Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 sierpnia 2021

Blue Origin szkaluje SpaceX

Jakiś czas temu Blue Origin puścił w socjalach grafikę porównującą loty w “kosmos” oferowane przez nich oraz te oferowane przez Virgin Galactic. Śmieszkowałem sobie z nich tutaj: [link w komentarzu]. Wówczas wiele osób zadawało pytanie - jak to się stało, że dział PR firmy Bezosa puścił takiego kasztana. Szczególnie w momencie, kiedy Branson w ostatniej chwili wyprzedził szefa Amazona w tym dość niedorzecznym wyścigu, wyglądało to jak wyjątkowo żenujące nie radzenie sobie z porażką.

Cóż, jeśli ktoś uznał to za wypadek przy pracy, to jest w błędzie. Bo Blue Origin tym razem kontynuuje ten styl, wyżalając się na SpaceX. W sumie niewiele tu nowego, ale wcześniej tą gorycz kierowano w zażaleniu/skardze na decyzję NASA o tym, że to firma Muska zapewni pojazd do HLS (Human Landing System), w ramach załogowego powrotu USA na srebrny glob. Czego tyczą się zarzuty? Głównie tego, że w przypadku Starshipa koniecznych będzie około 10 lotów by umieścić pojazd na orbicie a następnie go zatankować przed lotem na Księżyc no i wreszcie zapakować tam astronautów. W tym celu trzeba opracować nowe technologie, dokonać niebezpiecznych i precyzyjnych dokowań, transferu paliwa. A do tego w przypadku lądownika National Team (zespół, który konkurował ze SpaceX zanim upadł i sobie głupi ryj rozwalił, którego częścią jest Blue Origin) wysokość włazu nad powierzchnią Księżyca to dziewięć metrów a w Starshipie prawie czterdzieści. No i w ogóle lądownik zespołu w którym gra Bezos używa starych sprawdzonych rozwiązań. Cytując grafikę “system is entirely built on heritage systems and proven technologies that are flying today”. Chwalą się, że temat można ogarnąć trzema startami z Ziemi i po temacie.

Szczytem hipokryzji jest stwierdzenie, że system Muska, jeszcze nie przeprowadził testu orbitalnego... Wiecie kto jeszcze nie przeprowadził testu orbitalnego? Blue Origin, firma mająca dwa lata więcej niż SpaceX (które ma na koncie ponad setkę lotów orbitalnych). Wujek Bezos wspomina o rakiecie New Glenn, która nie powstała. Napędzanej silnikami, które nie działają. Podczas gdy SpaceX jest na progu orbitalnego testu kolejnej już generacji rakiet i ma na koncie tysiące ładunków na orbicie.

Pomijając powyższy komizm, najbardziej irytuje mnie ta pisanina o sprawdzonych technologiach. Wiecie do czego najlepiej nadawałby się wymyślony lądownik Bezosa? Do zatknięcia flagi na Księżycu. A nie o to ma chodzić w nowym programie kosmicznym. Cytuję: “Artemis is the name of NASA's program to return astronauts to the lunar surface. We are going forward to the Moon to stay.” Tu właśnie chodzi o nowe technologie. Tu chodzi o zrobienie czegoś, czego jeszcze nie zrobiono. Nie o ponowne wykorzystanie starych rozwiązań. Nie chodzi o odbębnienie trzech lotów rakietami, które wylądują na złomie po jednym locie.

Początek nowego rozdziału w eksploracji kosmosu można oglądać w Boca Chica, w Teksasie. Tempo jest tam absolutnie zawrotne. Niedawno pojawiła się pierwsza z trzech części wycieczki Tima Dodda (Everyday Astronaut) po placówce, którego oprowadził sam Musk. Postaram się przygotować podsumowanie po tym jak wszystkie trzy wylądują na YouTube + dodać do tego wszystkie aktualne informacje o zbliżającym się teście Boostera 4 i SN20, które mają polecieć razem jako pierwszy kompletny Starship.


Oryginał grafiki: https://www.blueorigin.com/blue-moon/national-team
List otwarty Bezosa do administratora NASA Billa Nelsona: https://www.blueorigin.com/news/open-letter-to-administrator-nelson
“Porównanie” BO z Virgin Galactic: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10159402308462277


czwartek, 1 kwietnia 2021

Impresje - "Marsjański kalendarz liturgiczny"

Podsyłacie mi różne rzeczy, ciekawostki, bulwersujące antynaukowe bzdury, niesamowite nagrania, czasem piosenki o siódmej planecie. Z racji na brak czasu mogę reagować i dzielić się tylko częścią tego wszystkiego. Ostatnio jednak dostałem strzałkę do publikacji z 2015 roku, która zrobiła na mnie takie wrażenie, że długo dochodziłem do siebie. Potem zobaczyłem, że idzie pierwszy kwietnia, a że nie lubię robić Was w balona, uznałem, że podzielę się wrażeniami z tego cuda.

Autora nie znam i nie jest moim celem nabijanie się z niego, raczej wesoły przegląd tego kuriozum, z krótką listą źródeł, w przypisach czasem powołującego się na Wall-E i Armageddon (nie biblijny, tylko ten Michaela Baya), kiedy indziej wyjaśniającego, że Błękitny Glob to poetyckie określenie Ziemi. Pracę można przeczytać na researchgate.net, pochodzi z “Ruch Biblijny i Liturgiczny” 68 (2015), które chyba jeszcze nie jest punktowanym pismem, ale nie zdziwi mnie jeśli pan Czarnek już planuje by to zmienić...

Zatroskany autor z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, pochylił się w nim nad wyzwaniami jakie będą stać przed twórcami kalendarza liturgicznego na Marsie. Podkreślił pilność sprawy wobec potencjalnej obecności ludzi na Marsie już w 2024 roku (co dla osób nie siedzących mocno w tematyce mogło brzmieć w miarę realnie, był to okres boomu na Mars One, gdzie ponad 200 000 osób zgłosiło chęć jednostronnego lotu na czerwoną planetę).

Otrzymujemy mocno skrócony/wybiórczy wstęp o mierzeniu czasu i historii kalendarza, następnie dowiadujemy się o trzech uroczystościach którym chce się przyjrzeć autor. Boże Narodzenie, związane z zimowym przesileniem (nie wspomina nic o Welesie i Mitraizmie). Wielkanoc, związana z równonocą wiosenną i cyklem księżycowym. Trzecim jest Zwiastowanie Pańskie, obchodzone dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem.

Później przechodzi do ciekawych rozważań na temat liczenia doby i roku marsjańskiego. Sol trwa 24 godziny i 37 minut. Zakładając pozostanie przy “ziemskich” minutach i sekundach, dodatkowe 37 minut można by doliczać pod koniec doby, ale byłoby to kłopotliwe gdyby na Marsie wprowadzić strefy czasowe. Alternatywnie można by dodawać półtorej minuty do każdej godziny. Rok czerwonej planety to 668,6 soli, czyli 687 dni. Jako że nie ma księżyca, miesiące należałoby wyznaczyć arbitralnie. Jedna z opcji to 24, 28-solowe (czterotygodniowe) miesiące. Dałoby to cztery nadliczbowe dni, co można by rozwiązać ucinając po jednym dniu na kwartał.

No i przechodzimy do problemów liturgicznych i kanonicznych. Ludzie błogosławieni są czczeni lokalnie, a świętych obejmuje kult globalny. Autor zatem podnosi kwestię, czy dodatkowa planeta nie powinna być traktowana jako diecezja czy może należy stworzyć dodatkowy level świętości - błogosławieni lokalni, planetarni i święci tacy których się święci na wszystkich planetach.

Co więcej czytamy następujące zdanie: “Czy męczennik marsjański ma być świętym, którego się czci także na Ziemi?” Tu wtrącę się z pomysłem, żeby nie męczyć nikogo na Marsie. Proponuję, żebyśmy ma Marsie nikogo nie męczyli, nie krzyżowali, nie kamienowali i w ogóle żebyśmy tam byli dla siebie mili.

Swoje propozycje autor jednak zaczyna przedstawiać wobec trzech wspomnianych świąt. I tak Boże Narodzenie to nie problem, bo na Marsie przesilenie też jest raz na (marsjański) rok, trzeba by tylko ustalić, czy tam również wiodąca ma być półkula północna czy na przykład ta na której wylądują pierwsi osadnicy. Wielkanoc też bez problemu bo równonoc wiosenna też występuje, Pełnia jest tam co chwilę, czy to na jednym czy drugim księżycu. No i wreszcie dochodzimy do Zwiastowania. To pierwsze święto z którym jest problem gdyż “nie wiadomo jaka długa będzie ciąża na Marsie” a nawet “nie wiadomo, czy w ogóle będzie możliwa; czy sąsiedztwo tak dużego Księżyca jak ziemski nie jest konieczne do synchronizacji działania organizmu ludzkiego”. Nie neguję, że ciąża na Marsie może wiązać się z masą problemów i istotnie być niemożliwa. Śmiem jednak twierdzić, że problemem nie będzie akurat brak Księżyca ani, że odmienne warunki mogą wpływać znacząco na tempo rozwoju płodu. Kusi też zastanowić się ile trwa ciąża z niepokalanego poczęcia...

I to w zasadzie tyle… W sumie jestem zaskoczony, że praca, która miała zwracać uwagę, że kalendarz liturgiczny na Marsie miał być wielkim problemem rozprawia się z tymże na kilku stronach. Następnie autor stwierdza, że w sumie katolicy by sobie poradzili, ale już prawosławni byliby w straszliwym klopsie. Na końcu autor wyraża zaniepokojenie, że konferencje naukowe skupiają się tylko na aspektach technicznych, a nie na religijnych. Z całością zapoznać możecie się tutaj.

Także ten… Przy okazji powiem, że sam bardzo lubię International Fixed Calendar, czyli zaproponowany w 1902 kalendarz o trzynastu miesiącach liczących po 28 dni z jednym bonusowym dniem na końcu roku. To kalendarz, w którym każdy miesiąc zaczyna się w poniedziałek i każda data na stałe powiązana jest z dniem tygodnia. Fajny koncept, szkoda, że nigdy się nie przyjął. A jakikolwiek kalendarz będzie obowiązywał na Marsie, chętnie zobaczę jak się sprawdza.


czwartek, 8 lutego 2018

100 milionów pączków

Smacznego!




Do szacunków założyłem 70g i 300kcal na pączka.

Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Niespodziewanie niezwykłe nietoperze

“Niespodziewanie niezwykłe nietoperze”, czyli jak napisałem trochę tekstu, żeby nie było, że to notka z gifami nietoperzy. Zapraszam do zapoznania się z kilkoma ciekawostkami tyczącymi się tych stworzonek pomiędzy podziwianiem ruchomych obrazków z ich udziałem.

Skrzydła wyewoluowały na naszej planecie niezależnie wiele razy. Każdorazowo metoda jest podobna - duża powierzchnia służąca do wtłaczania powietrza w dół (lub w innym kierunku) by poruszać się lub zawisnąć w powietrzu (jak się przekonałem termin lewitacja zarezerwowany jest tylko dla technologii, parapsychologii i chrześcijaństwa).
Realizacja jednak wygląda różnie. W przypadku owadów mamy elastyczną ale pozbawioną przegubów błonę. Powierzchnię nośną u ptaków zapewniają pióra przymocowane do przedramion. U pterozaurów była to błona rozpięta między nogami a ramieniem i jednym wydłużonym palcem. W przypadku nietoperzy błona stanowiąca skrzydła jest rozpięta między czterema wydłużonymi palcami. To co wyróżnia nietoperze to stosunkowo duża masa skrzydeł i ich mobilność. Manipulując palcami, mogą niezwykle zwinnie zmieniać kształt skrzydeł i manewrować lepiej niż większość ptaków. Dzięki mięśniom i kościom w skrzydłach mogą zmieniać położenie swojego środka masy, co z kolei pozwala im na ikoniczne “lądowanie” do góry nogami. Niedawne badania wykazały, że dzięki odpowiedniemu poderwaniu jednego skrzydła potrafią podlecieć w pożądane miejsce głową do przodu i w ostatniej chwili obrócić się tak by zawisnąć na nóżkach.

 Do niedawna sądzono, że nie wszystkie nietoperze używają echolokacji. Konkretnie - panowało przekonanie, że większość rudawkowatych, zwanych dumnie “nietoperzami Starego Świata” utraciło zdolność obrazowania otoczenia za pomocą dźwięków. Jednakże badania z 2014 roku wykazały, że wszystkie one korzystają z ultradźwiękowych kliknięć. W ciemnościach jednakże nawigowały one znacznie gorzej niż mniejsi kuzyni z Nowego Świata. Bodaj najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, że naukowcy nie do końca rozumieją jak powstają te kliknięcia. Wiedzą jedynie, że zwierzęta emitują je skrzydłami a nie pyszczkami. W tym celu znieczulali ich języki i mordki. Kliknięcia znikały jedynie, gdy interweniowali w ruch ich skrzydeł. Co więcej, niektóre z badanych gatunków regulowały częstość kliknięć, która zwiększała się nawet pięciokrotnie w ciemnym tunelu.

Przejdźmy teraz do nietoperzy, które do echolokacji używają aparatu głosu. Okazuje się, że niektóre gatunki są w tym takimi mistrzami, że potrafią zmieniać swoje “pole widzenia” (czyli może raczej “pole słyszenia”). Eksperymenty z różnymi torami przeszkód i sieciami mikrofonów kierunkowych wykazały, że rudawce nilowe, nawigując w egipskich ciemnościach potrafią “regulować” swój sonar. W otoczeniu pełnym przeszkód nietoperze “klikały” w obszar trzykrotnie większy, niż w przypadku gdy latały w pustej przestrzeni.

Oczywiście to jeszcze nie koniec niezwykłych faktów o nietoperzach. Jak się okazuje, krótkonoski sfinksowe, to małe świntuszki. To jedyny gatunek zwierzęcia poza naczelnymi, który w ramach kopulacji stosuje seks oralny. Drobiazgowe badania wykazały, że każda sekunda miłości oralnej ze strony samicy przekładała się na sześć dodatkowych sekund kopulacji. Naukowcy sądzą, że może to zwiększać szanse na zapłodnienie. Niektórzy sugerują, że być może zabieg chroni przed chorobami wenerycznymi. Czy wspominałem, że wszystkie te ekscesy odbywają się do góry nogami? No właśnie. A Was, rozczarowanych brakiem sprośnego gifa, odsyłam tutaj.

Oczywiście to nie koniec niezwykłych faktów o nietoperzach. Liczą one ponad 1200 znanych gatunków, czyli około 25% wszystkich gatunków ssaków. Są bliżej spokrewnione z człowiekiem niż z myszą. Nietoperzowe mamy mogą latać z maleństwem uczepionym brzuszka (a mówiąc wprost - cycka). W tym okresie też codziennie mogą zjeść więcej niż same ważą. Ślina nietoperzy-wampirów stosowana jest w leczeniu chorych na serce ofiar udaru mózgu. Nietoperzowe kupy na dnie jaskiń są podstawą całych ekosystemów. No i jeszcze jedno. Nietoperze potrafią pływać.


Źródełka i więcej ciekawostek:
http://www.sciencedaily.com/releases/2015/11/151116152210.htm
https://www.sciencedaily.com/releases/2014/12/141204140735.htm
https://www.sciencedaily.com/releases/2011/09/110913172625.htm
http://www.livescience.com/9754-surprising-sex-behavior-bats.html
http://www.batrescue.org/batfacts/batfacts.html
http://facts.randomhistory.com/bat-facts.html
http://www.sciencekids.co.nz/sciencefacts/animals/bat.html


czwartek, 5 listopada 2015

Badass Bill

W niedzielę miała miejsce premiera dokumentu Explorer: Bill Nye’s Global Meltdown. Program omawia zmiany klimatyczne z perspektywy Billa, przechodzącego “pięć stadiów żałoby” (zaprzeczenie, gniew, targowanie, depresja, akceptacja) związanej ze zmianami klimatycznymi. Prowadzący odwiedza swojego terapeutę doktora Schwarzeneggera, omawia sytuację klimatyczną, polityczną oraz rokowania na przyszłość.

To całkiem niezły program. Miłym akcentem jest występ Arnolda - jest on republikańskim politykiem, a mimo to nie jest antynaukowym denialistą klimatycznym (oraz nie nienawidzi gejów). Ta krótka notka ma być jednak o czymś innym. W dokumencie pojawił się taki kadr:



Internet szybko go pokochał i postanowił doprawić na różne sposoby. Oto kilka z nich:






Źródła:
http://dotearth.blogs.nytimes.com/2015/10/31/now-its-bill-nye-with-climate-change-denial-and-arnold-schwarzenegger-to-the-rescue/
http://imgur.com/gallery/5YYihem
http://imgur.com/gallery/pqDBVe0
http://imgur.com/gallery/ogIx8iX
http://imgur.com/gallery/KGfdrbJ
http://imgur.com/gallery/ZHCte1l
http://imgur.com/gallery/DQnx3iP
 http://imgur.com/gallery/169zsdq


poniedziałek, 12 października 2015

Zjadłem Skorpiona z Trinidadu

Z reguły nasz pokarm broni się przed zjedzeniem zanim trafi do naszych ust. Zwierzątka uciekają lub stawiają aktywny opór, rośliny wykształcają kolce, wabią drapieżniki zjadajace roślinożerców itd. Skorpion z Trinidadu przystępuje do ataku dopiero po tym jak go schrupiemy. Ta mała, czerwona, brzydka i niepozorna franca jest obecnie drugą*, najostrzejszą papryczką na świecie. Rekordzistą z 2013 roku jest Żniwiarz z Karoliny. Przyznam, że nigdy nie sprawdzałem gdzie można dostać takie rarytasy, ale ostatnia edycja Najedzeni Fest! podsunęła mi je pod sam nos. Wiedziałem, że dla dobra nauki muszę wkroczyć do akcji.

Zanim napiszę o tym jak Węglowy Szowinista i jego koledzy przeprowadzili eksperyment, kilka słów teorii. Miarą ostrości papryk jest Skala Scoville’a (SHU). Nie jest ona w pełni precyzyjna, ale nic w tym dziwnego, bo dwa owoce z tego samego krzaczka mogą się różnić ostrością. Kiedyś pomiar ostrości wykonywali eksperci próbujący ekstraktu papryki rozcieńczonego w roztworze wody z cukrem. SHU 5 000 oznacza, że dopiero rozcieńczenie ekstraktu w stosunku 1:5000 sprawiało, że ostrość nie była odczuwalna.

Dziś dokonuje się laboratoryjnych pomiarów zawartości kapsaicyny w wysuszonej papryczce. To wciąż nie daje idealnie miarodajnych wyników, gdyż tłuszcze wiążą kapsaicynę, a poza tym istnieją inne substancje nadające ostry smak - np. izotiocyjanian allilu, znany z chrzanu, musztardy i wasabi. Dlatego choć czysta kapsaicyna to 16 000 000 SHU, da się osiągnąć wyższe wyniki.

Chyba każdy kojarzy papryczki Jalapeno. Uchodzą za ostre i osiągają od kilku do 20 000 SHU. Piri piri oraz Habanero prawdopodobnie znają raczej głównie fani pikantnej kuchni. Papryczki te osiągają odpowiednio około 100 000 i 250 000 SHU. Jak do tego ma się Skorpion z Trynidadu? Jego średnia moc to 1 200 000 SHU. Żniwiarz z Karoliny osiąga średnio 1 500 000 SHU. Generalnie, jeśli komuś mało, to następnym krokiem jest aplikowanie sobie do ust gazu pieprzowego.

Liczby liczbami, ale jak to jest zjeść Skorpiona? Wiedziałem, że w tym celu potrzebna będzie drużyna: najlepiej ktoś bardziej zaprawiony w boju z ostrym jedzeniem, ktoś mniej oswojony z kapsaicyną oraz, jako że bezpieczeństwo jest najważniejsze, ktoś komu zabraknie jaj by zjeść z nami ten piekielny pomiot. Tym samym do Węglowego dołączyli odpowiednio: Precyzyjny Paweł, Metodyczny Maciek i Sceptyczny Szymon. Uzbrojeni w zamiłowanie do nauki, zmrożoną wódkę, lody, numer na pogotowie i świadomość co mamy zjeść, zasiedliśmy do stołu.

Skorpion jest dość brzydki, kształt sugeruje jakieś dalekie pokrewieństwo z papryfiutkami (capsicum annum var. annum), ale nie mogę tego potwierdzić. Skorpion nie smakuje dobrze, niesmak pozostał mi w ustach na długo, ale był to najmniejszy z moich problemów. Skorpiona niestosownie też nazywać “ostrym” czy “pikantnym”. Skorpion jest jak czarna dziura wysysająca szczęście i wolę życia. Działa z opóźnieniem, więc można go spokojnie schrupać i przełknąć drobne pesteczki, dopiero po kilku sekundach temperatura wzrasta. “Ostro” jest tylko przez chwilę, później ten drobny owoc rzuca nas na dno ciemnej otchłani, gdzie nie ma nadziei, jest tylko ból i rozpacz. To dlatego wpierw przychodzą łzy, bezwiednie spływające z oczu.

Nie mogłem odpowiedzieć Sceptycznemu Szymonowi jak się czuję, bo dopadła mnie intensywna czkawka. Metodyczny Maciek był zbyt zajęty obfitym wydzielaniem śliny i patrzeniem na mnie z wymownym wyrzutem, że go do tego namówiłem. Precyzyjny Paweł, bordowy i zapłakany trzymał flagę. Powiedział “rzeczywiście ostra” i wytrzeszczył oczy. Kolejny objaw pewnie bym przemilczał i uznał za zbieg okoliczności, ale jako że dotknął dwóch dzielnych naukowców zostanie opisany. Drętwienie lewej dłoni. Nie wiemy jeszcze jak kapsaicyna powędrowała do lewej kończyny górnej, ani czemu nie do prawej, ale Szowiniście i Maćkowi zdrętwiały lewe dłonie. Były też dreszcze, brak czucia w języku i trzęsące się dłonie. Kilka minut później duch odkrywców ustąpił pola desperacji. Nie udało się nam sprawdzić w sensowny sposób czy lepiej działają lody, czy wódka. Wiemy tylko, że jedno z nich lub oba przynoszą częściowe ukojenie.

Wycieczka po wulkanie skończyła się po kilkunastu minutach. Nastroje były różne, jedna osoba wyglądała na pokonaną, druga na trochę niewzruszoną, u mnie dominowało chyba poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Była też satysfakcja, że obyło się bez ofiar, ani pewnych skutków ubocznych, które uwiecznili w internecie inni śmiałkowie (szukajcie na własne ryzyko). Metodyczny Maciek i Precyzyjny Paweł wspomnieli o pobudzeniu (to akurat potwierdzają też internauci, mówiąc czasem o euforii), trudności z usiedzeniem na miejscu, chęcią “wyładowania napięcia”. Widać kapsaicyna przegrała z moim wrodzonym flegmatyzmem, bo nic takiego nie poczułem.

Skorpion nas nie pokonał, tylko zahartował. Jest to kawał niesmacznej papryczki i jeszcze przez kilka godzin po tym jak minęło nieznośne palenie, odczuwałem nieprzyjemny smak w ustach. Były też inne efekty Skorpiona, o których z grzeczności nie napiszę, a jestem pewien, że sami się ich domyślicie. Nie polecam spożywania tej abominacji nikomu. Zjedliśmy ją, żebyście Wy nie musieli.


* Przygotowując tę notkę dowiedziałem się, że w 2015 Skorpion spadł na trzecie miejsce. Żniwiarza z Karoliny zastąpił HP56 Szczep Śmierci. Na skali sięga około trzech milionów, więc jest zdecydowanie ostrzejszy.


sobota, 26 lipca 2014

Seks, gekony i nieważkość

Rzadko trafia się okazja na taki tytuł notki. Tydzień temu Rosjanie wynieśli na orbitę satelitę Foton-M4. Poza różnymi nudziarskimi eksperymentami jak na przykład hodowla czystych kryształów dla zaawansowanych półprzewodników, na ten lot zaplanowano znacznie pikantniejsze badania. W kosmos poleciała ekipa pięciu gekonautów. Gekony (nie mylić z geekami) były najgorętszym eksperymentem na pokładzie.

Cztery samiczki w towarzystwie jednego samca miały pokazać naukowcom, jak to robią w zerowej grawitacji. W 2007 Foton-M3 poleciał w kosmos z różnymi zwierzątkami, wśród szczęśliwców znalazły się ślimaki i mongolskie myszoskoczki. Rezultaty były rozczarowujące, myszoskoczki w środowisku mikrograwitacji poruszały się chaotycznie. Nie zniechęceni tymi wynikami Rosjanie postawili na gekony i załogę czwartej misji Foton stanowi pięć dzielnych gekonów.

Tydzień po starcie Roskosmos ma dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że łączność Ziemi z Foton-M4 została utracona. Pojazd miał wrócić na Ziemię po 60 dniach, ale chwilowo się na to nie zapowiada. Perspektywy gekonautów są ponure (choć pewnie można by polemizować).

Dobra wiadomość jest taka, że łączność w kierunku Ziemi działa i ludzie w białych fartuchach w kontroli lotów otrzymują nieprzerwany strumień zwierzęcego porno. Zdjęcie wyżej nie jest częścią nagrania, ale prasa mówi, że zwierzaki nie marnują czasu. Choć casus latającego, rosyjskiego, kosmicznego „kopulodromu” jest dość szeroko opisywany przez prasę, nagrań seksu gekonów w nieważkości nie opublikowano. Zapewne trzeba będzie poczekać na zatwierdzenie naukowych publikacji.

Z ostatniej chwili (27-07-2014): Rosjanie odzyskali kontrolę nad satelitą: Russia Regains Control of Gecko Zero-G Sex Satellite.


Źródła (niektóre nagłówki bezcenne):
Russia Has Lost Control Of a Sex Satellite Filled With Geckos
A Russian Lizard Sex Satellite Is Out of Control in Orbit
Satellite full of sexually experimental geckos adrift in space
Sex Geckos Circle The Earth In Out-Of-Control Russian Satellite
Lust in space: Russians lose control of gecko sex satellite
Russians baffled as gecko sex satellite is lost in space


poniedziałek, 9 września 2013

Sześć newsów, które przeczytacie w tym kwartale

The National – Exile Vilify


Ten wpis potraktujcie pół-żartem. Nie jest moim celem negować prawdziwe przełomy technologiczne (nawet jeśli w dłuższej perspektywie posłużą w zupełnie innych celach), ani odkrycia medyczne (nawet jeśli „tylko” zwiększą nasze zrozumienie biologii). To raczej przegląd „ogranych” nagłówków i hurraoptymizmu, który czasem udziela się również i mnie.


1. Voyager opuścił Układ Słoneczny
Bodaj najlepszym podsumowaniem tych wszystkich newsów jest ten strip XKCD. Czasem można by pomyśleć, że Voyager co rusz się wraca i znów opuszcza nasz układ. Śmieszniejsze jednak jest to, że sami astronomowie są gotowi kłócić się o to czy Voyager już opuścił Układ Słoneczny czy też nie. Był szok końcowy (termination shock), była heliopauza, miała być jeszcze „końcowa fala uderzeniowa” (bow shock), ale jednak nie było… Spokojnie jeszcze kilka takich umownych granic Układu Słonecznego można znaleźć. Sam Obłok Oorta rozciąga się do jakichś 50 000AU (potencjalnie), co sprawia, że 125 AU Voyagera wygląda śmiesznie. A w końcu obłok ten stanowią śmieciuchy związane grawitacyjnie ze Słoneczkiem. Na mój nos zdecydowanie należy to zaliczyć do Układu Słonecznego. Tak więc materiał na kłótnie i wieści o opuszczeniu mamy jeszcze na jakieś czternaście tysięcy dwieście osiemdziesiąt sześć lat. Licząc na okrągło.

2. Mamy lek na raka!
O tym można gdzieniegdzie przeczytać co najmniej raz w tygodniu. Czasem trafiają się spiskowe teorie, jak powracająca regularnie informacja o kwasie dichlorooctowym, rzekomo leczącym raka (nie precyzując o jakich nowotworach jest mowa). Czy to wszystko bzdury? Nie. Po prostu jest szereg rodzajów nowotworów i szereg metod radzenia sobie z nim. Istniejących i takich nad którymi pracujemy. Szczepionki, terapie genowe, usuwanie, zabijanie, wypalanie, napromieniowywanie, trucie… Rzeczywiście niektóre z nich mogą działać na całą gamę chorób nowotworowych. Jednak stwierdzenie „lek na raka” jest tak ogólne, że równie chętnie opisuje się nim wiadomość o udanej drugiej fazie testów klinicznych, jak i o „niezłej prognozie” po eksperymentach na komórkach w próbówce.

3. Wodór paliwem przyszłości
Nie ulega wątpliwości, że wodór jest zachęcającym paliwem. To najprostszy z pierwiastków i ma najlepszy stosunek energii do masy, ma niską temperaturę zapłonu, wystarczy mała iskierka by wywołać zapłon, przy spalaniu emituje większe ilości ciepła niż konwencjonalne paliwa, no i nie towarzyszy mu emisja CO2. Dlatego nie dziwią starania ludzi na całym świecie by opracować nowe technologie pozyskiwania H2. I tak co rusz media popularnonaukowe krzyczą o „przełomie” i świcie czystej energii, bo ktoś poprawił wydajność elektrolizy wody o pół procenta, lub zmodyfikował genetycznie roślinkę tak by można było z niej pozyskiwać wodór. W dzisiejszych czasach naprawdę trudno o przełom. Obecnie ku odnawialnym źródłom energii w podobnym stopniu popychają nas postępy technologiczne, co rosnące ceny paliw kopalnych i świadomość ich szkodliwości. Żeby nie było zbyt prosto – wodór jest świetny w rakiecie wynoszącej ładunek na orbitę, ale jego magazynowanie i transport nie są łatwe, a wysoka temperatura spalania może być kłopotliwa.

4. Opracowano kwantowy komputer/Internet
Jak tylko możemy w newsie użyć słowa „kwantowy” to już jesteśmy zadowoleni. Może nie rozumiemy o co chodzi, ale co z tego skoro czytelnik też nie będzie miał pojęcia. Nie bez powodu Richard Feynman powiedział „mogę bezpiecznie stwierdzić, iż nikt nie rozumie mechaniki kwantowej”. Chwytliwy termin coraz częściej wskakuje w nagłówki, czasem na próżno można szukać w treści wyjaśnienia co tak naprawdę za nim stoi i czemu opanowanie jakiegoś kwantowego efektu ma dać nam „kwantowy Internet”. Z komputerami sytuacja jest jeszcze zabawniejsza, bo maszyny takie mogą (będą mogły) dokonywać obliczeń będących poza zasięgiem klasycznych komputerów i jest na nie wyraźne zapotrzebowanie. Firma D-Wave reklamuje się jako producent pierwszego komercyjnego komputera kwantowego i obecnie w jej ofercie znajdują się maszyny operujące na 512 kubitach. Istnieją jednak kontrowersje co do tego, czy można je nazwać kwantowymi. Najzabawniejszą opinię w tym temacie wygłosili eksperci z Uniwersytetu Południowej Kalifornii stwierdzając, że „D-Wave rzeczywiście jest kwantowym komputerem, może.”

5. Odkryto źródło młodości
Co rusz ktoś obiecuje przełom. Kontrola telomerów, picie wina, zmiana dwóch genów, mniej żreć, więcej żreć, żreć tyle samo ale nie to samo… Jednokomórkowiec żyjący czterdzieści godzin zamiast dwudziestu, mysz nie zdradzała objawów starości zanim zdechła… Trudno o jednolitą definicję „starości”, ale jest to szereg, różnych procesów i objawów. Resztę znacie z punktu drugiego.

6. Przełom w dziedzinie ogniw słonecznych
A to odpowiednik punktu trzeciego. Możecie być pewni, że niedługo przeczytacie o kolejnej rewolucji i zapowiedzi świata zasilanego słońcem. Należy się spodziewać jednego z dwóch wariantów. Wariant pierwszy - osiągnięta zostanie jeszcze lepsza wydajność, więcej fotonów widzialnego światła zostanie przemienionych w użyteczną energię, lub nowa technologia umożliwi konwersję większego spektrum światła. Wariant drugi – nowa technologia pozwoli na tańszą i szybszą produkcję, bo krzem będzie można zastąpić sepulkami. Podobnie jak w przypadku paliwa wodorowego, obietnice przełomu najczęściej będą na wyrost. Koszt energii słonecznej spada równie konsekwentnie jak wzrasta koszt energii pochodzącej z paliw kopalnych i gdzieniegdzie te dwa wykresy już się przecięły.

Jak sądzicie, czy coś mi umknęło w tym zestawieniu?