Mamy za sobą pierwszy sezon Fundacji. Od pierwszych zapowiedzi było jasne, że nie będzie to wierna ekranizacja. Przyjmowałem to jednak za dobrą kartę. Książki Asimova zdecydowanie potrzebowały wiele pracy by mogły nadawać się na interesujący serial. Liczyłem jednak na zachowanie głównej idei, tzn mechanizmu psychohistorii i tego jak Plan Seldona miał ukrócić cierpienia i chaos w galaktyce po nieuchronnym upadku imperium. Niestety tak się nie stało. Główne idee zostały potwornie wykrzywione a serial jako całość nie porywa.
To co najlepsze w serialu nie pochodzi z książek. To co najlepsze w książkach nie trafiło do serialu. Kompletnie pomieszano psychohistorię, która miała parać się przewidywaniem niezliczonych mas ludzkich. Tymczasem serialowy plan Seldona opiera się o niuanse i decyzje pojedynczych osób, jest rozciągniętą na dekady a jeśli powstaną kolejne sezony, na setki lat intrygą. W pierwszej połowie sezonu co rusz ktoś opowiada o wierze w plan, podczas gdy to nie powinno mieć związku z wiarą, tylko być matematyczną nieuchronnością. Fundacja nie miała być zarzewiem rewolucji i upadku Imperium, tylko dzięki przewadze naukowej (oraz skróceniu łańcuchów zależności i ekstremalnej specjalizacji) przyspieszyć powstanie drugiego, lepszego imperium.
Nijakość postaci w drobnym stopniu rekompensuje przepych strony wizualnej. Jest jednak jeden diamencik w tej produkcji w postaci Lee Pace grającego klony Imperatora. Cały ten wątek nie ma bezpośredniego odbicia w książkach. Dostajemy masę ciekawych motywów, tożsamości, stagnacji, intrygę... Ogląda się to dość fascynująco, a Lee Pace w swoich rolach jest absolutnie świetny. Czy warto oglądać ten serial dla niego? Nie przesadzałbym. Szczególnie po dziesiątym odcinku, który wręcz trudno było mi wysiedzieć. Ale jeśli macie głód przyzwoitego (choć miejscami naiwnego i irytującego) science fiction w absolutnie prześlicznej oprawie, to będziecie raczej zadowoleni.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 listopada 2021
Fundacja - wrażenia z pierwszego sezonu
poniedziałek, 17 sierpnia 2020
Dla całej ludzkości
A gdyby 20 czerwca 1969 na Księżycu wylądowali Sowieci? Gdyby Amerykanie mimo to nie odpuścili i postanowili, że teraz będziemy się ścigać kto pierwszy postawi bazę na Księżycu? Proste pytanie, zaowocowało świetnym serialem produkcji Apple.
“For All Mankind” to produkcja nietypowa i wręcz trudna do sklasyfikowania, bo ktoś mógłby powiedzieć, że bardziej niż SF pasuje do niej historical-fiction. Serial śledzi dzieje programu Apollo w alternatywnej historii. Za sterami produkcji siedzi Roland D. Moore, który stał za Star Trekiem: The Next Generation, Deep Space Nine, Voyagerem, oraz za Battlestar Galactica (oraz za niestety nie zrealizowanym Virtuality i niestety zrealizowanym Helix… jak można było taki potencjał tak spaprać…). Wśród konsultantów znalazł się astronauta Garrett Reisman, który po NASA pracował również w SpaceX.
“For All Mankind” to produkcja nietypowa i wręcz trudna do sklasyfikowania, bo ktoś mógłby powiedzieć, że bardziej niż SF pasuje do niej historical-fiction. Serial śledzi dzieje programu Apollo w alternatywnej historii. Za sterami produkcji siedzi Roland D. Moore, który stał za Star Trekiem: The Next Generation, Deep Space Nine, Voyagerem, oraz za Battlestar Galactica (oraz za niestety nie zrealizowanym Virtuality i niestety zrealizowanym Helix… jak można było taki potencjał tak spaprać…). Wśród konsultantów znalazł się astronauta Garrett Reisman, który po NASA pracował również w SpaceX.
Ta mieszanka dała szalenie realistyczny serial. Choć oczywiście nie brakuje tu pewnych naciąganych elementów, mam spore opory przed uznawaniem “For All Mankind” za serial SF. Napraawdę zadbano tu o wiele detali. Świetnie ekstrapoluje istniejące wówczas technologie oraz obecne wówczas nastroje. Produkcja zderza wielkie idee cywilizacji z małymi problemami, małych ludzi. W efekcie dobrzy ludzie czasem działają w sposób godny potępienia, a niskie pobudki polityków prowadzą do wydarzeń godnych pochwały.
Przedstawienie historii jest na tyle realistyczne, że nie wiem na ile to nie namiesza w głowie osobom nie zaznajomionym z prawdziwymi dziejami programu Apollo. Raczej każdy wie o lądowaniu Apollo 11, ale nie mam przekonania np. Ilu czytelników Węglowego byłoby w stanie bez sprawdzania powiedzieć ile osób w sumie stanęło na Księżycu. Tu podpowiedź - jeśli nie wiesz, to nie ma w tym nic złego. Nie wiem ile nagrań rozmów prezydentów USA to sprytnie pocięte prawdziwe rozmowy a na ile podłożony głos lub syntezator. Pewnie umknęło mi też sporo niuansów związanych z historią USA.
To co jednak spodobało mi się tu szczególnie, to oddanie klimatu tej ery. To astronauci są bohaterami, nie celebryci czy sportowcy. Program kosmiczny motywuje i inspiruje. “For All Mankind”, choć za ambicjami ludzi stoi okropna i groźna rywalizacja mocarstw, widać czego może dokonać człowiek. Ludzkość może sięgnąć gwiazd, musimy tylko chcieć.
Jako ciekawostkę wrzuciłem do tego tekstu fotkę radzieckiego lądownika księżycowego. Eksperci twierdzą, że Sowieci nie mieli szans, by dotrzeć na Księżyc jako pierwsi, natomiast faktem jest, że byli naprawdę blisko.
Dostępny jest już zwiastun sezonu drugiego. Zapowiada się… bardziej. Czy będę miał mniejsze opory przed zaklasyfikowaniem go jako SF? Nie wiem, ale i tak bardzo wyczekuję.
niedziela, 25 marca 2018
Przedziwna planeta Ziemia - recenzja
Programy dokumentalne chłonę jak gąbka. Większość z nich, nawet te oglądane z ogromną przyjemnością, rozmywają się i mieszają z innymi w mojej pamięci. Podobne tematy, podobna narracja, z grubsza podobne treści. Czasem jednak pojawia się perełka w postaci filmu lub serii, która zapada w pamięć bo wybija się ponad przeciętność, bo zrealizowana jest z pomysłem i odpowiednim nakładem starań. Tak zapowiada się Przedziwna planeta Ziemia (One Strange Rock).
Po pierwsze to duża produkcja i to czuć. Co rusz obraz zapiera dech w piersi. Zerkamy na Ziemię z powierzchni sześciu kontynentów, z powietrza a także z kosmosu. To ostatnie ma szczególne znaczenie, z kilku powodów. W nowej serii National Geographic głównym bohaterem jest Ziemia i ta perspektywa jest tu jak najbardziej na miejscu. Ponadto narratorami kolejnych odcinków są astronauci, którzy mieli okazję zobaczyć naszą planetę jako jedną całość.
Perspektywa astronautów to kolejny powód dla którego Przedziwna planeta Ziemia jest
wyjątkowa. Poza głównym narratorem, którym jest Will Smith, każdy odcinek ma dodatkowego gospodarza w postaci astronauty. Wielu z nich powracając na Ziemię mówi to samo, że chcieliby, by inni również mogli widzieć nasz świat tak jak oni. Ta seria daje im szansę by choć w części spełnić to życzenie. Jednocześnie stwarza okazję do wyjątkowej konstrukcji odcinka…
Mogę oceniać tylko premierowy odcinek, ale mam nadzieję, że również inne podobnie błyskotliwie łączą temat danego epizodu z jakimiś osobistymi historiami czy doświadczeniami astronautów. “Oddech” opowiada o atmosferze naszej planety, o tym
jak złożony jest cykl tlenowy, o podniebnej rzece i jak lodowce sygnalizują rozpad. Nie będę zdradzał szczegółów, ale w te treści Chris Hadfield (którego kojarzycie z nagranego na ISS teledysku “Space Oddity”) wplata bardzo osobistą historię tego co go spotkało czterysta kilometrów nad powierzchnią Ziemi.
Jakby tego wszystkiego było mało, z serii nawet tacy fani dokumentów jak ja mogą dowiedzieć się nowych rzeczy. np. że to nie Amazoński las produkuje tlen którym oddychamy albo co jest najwyższą konstrukcją ludzką w Ameryce Południowej… Czekam na premierę by ponownie obejrzeć pierwszy odcinek Przedziwnej planety Ziemia. Wypatruję kolejnych. Wam polecam to samo. “Oddech” zobaczyć będzie można na kanale National Geographic 3 kwietnia o godzinie 22:00.
Dziękuję National Geographic za zaproszenie na przedpremierowy pokaz serii.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
Po pierwsze to duża produkcja i to czuć. Co rusz obraz zapiera dech w piersi. Zerkamy na Ziemię z powierzchni sześciu kontynentów, z powietrza a także z kosmosu. To ostatnie ma szczególne znaczenie, z kilku powodów. W nowej serii National Geographic głównym bohaterem jest Ziemia i ta perspektywa jest tu jak najbardziej na miejscu. Ponadto narratorami kolejnych odcinków są astronauci, którzy mieli okazję zobaczyć naszą planetę jako jedną całość.
Perspektywa astronautów to kolejny powód dla którego Przedziwna planeta Ziemia jest
wyjątkowa. Poza głównym narratorem, którym jest Will Smith, każdy odcinek ma dodatkowego gospodarza w postaci astronauty. Wielu z nich powracając na Ziemię mówi to samo, że chcieliby, by inni również mogli widzieć nasz świat tak jak oni. Ta seria daje im szansę by choć w części spełnić to życzenie. Jednocześnie stwarza okazję do wyjątkowej konstrukcji odcinka…
Mogę oceniać tylko premierowy odcinek, ale mam nadzieję, że również inne podobnie błyskotliwie łączą temat danego epizodu z jakimiś osobistymi historiami czy doświadczeniami astronautów. “Oddech” opowiada o atmosferze naszej planety, o tym
jak złożony jest cykl tlenowy, o podniebnej rzece i jak lodowce sygnalizują rozpad. Nie będę zdradzał szczegółów, ale w te treści Chris Hadfield (którego kojarzycie z nagranego na ISS teledysku “Space Oddity”) wplata bardzo osobistą historię tego co go spotkało czterysta kilometrów nad powierzchnią Ziemi.
Jakby tego wszystkiego było mało, z serii nawet tacy fani dokumentów jak ja mogą dowiedzieć się nowych rzeczy. np. że to nie Amazoński las produkuje tlen którym oddychamy albo co jest najwyższą konstrukcją ludzką w Ameryce Południowej… Czekam na premierę by ponownie obejrzeć pierwszy odcinek Przedziwnej planety Ziemia. Wypatruję kolejnych. Wam polecam to samo. “Oddech” zobaczyć będzie można na kanale National Geographic 3 kwietnia o godzinie 22:00.
Dziękuję National Geographic za zaproszenie na przedpremierowy pokaz serii.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
poniedziałek, 11 marca 2013
Oglądamy brytyjskie seriale
Dropkick Murphys – State Of Massachusetts
Na liście brytyjskich rzeczy, które lubię znajduje się angielskie poczucie humoru, brytyjscy aktorzy, irlandzka muzyka, szkoccy Szkoci, Szekspir, agent 007, Pink Floyd, obraźliwe pokazywanie dwóch palców i ich seriale. Upewniłem się o tym oglądając ostatnio drugą serię Black Mirror, oraz Utopię – 6 odcinkową perełkę.
Pierwszą serię ponurego SF chwaliłem już wcześniej. Nie będę ukrywał – druga wypada słabiej. Zrzucić to jednak powinienem na spore oczekiwania, którym w pełni sprostała tylko pierwsza z trzech nowelek. Mroczna historyjka „Be right back” niemal w całości spoczywa na ramionach Hayley Atwell, której przekonująco udaje się w ekspresowym tempie pokazać przemianę głównej bohaterki w obliczu straszliwego przejścia i kuszącej technologii. Epizod drugi, „White Bear” nie przypadł mi do gustu i trudno o nim pisać bez zdradzania fabuły, więc po prostu go przemilczę. Finał drugiego sezonu, „The Waldo Moment”, to iteracja znanego motywu – błazen lub zwykły człowiek (w tym wypadku jedno i drugie) wpada w świat polityki, wpierw dla żartu, potem robi się z tego coś więcej. Nie ukrywam – wiedząc, że nie oglądam amerykańskich ciepłych kluchów, liczyłem na coś lepszego. Trzecia nowelka ma swoje silne momenty, niestety w którymś momencie zupełnie schodzi z niej powietrze i widz zostaje z poczuciem niedosytu.
Mimo tego marudzenia, nie mogę nie polecić nowych odcinków Black Mirror. Wciąż serwuje rzeczy, do których większość widzów nie przywykła. Ponure i pesymistyczne opowieści o ludziach, osadzone w bliskiej przyszłości lecz w oczywisty sposób odnoszące się do współczesności.
O sześcio-odcinkowej Utopii mogę mówić bez żadnego marudzenia. Jestem oczarowany tym dziwadłem. Teorie spiskowe, socjopaci, przypadkowe ofiary, wielcy politycy, tajne organizacje, nieletni mordercy, tortury, a w to wszystko wmieszani fani kultowego w pewnych kręgach komiksu, którym w ręce wpadł nie opublikowany manuskrypt jego kontynuacji.
Z której strony nie spojrzeć, Utopia jest bardzo dobra lub przynajmniej ciekawa. Świetne aktorstwo w wykonaniu zarówno znanych aktorów jak Stephen Rea, jak i zupełnie nieznanych twarzy, niepozornych aktorów, którzy powalają autentycznością. W tym powalający 13-latek, który przekonująco wciela się w rolę małego socjopaty. W ogóle postacie zachwycają autentycznością i ewolucją w trakcie niedługiego serialu. W duchu konspiracyjno-spiskowego gatunku dostajemy nieprawdopodobne twisty. Całość zdumiewa nie raz „ciężarem”. Tortury, masakra w szkole, rządy mordujące obywateli, takie tam rzeczy, których nie dostajemy z reguły w telewizji. A wszystko to składa się w całkiem sensowną całość. Wszystkiemu nie brak momentami lekko absurdalnego zabarwienia, „komiksowy aspekt” ciągnie twórców momentami do ciekawych zdjęć czy ciekawych rozwiązań muzycznych, ale tylko w drobnym stopniu. Nie oczekujcie komiksowej estetyki. Po prostu jest dziwacznie. Bardzo gorąco polecam.
Na liście brytyjskich rzeczy, które lubię znajduje się angielskie poczucie humoru, brytyjscy aktorzy, irlandzka muzyka, szkoccy Szkoci, Szekspir, agent 007, Pink Floyd, obraźliwe pokazywanie dwóch palców i ich seriale. Upewniłem się o tym oglądając ostatnio drugą serię Black Mirror, oraz Utopię – 6 odcinkową perełkę.
Pierwszą serię ponurego SF chwaliłem już wcześniej. Nie będę ukrywał – druga wypada słabiej. Zrzucić to jednak powinienem na spore oczekiwania, którym w pełni sprostała tylko pierwsza z trzech nowelek. Mroczna historyjka „Be right back” niemal w całości spoczywa na ramionach Hayley Atwell, której przekonująco udaje się w ekspresowym tempie pokazać przemianę głównej bohaterki w obliczu straszliwego przejścia i kuszącej technologii. Epizod drugi, „White Bear” nie przypadł mi do gustu i trudno o nim pisać bez zdradzania fabuły, więc po prostu go przemilczę. Finał drugiego sezonu, „The Waldo Moment”, to iteracja znanego motywu – błazen lub zwykły człowiek (w tym wypadku jedno i drugie) wpada w świat polityki, wpierw dla żartu, potem robi się z tego coś więcej. Nie ukrywam – wiedząc, że nie oglądam amerykańskich ciepłych kluchów, liczyłem na coś lepszego. Trzecia nowelka ma swoje silne momenty, niestety w którymś momencie zupełnie schodzi z niej powietrze i widz zostaje z poczuciem niedosytu.
Mimo tego marudzenia, nie mogę nie polecić nowych odcinków Black Mirror. Wciąż serwuje rzeczy, do których większość widzów nie przywykła. Ponure i pesymistyczne opowieści o ludziach, osadzone w bliskiej przyszłości lecz w oczywisty sposób odnoszące się do współczesności.
O sześcio-odcinkowej Utopii mogę mówić bez żadnego marudzenia. Jestem oczarowany tym dziwadłem. Teorie spiskowe, socjopaci, przypadkowe ofiary, wielcy politycy, tajne organizacje, nieletni mordercy, tortury, a w to wszystko wmieszani fani kultowego w pewnych kręgach komiksu, którym w ręce wpadł nie opublikowany manuskrypt jego kontynuacji.
Z której strony nie spojrzeć, Utopia jest bardzo dobra lub przynajmniej ciekawa. Świetne aktorstwo w wykonaniu zarówno znanych aktorów jak Stephen Rea, jak i zupełnie nieznanych twarzy, niepozornych aktorów, którzy powalają autentycznością. W tym powalający 13-latek, który przekonująco wciela się w rolę małego socjopaty. W ogóle postacie zachwycają autentycznością i ewolucją w trakcie niedługiego serialu. W duchu konspiracyjno-spiskowego gatunku dostajemy nieprawdopodobne twisty. Całość zdumiewa nie raz „ciężarem”. Tortury, masakra w szkole, rządy mordujące obywateli, takie tam rzeczy, których nie dostajemy z reguły w telewizji. A wszystko to składa się w całkiem sensowną całość. Wszystkiemu nie brak momentami lekko absurdalnego zabarwienia, „komiksowy aspekt” ciągnie twórców momentami do ciekawych zdjęć czy ciekawych rozwiązań muzycznych, ale tylko w drobnym stopniu. Nie oczekujcie komiksowej estetyki. Po prostu jest dziwacznie. Bardzo gorąco polecam.
czwartek, 16 sierpnia 2012
Black Mirror
Dawno nie widziałem czegoś tak odświeżającego. Black Mirror to trzy nie powiązane ze sobą nowelki brytyjskiej produkcji. Tytuł nawiązuje do wyłączonego ekranu telewizora, w którym widzimy samych siebie. Każdy odcinek tej mini serii pokazuje zupełnie inną sytuację, cechą wspólną jest jednakże coś pomiędzy satyrą a krytyką współczesnego społeczeństwa i świata. Zapomnijcie o happy endzie.
Trzech reżyserów, trzy realia, trzech bohaterów. Wszyscy w jakiś sposób są uwięzieni w trybach świata, ludzi dookoła a nawet drobnego urządzona wszczepionego pod skórę. Pierwszy odcinek „National Anthem” ukazuje brytyjskiego premiera w potrzasku. Szaleniec porwał ulubienicę ludu z królewskiego rodu i stawia szokujące żądania. Polityk znajduje się pomiędzy presją społeczeństwa, swojego gabinetu politycznego, rodziny i mediów. Drugi odcinek „15 Million Merits” to futurystyczna karykatura dzisiejszego świata, wielka maszyna kontrolująca jałowy żywot pojedynczych jednostek, mówiąca co robić i czego chcieć. Trzeci (i niestety ostatni*) odcinek „The Entire History Of You” pokazuje świat w którym każdy z odpowiednim implantem ma dostęp do każdego momentu swojego życia.
Black Mirror niesamowicie balansuje pomiędzy groteską, ponurym klimatem a satyrą. Czarny humor jest obecny szczególnie w pierwszym odcinku, ale nigdy nie oddala się od potwornej makabry i poczucia kompletnego zaszczucia polityka. Pokazuje bezlitosne media, zawsze równające w dół, bezwładność społeczeństwa informacyjnego. W drugim otrzymujemy bardzo metaforyczny obrazek społeczeństwa odmóżdżonego mediami, gdzie człowiek jest tylko jednym trybikiem, gdzie wszystko można manipulować, gdzie każdego można kupić. Trzeci odcinek można zinterpretować jako wielki znak zapytania. Czy niewiedza jest błogosławieństwem? Widzimy ludzi niemal opętanych możliwością sięgania po każde wspomnienie w dowolnym momencie, możliwością prezentowania ich innym i potencjalnych efektów istnienia takiej technologii. Włącznie z takimi smaczkami jak kontrola na lotnisku, sprawdzająca nagrania z wszczepów pasażerów w poszukiwaniu niebezpieczeństw.
Ogólnie – rewelacja. Mroczna, przygnębiająca miniseria, na którą trafiłem przypadkiem, okazała się jedną z ciekawszych i bardziej oryginalnych rzeczy jakie widziałem ostatnimi czasy. Black Mirror zdecydowanie zasługuje na Waszą uwagę.
* - na szczęście Black Mirror doczeka się drugiego sezonu.
czwartek, 9 sierpnia 2012
H+ i egzoszkielet z drukarki
Wczoraj wystartowała webseria H+, póki co jest to raptem kilka ładnie zrealizowanych minut materiału. Nawet jak na webserię przesadzili z długością (czy raczej krótkością) odcinków. Bardziej jednak rozczarowuje mnie, że produkcja, która bierze na tapetę transhumanizm idzie na oklepaną łatwiznę i tworzy serię o tym jak to technika powoduje globalną katastrofę.
A może by tak coś nowego? Serial o technologii, która ratuje ludzi w obliczu globalnej katastrofy? Taki twist – dobra technologia. Kilka punktów za oryginalność było by na samym wejściu…
Tymczasem w świecie rzeczywistym raczkująca dopiero technologia drukowania addytywnego (drukarki 3D), już zwiastuje rewolucje. Choć wszystko jeszcze przed nami, już teraz możliwości bywają zdumiewające. Na początku roku kobiecie z przewlekłą osteometylią wydrukowano tytanową żuchwę i dokonano przeszczepu. 83-latka otrzymała nową żuchwę od razu z gotowymi miejscami na wkręcenie sztucznych ząbków. Wśród wystąpień tegorocznego TEDxOjai, Behrokh Khoshnevis zaproponował technologię drukowania domów. Jedna maszynka może potencjalnie wydrukować jednorodzinny domek według gotowego projektu w 20 godzin. Domek ze zbrojonymi ścianami, instalacją elektryczną i kanalizacją. W przyszłości maszyna również od razu pomaluje ściany. Możliwości są niemal nieograniczone – kopuły, okrągłe ściany, dziwne kąty, co tam kto chce.
Przypominam, że jesteśmy dopiero na początku tej nowej rewolucji. Mimo tego już teraz zdumiewa ilość i różnorodność materiałów z których można tworzyć trójwymiarowe wydruki. Żywice, odmiany plastiku, mieszanki plastiku i aluminium, tytan, srebro, stal nierdzewna, ceramika, szkło, a nawet podobne do gumy materiały nadające się na uszczelki. Wszystkie te możliwości już teraz spędzają sen z powiek producentom autoryzowanych części do samochodów i innych sprzętów.
Na osobną notkę zostawiam temat drukowania organów. Dzisiejsza miała być trzecią z cyklu Scary Shit, ale nie będzie ze względu na to, co zostawiłem sobie na deser. Jak wiadomo, masę technologii „zawdzięczamy wojsku”. Z reguły jednak wojskowi trzymali pewne rzeczy przez ileś lat zanim mogły przesiąknąć do cywili. Tym razem jednak wygląda na to, że medycyna wyprzedziła wojsko. Choć istnieją liczne projekty militarnych egzoszkieletów, które mają zwiększać możliwości żołnierza przyszłości, wszystko to na razie testy i przymiarki. Chociaż HULC (foto, filmik) wygląda na całkiem zaawansowany.
Inaczej ma się sprawa w przypadku WREXa, który już dzisiaj daje szansę chorym dzieciom. Koncepcja egzoszkieletu w połączeniu z możliwościami drukarek 3D, owocuje lekkim urządzeniem, dzięki któremu dziewczynka może ruszać rękami. Na filmie poniżej można zobaczyć pierwsze wersje – ciężkie, wymagające stojaka. Później pokazana jest wersja, którą dwulatka może nosić w formie kamizelki, możliwa właśnie dzięki lekkim i wytrzymałym wydrukom 3D.
Jak komuś mało to tu jest jeszcze jeden filmik z WREXem:
Na koniec powiem, że wolę świat w którym w filmach i serialach technologia jest źródłem nieszczęścia, a w rzeczywistości ratuje życie i poprawia jego jakość.
czwartek, 2 sierpnia 2012
The Lost Room
Z braku czasu wrzucam starą notkę. Rzadko piszę o serialach, dlatego stwierdziłem, że warto ponownie zamieścić ten wpis. Niedługo natomiast planuję napisać też o innym serialowym odkryciu – Black Mirror. Ale wszystko w swoim czasie, póki co jeśli ktoś przegapił na poprzednim blogu, może teraz zainteresuje się Zagubionym Pokojem. Poza tym zachęcam do wizyty tutaj w niedzielę rano. Jeśli wszystko wypali, pod moją nieobecność powinna pojawić się automatycznie notka na zgoła inny temat...
Dziś polecę wam wyborny mini-serial The Lost Room. Jest oryginalny, pomysłowy, zakończony i niesamowicie syty jako źródło RPGowej inspiracji. Ale wszystko po kolei...
Całość zaczyna się, gdy w ręce pewnego policjanta przypadkowo wpada pewien tajemniczy klucz. Jak się szybko okazuje jeśli wsadzić go to dowolnego zamka, otwiera drzwi, które prowadzą do pokoju motelowego wystrojem przypominającego lata 70te. Wkrótce okazuje się, że klucz jest tylko jednym z tak zwanych "przedmiotów", z których każdy ma jakieś niezwykłe zdolności, wszystkie są pożądane. Policjant Joe pewnie nie pakowałby się w cały ten bałagan, jednak jego córka przepada z powodu tego klucza, więc zmuszony jest zrobić wszystko by ją odzyskać.
W pierwszej chwili magiczny klucz i magiczny pokój mogą zrazić, ale Lost Room ekspresowo wciąga. Ma konsekwentny klimat i wielki potencjał. Okazuje się, że Przedmiotów jest wiele, wszystkie mają jakieś niezwykłe właściwości (czasem zupełnie szalone). Co więcej istnieje cały "ukryty" światek - frakcje poszukujące Przedmiotów, widzące w nich religię, lub po prostu klucz do władzy. Są teorie, jest azjatka w pralni, która zajmuje się namierzaniem przedmiotów, jest hindus w bibliotece trudniący się tym samym.
Nie czytałem Unknown Armies, ale z tego co wiem Lost Room idealnie nadaje się na kampanię do tego systemu. Oprócz fajnego uniwersum (dodajmy, że w serialu nigdy nie sprecyzowano ilości przedmiotów, czy jakiś ograniczeń ich możliwości) dostarcza gromadkę fajnych postaci. Jest ta panna co grała tą pielęgniarkę w tamtym serialu, jest Taub z House'a, jest świetny Kevin Pollak grający bogatego kolekcjonera, jest też nie znany mi aktor grający "łotra z przypadku". Słabym punktem jest niestety główny bohater - całkowicie nijaki, czasem wręcz irytujący. Co ciekawe córeczkę Joe gra Ellie Fanning - siostra Dakoty Fanning.
Poza głównym bohaterem serial dla wielu może mieć jeszcze jedną poważną wadę - zakończenie. Nie wyjaśnia wszystkiego, pozostawia pewne otwarte pytania, może nawet szanse na dokrętkę (na którą jednak się nie zapowiada). Ja może nie byłem w 100% usatysfakcjonowany, ale mogło być znacznie gorzej. Dlatego polecam w pełni - wciągający serialik, nie długi, zarzucający nas masą fajnych pomysłów i świetnych postaci.
wtorek, 12 października 2010
Czemu BSG tak bardzo daje radę
Bear McCreary - Prelude to War
Zmieniłem polecankę na dłuższy utwór, po tym jak tekst rozrósł mi się do takich rozmiarów za co przepraszam. Trudno jednak było tu coś skrócić.
Właśnie skończyłem ponowne oglądanie tego wykopanego w kosmos serialu. Raz jeszcze jestem zachwycony. Battlestar Galactica na szczęście ma trochę wad, które zapobiegły zapadnięciu się wszechświata pod ciężarem tej epy. Wady te jednak miażdżąco przeważają zalety. Wiele z nich warto przestudiować w kontekście RPGowym.
BSG kapitalnie przemyślany pod względem settingu serial. Tu Ziemia jest tylko mitem, ludzie są mieszkańcami Trzynastu Kolonii. Zakończona pół wieku wcześniej wojna z Cylonami - maszynami, które zbuntowały się przeciw ludzkości zdeterminowała "retro" styl Battlestarów. Bojowe krążowniki nie mają sieci komputerowej, jedynie pojedyncze maszyny, rozkazy wydawane są do wielgaśnych, ciężkich słuchawek z kręconym kablem. Bez wnikania w detale - sam fakt, że serial nie obrazuje przyszłości dzisiejszej Ziemi pozwolił autorom na sporą swobodę. Technologia statków kosmicznych, skoków nadświetlnych idzie w parze z powszechnym wykorzystaniem papieru, brakiem hologramów i masy futurystycznych dynksów, oczywistych w innych produkcjach SF. Świetne jest też samo zawiązanie akcji - serial opowiada o ludziach, którzy przetrwali powrót i nagły atak Cylonów. Ściślej - o tych, którzy mieli to (nie)szczęście byś w przestrzeni kosmicznej, kiedy trzynaście kolonii zbombardowano setkami bomb nuklearnych. Dlatego też na czele rządu staje minster edukacji - 43. w kolejce do władzy, a główne dowództwo spada na komandora starego Battlestara, który miał zostać przemianowany na orbitalne muzeum, pamiętające poprzednią wojnę.
Genialna muzyka, OGROMNA ilość świetnych postaci (tak doskonale napisanych i zagranych, że dobrze się je ogląda nawet jeśli ich nie lubimy), cała kopa niezapomnianych scen i pomysłów, rewelacyjne sekwencje starć w kosmosie... Ale w sumie nie o tym miałem, to byłby materiał na notkę po pierwszym obejrzeniu. Jednak dla uzupełnienia mogę wspomnieć, że zdarzają się pewne drobne potknięcia, które jednak nie psują przyjemności oglądania serialu. Jest jeden spory problem, który trochę boli - z jakiegoś powodu twórcy uparli się, by nie planować na wielką skalę, ani nawet zdecydować z góry pewnych rzeczy, co owocuje pewnymi drobnymi rozczarowaniami.
W tej notce jednak chciałem napisać o co najmniej dwóch rzeczach, którymi urzekł mnie ten serial przy drugim podejściu. Hitchcockowskie podbijanie piłeczki rzadko kiedy realizowane jest tak wzorcowo i konsekwentnie jak tutaj. Wiecie o czym mówię? Trzęsienie ziemi a potem napięcie rośnie. Weźmy na przykład sam początek serialu. Ludzkość zredukowana z miliardów do kilkudziesięciu tysięcy, chaos, tragedia i rozpacz, zupełna dezorganizacja, ale to nie wystarcza - co 33 minuty Cyloni wykonują skok nadświetlny w pogoni za flotą. Co 33 minuty myśliwce osłaniają flotę, która przygotowuje napędy do skoku, co 33 minuty zlicza się wszystkie statki, sprawdza uszkodzenia... Trwa to trzecią dobę, piloci zasypiają w czasie lądowania, mechanikom puszczają nerwy, wszyscy zaczynają popełniać błędy... Drugi sezon zaczyna się jeszcze mocniej - ranny komandor leży na stole operacyjnym, wróg atakuje, w wyniku pomyłki flota się rozprasza, dowodzenie obejmuje antypatyczny pułkownik, żeby odnaleźć flotę trzeba wykonać skomplikowane obliczenia z użyciem połączonych komputerów a to otwarte zaproszenie dla Cylońskiego wirusa do penetracji systemu, wszystko pod ciągłym ostrzałem, pełny clusterfrak... Majstersztyk. Dostrzegam, że w scenariuszach często daję graczom fory, staram się dbać by mieli zapasowe wyjście, kilka dróg rozwiązania problemu, wyjścia z opresji. Może najwyższa pora pójść na całość, zamiast się hamować, pchnąć rzeczy Beyond The Impossible.
Pewną ilustracją tego jest sama Galactica. Pojazd stary, niemal gotowy by stać się muzeum, każdorazowo musi brać na siebie ostrzał jako jedyna nadzieja floty, z sezonu na sezon jest coraz bardziej osmolona, poznaczona śladami eksplozji i uszkodzeń. W czwartym sezonie praktycznie zaczyna się rozpadać wydając żałosne jęki pracującego metalu. Warto o tym pomyśleć, jeśli planujemy kampanię, która rozegra się w jednym miejscu lub z tymi samymi bohaterami - niech ich opis i wizerunek ewoluuje.
Druga ciekawostka, trudno mi określić na ile można ją przenieść na RPGi, to dołujący klimat całości. Batlestar Galactica to niesamowicie pesymistyczne widowisko. Od początku do samego końca robi się tylko coraz gorzej. Najczęściej jak tylko wydarzy się coś dobrego, to lada moment czeka nas kopniak poniżej pasa. Dotarło jednak do mnie skąd bierze się ta przygnębiająca siła - tu nie ma załamujących ręce i płaczących bohaterów. Przyjmują to tak twardo, że ten ładunek przechodzi na widza. Jednocześnie nie jest to jakiś festiwal męczenników - raczej prawdziwych ludzi w ekstremalnej sytuacji. Komandor Adama potrzebował aż osiemnastu odcinków, żeby pozwolić sobie na chwilę słabości.
Trzecia rzecz, którą to motyw muzyczny. Raz jeszcze rzuciło mnie na kolana jak brawurowo twórcy wykorzystali muzykę - fabularnie, koncepcyjnie, estetycznie. Nie chcę spoilować, ale powiem, że pewien znany i lubiany utwór ma kluczowe znaczenie dla tego serialu. Piosenka jest "wyzwalaczem" wielkiego zwrotu fabularnego, nadaje niesamowitego kopa ostatniej scenie trzeciego sezonu, fragmenty jej tekstu przewijają się w dialogach postaci, różne aranżacje przewijają się w wielu odcinkach. Ktokolwiek to wymyślił miał żelazne cojones. To genialny pomysł który wypalił w stu procentach. Marzy mi się tak epickie wpisanie jakiejś muzyki w przygodę lub całą kampanię, ale póki co nawet nie próbuję tego zrealizować.
PS. Co do muzyki, to liczę, że w bliżej nieokreślonej przyszłości o muzyce z BSG w kontekście RPGowym napiszę trochę więcej w innym miejscu sieci.
Zmieniłem polecankę na dłuższy utwór, po tym jak tekst rozrósł mi się do takich rozmiarów za co przepraszam. Trudno jednak było tu coś skrócić.
Właśnie skończyłem ponowne oglądanie tego wykopanego w kosmos serialu. Raz jeszcze jestem zachwycony. Battlestar Galactica na szczęście ma trochę wad, które zapobiegły zapadnięciu się wszechświata pod ciężarem tej epy. Wady te jednak miażdżąco przeważają zalety. Wiele z nich warto przestudiować w kontekście RPGowym.
BSG kapitalnie przemyślany pod względem settingu serial. Tu Ziemia jest tylko mitem, ludzie są mieszkańcami Trzynastu Kolonii. Zakończona pół wieku wcześniej wojna z Cylonami - maszynami, które zbuntowały się przeciw ludzkości zdeterminowała "retro" styl Battlestarów. Bojowe krążowniki nie mają sieci komputerowej, jedynie pojedyncze maszyny, rozkazy wydawane są do wielgaśnych, ciężkich słuchawek z kręconym kablem. Bez wnikania w detale - sam fakt, że serial nie obrazuje przyszłości dzisiejszej Ziemi pozwolił autorom na sporą swobodę. Technologia statków kosmicznych, skoków nadświetlnych idzie w parze z powszechnym wykorzystaniem papieru, brakiem hologramów i masy futurystycznych dynksów, oczywistych w innych produkcjach SF. Świetne jest też samo zawiązanie akcji - serial opowiada o ludziach, którzy przetrwali powrót i nagły atak Cylonów. Ściślej - o tych, którzy mieli to (nie)szczęście byś w przestrzeni kosmicznej, kiedy trzynaście kolonii zbombardowano setkami bomb nuklearnych. Dlatego też na czele rządu staje minster edukacji - 43. w kolejce do władzy, a główne dowództwo spada na komandora starego Battlestara, który miał zostać przemianowany na orbitalne muzeum, pamiętające poprzednią wojnę.
Genialna muzyka, OGROMNA ilość świetnych postaci (tak doskonale napisanych i zagranych, że dobrze się je ogląda nawet jeśli ich nie lubimy), cała kopa niezapomnianych scen i pomysłów, rewelacyjne sekwencje starć w kosmosie... Ale w sumie nie o tym miałem, to byłby materiał na notkę po pierwszym obejrzeniu. Jednak dla uzupełnienia mogę wspomnieć, że zdarzają się pewne drobne potknięcia, które jednak nie psują przyjemności oglądania serialu. Jest jeden spory problem, który trochę boli - z jakiegoś powodu twórcy uparli się, by nie planować na wielką skalę, ani nawet zdecydować z góry pewnych rzeczy, co owocuje pewnymi drobnymi rozczarowaniami.
W tej notce jednak chciałem napisać o co najmniej dwóch rzeczach, którymi urzekł mnie ten serial przy drugim podejściu. Hitchcockowskie podbijanie piłeczki rzadko kiedy realizowane jest tak wzorcowo i konsekwentnie jak tutaj. Wiecie o czym mówię? Trzęsienie ziemi a potem napięcie rośnie. Weźmy na przykład sam początek serialu. Ludzkość zredukowana z miliardów do kilkudziesięciu tysięcy, chaos, tragedia i rozpacz, zupełna dezorganizacja, ale to nie wystarcza - co 33 minuty Cyloni wykonują skok nadświetlny w pogoni za flotą. Co 33 minuty myśliwce osłaniają flotę, która przygotowuje napędy do skoku, co 33 minuty zlicza się wszystkie statki, sprawdza uszkodzenia... Trwa to trzecią dobę, piloci zasypiają w czasie lądowania, mechanikom puszczają nerwy, wszyscy zaczynają popełniać błędy... Drugi sezon zaczyna się jeszcze mocniej - ranny komandor leży na stole operacyjnym, wróg atakuje, w wyniku pomyłki flota się rozprasza, dowodzenie obejmuje antypatyczny pułkownik, żeby odnaleźć flotę trzeba wykonać skomplikowane obliczenia z użyciem połączonych komputerów a to otwarte zaproszenie dla Cylońskiego wirusa do penetracji systemu, wszystko pod ciągłym ostrzałem, pełny clusterfrak... Majstersztyk. Dostrzegam, że w scenariuszach często daję graczom fory, staram się dbać by mieli zapasowe wyjście, kilka dróg rozwiązania problemu, wyjścia z opresji. Może najwyższa pora pójść na całość, zamiast się hamować, pchnąć rzeczy Beyond The Impossible.
Pewną ilustracją tego jest sama Galactica. Pojazd stary, niemal gotowy by stać się muzeum, każdorazowo musi brać na siebie ostrzał jako jedyna nadzieja floty, z sezonu na sezon jest coraz bardziej osmolona, poznaczona śladami eksplozji i uszkodzeń. W czwartym sezonie praktycznie zaczyna się rozpadać wydając żałosne jęki pracującego metalu. Warto o tym pomyśleć, jeśli planujemy kampanię, która rozegra się w jednym miejscu lub z tymi samymi bohaterami - niech ich opis i wizerunek ewoluuje.
Druga ciekawostka, trudno mi określić na ile można ją przenieść na RPGi, to dołujący klimat całości. Batlestar Galactica to niesamowicie pesymistyczne widowisko. Od początku do samego końca robi się tylko coraz gorzej. Najczęściej jak tylko wydarzy się coś dobrego, to lada moment czeka nas kopniak poniżej pasa. Dotarło jednak do mnie skąd bierze się ta przygnębiająca siła - tu nie ma załamujących ręce i płaczących bohaterów. Przyjmują to tak twardo, że ten ładunek przechodzi na widza. Jednocześnie nie jest to jakiś festiwal męczenników - raczej prawdziwych ludzi w ekstremalnej sytuacji. Komandor Adama potrzebował aż osiemnastu odcinków, żeby pozwolić sobie na chwilę słabości.
Trzecia rzecz, którą to motyw muzyczny. Raz jeszcze rzuciło mnie na kolana jak brawurowo twórcy wykorzystali muzykę - fabularnie, koncepcyjnie, estetycznie. Nie chcę spoilować, ale powiem, że pewien znany i lubiany utwór ma kluczowe znaczenie dla tego serialu. Piosenka jest "wyzwalaczem" wielkiego zwrotu fabularnego, nadaje niesamowitego kopa ostatniej scenie trzeciego sezonu, fragmenty jej tekstu przewijają się w dialogach postaci, różne aranżacje przewijają się w wielu odcinkach. Ktokolwiek to wymyślił miał żelazne cojones. To genialny pomysł który wypalił w stu procentach. Marzy mi się tak epickie wpisanie jakiejś muzyki w przygodę lub całą kampanię, ale póki co nawet nie próbuję tego zrealizować.
PS. Co do muzyki, to liczę, że w bliżej nieokreślonej przyszłości o muzyce z BSG w kontekście RPGowym napiszę trochę więcej w innym miejscu sieci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










