poniedziałek, 16 października 2017

Kilonova - zaobserwowana grawitacyjnie i optycznie

“Widzieliśmy” już zderzenie czarnych dziur. Więc kiedy zapowiedziano ogłoszenie “bezprecedensowego” odkrycia związanego z falami grawitacyjnymi, byłem naprawdę zaintrygowany. Niedawno zakończyła się konferencja prasowa i już wszystko jasne - udało się dokonać obserwacji zderzenia dwóch gwiazd neutronowych, zarówno w postaci fal grawitacyjnych jak i fal elektromagnetycznych (światła, promieniowania radiowego, gamma…). Oto krótkie podsumowanie.

Masa zakrzywia czasoprzestrzeń. Zakrzywienie to z reguły jest niewielkie i stałe, dość trudno je obserwować, choć już w 1919 roku w czasie zaćmienia słońca udało się potwierdzić to zjawisko (jednocześnie dostarczając kolejnego dowodu na prawdziwość Einsteinowskiej ogólnej teorii względności).

Obracająca się masa skręca czasoprzestrzeń. Zjawisko to byłoby łatwe do zaobserwowania gdybyśmy mieli pod ręką czarną dziurę, ale na szczęście nie mamy. Mamy zamiast tego sporo genialnych ludzi, którzy w 1959 wymyślili jak to zaobserwować w przypadku Ziemi. Technicznie było to tak trudne, że dopiero w 2007 wyniki uzyskane za pomocą Gravity Probe B potwierdziły zjawisko (znów dowodząc OTW).

Wirujące wokół siebie i zderzające się masy generują fale grawitacyjne. Generują je spadające na siebie i łączące się czarne dziury. Generują je spadające na siebie gwiazdy neutronowe. To ekstremalnie gęste obiekty - ich średnice wynoszą po kilkanaście kilometrów, a są znacznie cięższe od Słońca. Im ciaśniej wirują wokół siebie tym mocniejsze fale grawitacyjne towarzyszą tej śmiertelnej spirali.

Naukowcy w obserwatoriach LIGO (dwa punkty na mapie USA) oraz Virgo (umiejscowione we Włoszech) zaobserwowali narastające fale. Fale grawitacyjne rozchodzą się z prędkością światła, dlatego mając trzy punkty obserwacji można dokonać triangulacji i namierzyć ich źródło. Idea jest troszkę podobna do GPSu, ale niezupełnie. Pozwala określić z którego regionu nieba pochodzą, ale nie odległość*. Jako że fale narastały, szybko nawiązano kontakt z obserwatorami i teleskopami na Ziemi i w kosmosie, by zwróciły się w podanym kierunku.

W wyznaczonym regionie oczywiście znajduje się dużo galaktyk, ale na szczęście bardzo szybko namierzono właściwą - NGC 4993. Niecałe dwie sekundy po zderzeniu teleskopy Fermi i INTEGRAL zarejestrowały rozbłysk promieniowania gamma, co jest argumentem za teorią, że źródłem tychże rozbłysków są właśnie kolizje gwiazd neutronowych. Światło widzialne zaobserwowano 11 godzin później. Docelowo ponad 70 teleskopów zaobserwowało ten kosmiczny kataklizm w najróżniejszych partiach spektrum elektromagnetycznego.

Kilonova - tak nazywa się zderzenie gwiazd zdegenerowanych (neutronowych i/lub czarnych dziur). Ocenia się, że zjawiska te mogą produkować nawet połowę pierwiastków cięższych od żelaza we wszechświecie. Naukowcy oceniają, że w tej kolizji powstało sto kwadryliardów (10^29) kilogramów metali ciężkich, w tym sześćdziesiąt kwadryliardów samego złota i platyny. To dziesięć tysięcy razy więcej niż wynosi masa Ziemi.

Innymi słowy, połowa złota w Twojej biżuterii może pochodzić z eksplozji umierającej gwiazdy, a druga połowa mogła powstać gdy doszło do zderzenia dwóch martwych gwiazd.


* - prawdę powiedziawszy dysponując odpowiednio dużym kosmicznym wykrywaczem fal grawitacyjnych bylibyśmy w stanie dokładnie określić punkt w trójwymiarowej przestrzeni, ale cóż - może się doczekamy i takiej zabawki.


Źródła:
European Souther Observatory - oficjalny press release
Science vs Cinema
Kilonova
Kosmiczna Propaganda
Dlaczego odkrycie fal grawitacyjnych


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


piątek, 29 września 2017

SpaceX - tym razem Księżyc i Mars

Kilka moich notatek z najnowszego wystąpienia szefa SpaceX. Jedna uwaga na początek - firma wysłała pierwszą rakietę na orbitę 9 lat temu. Zaczynali od zera. Nie umieli budować rakiet, nie umieli nimi startować. Niecałą dekadę później odzyskują boostery, wynoszą ładunki na LEO, GEO, zaopatrują ISS i planują podbój Marsa. Co obieca nam Elon w 2026?

OK a teraz konkrety:

- Zgodnie z przewidywaniami, wobec planów USA i Rosji wobec Księżyca, Musk chce włączyć się w ten biznes. Zaprezentował mniejszy International Transport System, jest “tylko” wielkości Saturna V (przy jednoczesnej pełnej odzyskiwalności).
- Co zaskakujące trzymają się silników napędzanych metanem (spodziewałem się, że z powodu Księżyca, pójdą w wodór/tlen pozyskiwany z lodu).
- Jak zwykle z Muskiem - ambicje są szalone. Nie tylko chce by ITS* zastąpił wszystko co obecnie robią - Falcona Heavy i Falcona 9, ale ponoć już w przyszłym roku zacznie się konstrukcja. Taki skok na główkę w nowe rozwiązanie. Jestem troszkę ciekawy czy może to być podyktowane problemami z Falconem Heavy. Wygląda jednak na to, że ITS jest po prostu radykalnie lepszy.
- SpaceX opracowało nowy splot włókien węglowych co pozwoliło im zbudować kompozytowy zbiornik na paliwo o objętości 1000 metrów sześciennych, który utrzyma 1200 ton ciekłego tlenu.
- Silniki przetestowano już na 40 sekundowe odpalenie - tyle potrzeba do lądowania na Marsie. Ciśnienie 200 atmosfer, docelowo ma być 250+ ale chcieliby niecały 300. Ciśnienie przekłada się na ciąg/wydajność.
- Lądowanie BFR* na kilku silnikach (gdzie nie wszystkie są potrzebne) oznacza redundancję. Falcony wylądowały 16 razy z rzędu na jednym. Co za tym idzie Musk mówi, że lądowanie na tym bydlaku będzie porównywalnie niezawodne jak z liniowymi samolotami. Są tak zadowoleni z precyzji lądowania, że chcą usunąć rozkładane i ciężkie nogi i lądować na stanowisku startowym,
- Mówi o tym wszystkim, bo chce oferować loty orbitalne/suborbitalne - z barki na barkę, w dowolne miejsce na Ziemi w 30-40 minut (https://www.youtube.com/watch?v=zqE-ultsWt0). Nie byłby to pewnie komfortowy lot, ale… gdziekolwiek w niecałą godzinę?
- Ładunek BFR - 5x większy niż Falcon Heavy (który nawet jeszcze nie poleciał) ~8x większy niż Falcon 9. 100 metrów Wielkiej Pieprzonej Rakiety.
- “Ship” (drugi człon) to 48 metrów. Będzie miał trzy wersje. Klasyczny do wynoszenia ładunków z 8-piętrową ładownią na 150-tonowy ładunek (lub przechwycone satelity co jest wśród planów). Tankowiec dla dalekich lotów (Musk zdradził trochę jak będzie wyglądać tankowanie, będzie dokowanie dyszami, co oznacza brak nowych rur i zaworów które mogłyby zawieść, sprytnie, odważnie). Trzeci wariant to “mars transit configuration” czyli załogowy… Mimo zmniejszenia gabarytów, Elon wciąż mówi o planowanej setce pasażerów...
- Koszty wynoszenia ładunków na orbitę mają spaść dramatycznie (typu kilkadziesiąt procent).
- Tankowanie na orbicie, oznacza, że tych 150 ton można dostarczyć nie tylko na orbitę, ale i na Marsa, Tytana, czy Enceladusa. Albo Ganimedesa [pozdro, you know who you are ;)]
- Jak zwykle szalone daty: Dwie rakiety z ładunkiem w 2022 (w to mogę uwierzyć), oraz dwie z ładukiem i dwie załogowe w 2024 (i w to już nie uwierzę). Ale dobrze. Dzięki ambicjom SpaceX przeszło taką drogę w ciągu ostatnich lat.


Pełne nagranie tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=S5V7R_se1Xc


* - ITS = Interplanetary Transport System. BFR = Big Fucking Rocket


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.

czwartek, 28 września 2017

W królestwie monszatana - GMO, gluten i szczepionki

To ciekawy przypadek… “W królestwie monszatana” z czystym sumieniem polecam każdemu. Na przeciwników GMO wręcz nalegam by ją przeczytali. Jednocześnie wniosek z niemal trzystu stron tekstu spisanego przez Marcina Rotkiewicza jest taki, że nieprzekonanych i tak nic nie przekona… Oby nie było to prawdą, bo ta książka to najlepsze, najbardziej kompleksowe rozprawienie się z mitami krążącymi wokół GMO jakie widziałem.

Przede wszystkim książka da nam pewne spojrzenie na to jaka jest skala współczesnego rolnictwa i jaki ma ono wpływ na środowisko naturalne. Autor spokojnie i merytorycznie wykłada również co kryje się pod mianem GMO, pokazując, że nie jest czymś nowym i obcym, ale naturalnym następstwem tego co robimy od tysięcy lat. Tym razem jednak zamiast młotka i siekiery mamy do dyspozycji igłę i skalpel.

Dowiemy się jak kontrowersje zostały praktycznie wyczarowane z powietrza. Dowiemy jak Greenpeace konsekwentnie ignoruje głosy naukowców i coraz mocniej fortyfikuje się w opozycji do biotechnologii - tym samym działając na szkodę środowiska naturalnego i ludzi. Dowiemy się w końcu o tym jakich ludzi organizacje ekologistyczne* stawiają ponad setką noblistów czy ponad zdaniem licznych państwowych akademii nauk i międzynarodowych stowarzyszeń naukowych.

Lektura jest równie wciągająca, co przygnębiająca. Dowiemy się z niej jak Greepeace zbyło jednym zdaniem ćwierć wieku badań wykonanych na wniosek Unii Europejskiej (ponad sto trzydzieści projektów badawczych, pięćset zespołów naukowych z całego kontynentu). Wyniki były klarowne - “genetyczna modyfikacja organizmów nie stanowi dodatkowego ryzyka dla zdrowia i środowiska w porównaniu do konwencjonalnych technik hodowli roślin”. Dowiemy się, że akademie nauk Australii, Nowej Zelandii, Zjednoczonego Królestwa, Brazylii, Chin, Francji, Kanady, Indii, Meksyku, USA, Niemiec, Polski, Szwajcarii i Włoch mówią jednym głosem. Dowiemy się, że z powodu blokowania już przez kilkanaście lat złotego ryżu ofiarą mogło paść ponad półtora miliona ludzkich istnień.

Dla mnie najwięcej nowości krył rozdział ósmy, w którym poznajemy historię rolnictwa organicznego i reguły nim kierujące. Żywność ta uprawiana według wydumanych zasad, bez choćby ułamka regulacji towarzyszących GMO, znacznie mocniej ciążąca środowisku, jak na ironię kojarzona jest z bliskością natury czy idyllicznymi obrazkami.

Pod koniec Marcin Rotkiewicz udaje się na wyprawę poza rolnictwo - na tereny medyczne, gdzie istnieje niemal bliźniaczy problem histerii i spirali ignorancji w kwestii szczepień a raczej ludzi, którzy starają się ich unikać i nimi straszyć. Można by sądzić, że nie powinno być na to miejsca w książce poświęconej rolnictwu i biotechnologii, ale paralele są niekwestionowane.

“W królestwie monszatana” wydano na papierze i w formie ebooka. Miałem przyjemność czytania książki w obu formatach i nie mam żadnych zarzutów do którejkolwiek wersji. Jak wspominałem, nie jest to lektura wesoła, ale czyta się ją sprawnie i sądzę, że powinni ją przeczytać zarówno zwolennicy jak przeciwnicy genetycznie modyfikowanych organizmów.


* - Rotkiewicz z premedytacją unika nazywania Greenpeace organizacją ekologiczną a aktywistów ekologami. To dlatego iż ekolodzy to naukowcy specjalizujący się w ekologii, nauce która bada oddziaływania między organizmami a środowiskiem i wzajemnie między istotami żywymi. Stąd używa pochodnej “ekologizmu” czyli aktywności społeczno-politycznej. Działaczy natomiast pilnie nazywa ekoaktywistami, gdyż najczęściej nie tylko nie mają odpowiedniego wykształcenia ale również głoszą tezy sprzeczne z wiedzą naukową.


Tytuł: W KRÓLESTWIE MONSZATANA - GMO, gluten i szczepionki
Autor: Marcin Rotkiewicz
Wydawnictwo: Czarne
Premiera: 20.09.2017 r.
Liczba stron: 296


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz recenzencki.


wtorek, 19 września 2017

"Notka w twojej dłoni" - wyniki konkursu

Pora na ogłoszenie wyników drobnego konkursu. Wśród nadesłanych propozycji dominowało globalne ocieplenie. Były również propozycje tematów związanych z obcymi, ale tylko jeden uczestnik połączył jedno z drugim i to bezsprzecznie jemu należy się wygrana. Książka "Wszechświat w twojej dłoni" trafi do Adama Paździora za propozycję:

Czy kosmici wierzą w globalne ocieplenie?

Teraz trzymajcie kciuki bym jak najszybciej popełnił sympatyczny tekst w tym temacie. Trochę sam się nie mogę doczekać.




środa, 13 września 2017

Węglowa notka w twojej dłoni

Nakładem Wydawnictwa Otwarte ukazała się właśnie książka “Wszechświat w twojej dłoni”. Jej recenzję możecie przeczytać tutaj. Jednocześnie miło mi ogłosić z tej okazji drobny konkurs.

Od dzisiaj do niedzieli, 17 września możecie przesyłać na adres weglowy.szowinista@gmail.com propozycje tematów na notki.



Jury w składzie jednoosobowym subiektywnie wybierze najlepszą propozycję, a zwycięzca zostanie nagrodzony, jak się łatwo domyślić, egzemplarzem “Wszechświat w twojej dłoni”.


środa, 30 sierpnia 2017

Nie, chemioterapia nie powoduje przerzutów

Jestem pewien, że jeśli jeszcze nie widzieliście, to z pewnością już niebawem zobaczycie gdzieś nagłówek głoszący, że według najnowszych badań chemioterapia powoduje rozprzestrzenianie się raka. Myślę, że niejeden internetowy naciągacz czy popularyzator lewoskrętnej witaminy C miał ochotę już otwierać szampana. W przeciwieństwie do tysięcy badań, które ignorują, to jedno okaże się ostatecznym dowodem na to, że cała ta chemioterapia służy Big Pharmie do mordowania i zarabiania.

Oczywiście bliższa lektura, którą na pewno nie skala się 99% szerujących, linkujących wrogów medycyny, ujawniłaby, że to kiepska amunicja, ale strzelanie ślepakami i tak na pewno odniesie skutek w wielu przypadkach. W rzeczywistości Neoadjuvant chemotherapy induces breast cancer metastasis through a TMEM-mediated mechanism mówi, że chemioterapia w ramach leczenia neoadiuwantowego potencjalnie może zwiększać szanse na rozprzestrzenianie się pewnych rodzajów raka, choć kliniczna istotność badania nie jest potwierdzona. Jednocześnie wyraźnie mówi, że ewentualna szkoda w żadnym razie nie przeważa benefitów z chemii.

A teraz po kolei (ale krótko) - leczenie neoadiuwantowe to takie, które poprzedza operacje i ma na celu zmniejszyć guz nieoperacyjny do rozmiaru, który można wyciąć lub zmniejsza go na tyle, by oszczędzić organy. Sam ten aspekt jest bardzo istotny. W przypadku takiej chemioterapii w organizmie jest tysiące (dziesiątki tysięcy?) razy więcej komórek nowotworowych niż, gdy stosuje się ją po zabiegu (bo wtedy guz jest już wycięty), by zmniejszyć szanse nawrotu poprzez dobicie tego, co zostało. Prawdopodobnie w innych przypadkach komórek jest zbyt mało by można było zaobserwować jakkolwiek statystycznie zauważalny efekt.

Gdyby przedoperacyjna chemioterapia miała istotnie takie działanie, jakiego dopatrują się i będą dopatrywać wrogowie nauki, obserwowano by różnicę między przeżywalnością pacjentów jej poddawanych oraz tych, którzy poddawani byli jej po operacji. Nic takiego nie zaobserwowano, co rzuca cień na potencjalną kliniczną istotność tych wyników. Bo wiecie… badanie przeprowadzano na myszach o upośledzonym układzie odpornościowym, którym wszczepiano raka oraz na próbkach tkanki rakowej in vitro.

Nie podejmę się wejścia w szczegóły publikacji, są trudne. Ogólnie badanie może pomóc w zrozumieniu mechanizmu przerzutów oraz otworzyć drogę do ulepszenia przedoperacyjnej chemioterapii. I rzeczywiście istnieje szansa, że neoadiuwantowa chemioterapia zwiększa szansę komórek rakowych na rozprzestrzenienie. Korzyści jednak są znacznie większe i byłoby wielką tragedią, gdyby nieodpowiedzialne (czy wręcz podle wyrachowane) powoływanie się na tę publikację odciągnęło choć jedną kobietę zmagającą się z rakiem piersi od tej metody leczenia. Nie tylko zwiększa ona szansę uniknięcia śmierci, ale również w pewnych przypadkach pozwala uniknąć mastektomii...

* * *

Badanie Use of Alternative Medicine for Cancer and Its Impact on Survival, opublikowane w Journal of the National Cancer Institute to czyste złoto. Smutne, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem materiał tak miażdżący w swojej prostocie i dosadności wobec altmedów.



Ten wykres prezentuje przeżywalność 280 pacjentów, u których w 2004 r. zdiagnozowano nowotwory piersi, prostaty, jelit i płuc, którzy ulegli oszustom obiecującym, że homeopatia, chiropraktyka, cieciorka wciskana w dziwne miejsca, strukturyzatory wody czy temu podobne pierdoły uratują ich. Ci ludzie zrezygnowali ze zweryfikowanych metodą naukową terapii na rzecz “altmedów”. Prezentuje również przeżywalność 559 pacjentów w analogicznej sytuacji, którzy poddali się chemioterapii, radioterapii czy zabiegom chirurgicznym.

W 2009 r.oku żyło 78.3% kontrolnych pacjentów oraz jedynie 54.7% tych, którzy poszli drogą altmedów. Najbardziej wstrząsająca różnica tyczyła się właśnie raka piersi, gdzie stosujący szarlatanerię byli aż pięciokrotnie bardziej narażeni na śmierć. Twórcy publikacji nie byli w stanie zidentyfikować, jakiego rodzaju alternatywne działania podejmowali ci pacjenci, ale nie ma to wielkiego znaczenia - z definicji alternatywna medycyna to taka, której skuteczności nie udowodniono i ta publikacja pokazuje to w bardzo dosadny sposób.

Co ciekawe autorzy twierdzą, że z szarlatańskich metod korzystali częściej pacjenci młodsi, zamożniejsi i - co szczególnie szokujące - lepiej wykształceni. Naciągacze spod bandery Big Placebo jak mantra mówią “to nie szkodzi”, ale widać jak na dłoni, że choć może nie zabijają dosłownie, to często odciągają cierpiących ludzi od sprawdzonych metod, które ratują życie.

Na koniec, by bardziej dosadnie pokazać w czym rzecz, prezentuję pierwszy wykres ponownie, w lekko “poprawionej” wersji:




Źródła:
Does chemotherapy cause cancer to spread?
Neuropa
Use of Alternative Medicine for Cancer and Its Impact on Survival
Alternative Medicine Kills Cancer Patients, Study Finds