środa, 6 sierpnia 2014

„Lucy” i mity o ludzkim mózgu

Za tydzień do kin trafi nowy film Luca Bessona, w którym Scarlett Johansson w wyniku zbiegu okoliczności zaczyna „wykorzystywać 100% swojego mózgu”. To stary i obalony dawno temu mit, legenda miejska, która nie powinna być podstawą filmu w 2014 roku. Tym bardziej ta bzdura nie powinna atakować ludzi z plakatów.

To co zrobił Luc Besson nie będzie mi spędzało snu z powiek. Oczywiście, że kino rządzi się swoimi prawami i w pełni to akceptuję, co roku świetnie bawiąc się na durnych filmach. Tym razem jednak jestem trochę poirytowany, bo mamy do czynienia z przykładem wyjątkowego lenistwa, którego można by uniknąć za pomocą minuty spędzonej z Google i czternastu minut myślenia. Zanim podam trzy proste alternatywy dla sięgania po dawno obaloną pseudonaukową bzdurę, troszkę historii.

Kino często czerpie z nowych, niekoniecznie potwierdzonych teorii naukowych. Jest to godne pochwały, nawet jeśli ostatecznie koncepcje te zostały obalone. To wręcz przeciwieństwo lenistwa Bessona. W 1972 powstał film Horror Express i to z niego pochodzi fotka, którą widzicie obok. Poza Christopherem Lee i Peterem Cushingiem występuje tam również Telly Savalas. W tymże obrazie wydobyte z lodu monstrum morduje ludzi „wysysając” z nich intelekt, wspomnienia itd. Mózgi ofiar są po tym gładkie jak pupa niemowlaka. Prawdą jest, że pomarszczenie mózgu to efekt ewolucyjnego dążenia do zwiększenia jego powierzchni. Nie oznacza to jednak, że mózg marszczy się nam w miarę nauki i nabierania doświadczeń.

W filmie Oni żyją z 1988 obcy zniewalają ludzkość przekazami podprogowymi. To efekt badań Jamesa Vicary’ego z lat 50. Według niego niezauważalne migawki w czasie filmów mogły prowokować ludzi do kupna popcornu i napojów w kinie. W 1974 amerykańska FCC zakazała takiej formy reklamy. Jak się okazało Vicary kłamał w swoich badaniach. Podobnie jak w przypadku Andrew Wakefielda, kłamstwo oszusta w wielu kręgach trzyma się dobrze do dzisiaj.

W 1992 Obcy 3 sięgnął po syndrom podwójnego chromosomu Y. Swojego czasu sądzono, że ta rzadka mutacja miała owocować „supersamcami”, mężczyznami bardziej agresywnymi i skłonnymi do brutalnych przestępstw. I tak Fiorina-161 stała się kolonią karną dla więźniów z podwójnym chromosomem Y. Ostatecznie jednak, choć obserwuje się wyższy wzrost oraz trudności w nauce osób dotkniętych tą odmianą trisomii chromosomów płci, nie stwierdzono zwiększenia agresji u takich osób.

I tak docieramy do 2014 roku i filmu Lucy. Luc Besson w minutę mógłby się przekonać na Google, że ludzie nie używają 10% mózgu, że to mit. We śnie i na jawie, nasz mózg pracuje niemal bez przerwy na pełnych obrotach i pochłania do dwudziestu pięciu procent kalorii jakie dostarczamy naszemu organizmowi. Oceniając po zwiastunie stwierdzam, że w kilkanaście minut mógł wpaść na szereg innych pomysłów uzasadniających przemianę tytułowej bohaterki. Podobnie jak w filmie Limitless mógłby też w ogóle nie wchodzić w szczegóły. Ale ok, skoro już chciał, to na pewno udowodniona bzdura nie jest dobrą drogą. Poniżej przedstawiam trzy alternatywy. Zapewniam, że spisanie poprzednich pięciu akapitów tej notki zajęło mi więcej czasu niż wymyślenie poniższych rzeczy. Z pewnością są nierealistyczne, bo to co pokazuje zwiastun filmu jest nierealistyczne, ale myślę, że byłoby to mniej rażące niż te nieszczęsne procenty…

1. W tajemniczej „przesyłce” były nanomaszyny, które trafiły do mózgu Lucy. Wspomagają pracę mózgu, mogą natychmiastowo i zależnie od potrzeby chwili zmieniać połączenia między neuronami, wytwarzać odpowiednie hormony i w ogóle kierować pracą ciała bohaterki.

2. Uwolniona substancja w kolosalny sposób zwiększyła plastyczność mózgu Lucy, który nie potrzebuje długotrwałej nauki, tylko błyskawicznie przyjmuje wiedzę i dostosowuje się do każdej sytuacji.

3. Mój ulubiony pomysł. Substancja zmieniła komórki nerwowe Lucy. Pomniejszyły się i namnożyły. Dzięki temu w czaszce tej samej wielkości mieści się 10x więcej neuronów, które mają 1000x więcej połączeń. Jednocześnie jest to chyba najbliższe pierwotnemu „zamysłowi” filmu.

Jak sądzicie – marudzę niepotrzebnie, czy Luc Besson mógł spędzić kilka dodatkowych chwil nad scenariuszem?


PS. Jak się okazuje, nie tylko mnie zraził mit dziesięciu procent w Lucy. Polecam lekturę notki Neuro Bigosu - Jak wykorzystać 100% mózgu?


Garść linków:
Top 10 Myths About the Brain
Ten percent of brain myth
Kłamczuszek James Vicary
XYY syndrome
Horror Express
They Live
Alien3
Lucy


sobota, 2 sierpnia 2014

Klimatyczna dziura w Rosji

Jeśli śledzicie inne serwisy naukowe, pewnie widzieliście raporty o tajemniczej dziurze, która pojawiła się na Syberii. Jeśli nie, to przypomnę - na półwyspie Jamalskim (północ Rosji) w połowie lipca odkryto gigantyczny krater. Mierzy trzydzieści metrów średnicy i ponad siedzemdziesiąt głębokości. O znalezisku nie pisałem bo nic konkretnego nie można było napisać. Źródła mówiły o 30-metrowej średnicy, 60-metrowej średnicy (66-yard) i 80-metrowej średnicy (262-feet). Teraz wiadomo trochę więcej i nie wygląda to dobrze.

Dość szybko wykluczono eksplozję gazu ziemnego i uderzenie meteorytu (większość krateru stanowi wieczna zmarzlina, żadnych śladów wybuchu). Do tego dość niedostępnego miejsca wreszcie dotarła grupa badaczy i odkryła, że koncentracja metanu przy dnie otworu jest ponad 53 000 razy większa niż normalnie w atmosferze. Na ten moment za najbardziej prawdopodobne uznaje się, że mamy do czynienia z bardzo spektakularnym uwolnieniem dużych ilości metanu do atmosfery.

Od wielu lat klimatolodzy ostrzegali, że jednym z efektów globalnego ocieplenia będzie rozmarzanie wiecznej zmarzliny, w której uwięzone są wielkie ilości metanu - gazu cieplarnianego o większym potencjale cieplarnianym niż CO2. Jeśli zostanie wyzwolony do atmosfery, przyspieszy jeszcze bardziej cały proces. W 2012 i 2013 latem na półwyspie Jamalskim średnie temperatury były o pięć stopni wyższe niż normalnie, więc uzasadnione są podejrzenia, że metan nagromadził się w tym okresie pod ziemią i wreszcie uwolnił.

W syberyjskiej wiecznej zmarzlinie metan więziony jest w postaci hydratu metanu - kryształu będącego mieszanką wody i metanu. Z reguły formuje się on na głębokości 100 metrów. Wyprawie nie udało się zmierzyć jak nisko sięga krater - 70 metrów poniżej powierzchni znajduje się lustro ustawicznie napływającej wody. Określenie początkowej głębokości w ogóle może być niemożliwe, bo w miarę jak topią się ściany na dno wraz z wodą spada ziemia.

Na koniec jeszcze bardzo ważne wyjaśnienie. Uwalnianie metanu do atmosfery jest groźne, bo to silny gaz cieplarniany. W mediach informacje na jego temat bywają w najlepszym wypadku skomplikowane lub mylące, w najgorszym zwyczajnie błędne. Potencjał cieplarniany metanu jest rzeczywiście większy niż dwutlenku węgla, jest go jednak tysiąckrotnie mniej w atmosferze, więc jego wpływ na efekt cieplarniany jest trzydziestokrotnie mniejszy niż CO2. Inna masa cząsteczek sprawia, że tona metanu zawiera więcej molekuł niż tona dwutlenku węgla. Ponadto poszczególne gazy absorbują promieniowanie na różnych długościach fal i metan wskakuje w akurat ten przedział podczerwieni, którego nie absorbuje para wodna - najważniejszy gaz cieplarniany w naszej atmosferze. Jeśli idzie o obecne zmiany klimatyczne, najistotniejszym czynnikiem, który go wywołuje i jest pierwotną przyczyną, pozostaje CO2. Uwalnianie metanu i zwiększanie ilości pary wodnej to wtórne efekty zwiększonej ilości dwutlenku węgla, dodatkowo napędzające ocieplenie.

PS. Kolejne dwie (znacznie mniejsze) dziury pojawiły się na Syberii: Now two new large holes appear in Siberia


Źrodła:
http://www.nature.com/news/mysterious-siberian-crater-attributed-to-methane-1.15649
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-to-metan-jest-glowna-przyczyna-ocieplenia-80
Fotka: Yamalo-Nenets Autonomous Okrug Governor


sobota, 26 lipca 2014

Seks, gekony i nieważkość

Rzadko trafia się okazja na taki tytuł notki. Tydzień temu Rosjanie wynieśli na orbitę satelitę Foton-M4. Poza różnymi nudziarskimi eksperymentami jak na przykład hodowla czystych kryształów dla zaawansowanych półprzewodników, na ten lot zaplanowano znacznie pikantniejsze badania. W kosmos poleciała ekipa pięciu gekonautów. Gekony (nie mylić z geekami) były najgorętszym eksperymentem na pokładzie.

Cztery samiczki w towarzystwie jednego samca miały pokazać naukowcom, jak to robią w zerowej grawitacji. W 2007 Foton-M3 poleciał w kosmos z różnymi zwierzątkami, wśród szczęśliwców znalazły się ślimaki i mongolskie myszoskoczki. Rezultaty były rozczarowujące, myszoskoczki w środowisku mikrograwitacji poruszały się chaotycznie. Nie zniechęceni tymi wynikami Rosjanie postawili na gekony i załogę czwartej misji Foton stanowi pięć dzielnych gekonów.

Tydzień po starcie Roskosmos ma dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że łączność Ziemi z Foton-M4 została utracona. Pojazd miał wrócić na Ziemię po 60 dniach, ale chwilowo się na to nie zapowiada. Perspektywy gekonautów są ponure (choć pewnie można by polemizować).

Dobra wiadomość jest taka, że łączność w kierunku Ziemi działa i ludzie w białych fartuchach w kontroli lotów otrzymują nieprzerwany strumień zwierzęcego porno. Zdjęcie wyżej nie jest częścią nagrania, ale prasa mówi, że zwierzaki nie marnują czasu. Choć casus latającego, rosyjskiego, kosmicznego „kopulodromu” jest dość szeroko opisywany przez prasę, nagrań seksu gekonów w nieważkości nie opublikowano. Zapewne trzeba będzie poczekać na zatwierdzenie naukowych publikacji.

Z ostatniej chwili (27-07-2014): Rosjanie odzyskali kontrolę nad satelitą: Russia Regains Control of Gecko Zero-G Sex Satellite.


Źródła (niektóre nagłówki bezcenne):
Russia Has Lost Control Of a Sex Satellite Filled With Geckos
A Russian Lizard Sex Satellite Is Out of Control in Orbit
Satellite full of sexually experimental geckos adrift in space
Sex Geckos Circle The Earth In Out-Of-Control Russian Satellite
Lust in space: Russians lose control of gecko sex satellite
Russians baffled as gecko sex satellite is lost in space


poniedziałek, 21 lipca 2014

Kosmos jest ciemny i pełen niespodzianek

Niedawno na moim profilu ktoś zastanawiał się głośno, czy Pluton nas czymś zaskoczy gdy sonda New Horizons prześle nam jego zdjęcia w 2015. W ciemno lecz z pełnym przekonaniem mówię, że tak.

Niemal zawsze pierwsze porządne obrazy obiektów astronomicznych witały nas niespodziankami. Uran okazał się „przewróconą” planetą: jego bieguny celują tam gdzie równiki większości planet. Jakby tego było mało jego pole magnetyczne nijak ma się do jego obrotu czy geometrycznego środka. Oś pola magnetycznego Urana jest odchylona o niemal 60’ od osi obrotu a jego centrum jest przesunięte o jedną trzecią promienia od rdzenia planety.

Neptun znajduje się o dziesięć jednostek astronomicznych dalej niż Uran, otrzymuje o 60% mniej energii od słońca, ale jego wewnętrzne ciepło sprawia, że wieją tam najszybsze wiatry w układzie słonecznym (ponad 2000 kilometrów na godzinę). Skład obu planet jest podobny, więc astronomowie do dziś zachodzą w głowę czemu to dalsza z planet ma więcej wewnętrznego ciepła.

W 2011 do Vesty, drugiego co do wielkości obiektu w pasie asteroid, dotarła sonda Dawn. I też nie obyło się bez niespodzianek. Spłaszczona przez ogromne zderzenie planetoida okazała się mieć szereg wyraźnych bruzd wokół równika. Jej największy krater ma średnicę 460 km, co robi wrażenie, przy całościowej średnicy około 570km.

Księżyc Mimas zaskoczył nas podobieństwem do Gwiazdy Śmierci. To dzięki kraterowi tak wielkiemu, że astronomowie byli zaskoczeni, że księżyc ten przetrwał zderzenie, które zostawiło taki ślad. Japet, satelita Saturna, ma nietypowy grzbiet górski na równiku, nadający mu kształt przypominający orzech włoski. Do tego jego półkule mają skrajnie różną jasność jedna jest ciemnobrązowa, druga jasnobiała. Miranda, krążąca wokół Urana, wygląda jakby ktoś ją rozbił na kawałki i niestarannie poskładał z powrotem.

Drugim i ostatecznym impulsem do napisania tej notki są nowe zdjęcia z sondy Rosetta. W miarę jak zbliża się ona do komety 67P/Churyumov-Gerasimenko dostarcza nam coraz dokładniejszych zdjęć. Najnowsze pokazują zaskakujący kształt, wyraźnie składający się z dwóch części. To niespotykane wśród komet. Osobiście uważam, że należy rozważyć przechrzczenie 67P na „gumową kaczuszkę”. Biorąc pod uwagę na burzliwy tryb życia komet – wielkie zmiany prędkości, gdy zbliżają się do Słońca, zmiany temperatur, niejednokrotnie rozsadzające kieszenie z lodem i gazem – to naprawdę ciekawe, że ma ona taki kształt.

Podsumowując, nie mam najmniejszych wątpliwości, że kometa Churyumov-Gerasimenko kryje jeszcze niejedną niespodziankę oraz, że w 2015 świat zachwycą i zaskoczą zdjęcia Plutona i jego księżyców wykonane przez sondę New Horizons, i Ceres wykonane przez sondę Dawn.


Na górze po lewej: kometa 67P/Churyumov-Gerasimenko.
Na środku po prawej: planetoida Vesta.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Planeta kontra talia kart – ile atomów jest na Ziemi

Skoro w szklance wody jest więcej atomów niż szklanek wody we wszystkich oceanach świata, to cała nasza planeta musi zawierać niewyobrażalne ilości atomów. Czy możliwe, że talię 52 kart można potasować na więcej sposobów niż jest atomów na Ziemi?

Prosta odpowiedź byłaby nudna. Znacznie zabawniej będzie to policzyć samodzielnie. Potrzebujemy do tego kilku prostych informacji i niechlujnej tabelki w Excelu. Zaczynamy od masy naszej planety: 5,97 * 1027 gramów. Następnie musimy wiedzieć ile z tego stanowią poszczególne pierwiastki. Najpowszechniejszym jest żelazo, stanowiące aż 31,9% masy Ziemi. Czyli mamy tu 1,90 * 1027 gramów żelaza. Pozostaje jedynie policzyć ile to atomów. W tym celu musimy sprawdzić ile gramów przypada na mol danego pierwiastka i podzielić wcześniej ustaloną masę przez ilość gramów w molu. Jak już wiemy ile moli jest na Ziemi, jesteśmy w domu, bo liczbę tę mnożymy przez Liczbę Avogadra, czyli 6,02 * 1023.

Voila! Na Ziemi jest 2,05 * 1049 atomów żelaza. Analogicznie postępujemy z pozostałymi pierwiastkami. Jeśli zerkniecie na tabelkę, może zaskoczy was kilka rzeczy. Jak choćby to, że wodór i węgiel zawierają się w 0,033% masy, której nie ująłem w tabeli. I że tytanu jest więcej niż tychże. Oczywiście to tylko pokazuje jak bardzo różne mogą być nasze wyobrażenia o Ziemi na podstawie życia na jej cieniutkiej powierzchni.

1,37 * 1050 = 137 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000
(sto trzydzieści siedem oktylionów)

To całkiem sporo atomów. Czy możliwe, że talię kart można ułożyć na więcej sposobów? Policzmy i to. Będzie łatwiej. Gdybyśmy mieli tylko cztery karty, na pierwszej pozycji wybieralibyśmy jedną z czterech kart (cztery możliwości), na drugą pozycję zostałyby nam trzy (trzy możliwości), na trzeciej zostałyby dwie karty do wyboru i pozostałą kartę umieścilibyśmy na końcu. To oznacza 4 * 3 * 2 * 1 = 24 możliwości. Przy pięciu kartach byłoby to 5 * 4 * 3 * 2 * 1 = 120. Taki iloczyn kolejnych liczb zapisuje się skrótowo jako 5! = 120. Jak widać ilość rośnie dość szybko: sześć kart to 6! = 720. Dziesięć kart można ułożyć na ponad trzy i pół miliona sposobów. A co z całą talią? To może być niespodzianka:

8 * 1067 = 80 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000
(osiemdziesiąt undecylionów)

Nie tylko ułożeń talii kart jest więcej. Jest ich biliony razy więcej niż atomów na Ziemi. Jest ich tak dużo, że jeśli teraz przetasujecie swoją talię, jest spora szansa, że nikt nigdy w historii wszechświata nie trafił, a może i nie trafi, takiej sekwencji 52 kart. Nawet jeśli sto miliardów ludzi wykona sto miliardów niepowtarzalnych tasowań, wciąż zostanie dziesięć sekstyliardów (1040) razy więcej możliwości.



poniedziałek, 7 lipca 2014

Prawdziwi jasnowidze – odkrycie Neptuna

Borislav Slavov - New York Memories


Słowo „planeta” pochodzi od „wędrowca”. Planety zadziwiały starożytnych. Podczas gdy niemal wszystkie światła na niebie zdawały się tkwić nieruchomo, jakby zostały naklejone na wielką granatową kopułę, te szczególnie jasne punkty za nic miały ten ład i co noc zmieniały położenie. Co więcej, choć ich ruch był dość regularny, trudno go było pojąć, gdy zakładano, że Ziemia jest centrum świata i wszystko krąży wokół niej.

Planety, zwykle ruszające się na wschód, czasem przez pewien czas postanawiały „cofnąć się” by zaraz wznowić ruch na wschód po zarysowaniu pętli na tle nieruchomych gwiazd. Dziś oczywiście wiemy, że wynika to z centralnej pozycji Słońca w Układzie Słonecznym. Planety krążąc wokół Słońca na orbitach większych niż Ziemska są przez naszą planetę „wyprzedzane”. Wyobraźcie sobie, że siedzicie w samochodzie na okrągłym torze wyścigowym. Łatwo stwierdzić, że wszystkie samochody poruszają się w tym samym kierunku, kiedy jednak wyprzedzamy jakiś (na przykład jadąc po wewnętrznym pasie) wygląda tak, jakby w czasie mijania poruszał się on do tyłu.

Choć obserwowanie planetarnej karuzeli ze środka nie jest proste, Johannes Kepler był w stanie rozgryźć prawa rządzące ich ruchem na niecałe sto lat przed opracowaniem przez Newtona praw powszechnego ciążenia. Pozycje planet nie pokrywały się idealnie z przewidywaniami. Nie jest to błąd w prawach Keplera, gdyż są one po prostu uproszczeniem*, nieuwzględniającym faktu, że gwiazdę może okrążać więcej niż jedna planeta.

I tak na przykład, jeśli Jowisz znajduje się „przed” Marsem na swojej orbicie, to jego ciężar będzie przyspieszał ruch czerwonej planety, dopóki się nie zrównają, następnie będzie spowalnia jego dalszą wędrówkę wokół Słońca. Rozumiejąc ten mechanizm Alexis Bouvard w 1821 porównał obserwowane pozycje Urana na przestrzeni czasu z pozycjami jakie powinna zajmować planeta, gdyby poruszała się w zgodzie z newtonowskimi pryncypiami. Następnie stwierdził, że rozbieżności te mogą być spowodowane przez planetę, której jeszcze nie odkryto, znajdującą się jeszcze dalej niż Uran. Bouvard nie odkrył Neptuna, dokonał tego dopiero Urbain Le Verrier ** w 1846.

Przez tysiące lat mistycy zwodzili ludzi mętnymi i wieloznacznymi przepowiedniami, co lepsi korzystali z zegarowej precyzji niebios i wykorzystywali zaćmienia słońca by zastraszyć ciemne masy. Koniec świata przewidywano setki razy. Ale to Le Verrier uzbrojony w aparat naukowy powiedział, gdzie należy wycelować teleskop by znaleźć planetę, której nikt nie widział ***. I tak 23 września 1846 roku berlińskie obserwatorium zwróciło zwierciadło we wskazany obszar na niebie i ukazało światu Neptuna zaledwie o jeden stopień kątowy od przewidzianej przez Le Verriera pozycji.

Po tym odkryciu pojawił się ogromny apetyt na odkrycie kolejnych planet. Wyglądało na to, że sam Neptun to za mało by wyjaśnić różnice między przewidywanymi a obserwowanymi ruchami gazowych gigantów. Odkryty w 1930 Pluton szybko został okrzyknięty dziewiątą planetą, wkrótce też stwierdzono, że jest on za mały i gdzieś tam musi istnieć planeta X. Później jednak, misja Voyagera 2 ujawniła, że astronomowie przeszacowali masę Neptuna. Można powiedzieć, że w tym momencie znaczna większość porzuciła marzenia o dużej i masywnej planecie X. W tym roku natomiast, po pięciu latach obserwacji, teleskop WISE (Wide-field Infrared Survey Explorer) odkrył ponad trzydzieści tysięcy asteroid, dziesiątki komet i ponad setkę NEO (obiektów bliskich ziemi). Jednocześnie wykluczył obecność planety wielkości Saturna lub większej w odległości 10 000 AU od Słońca (dla porównania Pluton znajduje się mniej niż 50AU od Słońca).


* - uproszczenie to pomija również efekty teorii względności, która ma dość istotny wpływ na orbitę Merkurego, ale nie chciałem nadmiernie komplikować dzisiejszego wpisu.
** - żeby nie rozciągać notki nie wspomniałem o kontrowersjach związanych z odkryciem planety. Zainteresowani nie muszą sięgać daleko Wikipedia zgrabnie opisuje spór Le Verrier / Adams.
*** - no dobra, może Galileusz widział, ale nie zdawał sobie z tego sprawy.

Retrogradacja Marsa
Nie ma dużych planet za Plutonem
Jak wyżej


czwartek, 26 czerwca 2014

Nuklearna proca - Studnia gromu

Trevor Rabin - Launch


Rok 2687, jakieś pięć lat świetlnych od niepozornej żółtej gwiazdy. Niewielki statek kosmiczny cudem tylko unika zniszczenia, gdy tuż obok niego przelatuje coś z prędkością niemal 130 000 kilometrów na godzinę. Obiekt jest dziwaczny – powyginana, częściowo stopiona stalowa płyta ważąca kilkaset kilogramów. Nie widać na niej żadnego źródła napędu ani instrumentów do komunikacji na wielkie odległości. Najwyraźniej jest to śmieć jakiejś cywilizacji technologicznej. Tyle, że zwykłe śmiecie nie gnają przez przestrzeń z energią kinetyczną niemal sześciuset gigadżuli. Czy pasażerowie statku mają szansę domyślić się jaka historia wiąże się z dziwacznym obiektem?

Rok 1957, Nowy Meksyk. Na dnie 150 metrowej studni dochodzi do mikroskopijnej katastrofy. Niewielka bryła plutonu zostaje zmiażdżona niewielkimi ładunkami wybuchowymi tak, że rozpoczyna się reakcja łańcuchowa. Ciężkie jądra atomów pękają jedno po drugim uwalniając ogromne ilości energii. Liczniejsze i lżejsze atomy ważą mniej niż pluton. W tej reakcji zaledwie 14 tysięcznych grama masy zostaje przemienionych w energię zgodnie z najsłynniejszym równaniem Alberta Einsteina. 14 tysięcznych grama wyzwolonej energii wiązań jądrowych daje tyle samo energii co trzysta tysięcy kilogramów trotylu. Ziarnko piasku i trzysta ton.

Na powierzchni eksplozja bomby jądrowej o sile 0,3 kT kompletnie zniszczyłaby krakowskie Stare Miasto. Tu jednak cała ta energia była upakowana głęboko pod ziemią. Co więcej, na potrzeby tego testu ładunek został przykryty kilkoma tonami betonu z niewielkim otworem na środku. Sto pięćdziesiąt metrów wyżej, na spodzie 900 kilogramowej stalowej pokrywy zamontowano detektory, które miały przez ułamek sekundy rejestrować eksplozję w celach naukowych.

W czasie jednej milionowej sekundy uwolniona energia nie tylko roztopiła, ale wręcz odparowała kilka ton betonu zmieniając je w obłok gorącego, sprężonego gazu. Na ułamek sekundy powstała „Studnia gromu” (Thunderwell), coś na kształt niedorzecznie wielkiego atomowego pistoletu z betonową plazmą zamiast odrobinki prochu i ważącą niemal tonę pokrywą zamiast pocisku. Choć do nagrania testu użyto kamery szybkiego zapisu, pokrywa została wystrzelona z taką prędkością, że uchwycono ją tylko na jednej klatce nagrania.

Obliczenia wykazały, że w pierwszej chwili osiągnęła ona prędkość 66 kilometrów na sekundę. To znaczy, że po dwóch, trzech sekundach opuściła Ziemię, jeśli nie odparowała z powodu tarcia atmosferycznego tak jak niektóre meteory. Jeśli nie, to trzy godziny później była już dalej niż Księżyc.

Jako, że nie ma pewności czy pokrywa rzeczywiście opuściła atmosferę nie mówi się o niej jako o najdalszym i najszybszym obiekcie wystrzelonym przez ludzkość w kosmos. Jeśli jednak przetrwała te dwie sekundy szaleńczego lotu przez atmosferę… to najdalszy i najszybszy artefakt ludzkości wyruszył dwadzieścia lat wcześniej i ponad dwa razy szybciej niż Voyager 1. Być może znajduje się teraz jakieś 432 jednostki astronomiczne od Ziemi (orbita Neptuna to 30 AU, Voyager 1 znajduje się w odległości 127 AU od Ziemi).


PS. Gif i zdjęcie pochodzą z innych podziemnych testów broni atomowej. Niestety z testu "Pascal-B" nie znalazłem zdjęć, nawet tej pojedynczej klatki.