niedziela, 22 lutego 2015

Jarosyt - wróg chemii organicznej

Odkrycie opublikowane w czasopiśmie Astrobiology w pewnym stopniu wpłynie na wiarygodność danych z łazika Curiosity i wymusi zmiany w projektach instrumentów jakie pojawią się na kolejnych łazikach. Jak się okazało jarosyt, minerał dość powszechny na Ziemi i w 2004 odkryty również na Marsie, niszczy związki organiczne podczas szybkiego ogrzewania.

Instrument SAM, czyli Sample Analysis at Mars bada próbki podgrzewając je szybko do temperatury 1000’C i badając skład. W ten sposób łazik miał szukać chemii organicznej na czerwonej planecie. Opublikowane właśnie badania wykazały, że podczas takiej analizy, jeśli w próbce obecny jest jarosyt i składniki organiczne, nie zostaną one wykryte przez SAM. Minerał rozpada się na dwutlenek siarki oraz tlen, który w tak wysokiej temperaturze niszczy związki organiczne. Rok temu podobne wnioski wyciągnięto względem mineralnych nadchloranów.

Czy to znaczy, że należy przekreślić dotychczasowe wyniki łazika? Oczywiście nie. SAM to nie jedyny instrument. Nie można też uważać, że w każdej próbce był jarosyt. Jednak jak na złość minerał ten występuje właśnie w miejscach, które uznaje się za przyjazne życiu.

Naukowcy zaczęli już myśleć, jak kompensować wpływ tych minerałów na działanie instrumentów Curiosity. Ciekawe czy wystarczy czasu, by wprowadzić istotne zmiany w podobnym do SAM przyrządzie, który ESA planuje umieścić w europejskim łaziku ExoMars, którego start jest planowany na 2018.


Źródła:
Science Daily



wtorek, 17 lutego 2015

Gdyby Księżyc był czarną dziurą


Co by było gdyby nasz Księżyc stał się czarną dziurą? Popkultura straszy czarnymi dziurami jako źródłami absolutnego zniszczenia albo kusi nimi jako potencjalnymi portalami do odległych zakamarków (tego lub innego) wszechświata. Rzeczywistość jest mniej spektakularna…

Po pierwsze, żeby się przekonać jak to jest mieć czarną dziurę na orbicie planety trzeba zgnieść ważącą 73 477 000 000 000 000 000 000 kilogramów (73 tryliardy kilogramów) kulę do punktu o średnicy ludzkiego włosa*. Wtedy jest już z górki, grawitacja przejmuje pałeczkę i Księżyc zapada się w nieskończenie mały punkt o nieskończenie wielkiej gęstości. Jego masa jednakże nie ulega zmianie, co za tym idzie… niewiele zmienia się dla Ziemi i życia na naszej planecie. A przynajmniej mniej niż można by się spodziewać.

Księżyc odgrywa istotną rolę w stabilizacji orbity i klimatu naszej planety. Zgromadzenie całej jego masy w jednym punkcie w tym kontekście jest niezauważalne. Wciąż raz na 29 dni, 12 godzin, 44 minuty i 2,8 sekundy będzie znajdował się w tym samym punkcie na naszym niebie względem Słońca, nawet jeśli będzie niewidoczny. Co za tym idzie, nie zmieniają się cykle przypływów i odpływów.

Entuzjaści astronomii mogą wiedzieć, że źródła silnego promieniowania rentgenowskiego są kojarzone z czarnymi dziurami. Jednym z zarzutów wobec Interstellar jest fakt, że o ile planety mogłyby orbitować wokół czarnych dziur, życie na nich byłoby niemożliwe. Haczyk w tym, że to nie same czarne dziury są źródłem groźnego promieniowania, ale materia która spadając na nie po spirali tworzy dyski pyłu i gazu. Prędkość i tarcie rozgrzewa je do tego stopnia, że emitują one energię w postaci promieniowania o szerokim spektrum, to znaczy od fal radiowych, przez światło widzialne aż po promieniowanie rentgenowskie, które niszczy DNA biosfery na powierzchni planety. O ile czarne dziury są niewidoczne, tak to co na nie spada powinno być bardzo widoczne. Chyba, że mamy do czynienia z czarną dziurą o masie Księżyca…

Słońce jest sto milionów razy cięższe od Księżyca a to i tak pięć razy mniej niż najlżejsze gwiazdy, które kończą swój żywot jako czarne dziury. Słońce za jakieś pięć miliardów lat stanie się białym karłem - bardzo gęstym i jasnym obiektem wielkości planety. Czy Księżyc zmiażdżony do postaci czarnej dziury stanowiłby podobne zagrożenie dla Ziemi? Raczej nie. Na Ziemię co rok spada około 40 000 ton kosmicznego pyłu i asteroid (większość spala się w atmosferze). Ziemia jest jednak 81 razy cięższa od swojego satelity i można się spodziewać, że Księżyc w tej czy innej formie ściąga na siebie najwyżej trochę ponad 1% tej masy. Czyli około 400 ton rocznie. Nie należy się spodziewać, że nawet po latach byłoby to wystarczająco na okazały i groźny dysk akrecyjny.

Jeśli idzie o widok z Ziemi, najlepsze na co można by liczyć to delikatna smużka (mniejsza niż “normalny” Księżyc na naszym niebie) pyłu nieodróżnialna od najlichszej chmurki. Żadnego czarnego cienia na nocnym niebie, żadnego rozjarzonego dysku. Nawet efekty soczewkowania grawitacyjnego - zaginanie promieni gwiazd za czarną dziurą, tak pięknie oddane na grafice powyżej, byłyby zupełnie niezauważalne przy tak lekkiej czarnej dziurze.

Dobrze, czy zatem nie byłoby żadnych zagrożeń? Żadnej niszczycielskiej siły? Nie na powierzchni Ziemi. Jednakże tam gdzie kiedyś był srebrny glob, asteroidy pękałyby pod wpływem grawitacji czarnej dziury. Tak jak kometa Shoemaker-Levy rozpadła się w 1994 roku gdy zbliżyła się za bardzo do Jowisza, tak większość asteroid rozpadałaby się gdyby zbliżyły się nadmiernie do niewidocznej czarnej dziury i przynajmniej w części ich pozostałości zasilałyby dysk akrecyjny. Księżyc upchnięty do pojedynczego punktu byłby niedostrzegalny, ale równie groźny byłby dla naszych sond i pojazdów kosmicznych.

Skoro ta czarna dziura jest tak mała, to czy wyparowałaby błyskawicznie, tak jak pisał o tym Stephen Hawking w swojej książce? Nie. Promieniowanie Hawkinga, które tyczy się wszystkich obiektów tego typu, potrzebowałoby miliardów miliardów miliardów miliardów miliardów lat by rozprawić się z tak malutką czarną dziurą. Wyobraźcie sobie ile to trwa dla prawdziwych, gigantycznych czarnych dziur, skoro dwa razy większa masa oznacza osiem razy dłuższy czas “parowania”.

Rozczarowani? Na “pocieszenie” powiem, że mimo wszystko brak Srebrnego Globu na niebie pomieszałby jednak trochę na naszej planecie. Głównie w świecie zwierząt. Jak się okazuje pełnia to czas dzikiego seksu wśród koralowców. Bez tego światła mogą mniej chętnie uwalniać jajeczka i nasienie. Borsuki natomiast onieśmiela pełnia, więc bezksiężycowe noce mogłyby zaowocować większą populacją tych zwierzątek. Księżyc pełni mniejszą lub większą rolę u wielu gatunków zwierząt, od wpływu na poziom hormonów u myszy po nawigację ciem.


Zdjęcie: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Starry_Night_at_La_Silla.jpg

* - by Ziemia zapadła się i zmieniła w czarną dziurę trzeba by ją zmiażdżyć do rozmiaru mrówki. W przypadku Słońca wystarczyłoby “zaledwie” zmniejszyć je do rozmiaru kuli o średnicy trzech kilometrów.

AKTUALIZACJA: Jak się okazuje xkcd też zrobił wpis na ten temat. Zwrócił on uwagę, że taka czarna dziura będzie absorbować więcej promieniowania z kosmicznego tła, niż emitować przez promieniowanie Hawkinga. Nie podał liczb, ale księżycowa czarna dziura miałaby temperaturę 1,474 Kelwina, podczas gdy promieniowanie tła ma temperaturę 2,725 K. Co za tym idzie mój niepoważnie długi czas parowania takiej czarnej dziury może być zaniżony o kilka rzędów wielkości. Po drugie wspomina on o drobnym wpływie Księżyca na temperaturę planety, jest on jednakże niemal pomijalny.

AKTUALIZACJA 2: Słusznie zwrócono mi uwagę, że trochę zagalopowałem się z tym dyskiem pyłu. Mechanizm przechwytywania pyłu i asteroid przez Ziemię jest dość prosty - znajduje się ona na jego drodze. W przypadku "księżycowej dziury" prawdopodobnie zmieniała by ona jedynie tor lotu i kruszyła asteroidy przechodzące szczególnie blisko. Innymi słowy poza funkcją młynka do mielenia, nie powinniśmy liczyć choćby na lichy obłoczek pyłu. Tym bardziej trzeba by bardzo dokładnie kalkulować trajektorie sond i innych pojazdów kosmicznych by uwzględnić niewidoczne źródło grawitacji.


poniedziałek, 9 lutego 2015

Astronomia ekstremalna

Krótkie info - trudności natury sprzętowej mocno przeszkadzają mi w aktualizacji bloga. Ale nie zniechęcajcie się - już niedługo będzie więcej i lepiej. Na otarcie łez - kolejna notka z animowanym gifem.

Jeśli pamiętacie moje poprzednie teksty, to wiecie, że większość egzoplanet odkrywamy i badamy pośrednio - obserwując zmiany w natężeniu światła pochodzącego od gwiazdy, jej przesunięcia dopplerowskie i temu podobne. Tylko kilka największych i najbardziej oddalonych od swoich gwiazd udało się zaobserwować bezpośrednio. Teraz astronomowie chcą to zmienić.

Planety znikają w oślepiającym blasku gwiazd, które są od nich jakieś 10 miliardów razy jaśniejsze. Rozwiązanie wydaje się banalne - zasłonić gwiazdę nieprzejrzystym krążkiem, tak by docierało do nas jedynie światło odbite od planet. W praktyce jednak nie jest to tak proste…


Kształt, odległość i precyzja

Okulter (occulter, od occult - zakryć) w kształcie koła byłby bezużyteczny, gdyż światło ulegałoby dyfrakcji na krawędziach. Jest jednakże na to metoda. Geniusz optyczno-fizyczno- matematyczny astronomów pozwolił na opracowanie kształtu, który wytłumi fale świetlne tak, by umożliwić obserwacje odległych planet.

Jest kilka projektów okulterów (m.in. dla misji THEIA i New Worlds), których rozmiar waha się od 40 do 50 metrów. Kształt wykonany z precyzją co do milimetra ma znaleźć się od 35 tysięcy do 55 tysięcy kilometrów od teleskopu (zależności od tego jakiej długości fale świetlne mają być obserwowane). Okulter musi być upozycjonowany względem teleskopu z dokładnością rzędu kilkudziesięciu centymetrów.


Co zobaczymy

Kiedy już uda się osiągnąć te wszystkie niedorzecznie precyzyjne wymogi, ujrzymy obce planety. Czy będą wyglądać tak jak na obrazkach wyżej? Nie. Będzie to raczej coś bliższego symulacji obok. Żółtawe światło to pył, który znajduje się wokół każdej gwiazdy. Niebieska ciapka to podobna do Ziemi planeta.

Tyle zachodu dla rozmytej plamki? Warto przypomnieć ile astronomowie są w stanie wywnioskować z pojedynczej plamki będącej gwiazdą - orbity planet, ich rozmiary, masy, gęstości… w kilku przypadkach udało się nawet dokonać analizy spektralnej.

Obserwując przez dłuższy czas planety ujawnione dzięki okulterowi, naukowcy będą w stanie powiedzieć bardzo dużo. Poniżej jeszcze jedna symulacja, która pokazuje w jakim stopniu moglibyśmy przybliżyć charakterystykę powierzchni obcej planety.


Jak widać moglibyśmy dostrzec, z pewnym prawdopodobieństwem, że na planecie jest więcej niż jeden kontynent, najpewniej można by zaobserwować zmiany w jasności wraz ze zmianą pór roku. Analiza różnych długości światła pozwoliłaby powiedzieć wiele o atmosferze, poszukać cech charakterystycznych dla roślin (absorbowanie określonych kolorów światła gwiazdy) i temu podobne. No i oczywiście… taka aparatura pozwoliłaby z pewnością wyłowić sztuczne źródła światła...


Źródła:
http://www.spaceanswers.com/futuretech/new-worlds-mission-hunting-for-alien-life-using-a-starshade/
http://www.markelowitz.com/Exoplanets.html
https://www.youtube.com/watch?v=XYNUpQrZISc
http://planetquest.jpl.nasa.gov/video/15
http://spie.org/x27636.xml
THEIA


wtorek, 27 stycznia 2015

Pomyłki klimatologów

2014 rok był najgorętszym w historii pomiarów. Od lat ignoranci i ludzie o podłych intencjach próbują wmawiać publice, że globalne ocieplenie to mit. Ostatnimi czasy wycofali się trochę i próbują przekonywać, że może jednak ma ono miejsce, ale to nie jest wina ludzi. To oczywiste bzdury (jak coś odsyłam do źródeł na dole) i zostały dość miażdżąco obalone.

Inne banialuki, w moim odczuciu, były jeszcze dość często naprostowywane. Na przykład wciąż dość popularne jest przekonanie, że w latach 70. ubiegłego wieku konsensus naukowy głosił, że zmierzamy w kierunku nowej epoki lodowcowej. Jest to nieprawdą. Rzeczywiście - w tym okresie nie panowała jeszcze tak uderzająca jednomyślność co do spowodowanego przez człowieka ocieplenia jak dzisiaj, jednakże w okresie między 1965 a 1979 pojawiło się raptem 7 publikacji głoszących oziębienie, 19 zajmujących neutralne stanowisko oraz 42 przewidujące ocieplenie.

Niektórzy twierdzą również, że naukowcy przesadzają a ich modele są zupełnie do bani. Z reguły takie głosy pojawiają się, gdy w środku zimy spada jednak śnieg i dowodzą, że wiele osób wciąż nie odróżnia klimatu od pogody. Najlepiej ujął to Stephen Colbert na swoim tweeterze: “Global warming isn't real because I was cold today! Also great news: World hunger is over because I just ate.” [“Globalne ocieplenie nie jest prawdziwe, bo dziś zmarzłem! Oraz wspaniałe wieści: Nie ma już głodu na świecie, bo właśnie zjadłem.”]

Postanowiłem, że w przewrotny sposób wypowiem się w temacie i napiszę o trzech pomyłkach klimatologów w ciągu ostatniego roku i o tym co one oznaczają.

1. Absorpcja ciepła przez oceany

Klimat Ziemi to bardzo złożony system, niby oczywiste, ale równie oczywiste jest to, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Obserwacja atmosfery to nie wszystko. Oceany i czapy lodowe to ogromny termostat naszej planety. Na obrazku obok powietrze jest trochę większą sferą, ale mowa tu o powietrzu o gęstości przy ciśnieniu jednej atmosfery. Ciepło właściwe wody jest kilkukrotnie większe. Dlatego gdyby nie oceany, klimat Ziemi byłby dziś cieplejszy już o kilka stopni, nie o 0,74’C. Według tej grafiki 93% dodatkowego ciepła trafia do oceanów.

Błąd klimatologów: Ciepło jest różnie absorbowane na różnych głębokościach i w różnych obszarach oceanu. Nowe badania sugerują, że górne 700 metrów oceanu na południowej półkuli ogrzewa się od 24 do 58 procent szybciej niż uważano.

Co to znaczy: Bilans cieplny Ziemi rośnie szybciej niż nam się zdawało. Temperatura podniesie się szybciej i szybciej nastąpią liczne negatywne skutki ocieplenia przed którymi przestrzegają nas klimatolodzy od kilkudziesięciu lat. Poza tym ocieplenie oceanów może zmienić trwające od milionów lat prądy morskie; cieplejszy ocean uwalnia też więcej CO2 co wywołuje sprzężenie zwrotne.


2. Emisja CO2 przez lasy deszczowe
Rośliny pochłaniają dwutlenek węgla by rosnąć. Rośliny również oddychają wydalając CO2. Jedynie zdrowe i stare drzewa (10-100 lat) pochłaniają więcej CO2 niż emitują. Większość utrzymuje równowagę, niektóre wydalają go więcej niż przyjmują.

Błąd klimatologów: Brazylijskie lasy deszczowe emitują więcej CO2 niż oceniano. Wycinka lasów zwiększa długość linii brzegowej brazylijskich lasów. Drzewa do tej pory okrywające się wzajemnie cieniem i chroniące przed wiatrem zostają wystawione na cięższe warunki, wiele starych drzew umiera i uwalnia CO2. W sumie ocenia się, że tamtejsze emisje mogą być większe o 20%.

Co to znaczy: Do emitowanych przez ludzkość 33 miliardów ton CO2 dochodzi kolejne 0,2 miliarda ton z tego jednego źródła. Przypominam, że takich “dodatków” jest coraz więcej, w tym metan uwalniany z oceanów i rozmarzających wiecznych zmarzlin.


3. Poziom oceanów
O tym, że niektórym myli się lód pływający na wodzie od lodu zalegającego na powierzchni kontynentów już pisałem. Poziom oceanów rośnie. Nie grozi nam apokaliptyczne zalanie świata, ale wystarczy 0,5 - 1,5 metra średniego wzrostu dla planety by zrobiło się nieciekawie.

Błąd klimatologów: Oceniany wzrost od 1,5 do 1,8 milimetra rocznie jest zaniżony. W rzeczywistości mamy do czynienia z wzrostem około 3 milimetrów.

Co to znaczy: Tak jak w poprzednich punktach negatywne skutki globalnego ocieplenia dopadną nas szybciej niż sądzimy. Większość ludzi na planecie żyje w obszarach przybrzeżnych. Badanie z 2007 oceniło, że 600 milionów ludzi jest zagrożonych przez podnoszące się poziomy oceanów. Dziś pewnie trzeba by powiększyć tę liczbę. Zatopienie terenów przybrzeżnych to nie problem dla plażowiczów i drogich hoteli. Te regiony są często podstawą rolnictwa, żywiąc populację w głębi lądu. Znajduje się tam wiele innych rzeczy, których nie chcielibyście widzieć pod woda - obszary przemysłowe, oczyszczalnie ścieków i temu podobne...


Podsumowując, jak już klimatolodzy się mylą, to z reguły nie w tę stronę w którą próbują to sugerować “przeciwnicy globalnego ocieplenia” (bardzo mylący termin, można by pomyśleć, że to ludzie, którzy robią coś by je powstrzymać). Innymi słowy - jest gorzej niż sądzono.


Źródła:
https://www.llnl.gov/news/livermore-scientists-suggest-ocean-warming-southern-hemisphere-underestimated - grzanie oceanu
http://www.newscientist.com/article/dn26317-the-world-is-warming-faster-than-we-thought.html#.VLlyh0eG8ao - grzanie oceanu
http://www.ufz.de/index.php?en=33232 - lasy deszczowe
http://phys.org/news/2015-01-sea-larger-thought.html - poziom oceanów
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-w-latach-70-xx-wieku-naukowcy-przewidywali-epoke-lodowcowa-12
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-by-zwalczyc-globalne-ocieplenie-wystarczy-sadzic-wiecej-drzew-109
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-prognozy-wzrostu-poziomu-oceanow-w-xxi-w-sa-przesadzone-57
http://www.npr.org/templates/story/story.php?storyId=9162438 - 600 milionów ludzi zagrożonych (2007)
Animacja na górze: NASA
Grafika z wodą i atmosferą: Felix Pharand-Deschenes / Adam Nieman
Animacja na dole: Kevin C.



niedziela, 18 stycznia 2015

Statek-matka w pasie asteroid

Przyznam, że troszkę mnie niepokoi, że Deep Space Industries głównie mówi o swoich planach, zamiast pokazywać co już zrobiło. Gdyby nie katastrofa rakiety Antares pod koniec zeszłego roku, Planetary Resources miałoby już na orbicie swój pierwszy, testowy stateczek kosmiczny. DSI nie można jednak odmówić widowiskowości i ambicji, która przebija z tych planów. Ich dopracowanie, to już inna para kaloszy.

Ich najnowszy pomysł działa na wyobraźnię. Podobnie jak Planetary Resources planują wpierw rozejrzeć się za dobrymi celami (asteroidami), zanim skierują tam cięższy sprzęt by wydobywał surowce. W tym celu chcą oni wysłać w kierunku pasa asteroid statek-matkę na pokładzie którego znajdzie się około tuzina CubeSatów - satelit w kształcie sześcianu o krawędzi długości 15 cm. Statek-matka brzmi hucznie, ale mówimy tu o 150 kilogramach i metrze długości. Dla porównania dwie sondy, o których będzie głośno w 2015: New Horizons - 478kg, Dawn - 1240kg.

I w sumie to by było na tyle planów. James DiCorcia, inżynier DSI stwierdził, że aparatura na pokładzie będzie dopiero konsultowana z naukowcami. Jeśli ktoś ma już CubeSata, to będzie mógł zapłacić za dostarczenie go między orbitę Marsa i Jowisza pod ochronnymi skrzydłami statku-matki. Jeśli nie, DSI przewiduje równiez możliwość wspólnego zaprojektowania takiego satelity. Nie spodziewam się jednak, by lada dzień ustawiła się kolejka zainteresowanych. Sam rendering, który widzicie powyżej po lewej, nie wygląda nader poważnie.

Złośliwości na bok - sam pomysł jest bardzo dobry i mógłby umożliwić realizację wielu ciekawych projektów za jednym razem. Prywatne finansowanie badań za setki milionów w przypadku (jeszcze) nierentownego kosmosu nie ma zbyt wielkich szans. Jednakże gdyby koszt złapania takiego zbiorowego autostopu wynosił raptem kilka milionów dolarów, gdyby eliminował długi i kłopotliwy proces starań o misję u NASA czy ESA… Wtedy nie zdziwiłbym się gdyby było wielu chętnych.

O ile na ten moment nie traktuję entuzjastycznej nowości od Deep Space Industries zbyt poważnie, będę trzymał kciuki. Będę też liczył na to, że w miarę jak koszty lotów spadają, znajdą się miliarderzy chętni by zapisać się w historii kilkoma milionami wydanymi na misje, które pozwolą na przykład wylądować na Europie, przeanalizować gejzery Enceladusa, sfotografować burze na Tytanie z bliska, czy zbadać dziwaczne pole magnetyczne Urana.


czwartek, 8 stycznia 2015

Rachunek sumienia 2014

Czwarta notka pod tym tytułem. 2014 okazał się lepszy prywatnie, popularyzatorsko, filmowo i naukowo (choć to bardzo ciężko ocenić). Rok temu Węglowego lubiło niecałe 800 osób. Teraz jest ich ponad 2800. Minął rok od kiedy prowadzę kolumnę “Zastrzyk przyszłości” w Nowej Fantastyce i niemal pół roku od kiedy zacząłem pisać do działu naukowego Wyborczej. Starczyło czasu na 54 notki.

Najpopularniejszą notką od czerwca jest Nuklearna proca - Studnia gromu, tekst z wyraźnym przytupem. W topie znalazły się też dwa teksty z których byłem szczególnie zadowolony: Wywiad z prof. Ryszardem Tadeusiewiczem oraz Koniec zachwytów.

Poza nimi wśród najchętniej czytanych znalazły się Kłopoty z windą do nieba, Jak Chińczycy wydłużyli dobę, Planeta kontra talia kart - ile atomów jest na Ziemi, Prawoskrętne DNA - przypadek? Nie sądzę, Top 5 historii o przekraczaniu prędkości światła oraz Kwantowe nieporozumienie.

Trochę mniejszym echem (niestety!) odbiły się wywiady z Peterem Wattsem oraz z Christopherem T. Russelem. Mam nadzieję, że w 2015 na Węglowym pojawią się kolejne rozmowy z równie ciekawymi ludźmi. Moje ambicje rosną, więc trzymajcie kciuki.

W towarzystwie milej spędza się czas i sprawniej pochłania się filmy. I tak w minionym roku udało mi się ich obejrzeć aż 146. Dzięki komuś zobaczyłem między innymi perełkę z 2006, czyli Stranger than fiction (Przypadek Harolda Cricka). Filmowo 2014 wypada słabiej od 2012 ale lepiej od 2013. W top 4 (nad którym nie głowiłem się przesadnie długo) umieszczam:
- Guardians of the Galaxy
- Edge of Tomorrow
- The Machine
- Gone Girl

Co najmniej trzeciej pozycji należy się w którymś momencie solidna recenzja (podobnie jak Europa Report z 2013). Poza tym świetnie oglądało mi się takie filmy jak Grand Budapest Hotel, Captain America: Winter Soldier, Her, kolejnych X-Men, kolejną Planetę Małp, Furię i Wielką Szóstkę.
O miano największej kupy zmagają się Noe, Lucy i Transformers 4.

Notkę przyglądającą się nauce w 2014 przygotuję później, bo już tydzień 2015 uciekł a na blogu cisza. Dlatego tu kończę i zachęcam, żebyście zostali z Węglowym kolejny rok!


środa, 17 grudnia 2014

SS#16 - Duch w pancerzu

“Świat jest dziwny. Cały wszechświat jest dziwny, ale gdy spojrzeć na detale, zasady gry są bardzo proste (...) w nieskomplikowanej sytuacji można dokładnie przewidzieć co się stanie. To jak szachy. Jeśli jesteś w narożniku i jest tylko kilka figur, możesz przewidzieć dokładny przebieg wydarzeń. Ale w prawdziwej grze, jest ich tak wiele, że tego nie przewidzisz (...). Trudno w to uwierzyć, to niesamowite, większość ludzi nie wierzy, że na przykład moje zachowania, to wypadkowa wielu, wielu atomów przestrzegających bardzo prostych zasad”

- Richard Feynman, “Take the world from another point of view”


Od lat intuicja naukowców podpowiada, że w mózgu nie ma niczego magicznego ani nadnaturalnego. Nasze zachowania, charakter, gusta, upodobania, nawyki, wszystko to jest wynikiem bardzo dużej liczby neuronów splątanych w konkretny sposób. Nie ma nic co by wskazywało, że jest inaczej. A z dnia na dzień przybywa dowodów, że to “konektom”, czyli mapa sieci połączeń neuronowych determinuje kim jesteśmy.

Trudno ogarnąć wyobraźnią stopień złożoności 85 miliardów neuronów połączonych ponad stu bilionami połączeń. Dlatego rozsądni naukowcy zaczynają od czegoś prostszego. Nicień caenorhabditis elegans liczy sobie zaledwie tysiąc komórek. W tym 302 neurony i siedem tysięcy połączeń.

Od dość dawna planowałem pisać o projekcie OpenWorm. To otwarty projekt naukowy, którego celem jest wierna, wirtualna symulacja tego prostego zwierzęcia na poziomie komórkowym. Choć naukowców czeka jeszcze długa droga, zaczynają pojawiać sie pierwsze imponujące efekty. Miesiąc temu konektom nicienia tchnął życie w programowalnego robota LEGO...

Wystąpienie Paula Roota Wolpe z 2010 wciąż pozostaje jednym z moich ulubionych TED talków. Wspomina w nim o robocie sterowanym przez mózg minoga połączony z maszyną elektrodami. Robot w kształcie wózka z dwoma kółkami zamiast procesora i programu miał zwierzęcy mózg, który otrzymywał dane o źródłach światła oraz wysyłał impulsy które kierowały ruchem kół. Można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z bardzo prymitywną protezą całego ciała.

W przypadku dokonania badaczy z OpenWorm sytuacja jest inna. Nie użyto prawdziwego, w pełni działającego mózgu. Zastosowano model, który zapewne każdy szanujący się neurolog nazwałby prymitywnym. Wirtualne neurony mają swoje adresy IP a impulsy nerwowe symulują pakiety UDP. Mimo to robot “wykazał zachowania podobne do obserwowanych u C. elegans”. Zanim skomentuję dlaczego to tak niesamowite, zapraszam do obejrzenia nagrania, które może niektórych rozczarować:



OK. To robot obijający się o ścianę. Ale czego się spodziewaliście po pierwszych krokach w tworzeniu wirtualnego umysłu!? Pewnie nie zaskoczyłby Was nicień obijający się o ścianę i szukający innej drogi. Do tego mówimy tu o umyśle śliskiego robaka uwięzionym w pudle na kółkach, które można kupić w sklepie z zabawkami.

Na wypadek gdyby ktoś nie był pod wrażeniem wyjaśniam… Ostatnie lata pokazały, że pojedynczy neuron jest bardziej złożony i wyrafinowany niż sądzono. W 2013 badania pokazały, że dendryty pojedynczego neuronu wykonują “obliczenia”. Niektóre plany symulacji mózgu zakładają wykorzystanie osobnych, prostych i niewielkich procesorów dla każdego neuronu. Tymczasem tak prosta symulacja zaimplementowana w robocie wystarczyła by działał.

Oczywiście teraz należy czekać na dokładniejsze eksperymenty, robota który lepiej oddaje ciało nicienia umieszczonego w otoczeniu przypominającym jego naturalne środowisko. Wywołuje to jednak we mnie mieszankę trzech emocji. Ekscytacji, że to pierwszy kroczek na bardzo długiej drodze. Dreszczyku na myśl o tym co czeka nas na jej końcu. Oraz rozbawienia, że takie wyniki dostarcza otwarty projekt naukowy a nie amerykański BRAIN Initiative (planowany budżet 3 miliardy dolarów) czy europejski Human Brain Project (planowany budżet 1,91 miliarda euro).


Źródła:
A Worm’s Mind In A Lego Body
Wriggling worm is a breakthrough for artificial life
Strona projektu OpenWorm
TED: It’s time to question bio-engineering
Pojedyncze neurony mogą dokonywać obliczeń