ludzka obecność tam to ułamek, ułamka procenta. Więc myślę, że ktokolwiek wpadł na pomysł z tymi 10% miał luźną definicję “badania”. Jeśli wykonałbyś mapy głębokości, opuścił kilka sond zasolenia, pobrał próbki, mógłbyś powiedzieć, że “zbadałeś” obszar.

Nawet w takim ujęciu, nie sądzę, że “zbadaliśmy” znaczną część oceanu. Ale co do skartografowania…. Sądzę, że marynarki większych państw mają mapy całego dna z dokładnością do co większych kamieni. Może ich nie odwiedzimy, ale wiemy gdzie są. A przynajmniej ktoś wie.


Więc… Czy powiedziałbyś, że powinniśmy badać oceany Ziemi a nie oceany Europy?

Nie powiedziałbym tego. Powiedziałbym, że powinniśmy badać oba - ale jeśli musimy wybrać jedno na kolejny okres rozliczeniowy, postawiłbym na ziemskie oceany. Rozsądnie byłoby wiedzieć jak najwięcej o czymś, czego używamy jako zlewu/sedesu od kilku ostatnich stuleci.

Zwróć uwagę, że niezbyt prawdopodobne, żebyśmy jakoś sensownie spożytkowali tę wiedzę.


Chciałbym przeczytać więcej podmorskiej prozy w wykonaniu Petera Wattsa. Jakie są na to szanse?

W Intelligent Design [Intelignentym Projekcie] będzie trochę podwodnej akcji z udziałem kałamarnicy kolosalnej. Oraz myślę, że książka prawdopodobnie rozpocznie się pojedynkiem między nurkiem a homarem.


Zawsze fascynowały mnie głowonogi. Czy mogę dostać super-inteligentne, zmienno-kształtne, głowonogi z umysłem-ulem w Twojej kolejnej książce?

Głowonogi, jasne. To już obiecałem. Nawet super-inteligentne. Ale nie przeginaj już ze zmiennokształtnym umysłem-ulem.


Czy uważasz, że Science Fiction ma jakąś konkretną misję? Edukować, spekulować, komentować? A może przede wszystkim chodzi o rozrywkę?

Zależy od pisarza. Osobiście lubię używać SF do eksperymentów myślowych, nie żeby “edukować” czytelnika, raczej by zaprosić ich do odkrycia jakiejś piaskownicy razem ze mną. Zatem pewnie zaliczam się do obozu spekulacyjnego. Ale znam ludzi, którzy zdecydowanie starają się edukować za pomocą fikcji i takich, którzy nie chcą nic więcej niż jedynie snuć ekscytujące opowieści. Obecnie, wydaje się, że powraca SF w roli politycznego komentarza, co jest świetne, jeśli potrafisz to zrobić bez tonu moralizatorskiego (Alice Sheldon/James Tiptree, Jr. była w tym naprawdę dobra).

To spory namiot, jest masa miejsca dla nas wszystkich.


Wkurza cię idea szczurzych neuronów na czipach?

Nie. Wydaje mi się, że są całkiem spoko.


Czy uważasz, że niektóre technologie są z natury złe?

Sądzę, że wszystko co nie jest stabilne na długą metę, a mimo tego jest wdrażane długoterminowo jest z natury złe. Ekonomiczne modele opierające się o nieustannym wzroście w systemie z ograniczonymi surowcami są złe. Ekonomia oparta o surowce kopalne, użyta inaczej niż tylko krótkie wsparcie na drodze do stabilnych źródeł energii jest zła. I tak dalej.

Cała reszta jest moralnie neutralna, z tego co widzę. Dobro/zło młotka, zależy od tego czy użyjesz go do budowania domu czy do rozbicia czyjejś czaszki. Broń nuklearna może zarówno zniszczyć świat jak i go uratować (zależy czy wycelujemy ją w siebie nawzajem czy w asteroidę na kursie kolizyjnym).


Czy ekscytują Cię jakieś nowe technologie?

Nieustannie rosnąca inwazyjność amerykańskiego państwa inwigilacyjnego. Coraz szersze wpychanie się amerykańskiego państwa inwigilacyjnego do naszych sypialni i w nasze odbyty. Dywanowe nagrywanie wszystkich naszych rozmów, transakcji, ruchów - ogromne serwerownie, miliony linii kodu, który obrobi wszystkie te informacje, tak by Obama mógł w dowolnej chwili sprawdzić kiedy wchodziłem na sexyvacuumcleaners.com. Uzbrojone drony, które mogą zabijać ludzi bez czołgania się przez ten cały szajs z nakazem/aresztowaniem/procesem.

Jak mógłbym się tym nie ekscytować?


Pokazałeś nam obcych, którzy są bardzo różni od nas. Co sądzisz o konwergencji w ewolucji? Życie ma tendencję do niezależnego znajdowania podobnych rozwiązań na tej planecie, więc jeśli jest życie na podobnej… Może jest tam ktoś, kogo moglibyśmy zrozumieć albo się z nim utożsamić.

To zdecydowanie możliwe. Spodziewałbym się, że zasady selekcji naturalnej działają w całym wszechświecie - trudno sobie wyobrazić, by mogło być inaczej - więc podobne warunki, mogłyby wykształcić co najmniej podobną biochemię i podobne sieci troficzne. Byłoby wiele dużych różnic: kończyny, organy czucia, wszystkie te rzeczy, które mogłyby sprawić, że obce życie wyglądałoby kompletnie szalenie dla ziemskich oczu - ale wciąż pozostałby ten imperatyw przetrwania, czy to przez replikację, czy samo-naprawę nieśmiertelnej ramy. Zawsze istniałaby potrzeba pozyskiwania materii i energii ze środowiska na potrzeby metabolizmu. Niektóre modele sugerują, że dowolny ekosystem wykształci pasożyty, więc pewne ekologiczne nisze mogą być nieuniknione. Te podobieństwa, mogłyby być wystarczające by jakoś zmniejszyć przepaść.

Ale nie wiązałbym z tym wielkich nadziei. My ludzie, nie jesteśmy nawet różnymi gatunkami, a spójrzmy jak ze sobą żyjemy…


Dzięki za rozmowę.