wtorek, 24 marca 2015

Ex Machina

Tak się złożyło, że premiera Ex Machina zbiegła się w czasie z premierą Chappie. Z jednej strony to kompletnie różne filmy, z drugiej w obu mamy roboty kierowane przez sztuczną inteligencję. Nie sposób ich nie porównywać. Tak jak krytyka zmniejszyła moje oczekiwania wobec dzieła Blomkampa, tak film Alexa Garlanda padł ofiarą fali pochwał, które okazały się przesadne. To dobry film, ale im dalej od seansu tym więcej ucieka i tym bardziej boli, że zmarnowano spory potencjał.

Pomysł jest intrygujący. Młody pracownik fikcyjnego odpowiednika Google wygrywa loterię - spędzi tydzień w posiadłości swojego szefa. Na miejscu okazuje się, że weźmie udział w eksperymencie przypominającym test Turinga - ma ocenić, czy robot z którym będzie się spotykał jest świadomy i “żywy”. Brzmi intrygująco? I jest. Bardzo. Początek filmu świetnie wzbudza ciekawość i mistrzowsko kreuje nieswoją atmosferę. Aż do pierwszego spotkania głównego bohatera z androidem Avą. Wtedy balon pęka.

Ex Machina to materiał na krótkometrażówkę. Może nie nudzi, ale nie ma tu zbyt wielu pomysłów by zapełnić czas. Garland próbuje budować napięcie, ale niestety nie udało mu się mnie porwać. Szkoda, bo fabularnie wszystko gra, jeśli tylko nie będziemy drążyć szczegółów - jak np. w jaki sposób Nathan był w stanie wykonać tak wiele samodzielnie i w tajemnicy. Temat pojawia się w filmie zręcznie i nie razi. Zwroty akcji są, można je przewidzieć, ale co z tego. Nie są przynajmniej wymuszone i durne. Wolę film, który nie składa logiki na ołtarzu obligatoryjnego zaskoczenia widowni. Co zatem nie gra?

Przede wszystkim główny bohater. Irytujący od pierwszego spotkania ze sztuczną inteligencją. Sceny, które powinny być ozdobą tego filmu, psują go przez totalną beznadziejność tego fajtłapy. Rzekomo jest to osoba zorientowana w temacie, obserwujemy coś na miarę spotkania z przedstawicielem obcych, tymczasem bohater rozmawia z Avą tak, że chyba każdy z nas odpowiadałby jak robot. Relacja, która oczywiście pojawia się między parą, nie ma ładunku emocjonalnego o który się prosi. Wygląda na to, że Caleb marnuje czas tej intrygującej robocicy.

Naczytałem się zachwytów nad Oscarem Isaaciem grającym nadużywającego alkoholu ekscentrycznego miliardera. Cóż, mnie nie przekonał. Po dobrym otwarciu zrobił się bardzo sztuczny. W tej trójce błyszczy jedynie Alicia Vikander grająca maszynę. Być może Alex Garland jest po prostu lepszym scenarzystą niż reżyserem i nie potrafi w pełni kierować aktorami.

Jeśli ktoś obiecuje Wam, że film będzie stawiał fundamentalne pytania o człowieczeństwo, zagrożenia dla ludzkości i temu podobne… to nie słuchajcie. Ex Machina serwuje kilka standardów (“a kto może wyłączyć ciebie?”), nic po czym widzowi odjęłoby mowę. Obiecywałem porównywać te dwa zbliżone premierą filmy SF. Zatem ujmę to następująco, Chappie miał niżej ustawioną poprzeczkę i przeskoczył ją w ładnym stylu. Ex Machina miała poprzeczkę wyżej i może jej nie strąciła, ale zdecydowanie o nią zawadziła. Piszę te słowa kilka godzin po seansie i od tej pory jedynie upewniam się, że wiele rzeczy dało się tam zrobić lepiej. Może poza efektami specjalnymi, które są świetne i poza absolutnie śliczną scenografią.


sobota, 21 marca 2015

Chappie

Uszkodzony policyjny robot, inżynier z ambicjami stworzenia pierwszej sztucznej świadomości, grupka przypartych do muru bandziorów i zbieg okoliczności… Tak startuje kolejny film Neila Blomkampa. Choć to dopiero jego trzeci film, styl reżysera jest aż nader wyraźny. Po meksykańskich slumsach z Elysium wracamy do slumsów Johannesburga znanych z Dystryktu 9. Jest też zaawansowana technologia wyglądająca praktycznie i przekonująco, wytatuowani, szajbnięci gangsterzy i przemoc.

Chappie od początku miał złą prasę. Że wtórne, że wszystko wygląda tak samo, że w filmie grają, południowoafrykańscy raperzy, że to remake Krótkiego Spięcia i tak dalej. Serwisy Rotten Tomatoes i Metacritic szybko wydały wyrok - Chappie to zły film. Cóż, ja bawiłem się zaskakująco dobrze. Po pierwsze, cholernie odpowiada mi wizualny styl Blomkampa, który tym razem nie zatrudnił operatora z parkinsonem chyba kazał się opamiętać swojemu operatorowi i nie męczyć widza roztrzęsioną kamerą. Mogłem zatem nacieszyć się brzydotą i kanciastością robotów, akcją w wykonaniu porąbanych gangsterów i policyjnych maszyn. Do tego jest to dwugodzinna bajka, bez zadęcia. Z jednej strony wyskakuje z ambitnymi tematami, bo jest o sztucznej inteligencji, naturze świadomości, ale podane jest to na tyle bezpretensjonalnie, że nie razi widza.

Oczywiście w Chappie nie brak bardzo naiwnych uproszczeń, które całkiem łatwo łyknąłem, choć nie pozwoliły one zejść z czasem filmu poniżej dwóch godzin. Ale nie jest nudno. Tytułowy robot przechodzi kilka etapów rozwoju i “uczenia się świata”. Bywa groteskowo i dziwnie, ale nie brak też emocji, przez które pani w rzędzie z tyłu pochlipywała kilka razy. Ja zahartowany przez Krótkie Spięcie 2, mogłem stoicko zachwycać się tym, że Sharlto Copley wielkim aktorem jest i doskonale tchnął życie w rysowanego komputerowo robota.

Skoro już o aktorstwie i postaciach… Praktycznie nie znam Die Antwoord, jednakże z ciekawości pogmerałem trochę w sieci. Jestem pewien, że dla fanów, występ raperów w filmie to gratka. Ja z ulgą mogę powiedzieć, że nie zepsuli mi filmu a wręcz wizualnie te czubki doskonale pasują do blomkampowej estetyki. Bardzo dziwne jest to, że postacie grane przez ekscentryczny duet używają swoich muzycznych pseudonimów. Jeszcze dziwniejsze i niezręczne jest to, że noszą ciuchy promujące swój zespół. Jednocześnie (na szczęście) choć ich muzyczne wyczyny czasem słychać w tle, nie jest to napastliwe. Sam nie wiem czy to miał być żart, obalanie czwartej ściany, czy prostacki product placement. Istotne, że aktorsko są przeciętni a nie fatalni.

Roczarować mogą natomiast Sigourney Weaver i Hugh Jackman. Ona jest nieciekawą korporacyjną mendą, on jest groteskowym australijczykiem, z głupawą fryzurą i krótkimi spodniami, przez które nawet grożąc bronią nie jest zbyt straszny. Innymi słowy Chappiemu brakuje porządnego czarnego charakteru. Znacznie lepiej wypada Dev Patel jako twórca AI. Dodatkowe brawa za przekonujące odegranie zupełnie nierealistycznej relacji z trójką gangsterów.

Jak widzicie, Chappie ma sporo na sumieniu i wiele dałoby się tu poprawić, a jednak bawiłem się dobrze. I zdecydowanie wolę zrzynkę z Krótkiego Spięcia w estetyce wziętej z poprzednich filmów Blomkampa niż kolejny zwykły remake. Następnym filmem tego reżysera ma być kolejna przygoda Ellen Ripley z Obcymi. Jeśli tylko ktoś przypilnuje go w kwestii scenariusza i bohaterów, to myślę, że możemy spać spokojnie.


piątek, 13 marca 2015

Czego oczekiwać po New Horizons i Plutonie

Emily Lakdawalla przygotowała świetny materiał w doskonałym momencie. Jej notka poświęcona jest temu czego należy spodziewać się przed, w trakcie i podczas przelotu sondy New Horizons obok Plutona. Powinna jednakże też uspokoić tych, którzy niecierpliwią się, że choć tydzień temu inna sonda, Dawn, weszła na orbitę innej planety karłowatej, Ceres, wciąż nie zostaliśmy zalani setkami zdjęć. Nie ukrywam, sam troszkę dziwiłem się, że jeszcze nie mamy takiej animacji.

14 lipca New Horizons minie Plutona z prędkością 52 140 kilometrów na godzinę. To jest ponad czternaście kilometrów na sekundę. Pluton znajduje się pięć i pół godziny świetlnej od Ziemi. Przesyłanie danych z takiej odległości jest niebywale trudne. Sonda przesyła nam dane z prędkością jednego kilobita na sekundę. Przy takiej prędkości przesłanie gifa takiego jak zlinkowany powyżej trwałoby dwanaście godzin. Sygnał jest tak słaby, że odbierają go anteny Deep Space Network wielkości siedemdziesięciu metrów.

Kiedy New Horizons nadaje dane na Ziemię nie może robić zdjęć. Dlatego 12 lipca sonda zamilknie, z wyjątkiem czterech krótkich sygnałów awaryjnych na wypadek gdyby nie przetrwała spotkania*. Przez długie godziny New Horizons po prostu będzie zajęta wykonywaniem zadania, które powierzono jej w 2006 roku, kiedy zatknięto ją na czubku 60-metrowej rakiety i wysłano w kosmos.

14 lipca sonda da znak życia, a przez kolejne dwa dni wyśle serię małych próbek zebranych danych naukowych. Następna seria trafi do nas w kolejny weekend 17-20 lipca. Zdjęcia będą skompresowane, będą na nich artefakty. Później nastąpi ośmiotygodniowa (!) przerwa techniczna i w sierpniu rozpocznie się dziesięciotygodniowy proces przesyłania danych w lepszej (acz wciąż skompresowanej) jakości. Dane w pełnej formie New Horizons zacznie przesyłać w połowie listopada. Potrwa to rok.

(kliknij by powiększyć)

Powyżej grafika przygotowana przez Emily Lakdawallę, przedstawiająca jakiej jakości i typu zdjęć możemy oczekiwać między siódmym a dwudziestym lipca. Wszystkie dane o których pisałem poza przesłaniem najczęściej muszą jeszcze zostać przygotowane do publikacji. Pamiętajmy, że to dane na potrzeby naukowe. Dlatego też nawet jeśli Ceres i sonda Dawn są bliżej, należy się uzbroić w cierpliwość w oczekiwaniu na wszelkie zdjęcia. Wiemy, że jest na miejscu. Doczekamy się.


Źródło: http://www.planetary.org/blogs/emily-lakdawalla/

* Jak mniemam to na wypadek zderzenia z przekaźnikiem masy.


niedziela, 8 marca 2015

Znachorzy, uzdrowiciele, mordercy

Dziś będzie krótko i konkretnie, bo nie widzę sensu w komentowaniu pewnych rzeczy, chcę tylko podzielić się mapką, która wywołała u mnie opad rąk. Temat nie jest nowy, w Polsce wciąż trwa sprawa znachora i rodziców, którzy zagłodzili na śmierć zdrowe dziecko, więc można liczyć, że spotka ich należyta kara.

To oczywiście jedynie wierzchołek góry lodowej, takich oszustów jest na pęczki. Niektórzy zasłaniają się wiarą zachodu inni filozofią wschodu, wszyscy potencjalnie odciągają ludzi od prawdziwej pomocy medycznej. Jak pokazuje obrazek poniżej, w niektórych regionach Stanów Zjednoczonych, takie działania są prawnie chronione, jeśli tylko zasłonimy się religią:


Na czarno oznaczono stany gdzie nieumyślne spowodowanie śmierci i zabójstwo mogą być niekarane. Ciemnoszare stany umożliwiają niekaranie przestępstw w postaci zaniedbania i narażenia dzieci na śmierć. Jasnoszarym kolorem oznaczono stany gdzie “tylko” za niektóre wykroczenia zaniedbania wobec dzieci można uniknąć kary dzięki przekonaniom religijnym. Różowy kolor to miejsca gdzie rodzice nie unikną odpowiedzialności karnej, ale wiara jest brana pod uwagę w sprawach cywilnych.
Czerwony kolor to wysepki normalności.

Jak wspominałem, komentarz wydaje się zbędny.


poniedziałek, 2 marca 2015

Bliskie spotkanie gwiezdnego stopnia

Nie, nie chodzi o moje spotkanie z celebrytą. Przynajmniej nie tym razem. Chcę krótko zreferować bardzo ciekawe odkrycie z ostatnich dni. Jeśli śledzicie zagraniczne media, pewnie już wiecie. Odkryty w 2013 roku system WISE J072003.20-084652.2, nieoficjalnie zwany gwiazdą Scholza (na cześć odkrywcy), jakieś 70 000 lat temu “otarł się” o nasz układ słoneczny.

Gwiazda Scholza jest w rzeczywistości układem podwójnym - to czerwony karzeł, którego towarzysz jest najprawdopodobniej brązowym karłem. Wspólnie są niemal siedem razy lżejsze od Słońca. Obecnie układ ten znajduje się w odległości dwudziestu lat świetlnych od nas. W skali galaktycznej to bardzo blisko. A mimo to, jest to niedawne odkrycie. To daje nam pojęcie jak wątłej jasności jest gwiazda Scholza. Jej obserwowana jasność z Ziemi wynosi 18,3. Dla porównania - wartości większe niż 6,5 nie są widoczne gołym okiem.

Według szacunków astronomów, 70 000 lat temu gwiazda zbliżyła się do Słońca na odległość zaledwie 0,82 roku świetlnego, to jest 52 000 jednostek astronomicznych (Eris, planeta karłowata, krąży na orbicie o maksymalnej odległości niecałych 100 AU od Słońca). Nawet wtedy jej jasność wynosiła około 10,3 więc nikt nie mógł jej dostrzec… chyba, że rozbłysła tak jak mają to w zwyczaju czerwone karły. Niektóre z tych gwiazd na krótki okres czasu mogą stać się nawet tysiąc razy jaśniejsze. Jednakże nawet wtedy Scholz nie osiągnąłby jasności porównywalnej z Wenus czy Jowiszem.

Niecały rok świetlny oznacza, że przybysz przeszedł przez obrzeża obłoku Oorta - zewnętrznej części Układu Słonecznego, z której pochodzą długookresowe komety. Modele astronomów wykazują, że na 98% było to tylko muśnięcie i nie namieszało zbytnio w orbitach wspomnianych komet. Wpływ tego zdarzenia na naszą planetę jest pomijalny.

Warto to podkreślić, bo 70 000 lat temu na Ziemi miała miejsce erupcja wulkanu Toba o indeksie eksplozywności 8. Słownie siłę takiego wulkanu określa się mianem “apokaliptycznej”. Wtrąciła ona naszą planetę w zlodowacenie, które niemal zgładziło ludzkość - przetrwało je od dwóch do dwudziestu tysięcy ludzi. Jestem pewien, że pojawią się sugestie, że mogło być to spowodowane wpływem grawitacji obcej gwiazdy. Łatwo taką tezę obalić.

Wiadomo, że Księżyc nie wywołuje trzęsień ziemi. Nie udało się wykazać korelacji trzęsień ziemi z siłami pływowymi naszego satelity. Jak zatem wypada porównanie wpływu grawitacyjnego odległej o 0,8 roku świetlnego Gwiazdy Scholza z wpływem Księżyca? Jest on o niecałe sto milionów razy mniejszy.

Prawdopodobnie możemy też spodziewać się, że ożyje mit o Nemesis - niewidocznej gwieździe, która rzekomo miałaby okrążać Słońce po silnie eliptycznej orbicie i przy zbliżeniach wywoływać deszcze komet, które to miały powodować masowe wymierania na Ziemi. Mam nadzieję, że nie dacie się nabrać na takie bajki (choć to niezły materiał na film czy książkę).

Nie ulega natomiast wątpliwości, że Słońce i inne gwiazdy krążą wokół jądra Drogi Mlecznej w dynamicznym tańcu. Co za tym idzie, spotkania takie zdarzają się od czasu do czasu i pewnie od czasu do czasu gwiazdy wymieniają się swoimi kometami. A to znaczy, że przy niemałej dozie szczęścia, badając takie długookresowe komety możemy mieć okazję by zbadać fragment obcego układu planetarnego.


Źródła:
Astro Watch
Science Daily


niedziela, 22 lutego 2015

Jarosyt - wróg chemii organicznej

Odkrycie opublikowane w czasopiśmie Astrobiology w pewnym stopniu wpłynie na wiarygodność danych z łazika Curiosity i wymusi zmiany w projektach instrumentów jakie pojawią się na kolejnych łazikach. Jak się okazało jarosyt, minerał dość powszechny na Ziemi i w 2004 odkryty również na Marsie, niszczy związki organiczne podczas szybkiego ogrzewania.

Instrument SAM, czyli Sample Analysis at Mars bada próbki podgrzewając je szybko do temperatury 1000’C i badając skład. W ten sposób łazik miał szukać chemii organicznej na czerwonej planecie. Opublikowane właśnie badania wykazały, że podczas takiej analizy, jeśli w próbce obecny jest jarosyt i składniki organiczne, nie zostaną one wykryte przez SAM. Minerał rozpada się na dwutlenek siarki oraz tlen, który w tak wysokiej temperaturze niszczy związki organiczne. Rok temu podobne wnioski wyciągnięto względem mineralnych nadchloranów.

Czy to znaczy, że należy przekreślić dotychczasowe wyniki łazika? Oczywiście nie. SAM to nie jedyny instrument. Nie można też uważać, że w każdej próbce był jarosyt. Jednak jak na złość minerał ten występuje właśnie w miejscach, które uznaje się za przyjazne życiu.

Naukowcy zaczęli już myśleć, jak kompensować wpływ tych minerałów na działanie instrumentów Curiosity. Ciekawe czy wystarczy czasu, by wprowadzić istotne zmiany w podobnym do SAM przyrządzie, który ESA planuje umieścić w europejskim łaziku ExoMars, którego start jest planowany na 2018.


Źródła:
Science Daily



wtorek, 17 lutego 2015

Gdyby Księżyc był czarną dziurą


Co by było gdyby nasz Księżyc stał się czarną dziurą? Popkultura straszy czarnymi dziurami jako źródłami absolutnego zniszczenia albo kusi nimi jako potencjalnymi portalami do odległych zakamarków (tego lub innego) wszechświata. Rzeczywistość jest mniej spektakularna…

Po pierwsze, żeby się przekonać jak to jest mieć czarną dziurę na orbicie planety trzeba zgnieść ważącą 73 477 000 000 000 000 000 000 kilogramów (73 tryliardy kilogramów) kulę do punktu o średnicy ludzkiego włosa*. Wtedy jest już z górki, grawitacja przejmuje pałeczkę i Księżyc zapada się w nieskończenie mały punkt o nieskończenie wielkiej gęstości. Jego masa jednakże nie ulega zmianie, co za tym idzie… niewiele zmienia się dla Ziemi i życia na naszej planecie. A przynajmniej mniej niż można by się spodziewać.

Księżyc odgrywa istotną rolę w stabilizacji orbity i klimatu naszej planety. Zgromadzenie całej jego masy w jednym punkcie w tym kontekście jest niezauważalne. Wciąż raz na 29 dni, 12 godzin, 44 minuty i 2,8 sekundy będzie znajdował się w tym samym punkcie na naszym niebie względem Słońca, nawet jeśli będzie niewidoczny. Co za tym idzie, nie zmieniają się cykle przypływów i odpływów.

Entuzjaści astronomii mogą wiedzieć, że źródła silnego promieniowania rentgenowskiego są kojarzone z czarnymi dziurami. Jednym z zarzutów wobec Interstellar jest fakt, że o ile planety mogłyby orbitować wokół czarnych dziur, życie na nich byłoby niemożliwe. Haczyk w tym, że to nie same czarne dziury są źródłem groźnego promieniowania, ale materia która spadając na nie po spirali tworzy dyski pyłu i gazu. Prędkość i tarcie rozgrzewa je do tego stopnia, że emitują one energię w postaci promieniowania o szerokim spektrum, to znaczy od fal radiowych, przez światło widzialne aż po promieniowanie rentgenowskie, które niszczy DNA biosfery na powierzchni planety. O ile czarne dziury są niewidoczne, tak to co na nie spada powinno być bardzo widoczne. Chyba, że mamy do czynienia z czarną dziurą o masie Księżyca…

Słońce jest sto milionów razy cięższe od Księżyca a to i tak pięć razy mniej niż najlżejsze gwiazdy, które kończą swój żywot jako czarne dziury. Słońce za jakieś pięć miliardów lat stanie się białym karłem - bardzo gęstym i jasnym obiektem wielkości planety. Czy Księżyc zmiażdżony do postaci czarnej dziury stanowiłby podobne zagrożenie dla Ziemi? Raczej nie. Na Ziemię co rok spada około 40 000 ton kosmicznego pyłu i asteroid (większość spala się w atmosferze). Ziemia jest jednak 81 razy cięższa od swojego satelity i można się spodziewać, że Księżyc w tej czy innej formie ściąga na siebie najwyżej trochę ponad 1% tej masy. Czyli około 400 ton rocznie. Nie należy się spodziewać, że nawet po latach byłoby to wystarczająco na okazały i groźny dysk akrecyjny.

Jeśli idzie o widok z Ziemi, najlepsze na co można by liczyć to delikatna smużka (mniejsza niż “normalny” Księżyc na naszym niebie) pyłu nieodróżnialna od najlichszej chmurki. Żadnego czarnego cienia na nocnym niebie, żadnego rozjarzonego dysku. Nawet efekty soczewkowania grawitacyjnego - zaginanie promieni gwiazd za czarną dziurą, tak pięknie oddane na grafice powyżej, byłyby zupełnie niezauważalne przy tak lekkiej czarnej dziurze.

Dobrze, czy zatem nie byłoby żadnych zagrożeń? Żadnej niszczycielskiej siły? Nie na powierzchni Ziemi. Jednakże tam gdzie kiedyś był srebrny glob, asteroidy pękałyby pod wpływem grawitacji czarnej dziury. Tak jak kometa Shoemaker-Levy rozpadła się w 1994 roku gdy zbliżyła się za bardzo do Jowisza, tak większość asteroid rozpadałaby się gdyby zbliżyły się nadmiernie do niewidocznej czarnej dziury i przynajmniej w części ich pozostałości zasilałyby dysk akrecyjny. Księżyc upchnięty do pojedynczego punktu byłby niedostrzegalny, ale równie groźny byłby dla naszych sond i pojazdów kosmicznych.

Skoro ta czarna dziura jest tak mała, to czy wyparowałaby błyskawicznie, tak jak pisał o tym Stephen Hawking w swojej książce? Nie. Promieniowanie Hawkinga, które tyczy się wszystkich obiektów tego typu, potrzebowałoby miliardów miliardów miliardów miliardów miliardów lat by rozprawić się z tak malutką czarną dziurą. Wyobraźcie sobie ile to trwa dla prawdziwych, gigantycznych czarnych dziur, skoro dwa razy większa masa oznacza osiem razy dłuższy czas “parowania”.

Rozczarowani? Na “pocieszenie” powiem, że mimo wszystko brak Srebrnego Globu na niebie pomieszałby jednak trochę na naszej planecie. Głównie w świecie zwierząt. Jak się okazuje pełnia to czas dzikiego seksu wśród koralowców. Bez tego światła mogą mniej chętnie uwalniać jajeczka i nasienie. Borsuki natomiast onieśmiela pełnia, więc bezksiężycowe noce mogłyby zaowocować większą populacją tych zwierzątek. Księżyc pełni mniejszą lub większą rolę u wielu gatunków zwierząt, od wpływu na poziom hormonów u myszy po nawigację ciem.


Zdjęcie: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Starry_Night_at_La_Silla.jpg

* - by Ziemia zapadła się i zmieniła w czarną dziurę trzeba by ją zmiażdżyć do rozmiaru mrówki. W przypadku Słońca wystarczyłoby “zaledwie” zmniejszyć je do rozmiaru kuli o średnicy trzech kilometrów.

AKTUALIZACJA: Jak się okazuje xkcd też zrobił wpis na ten temat. Zwrócił on uwagę, że taka czarna dziura będzie absorbować więcej promieniowania z kosmicznego tła, niż emitować przez promieniowanie Hawkinga. Nie podał liczb, ale księżycowa czarna dziura miałaby temperaturę 1,474 Kelwina, podczas gdy promieniowanie tła ma temperaturę 2,725 K. Co za tym idzie mój niepoważnie długi czas parowania takiej czarnej dziury może być zaniżony o kilka rzędów wielkości. Po drugie wspomina on o drobnym wpływie Księżyca na temperaturę planety, jest on jednakże niemal pomijalny.

AKTUALIZACJA 2: Słusznie zwrócono mi uwagę, że trochę zagalopowałem się z tym dyskiem pyłu. Mechanizm przechwytywania pyłu i asteroid przez Ziemię jest dość prosty - znajduje się ona na jego drodze. W przypadku "księżycowej dziury" prawdopodobnie zmieniała by ona jedynie tor lotu i kruszyła asteroidy przechodzące szczególnie blisko. Innymi słowy poza funkcją młynka do mielenia, nie powinniśmy liczyć choćby na lichy obłoczek pyłu. Tym bardziej trzeba by bardzo dokładnie kalkulować trajektorie sond i innych pojazdów kosmicznych by uwzględnić niewidoczne źródło grawitacji.