czwartek, 10 stycznia 2013

Mars One – casting na Marsjan

Shenandoah – Tom Waits & Keith Richards

Mars One to organizacja non-profit, która planuje wysłać ludzi na Marsa by tam zostali i założyli kolonię. Plan zakłada, że pierwszy człowiek postawi stopę na Czerwonej Planecie już za 10 lat. Brzmi jak szaleństwo? 40 lat temu, kiedy po Księżycu chodzili ludzie, myśl o tym, że w 2020 roku mielibyśmy nie odbywać lotów na Marsa wydała by się szalona.

Zamiary Mars One są bardzo ambitne, bezprecedensowe, ale nie są nierealne. Zanim przejdę do detali warto wspomnieć o jednym. Miło wiedzieć, że jest grupa ludzi, którzy sięgają wyobraźnią dalej niż do najbliższego wtorku czy do najbliższych wyborów. Ktoś musi zadbać o to, żeby nasza kolebka nie stała się też naszym grobem. Dlatego jestem najdalszy od kpienia z takich projektów.

Czemu jest to realne? Jednym z istotnych czynników jest to, że ci ludzie mają tam zostać już na zawsze. Na Ziemi mamy całą infrastrukturę i zaplecze potrzebne do oderwania się od powierzchni i osiągnięcia prędkości ucieczki. W przypadku lotu na inne ciało niebieskie, żeby powrócić musimy wziąć ze sobą wszystko co potrzebne do tego wyczynu. Apollo musiał mieć paliwo powrotne, oraz możliwość przezwyciężenia grawitacji Srebrnego Globu (niemal pięciokrotnie niższa prędkość ucieczki). Jeśli odrzucimy „problem” lotu powrotnego, znika ogromna ilość problemów i kosztów. Nikt nie mówi jednak, że to proste.

Zajmijmy się pokrótce ponad dwunastoletnim planem Mars One. Od 2011 tworzono dokumentację techniczną i pozyskiwano dostawców gotowy wspomóc projekt. Wszystko nabiera pędu w roku 2013. Kilka dni temu ogłoszono wymagania dla kandydatów, którzy przez najbliższe 10 lat będą trenować i walczyć o miejsce na pokładzie. W tym roku ma też powstać replika kolonii gdzie będą odbywać się treningi. Będzie to też zalążek planowanego „największego medialnego wydarzenia” – jedną z podpór finansowych mają być reklamy towarzyszące bezustannej transmisji misji. Dlatego od 2014, przez dwa lata trwać będą przygotowania wstępnych przelotów zaopatrzeniowych i satelity gotowego nadawać szerokopasmowe strumienie wideo, całą dobę, cały rok.

W 2016 w kierunku Marsa pomknie pierwszy lądownik wypchany panelami słonecznymi, częściami zamiennymi i innym zaopatrzeniem. Lądownik będzie też pierwszą z sześciu sekcji pierwszej bazy. Dwa lata później kolejny lądownik sprowadzi tam łazik, który rozpocznie nieustającą transmisję na Ziemię. Do 2021 sześć lądowników wyląduje na Marsie by stać się tam pierwszą ludzką kolonią na obcej planecie. Dwa będą modułami mieszkalnymi, dwa będą systemami podtrzymania życia, dwa magazynowe. Dwa łaziki przygotują wszystko na przybycie kolonistów. W 2022 pierwsi ludzie opuszczają Błękitną Kropkę, nieustająca transmisja dokumentuje ich podróż, oraz lądowanie na początku 2023. Pierwszymi zadania będą polegać na połączeniu lądowników, uruchomieniu produkcji żywności, odzyskiwania wody i powietrza. Kilka miesięcy później na Marsa trafiają kolejne transporty z zaopatrzeniem, modułami mieszkalnymi itd. dla kolejnych kolonistów, w tym dla drugiej drużyny, która ma dotrzeć na miejsce w 2025...

Do pewnego momentu całość będzie stała pod znakiem zapytania. Jednakże kiedy pierwsi Marsjanie opuszczą Ziemię, nie będzie odwrotu. Może dojść do szalonej sytuacji. Nawet jeśli sponsorzy odwrócą się od nich, organizacje dbające o prawa ludzkie nie pozwolą uzależnionym od Ziemi kolonistom przepaść (od początku projekt celuje w samowystarczalność, ale nie oszukujmy się – do tego będzie potrzeba dekad). Aż ma człowiek ochotę napisać jakieś opowiadanie lub scenariusz science/political-fiction o kryzysowej sytuacji kolonistów i świecie, który przerzuca się odpowiedzialnością za akcję ratunkową. Kto pierwszy wyśle lądownik ze sprzętem i zapasami?

Wróćmy jednak do kwestii technicznych. Nie jest dla mnie niczym nowym, że powietrze i wodę możemy bez problemów odzyskiwać. Z początku myślałem, że będą polegać na regularnych transportach żywności z Ziemi (niestety nie jestem w stanie znaleźć informacji o tym ile gramów odwodnionej żywności dziennie spożywają astronauci na ISS). Jak się okazuje plan zakłada uprawę żywności na 50m^2 w nadmuchiwanym module (dla czterech osób). Jeśli czyta to ktoś zorientowany w temacie, bardzo chętnie usłyszę opinię o realności tego projektu. W każdym razie – według planu, żywność z Ziemi ma być rezerwą na awaryjne sytuacje.

Poza tym, trudno mówić o innych aspektach. Jak będą wyglądać drukarki 3D za 10 lat? Jaka będzie wtedy sprawność paneli słonecznych? Kiedy na Marsa poleci transport zawierający aparaturę do hodowli mięsa in-vitro? Ile czasu minie nim wspomniane drukarki wykonają pierwszą kopułę chroniącą przed promieniowaniem, gdzie będzie można zdjąć skafander?

Nie wiem czy Mars One zrealizuje swój cel. Widzę masę ogromnych trudności, problemów które mogą spowolnić a może nawet pogrzebać cały projekt. Ale na wypadek gdyby im się udało, na wypadek gdyby za dziesięć lat człowiek postawił nogę na Marsie, dobrze zapamiętam sobie moment, kiedy to się zaczęło. Zapamiętam, że niecały miesiąc po tym jak miała dobiec końca (po raz kolejny) historia tego świata, rozpoczęła się historia nowego.


Mars One – oficjalna strona
Mars One Project – społeczność na Facebook
Ogłoszenie o wymaganiach dla kandydatów
Filmik wprowadzający do projektu


niedziela, 6 stycznia 2013

Mapa do życia

Kyle Gabler - Best of Times


Pochodzenie życia na Ziemi jest zagadnieniem w równej mierze fascynującym i trudnym. Mamy niezłe wyobrażenie o jego ewolucji, pewne pomysły o tym gdzie i jak mogło dojść abiogenezy (oraz pewne pomysły sięgające poza planetę). Trudno jednak zliczyć wszystkie znaki zapytania. Wielu uważa, że abiogeneza, czyli samorzutne powstanie organizmów z materii nieożywionej (termin równie zabawny co „inteligencja” czy „świadomość”, jako że wszystkie te granice są rozmyte), to kosmiczny przypadek i niesamowity zbieg okoliczności. To jak szybko pojawiają się pierwsze ślady życia (a do zachowania się takowych potrzebny jest zbieg korzystnych warunków), sugeruje jednak, że pojawia się ono, kiedy tylko jest to możliwe.

Głównym problemem z powstaniem życia jest aspekt chemiczny. Przejście od stabilnej i powszechnej na młodej ziemi cząsteczki dwutlenku węgla do skomplikowanych związków węgla jest zwyczajnie trudne. Wiązania są mocne, pośrednie stadia przed właściwą chemią biologiczną są niestabilne. Mimo tego organizmy opanowały tą sztuczkę i pozyskując węgiel i manipulując nim na niezliczone sposoby doprowadziły do powstania niezliczonych form życia. W tym tak absurdalnych jak dziobaki.

Rogier Braakman i Eric Smith podjęli się interdyscyplinarnego wyzwania i czerpiąc z geologii, biochemii, ewolucji i ekologii rozpisali mapę prowadzącą od kamieni i minerałów do komórek. Nie będę oszukiwał siebie ani Was – nie ogarniam jakiś 99 procent treści ich pracy. Ale samo przeglądanie ponad 50-stronnicowej publikacji „Logic of Metabolism” to czysta frajda. Są tam obrazki. No powiedzmy:



Zupełnie serio – zachęcam do przewertowania tego niezwykłego PDFa. Możecie puścić wodze wyobraźni i pomyśleć jak fajnie musi być wdrapać się na ramiona gigantów* różnych dziedzin nauki i zobaczyć krajobraz jeszcze lepiej od nich. Możecie też sprawdzić ile uda się Wam naprawdę zrozumieć, czy przypomni się coś ze szkolnej edukacji. A jeśli wpis ten czyta ktoś kto nie zerwał z chemią w liceum, to bardzo zachęcam do bardziej profesjonalnego komentarza niż mój.

Jednym z istotnych wniosków z publikacji jest to, że powstanie metabolizmu jawi się nie jako coś przypadkowego. Kolejne procesy, wpierw geochemiczne, a po jakiejś umownej granicy biochemiczne, wspierają kolejne etapy. W związku z tym można sądzić (np. patrząc na obrazek ze strony 28), że życie jest czymś nieuniknionym.

Taka wiadomość w połączeniu z szacunkami, że w samej tylko Drodze Mlecznej są miliardy planet, z czego na milionach mogą istnieć warunki podobne do ziemskich, rozbudza wyobraźnię. Czy gdzieś tam są zwierzęta dziwniejsze od dziobaka?


* - http://en.wikipedia.org/wiki/Standing_on_the_shoulders_of_giants
Pełny tekst Logic of Metabolism (jako PDF i HTML)



niedziela, 30 grudnia 2012

Rachunek sumienia 2012

Udało mi się zrealizować zeszłoroczne postanowienia. W minionym roku zamieściłem ponad 52 notki, czyli średnio raz w tygodniu coś się pojawiało. Ponadto udało się zebrać odwagę na poszerzenie oferty jedynie z filmów na naukę i technikę. Dość sumiennie spisywałem oglądane filmy w związku z czym wiem, że udało mi się przekroczyć magiczną liczbę stu filmów. Niby dwa w tygodniu to nie dużo, ale subiektywnie wydaje mi się, że było tego sporo.

Moje statystyki: 
101 obejrzanych filmów
70 obejrzanych po raz pierwszy
31 powtórek
43 tytuły wyprodukowano w 2012
20 tytuły pochodzą z 2011
14 z okresu 2000-2010
20 z okresu 1985-1999
4 z okresu 1941-1960

Z 2012 roku cztery tytuły uznaję za „zaległości”, które chciałbym obejrzeć, szczególnie Wrong, film twórcy Rubber. Ponadto narobiłem dwa kolosy z „ponadczasowych zaległości” tj. Listę Schindlera oraz Obywatela Kane. W związku z czym z górnej trzydziestki (IMDb Top 250) nie widziałem tylko dwóch filmów (Miasto Boga, It’s a Wonderful Life).


Najlepsze tytuły tego roku:
1. Avengers – Czysta rozrywka, świetnie rozpisane postacie z doskonałą chemią, ogromne widowisko i epicki sukces jeśli idzie o spełnianie kolosalnych oczekiwań.
2. Dredd – Straszliwie niedoceniona perełka prosto z minonej epoki. Śmignął przez kina nim większość mogła się zorientować z jakim skarbem mamy do czynienia. Prosty, ale nie głupi, brutalny, ale nie sadystyczny, zabawny, ale nie idiotyczny. Film przywrócił na chwilę wiarę, że wciąż da się kręcić takie rzeczy.
3. Cloud Atlas – Wciąż jestem pod wrażeniem jak misternie opracowano to dzieło. Uniknięto tandety i artyzmu, trójka reżyserów nie przygotowała wydmuszki tylko ambitny, złożony film.
4. Siedmiu Psychopatów – Świetna jazda bez trzymanki. Brawurowo rozpisane i zagrane postacie w filmie, który reklamowano jako komedię, zupełnie pomijając ponurą i mroczną stronę filmu. No i genialny, fenomenalny Christopher Walken. Tylko brytyjski umysł mógł spłodzić tak ciężkie nastrój, przy którym widz nie raz dusi się ze śmiechu
Reszta w kolejności losowej:
Hobbit – Nie ustrzegł się wad. Jednak to zwaliste widowisko, którego nie wypada nie zobaczyć w kinie. Plus wielka szansa dla technologii.
Skyfall – Świetny Bond na 50-lecie cyklu, genialne zdjęcia. Liczę na statuetkę.
Argo – Ben Affleck podręcznikowo buduje napięcie, historia jest wciągająca, zabawna i świetnie zrealizowana.
Mission Impossible: Ghost Protocol – Po dwóch nieudanych MI wytoczono ciężkie działa, przekazując fotel reżysera Bradowi Bridowi. Z doskonałym skutkiem.
Lockout – Szklana Pułapka w kosmosie. Po latach przerwy dostajemy film gdzie główny twardziel cwaniakuje i rzuca one-linerami przez półtorej godziny. Mniam.
Coriolanus – Szekspir w dobrym wykonaniu. Współczesna estetyka plus dialogi z oryginału i świetny główny bohater.
The Raid – Niesamowity pokaz kręcenia scen akcji w wykonaniu Indonezyjczyków. Film jest prosty jak drut, ale powala sekwencjami strzelanin i mordobić.


Najchętniej czytane notki roku:
1. Prometheus
2. Scary Shit #2 - Twoje robotyczne ciało już się szykuje
3. Hobbit - recenzja z dawna oczekiwana
4. Iron Sky
5. Scary Shit #1 - cyber-owady
6. Avengers
7. Wielki heksagon na północy
8. ABC węglowego szowinizmu
9. Kto ci sesję wyreżyserował?
10. Cząstka Schrodingera - odkryta i nie odkryta

Oczywiście – znany tytuł gwarantuje masę wejść. Ale miło mi zobaczyć, że wpisy naukowo-techniczne też cieszą się sporą popularnością. Nie zorientowanym wspomnę, że cykl "Scary Shit" liczy sobie już pięć odcinków.

Tyle w tym roku. Podsumowanie filmowe jak zawsze na przełomie stycznia i lutego, wielkie dzięki za czytanie, komentowanie i lajkowanie (strona na Facebooku ma już 112 lajków). Życzę wszystkim udanego 2013 i polecam postanowienia noworoczne, moje na przyszły rok są ambitniejsze niż na miniony.


piątek, 28 grudnia 2012

Hobbit – Recenzja z dawna oczekiwana

Far Over The Misty Mountains Cold


Wielka i wyczekiwana premiera jaką bezapelacyjnie jest Hobbit, to dobra okazja by przeforsować nowy standard. Dzięki temu świat ma okazję zobaczyć jak wygląda film w 48 klatkach na sekundę, co jest podwojeniem dwudziestoczteroklatkowego standardu. Opinie są podzielone, moja jest dość jednoznaczna. Nie obawiajcie się jednak – recenzja nie ograniczy się do aspektów technicznych.

Spieszę zapewnić, że Hobbit to udany powrót do Śródziemia. Peter Jackson czuje się tu jak ryba w wodzie, ponadto mam wrażenie, że nauczył się trochę od Spielberga przy Tin-Tinie. Widać to w szaleństwie które rozgrywa się w siedzibie goblinów. Film oceniam bardzo dobrze, zapewne zachwyci fanów (choć kto wie jak ortodoksi zareagują na zmiany wobec książeczki na której bazować będzie nowa trylogia). Ale zanim przejdę do samego filmu, rozprawmy się z tematem klatek w sekundzie.

Na skutek oszczędzania przez dziesiątki lat widownia była raczona formatem 24fps (frames per second) – płynność obrazu była znośna a schodziło mniej taśmy, więc koszty szły w dół. Owocuje to licznymi efektami, których dziś niektórzy bronią jako nadających filmom „kinematograficzności”, klimatu i czego tam jeszcze. Mowa tu o ghostingu międzyklatkowym, rozmyciach przy ruchu w kadrze i ruchach kamery. W dużej mierze to kwestia pewnych przyzwyczajeń, z którymi trudno walczyć po tylu latach. Niektórzy w podobnej mierze gotowi są ciskać gromy na obrazy nie-panoramiczne, np. na 1,43:1 IMAXa, który jest „skandalicznie telewizyjny”, nie to co „prawdziwie kinowe” 1,85:1 albo 2,39:1.

Cyfrowa era zrodziła szansę na pewne zmiany. Skok do 48 klatek na sekundę uznaję za bardzo dobry, choć nie obyło się bez wpadek. Trudno jednak przekreślać pionierską robotę w temacie – wprowadzenie dźwięku, trójwymiaru, kręcenie cyfrówkami, czy inne nowości zawsze wymagały opanowania techniki. Hobbit nie ustrzegł się kilku ujęć, wyglądających jakby były w przyspieszonym tempie. Powiem wprost – wyglądają źle. Miażdżąca większość tego, bardzo długiego filmu wygląda jednak wyśmienicie. Możemy nacieszyć oczy cudownymi pejzażami Nowej Zelandii, gdy kamera lata wokół bohaterów, to samo tyczy się komputerowej kamery w stworzonych przez artystów wnętrzach krasnoludzkiej twierdzy czy goblińskich jaskiń. Efekty komputerowe, żywi aktorzy ukazują się nam w jakości o jakiej można było tylko pomarzyć. Szczególnie wspaniałe wrażenie robi niesamowita płynność z jaką ukazano moment gdy Thorin Dębowa Tarcza uzyskał swój przydomek. Dramatyczna bitwa rozgrywa się w zwolnionym tempie, zachwycając i hipnotyzując widza.

Liczę, że kolejne filmy pójdą śladem pierwszego Hobbita, albo nawet posuną się dalej. Choć to wielkie uproszczenie złożonego tematu, ludzkie oko ma prędkość reakcji około szesnastu milisekund. Można to przełożyć na prędkość około 60fps. O takiej prędkości wspominał James Cameron, mówiąc o kolejnych obszarach w których można by ulepszyć kino. Nowy film Petera Jacksona pokazuje jednak, że podobnie jak stereoskopia, będzie trzeba nauczyć się nowych sztuczek oraz, że kamera przy wysokiej prędkości jest bezlitosna i obnaży wszelkie niedoskonałości. Krytycy filmu mówią, że bohaterowie wyglądają jak przebrani ludzie a nie fantastyczne postacie. Mogę to potwierdzić jedynie w pojedynczych punktach prologu. Może później się przyzwyczaiłem, może dałem się ponieść filmowej fantazji. Sądzę jednak, że to raczej kwestia większej dbałości o charakteryzację postaci, które występują na ekranie przez większość filmu a nie jedną scenę.

Kontynuując techniczne aspekty Hobbita powiem, że jesteśmy świadkami kolejnego wielkiego kroku CGI. Nie wiem na ile doprawiano efektami pejzaże (mam podejrzenia co do nieba w wielu scenach), ale komputerowo generowane postacie są po prostu obłędne. Trzy trolle, które chcą pożreć bohaterów, żyją oddychają, one po prostu SĄ w tym świecie. Istnieją obok krasnoludów w rozmowie i w walce, jest najprawdziwsza interakcja. To samo zresztą tyczy się Gandalfa. Podczas krasnoludzkiego spotkania w norze Bilba w pełni swobodnie porusza się pomiędzy dwakroć mniejszymi od niego postaciami, podają sobie przedmioty, patrzą na siebie, chodzą wokół siebie. Trudno uwierzyć, że Ian McKellen nie jest naprawdę gigantem. Gollum z trylogii Władcy Pierścieni imponował, ale teraz po prostu fascynuje. Widz może sobie wyobrazić jaka w dotyku jest skóra paskudnej kreatury, do tego w niesamowity sposób widać mimikę Andy’ego Serkisa w twarzy Smeagola. A to nie wszystko co do zaproponowania mają czarodzieje z Wety.

Do tego dochodzą piękne zdjęcia Nowej Zelandii, oraz wspaniały soundtrack Howarda Shore. Gratulacje dla tego pana, że znalazł doskonałą równowagę pomiędzy nawiązaniami do trylogii i nowymi brzmieniami. Nie odgrzewa kotletów, ale zachowuje doskonałą spójność z poprzednimi filmami. Nie mogę powiedzieć tego samego o Hobbicie jako całości. Momentami miałem wrażenie, że w sposób niepotrzebny i na siłę upychano jak najwięcej elementów wycelowanych w łączenie obu trylogii. A przecież wystarczy jedno ujęcie Bag End i Iana Holma by nie mieć jakichkolwiek wątpliwości, że wróciliśmy do Śródziemia.

Świetnie natomiast wypada wydźwięk historii. Pozornie jest lżej i weselej. Krasnoludzka ekipa to prawdziwi awanturnicy, nie jacyś herosi i wybrańcy losu. Jednak sporej dawce humoru i akcji towarzyszy dramatyzm i silne emocje. Nie ma wątpliwości, że krasnoludy wiele wycierpiały, że bohaterowie są przesiąknięci goryczą. Jest też kilka linii prawdziwej, szczerej nienawiści. Peter Jackson świetnie operuje nastrojem. Mam nadzieję, że będzie tak w kolejnych odsłonach – niestety Drużyna Pierścienia to dla mnie najlepszy film w cyklu.

Oczywiście spore zasługi mają tu również aktorzy. Thorin, którego bardzo trudno mi zaakceptować ze względu na lichą brodę, jest dobrze zagrany, gwiazdą jest jednakże Martin Freeman. Jego Bilbo jest idealny, całkowicie wytrzymuje presję tej roli i błyszczy. Gandalf i cała gromada starych i nowych postaci też nie zawodzi. Jednak nie ma wątpliwości, kto tu gra pierwsze skrzypce.

Seans Hobbit: An Unexpected Journey (odmawiam używania polskiego, spartaczonego tytułu) był trochę innym przeżyciem niż premiera Drużyny Pierścienia. Tamten film po prostu mnie przeniósł do fantastycznego świata i oczarował. Tu obejrzałem bardzo dobry, choć przydługi film, a oczarowała mnie warstwa techniczna. Są tu całe segmenty czystej magii kina, jednak całościowo to już nie takie samo przeżycie. Wciąż jednak to czołówka tegorocznych premier.


PS. Na facebookowej stronie możecie się spodziewać suplementu do recenzji w niedzielę, kiedy zaliczę seans wersji 24fps i będę mieć porównanie.


niedziela, 23 grudnia 2012

Tytanowy szowinista

Lustmord - Black Star

Jest otoczony atmosferą z azotu i metanu, gęściejszą od ziemskiej i niemal nieprzepuszczalną dla światła. Na jego powierzchni temperatura oscyluje wokół -180’C. W atmosferze i na powierzchni znajduje się masa związków organicznych – poza metanem jest etan, acetylen i inne. Jego gęstość jest trzy razy mniejsza od Ziemi, krąży wokół Saturna a nie Słońca, zawsze zwracając tą samą stronę w kierunku planety.

Wydawałoby się, że trudno o miejsce bardziej obce od Tytana. Największy księżyc Saturna okazuje się jednakże miejscem szokująco podobnym do domu. Czy to nie wygląda znajomo? Próbnik Huygens wylądował w wyschniętym korycie rzeki. Widać zmarznięte na kamień, obłe bryłki lodu. Gdy na wzgórzach spadły ulewne deszcze z metanu, porwały ze sobą lód i niosły go przez dziesiątki kilometrów, gdzie trąc o siebie i dno nabierał regularnego kształtu.

Ten dziwny świat ma pory roku; lato i zimę występujące na przemiennie na północnej i południowej półkuli. Ulewom towarzyszy formacja rzek, a rzeki prowadzą do powstawania jezior. Cykl metanowy odpowiada cyklowi wodnemu na Ziemi. Wiatry wieją z prędkością 60 km/h. Nie wszędzie jednak padają deszcze i szaleją burze. W suchych regionach wiatry te formują rozległe wydmy na pustyniach Tytana. Na powierzchni najprawdopodobniej znajdują się też wulkany, czy raczej kriowulkany ziejące zmrożoną wodą i amoniakiem.

Daje to solidne podstawy, by sądzić, że inne ciała niebieskie, w tej czy innych galaktykach, mogą wyglądać podobnie. Jeśli tylko mają zbiorniki cieczy, jeśli mają gęstą atmosferę, to są spore szanse, że nie zaskoczą nas fantasmagorycznymi krajobrazami z najdziwniejszych fantazji ilustratorów SF z lat 60tych.

Oczywiście naiwnie byłoby uważać, że nie czekają nas niespodzianki. Jeszcze przez wiele lat każde badane ciało niebieskie będzie nas zaskakiwać. W tym roku odkryliśmy lód na Merkurym, skwarku smażącym się najbliżej Słońca. W zeszłym Vesta, która miała być po prostu wielką planetoidą zaskoczyła nas głębokimi rysami otaczającymi jej równik. Po oczekiwanych cudach Jowisza i Saturna niektórzy nie liczyli na wiele, gdy Voyager II zbliżał się do Urana i Neptuna. A jednak pierwszy zdumiał niezwykłym polem magnetycznym i surrealistyczną Mirandą, wyglądającą jak strzaskany i nieporadnie sklejony księżyc. Neptun pokazał Wielką Ciemną Plamę i wiatry dochodzące do prędkości 2000 km/h, oraz księżyc Tryton – obracający się w „złym” kierunku, z aktywnymi gejzerami, który kiedyś rozpadnie się i wzbogaci nikłe pierścienie planety.

Czekają nas kolejne niespodzianki (niektóre już w 2015, gdy dwa pojazdy odwiedzą Ceresa oraz Plutona). Mimo tego możemy mieć całkiem niezłe przekonanie, że planety z gęstą atmosferą i z cieczami na powierzchni będą w niemałym stopniu podobne do Ziemi, Tytana i Marsa.


Grafika: Zdjęcie wykonane przez orbiter Cassini po raz pierwszy pokazuje tak dokładnie układ rzek spływających do jeziora, gdzieś poza Ziemią. (NASA)


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Autoportret planety



Z braku czasu będzie krótko. W 2012 miało miejsce dużo odkryć i dokonań w dziedzinie astronomii. W porównaniu z nimi to zdjęcie może jest banalne. Ale mimo tego mogę powiedzieć, że to moja ulubiona kosmiczna fotka (a może i fotka w ogóle) w tym roku:

(klikać dla pełnego rozmiaru)

W hełmie japońskiego astronauty Aki Hoshide odbija się powierzchnia Ziemi, znajdująca się 400 kilometrów pod nim. Widać też część stacji kosmicznej oraz Sunitę Williams (minimalnie w lewo i górę od centrum) - astronautkę NASA, która spędziła na orbicie 195 dni (rekord wśród pań). A ponad tym wszystkim (czyli w tle zdjęcia), Słońce, które zazdrośnie oślepia kamerę i sprawia, że zupełnie nie widać innych gwiazd.

Źródło: NASA




czwartek, 13 grudnia 2012

Co W Garach #24

Sasaki Isao - Tosho Daimos

Od dawna szykowałem się do napisania notki z tego cyklu. Miała być jednak poświęcona w całości Pacific Rim. Ostatecznie jednak wysyp zwiastunów, którego zwieńczeniem jest właśnie zwiastun nowego filmu Guillermo del Toro, zmienił mi plany.

Zamiast tego będzie o wysypie filmów SF, które szykują się nam w przyszłym roku. Zwróćcie uwagę, że sporo z ty tytułów nie jest sequelami, rimejkami, ani ekranizacjami (choć przykład każdego też się znajdzie). 

Chyba najwyższa pora, żebym zaczął wymachiwać rękami i krzyczeć, że przewidziałem lepsze czasy dla SF w 2009 roku, po Avatarze i Dystrykcie 9 ;). Fajnie mieć rację w tym wypadku. Nawet jeśli trafi się kilka niewypałów, to będzie czym nacieszyć oczka. Oto spis fantastyki mniej lub bardziej naukowej w kolejności premier światowych.


Oblivion (kwiecień) - Duża produkcja, autorski projekt Josepha Kosinskiego (Tron: Legacy). Na podstawie jego komiksu (który jeszcze się nie ukazał i pewnie nie ukaże się do premiery). 150 baniek widać już w trailerze, co do treści - się zobaczy. Póki co możemy sobie żartować, że to aktorska wersja Wall-E.
Trailer

Star Trek Into Darkness (maj) - Nie przepadałem za Star Trekami, ale ten z 2009 mnie zachwycił beztroską zabawą i rozmachem. Liczę na co najmniej równie wesołą jazdę. A może nawet lepszą bo ekipa już jest w komplecie, więc można będzie od razu bawić się dynamiką między postaciami.
Trailer

After Earth (czerwiec) - Will Smith i syn, grają ojca z syna. M. Night Shyamalan reżyseruje... Coś mi mówi, że szału nie będzie. Ale trailer dynamiczny, dużo rysowanych stworków, ciekawe czym się kierowali...
Trailer

Pacific Rim (lipiec) - Kolosalne potwory wyłażą gdzieś z dna Pacyfiku i atakują nadbrzeżne metropolie. Naturalnie jest tylko jeden sposób by z nimi walczyć - wielkie humanoidalne roboty! Kto widział "Shaolin Soccera" i "Kapitana Tsubasę" wie, że chyba przyszedł moment na "Generała Daimosa".
Trailer (uwaga - wciąż gorący)

Elysium (sierpień) - Nowy film południowoafrykańskiego twórcy Dystryku 9. Oczekiwania są wielkie, w obsadzie Jodie Foster, William Fichtner oraz Sharlto Copley. Fabuła jednakże nie elektryzuje. Na Ziemi są "ci biedni" i pracują na "tych bogatych" którzy rezydują w Elizjum - ociekającej bogactwem stacji orbitalnej. Jeden z "tych biednych" chce się dostać z dołu na górę.
Fotka

Gra Endera (listopad) - Wychodzę z założenia, że ekranizacja mojej ulubionej książki nie ma szans mnie zawycić. Ale jestem ciekawy ile odwagi w przekazie i treści wykażą twórcy. Harrison Ford nie pasuje mi na Graffa, Ben Kingsley wychodzi mi już bokiem (szkoda trochę bo to świetny aktor) i kategorycznie nie pasuje na Rackhama. Dzieciaki oczywiście nie mogły mieć 5-6 lat, ale patrząc na fotkę stwierdzam, że wyglądają na nastolatków a nie dzieci. Dobrano talenty - Steinfeld, Butterfield, ale czemu nie można było się postarać o młodszych i mniej znanych jak w Super 8?
Fotka

The Europa Report (?) - Wiązałem (wiążę?) ogromne nadzieje z tym filmem. Projekt jest bardzo tajemniczy, ale viralowa stronka, pogłoski o "prawdziwym hard-SF", plus temat - załogowy lot na Europę to dość, żebym totalnie napalił się na film. Niestety pewne wątpliwości wzbudził teaser, który niektórzy odczytali jako zapowiedź horroru. Kto widział Apollo 18 zapewne, podobnie jak ja, nie chce kiczowatego horroru. Chcemy prawdziwego SF! Ciekawe też czy cały film będzie kręcony z kamer na statku i w skafandrach.
Gravity (?) - To może być naprawdę niesamowite widowisko. 3D w stanie nieważkości, i masa, masa długich ujęć. Pierwotnie krążył wręcz pomysł, by cały film był jednym długim ujęciem. Fabuła inspirowana jest mocno krytykowanym chińskim testem rakiety niszczącej satelity z 2007 roku*. W rzeczywistości zwiększyło to ilość śmieci w kosmosie z 10 000 do 12 500. W filmie wywołuje efekt Kesslera - wobec zatłoczenia na orbicie odpadki z jednej kolizji powodują kolejne i tak dalej. Na ekranie zobaczymy jak jedna astronautka próbuje ujść z życiem z tego koszmaru.  Film jest ukończony, ma przyznaną kategorię wiekową, więc nie wiem czemu wciąż nie ma daty premiery.
Recenzja scenariusza

Prototype (?) - Trailer dostępny jest już od dość dawna. Historyjka oczywiście oklepana, ale film nie wygląda źle. Niestety chyba wpadł w jakieś limbo, bo informacji jest jak na lekarstwo, żadnej daty premiery, czy oficjalnej strony.
Trailer

Bonus: Man of Steel (czerwiec) - Trochę nie pasuje do zestawienia, ale trailer wciąż świeżutki, więc jak ktoś przegapił, to zachęcam do obejrzenia. Choć całość krzyczy, że to próba zrobienia analogicznego zabiegu jaki przeprowadził Nolan z Batmanem, to zdecydowanie wygląda to na coś wartego wizyty w kinie.
Trailer


* - rok po tym zajściu Amerykanie pokazali, że też potrafią i odstrzelili swojego satelitę. Na szczęście na niższej orbicie (przez co większość śmiecia szybko spłonęła w atmosferze). Wreszcie w 2009 satelita Iridium-33 zderzyła się z Kosmosem-2251 z prędkością 42 000 km/h, powiększając kosmiczną populację śmieci o kolejny tysiąc strzępów dość dużych by je śledzić.