czwartek, 14 kwietnia 2016

Wizyta w Narodowym Centrum Badań Jądrowych - Reaktor

Każdego ranka na stołecznych przystankach jak co dzień warszawiacy oczekują na autobusy, które zabiorą ich do pracy. Niektórzy z nich jednak nie opuszczają ich zwykłymi autobusami. Nie jadą też do zwykłej pracy. Te niezwykłe pojazdy zgarniają spory tłumek (w sumie ponad tysiąc osób) i wywożą poza stolicę, do Świerku, dzielnicy Otwocka. Oficjalnie w mieście, w praktyce jednak jest to ogrodzony teren, jakiś kilometr od jakichkolwiek zabudowań. Wewnątrz znajduje się kompleks Narodowego Centrum Badań Jądrowych.


Reaktor Maria

Serce ośrodka jest otoczone kolejnym, podwójnym ogrodzeniem. Za bramką przepuszczającą jedynie posiadaczy zbliżeniowych kart magnetycznych należy nałożyć biały fartuch i obuwie ochronne. Chyba w każdym odwiedzającym budzi się dziecko i poczucie “jestem naukowcem!”, później jednak odwiedzający nabiera powagi. By wejść do otulonej ponad dwoma metrami betonu hali reaktora trzeba pokonać śluzę o dwojgu wielotonowych drzwi, gdzie każdy wchodzący i wychodzący staje przez kilka sekund w bramce sprawdzającej stopień napromieniowania.

Mimo pochłoniętej literatury, bez względu na ilość obejrzanych filmów dokumentalnych, przekraczając wrota reaktora Maria trudno nie poczuć, że wkroczyło się do świata Half-Life. Ogromna hala, beton i metal, więcej ludzi w białych kitlach. Nad głową wielki podświetlony napis informujący, że reaktor pracuje. Uwagę jednak zwraca światło dobiegające z pod nóg stojących nad samą Marią. Pod grubą warstwą szkła i kilkoma metrami wody bije błękitna poświata - promieniowanie Czerenkowa. To światło które emituje woda wzbudzona przez wysokoenergetyczne elektrony uwalniane w procesie radioaktywnego rozpadu uranu.

Obok zbiornika z paliwem jądrowym znajdują się komory odgrodzone kolejnymi metrami betonu i równie grubymi warstwami szkła, zza których - z pomocą zdalnych manipulatorów - specjaliści operują materiałami, których bezpośrednie dotknięcie prawdopodobnie wiązałoby się z bardzo nieprzyjemną śmiercią. Gdzieniegdzie w reaktorze znajdują się kubły na śmieci oznaczone ikonicznym, żółto-czarnym symbolem radioaktywności. Jak się można dowiedzieć są tam na wypadek “jakby się komuś coś skaziło”.

Jako że mówimy o materiale radioaktywnym, to jego transport musi również spełniać szereg norm. Pojemniki ważące siedem i pół tony skrywają skromną, około 40-gramową porcję U-235. Pojemniki muszą być wystarczająco wytrzymałe by znieść upadek na twardą powierzchnię z 9 metrów, pół godziny w płomieniach o temperaturze 804’C i godzinę pełnego zanurzenia w wodzie, bez uwolnienia radioaktywnej zawartości.

Dla mnie wizyta w NCBJ rozpoczęła się wczesnym poniedziałkowym rankiem i skończyła przed zmierzchem. Paliwo przebywa w reaktorze około roku. Jego historia rozpoczyna się miliardy lat temu, w eksplozji gwiazdy znacznie większej niż nasze Słońce. Ciśnienie i temperatura w sercach gwiazd pozwala “jedynie” by z lekkich pierwiastków (głównie wodoru i helu) wyprodukować kolejne elementy aż do liczącego 56 nukleonów w jądrze żelaza. Tylko energie towarzyszące eksplozji wielkich gwiazd wystarczają by wyprodukować cięższe atomy. To właśnie liczące 235 nukleonów jądra uranu, ciśnięte przez supernowe w kosmos miliardy lat temu, oddają teraz okruszki tej prehistorycznej energii w sercu reaktora Maria.

Jak wyjaśnia dyrektor Departamentu Energii Jądrowej, Grzegorz Krzysztoszek, Maria miała trzy rodzaje zadań i dziś w pełni realizuje dwa z nich; trzeci, niegdyś priorytetowy, jest dyskusyjny. Po pierwsze reaktor miał służyć do badań w dziedzinie energetyki w związku z budową elektrowni jądrowej Żarnowiec. Jak wiadomo historia nie potoczyła się zgodnie z planem. Jednak nie jest tak, że Maria nie ma nic do powiedzenia kwestii energetyki. Obecnie umożliwia on badania niezbędne dla rozwoju przyszłościowych reaktorów IV generacji.


Współczesna alchemia

Maria znalazła szersze zastosowanie niźli tylko energetyka. Drugim są badania naukowe nad wiązkami neutronów. Obojętne elektrycznie podlegają wszystkim podstawowym oddziaływaniom fizycznym, co sprawia, że są wdzięcznym obiektem badań. Jednocześnie trudno o swobodne neutrony w przyrodzie, gdyż są one niestabilne (więcej na ten temat w tej notce) i mają czas połowicznego rozpadu wynoszący około dziesięciu minut.

Trzecim i obecnie bodaj najistotniejszym zastosowaniem Marii jest produkcja radioizotopów. Można powiedzieć, że w centrum Polski znajduje się prawdziwe laboratorium alchemiczne. Współcześni alchemicy nie zmieniają ołowiu w złoto. Zamiast tego dodają neutrony do jąder innych atomów. Koronnym przykładem jest bombardowane neutronami termicznymi tarcz uranowych, by uzyskać molibden-99, który z kolei rozpada się tworząc technet-99, podstawowy radioizotop używany w onkologii. 80% terapii radiacyjnych używa tego właśnie pierwiastka, a Maria zaspokaja niemal jedną piątą światowego zapotrzebowania na ten izotop. Szacuje się, że polski reaktor pomógł siedemdziesięciu pięciu milionom pacjentów na całym świecie.

Produkcja materiałów radioaktywnych wiąże się z szeregiem wyzwań i ograniczeń. Niestabilny Molibden-99 cechuje się 66-godzinnym czasem połowicznego rozpadu; to krótko, ale wystarczająco by był przydatny przez mniej więcej tydzień. To pozwala na dostarczenie go do placówek medycznych w różnych punktach planety. Do procedur medycznych wykorzystywany jest technet-99, którego czas połowicznego rozpadu to zaledwie 6 godzin. Radioizotopy nie czekają z rozpadem na odpowiedni moment. Dlatego nie można ich produkować na zapas. Produkcja musi być prowadzona ciągle.

Wszystko to sprawia, że Maria jest miejscem wyjątkowym na skalę światową.


To pierwsza część relacji z mojej wizyty w Narodowym Centrum Badań Jądrowych. Dziękuję dyrektorowi Departamentu Energii Jądrowej Grzegorzowi Krzysztoszkowi, rzecznikowi ds Energetyki Jądrowej Andrzejowi Strupczewskiemu, kierownikowi działu Infrastruktury Obliczeniowej Adamowi Padée, Pracownikom Centrum Informatycznego Świerk Sylwestrowi Koziołowi i Piotrowi Wasiukowi, Dyrektorowi Zakładu Aparatury Jądrowej Pawłowi Krawczykowi, oraz w szczególności pani Katarzynie Żuchowicz, która poświęciła mi najwięcej czasu i w ogóle umożliwiła powstanie tej relacji otwierając przede mną koleje drzwi NCBJ. Dodatkowo Robertowi Wołkiewiczowi, za pierwszą linię wsparcia i Hani Sienkiewicz za pchnięcie w kierunku Świerku.


poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Przykro mi, Dave. Obawiam się, że masz raka.

Tekst opublikowany w Nowej Fantastyce 8/2015

Co robi wielu chorych po opuszczeniu gabinetu lekarskiego z diagnozą? Udaje się po drugą opinię. W końcu nawet jeśli dany lekarz jest dobry, to nie pozjadał wszystkich rozumów, warto podeprzeć się doświadczeniem innego. Jednocześnie, pomysł by dać się diagnozować komputerowi, w moim doświadczeniu, spotyka się z instynktownym sprzeciwem. Nawet gdy wyjaśniam, że to tak jakby konsultować się z lekarzem, który ma doświadczenie dziesięciu tysięcy lekarzy, moi rozmówcy nie wydają się przekonani.

Tymczasem mniej więcej tak działają pojawiające się coraz liczniej algorytmy i programy diagnostyczne. Najbardziej znanym jest stworzony przez IBM Watson. Początkowo miał on być nowym wyzwaniem dla firmy po tym jak Deep Blue pokonał Garri Kasparowa w szachy. Celem było wygranie w teleturnieju Jeopardy! (którego polskim odpowiednikiem jest Va banque). By tego dokonać komputer musiał być w stanie rozumieć naturalny język - czyli rozumieć pytania, być w stanie znaleźć odpowieź na nie w swojej piętnastoterabajtowej pamięci (zawierającej między innymi kompletny tekst wikipedii) i robić to szybciej niż dwaj najlepsi uczestnicy teleturnieju w historii. Udało się to w 2011 roku.

IBM stwierdził, że to początek nowej ery we współpracy ludzi z komputerami, które będą rozumieć naturalny język, wnioskować i odpowiadać na pytania. Na pierwszy ogień poszła medycyna. Watson został “nakarmiony” 600 tysiącami medycznych publikacji i prób klinicznych oraz historią medyczną półtora miliona pacjentów. W niecały rok diagnozował raka płuc lepiej niż żywi lekarze. W trakcie prac naukowcy stwierdzili, że dobrym pomysłem będzie wprowadzenie do pamięci Watsona słownika slangu (Urban Dictionary), by lepiej rozumiał ewentualne kolokwializmy w materiałach medycznych. Wycofali się z tego, gdy komputer zaczął przeklinać odpowiadając na pytania lekarzy.

Dziś Watson wciąż przewyższa diagnostyków tylko w wąskich dziedzinach, nie ulega jednakże wątpliwości, że zdeklasowanie ludzi to tylko kwestia czasu. Jeszcze w tym roku wszystkie dane pacjentów w amerykańskich szpitalach mają zostać zdigitalizowane. Watson nie jest jedyny. Amerykański startup Enlitic ostatnio pochwalił się swoim algorytmem, który również przyćmił ludzi. W czasie badań, radiolodzy przegapili 7% przypadków nowotworu okrężnicy, automat nie przegapił ani jednego.

Warto jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Maszyna nie musi być nieomylna. Wystarczy jeśli będzie lepsza od przeciętnego człowieka. I tu wkracza temat, który niebywale mnie zaskoczył. Biorąc pod uwagę niechęć do elektronicznej diagnozy, którą poznałem z pierwszej ręki, wyniki sondy Cisco dotyczącej zaufania do autonomicznych samochodów są szokujące. W 2013 spytano półtora tysiąca dorosłych osób z dziesięciu krajów o dwie rzeczy. Czy byliby gotowi przejechać się samodzielnym samochodem oraz czy pozwoliliby, by ich dzieci zostały gdzieś zawiezione przez taki samochód. 57% ankietowanych zaufałoby komputerowi za kółkiem. Nieźle jak na raczkującą technologię, która wciąż jest w fazie testów i zmagania się z legislacją. Takie wyniki musiały uspokoić pracujących nad samodzielnymi samochodami gigantów - m.in. Mercedesa, GM, Nissana, Volvo, Audi, Peugeota i oczywiście Google.

Zaskakuje nie tylko 57% poziom zaufania, ale również różnice pomiędzy poszczególnymi krajami. Liderem okazała się Brazylia, gdzie 95% ankietowanych wsiadłoby do takiego samochodu a 92% wsadziłoby doń własne dziecko. Za Brazylią znalazły się Indie (86% / 69%) i Chiny (70% / 53%). Co zdumiewające na końcu znalazła wypadła “ojczyzna robotów”, czyli Japonia, gdzie zaufanie wyniosło jedynie 28% / 27%. Ciekawostką jest również różnica między odpowiedziami na oba pytania. W Japonii, Brazylii, Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii wynosiły one kilka procent. W Indiach, Chinach, USA kilkanaście, w Rosji aż 21 procent mniej ankietowanych było gotowych pozwolić, by ich dzieci pojechały samochodem kierowanym przez komputer (57% / 36%).

Do tej pory testowane samochody nie doprowadziły do wypadku (brały jednak udział w kolizjach z cudzej winy). Jednak prędzej czy później na pewno dojdzie do śmiertelnej sytuacji i już czuję, że media będą stawać na głowie by zastraszyć opinię publiczną. Czy wtedy wystarczy, że maszyna zareaguje lepiej i szybciej niż człowiek? Coraz częściej pojawia się trudne pytanie, na które konstruktorzy nie kwapią się udzielić odpowiedzi. Jeśli sytuacja na drodze wymusi wybór - śmierć pasażera samochodu lub autobusu pełnego ludzi - jaką decyzję podejmie maszyna? To szalenie ciekawy temat do gimnastyki umysłu i coraz mniej istotne w praktyce pytanie. Drogi stają się coraz bezpieczniejsze na całym świecie. Może rośnie świadomość, może poprawiają się umiejętności, a może coraz popularniejsze systemy automatycznego hamowania i inne metody wspomagania kierowców dochodzą do głosu. Może to one sprawiają, że ludzie przychylnie patrzą na komputer, który miałby kierować ich samochodem, jednocześnie łypiąc podejrzliwie na komputerową diagnozę.


niedziela, 13 marca 2016

Cały ten węgiel


Nasza cywilizacja w ciągu niecałych dwustu lat wpompowała do atmosfery niemal sześćset miliardów ton dwutlenku węgla. Stali czytelnicy bloga wiedzą, że lubię żonglować liczbami i szukać obrazowych porównań. Ile jest gwiazd w Drodze Mlecznej, jak dokładny jest model standardowy czy ile atomów liczy sobie Ziemia. Tym razem postanowiłem zobrazować ogrom ilości węgla, który wydobyliśmy spod powierzchni ziemi by wprowadzić go do atmosfery.

Największym wyzwaniem jest oszacowanie jaką objętość zajmuje tona CO2. W sieci można znaleźć różne oszacowania, od 500 do 666 (!) metrów sześciennych. Najbardziej przekonujące wydało mi się następujące przeliczenie (jeśli baardzo panikujecie widząc matematykę, to możecie przeskoczyć do kolejnego akapitu):
- Jeden mol (sześćdziesiąt tysięcy miliardów miliardów, czyli 6 * 1023 cząsteczek) CO2 waży 44 gramy. Można to odczytać z układu okresowego pierwiastków (patrzymy na masę atomową na dole). Jeden mol węgla to 12 gramów, dwa mole tlenu to 2x16 gramów. Razem 44 gramy.
- W tonie CO2 znajduje się 22730 moli. Bo 1 000 000 g / 44g = 22730.
- Jeden mol to 24,5 litra. (Korzystamy z prawa Boyla dla ciśnienia jednej atmosfery i temperatury 25’C).
- Możemy w takim razie obliczyć objętość jaką zajmuje tona CO2. Mamy 22730 moli po 24,5 litra każdy to daje nam w sumie 556 885 litrów, czyli w zaokrągleniu 557 metrów sześciennych.

Uff… Czyli możemy teraz policzyć. 598 768 100 000 ton węgla (w dużym przybliżeniu dwa razy więcej niż masa Mount Everest) mnożymy przez 557 metrów sześciennych. Gdyby uformować z tego sześcian, jego krawędź miałaby ponad 69 kilometrów długości. Odpowiednio umieszczony mógłby zablokować kanał La Manche. Górna powierzchnia wystawałaby ponad warstwę ozonową, daleko ponad większość chmur i zjawisk pogodowych. Bryła złożona z naszych emisji węgla jest znacznie większa niż oba księżyce Marsa razem wzięte.


Gdyby jednak rozłożyć całą tę masę równomiernie na powierzchni Polski, przysypalibyśmy nasz kraj warstwą o grubości 1068 metrów. Ale to przecież nie tylko nasze emisje. Jeśli zatem podzielimy tę objętość na całą powierzchnię lądową planety, warstwa będzie mieć “jedynie” 224 cm. Według Wikipedii cztery osoby na świecie nie zostałyby całkiem przykryte.

No dobrze a gdyby Polskę przygnieść jedynie polskimi emisjami? Wyszłoby aż 960cm. Jesteśmy w górnej dziesiątce jeśli idzie o emisje CO2 per capita. Więc jakby czterech rekordzistów z poprzedniego akapitu stanęło jeden na drugim to ten na górze wystawałby o 29cm ponad warstwę węgla.

Żeby te wszystkie wyliczanki zatoczyły pełne koło wypada mi jeszcze policzyć jakiej wielkości byłby “polski klocek”, to znaczy sześcian złożony jedynie z naszych emisji. Polska odpowiada za mniej więcej 0,98% światowych emisji, nasza bryła miałaby krawędź długości niemal czternastu i pół kilometra. Za mało by zagrodzić kanał La Manche, ale to wciąż wyżej niż szczyt Mount Everest.

Wszystkie powyższe obliczenia tyczą się jedynie węgla wyemitowanego przez ludzi. W okresie preindustrialnym stężenie CO2 w atmosferze wynosiło 280 ppm (parts per million). W 2016 wynosi ono 402 ppm i jedna trzecia to zasługa ludzi. Prawdopodobnie stężenie to nie było tak wysokie od dwudziestu milionów lat


Źródła:
http://trillionthtonne.org/
http://www.icbe.com/carbondatabase/co2volumecalculation.asp
http://cait.wri.org/

Grafika na górze: www.ewasobczak.com
Grafika niżej: www.ewasobczak.com na podstawie zdjęcia z Wikimedia Commons.


piątek, 19 lutego 2016

Każdy chce Ziki!

Antynaukowy front jest silny jak nigdy. Szczególnie w naszym kraju ostatnio za aprobatą państwa do głosu dochodzą postawy nie tylko pseudo- ale i otwarcie anty- naukowe. Żeby ograniczyć się do jednego przykładu wskażę ministra Szyszko, nagrodzonego niedawno “Klimatyczną bzdurą roku 2015”.

Wirus Zika, o którym ostatnio zrobiło się głośno w mediach, to świetna okazja by obnażyć hipokryzję tych wszystkich “handlarzy ignorancją”. Antynaukowcy uwielbiają wykorzystywać ludzkie lęki. Tak jakby tropikalny wirus, który potencjalnie (POTENCJALNIE!) wywołuje mikrocefalię, nie był wystarczająco straszny. Wszyscy chcą by Zika stała się częścią ich bajki…

Ciekaw jestem czy ten chaos zapali lampki ostrzegawcze osobom, które zaliczają się do więcej niż jednej z poniższych grup (co wedle mojej obserwacji jest dość typowe: mało kto zatrzymuje się na jednej medialnej teorii spiskowej). Czy uwierzą, że małogłowie może być wywołane jednocześnie przez szczepionki i chemikalia złych korporacji? Czy może być tak, że winne są chemikalia rozsiewane przez samoloty i jednocześnie komary-mutanty wyhodowane przez Rockefellerów by zgładzić ludzkość?

Przygotowałem dla Was moje zestawienie spiskobzdur na temat Ziki wraz z komentarzem:


Anty GMOwcy

Najciekawsza, bo najmniej ograna plotka tyczy się modyfikowanych genetycznie komarów. Od 2015 zaczęto stosować te insekty w celu ochrony przed chorobami. Szczególnie chodzi o ograniczenie rozwoju wirusa dengi. W tym celu modyfikuje się samce komara aedes aegypti tak by płodziły one potomstwo, którego 90% umiera w stadium larwalnym. Potomstwo, które przeżyje jest już genetycznie identyczne z resztą populacji. W ten sposób drastycznie spada populacja owadów roznoszących np. wirusa dengi.

Niestety sięgając do źródeł rozczarowałem się. Jest tylko dużo pytań bez odpowiedzi i sporo klasycznego straszenia zmutowanymi potworami. Nigdzie nie trafiłem na propozycję mechanizmu, w jakiż to sposób modyfikacja komarów miałaby odpowiadać za epidemię Ziki. Tylko pytania “co wiemy o tych komarach?”, “jak komary rosną z tym okaleczonym genomem?” “czy wirus w ciele takiego mutanta też zmutuje?” oraz alarmująca informacja, że część potomstwa tych komarów może przetrwać.

Właśnie o to chodziło, by część przetrwała. Nie chodziło o zagładę gatunku, tylko o krótkotrwałe ograniczenie populacji. Ponadto potomstwo jest wolne od modyfikacji, modyfikowane są tylko samce, które nie kąsają i nie roznoszą wirusa. Do tego Zika istniała przed wynalezieniem modyfikowanych komarów, a ogniska epidemii znajdują się zbyt daleko od punktów gdzie wypuszczono modyfikowane insekty.

Moja ocena: W skali od jeden do Parku Jurajskiego przyznaję dwa i pół Cronenberga. To najbardziej oryginalna plota, ale niestety brak w niej jakiejś ciekawej koncepcji.


Anty Monsantowcy

Argentyńska organizacja “Lekarzy ze Spryskiwanych Wiosek” opublikowała raport (czytaj - plik PDF, nie w żadnym poważnym magazynie i bez rzetelnej recenzji), który utrzymuje, że to środek o nazwie pyriproxyfen powoduje wady wrodzone noworodków. Pyriproxyfen, który jest pestycydem, a konkretniej - larwicydem, dodawany jest do zbiorników z wodą pitną, by nie rozwijały się w niej larwy komarów. Komercyjna nazwa substancji to SumiLarv i produkowany jest przez… Monsanto. Czy trzeba czegoś więcej? Jak wiadomo Monsanto jest źródłem wszelkiego zła na tym świecie.

Wbrew doniesieniom, przypadki mikrocefalii wykryto poza terenami gdzie stosowano SumiLarv, nie ma też konkretnych podstaw by łączyć ten środek z defektami. Przed dopuszczeniem do komercyjnego obiegu pyriproxyfen przeszedł szereg testów na toksyczność. Jako, że wpływa on na dynamikę hormonalną larw insektów, która nie występuje u kręgowców, nie jest dla nich szkodliwy.

Moja ocena: W skali od diety paleo do weganizmu przyznaję bezglutenowe ciasteczko. W zasadzie jedyna amunicja spiskowców to połączenie ze znienawidzoną firmą, oraz fakt, że nazwa środka ma aż pięć sylab, co też jednoznacznie wskazuje na “złą chemię”


Anty wacki

Nie ma takiej tragedii, której nie można by przypisać szczepionkom. Gorliwi proepidemicy też dostrzegli szanse dla siebie w ostatnich wydarzeniach. Jak się okazuje w ich świecie mikrocefalię powoduje szczepienie ciężarnych. Pod koniec 2014 roku, 14 miesięcy przed wybuchem epidemii Ziki, rozpoczęto podawanie szczepionki DTP ciężarnym kobietom w Brazylii. 10 miesięcy później pojawiły się pierwsze przypadki małogłowia. Przypadek? Tak sądzę. Szczególnie, że nie było większej ilości przypadków tej wady w USA po tym jak tą samą szczepionkę zaczęto podawać ciężarnym w 2011 roku.

Moja ocena: W skali od jeden do Andrew Wakefielda przyznaję pięć punktów i trzy fałszywe diagnozy autyzmu.


Anty chemtrailsowcy

Krótko, bo w trakcie szykowania tej notki zgubiłem źródełko. Zwolennicy spisku chemtrailsowego (pozdrawiamy ministra środowiska) nakreślili już pełen scenariusz. Zika to nomen omen zasłona dymna i niedługo dowiemy się, że wirus jest przenoszony drogą kropelkową, choć tak naprawdę to zasiewanie powietrza przez samoloty wywołuje małogłowie. Mogę się tylko domyślać, że epidemia koncentruje się w Brazylii, bo tam samoloty rozsiewają inne “chemikalia” i to tylko taki udany poligon testowy.

Moja ocena: W skali od jeden do Mela Gibsona należy się pełen minister Szyszko.


Anty rządowcy

W tym punkcie dwie (przeciwne) teorie, ale wydaje mi się, że pasują do jednego punktu. Pierwsza wersja jest taka, że cała ta Zika i mikrocefalia to przekręt, żeby zastraszyć ludzi i sprzeniewierzyć ogromne kwoty pieniędzy. W rzeczywistości CDC (Centrum for Disease Control and Prevention) wymyśliło sobie chorobę i rozdmuchało panikę.

Alternatywna wersja jest taka, że choroba istnieje, ale została stworzona ludzkimi rękami. Tak jak CIA rzekomo stworzyła wirusa HIV, tak Zikę stworzyli Rockefellerowie by wymordować miliony ludzi.

Moja ocena: Jako, że to odgrzewane kotlety, w tym przypadku przyznaję kartonowe statuetki B.o.B (to taki raper który nie wierzy że Ziemia jest okrągła).


Są oczywiście też inne głosy w tym dyskursie. Na przykład, że mikrocefalię powoduje spray odstraszający komary przenoszące wirus Zika. Ale tu poprzestanę. Myślę, że w najbliższych tygodniach inne grupy też będą chciały zawłaszczyć tę tragiczną sprawę. Szczególnie po tym jak ostatecznie uda się ustalić z czym mamy do czynienia, bo jak wspomniałem, w kwestii Ziki i mikrocefalii, wciąż są autentyczne znaki zapytania.


Źródła (mieszanina głupot i ich debunków):
http://www.naturalnews.com/052875_Zika_virus_depopulation_birth_defects.html
http://www.naturalnews.com/052863_Zika_virus_Tdap_vaccine_GMO_mosquitoes.html
https://jonrappoport.wordpress.com/2016/01/28/is-the-dreaded-zika-virus-another-giant-scam/
http://beforeitsnews.com/alternative/2016/01/chemtrails-report-released-of-dna-changes-and-other-adverse-health-issues-3273376.html
http://zonnews.com/news/4205-the-zika-virus-was-created-and-patented-the-rockefellers-the-goal-is-to-kill-millions-of-people.html
http://scienceblogs.com/insolence/2016/02/11/zika-virus-and-microcephaly-antivaccine-warriors-say-its-vaccines-that-did-it/
http://securejam.mediaspanonline.com/news/Microcephaly-only-linked-to-Zika-in-Brazil--health-officials-wonder-why
http://www.politifact.com/global-news/statements/2016/feb/09/viral-image/no-evidence-support-rumors-tying-zika-genetically-/
https://www.reddit.com/r/conspiracy/comments/42mhii/genetically_modified_mosquitoes_released_in/
http://www.cbsnews.com/news/health-experts-dismiss-claims-larvicide-linked-to-microcephaly/
http://ecowatch.com/2016/02/12/larvicide-cause-not-zika/


niedziela, 14 lutego 2016

Nuklearne Walentynki

Rok 2014. Walentynki. Waste Isolation Pilot Plant (WIPP) - czyli magazyn materiałów wysokoradioaktywnych w Nowym Meksyku. Byłby to kolejny zwykły dzień w dość niezwykłym miejscu, niestety w pewnym momencie czujniki wykryły podwyższony poziom radiacji. Doszło do incydentu. Dzień później, niecały kilometr od placówki, w powietrzu wykryto śladowe ilości ameryku i plutonu.

Z około dwustu pracowników placówki, dwudziestu było narażonych na promieniowanie. Z tych dwudziestu u trzynastu wykryto ślady napromieniowania. Z tych trzynastu ani jeden nie ucierpiał na zdrowiu. Wszystko za sprawą zbiornika numer 68660, który uległ rozsadzeniu 655 metrów pod ziemią. Dochodzenie w sprawie tego incydentu trwało dwa lata (choć przyczynę wskazano dość szybko, potrzeba było czasu by potwierdzić ją ponad wszelką wątpliwość). Zawinił koci żwirek.

Tak jest. Incydent, który spowodował straty rzędu $240 milionów, w placówce na którą już wydano ponad dwa i pół miliarda, został wywołany przez koci żwirek. Konkretnie, przez zły rodzaj kociego żwirku. Zamiast silikonowego, zastosowano organiczny, “zielony” produkt sWheat Scoop.


Szybko się zbryla, powstrzymuje zapachy, bez chemikaliów (?!), biodegradowalny.
Zabrakło tylko:
NIE NADAJE SIĘ DO PRZECHOWYWANIA ODPADÓW RADIOAKTYWNYCH!

Zresztą, znając USA, troszkę spodziewam się, że obok informacji, że torebka sWheat Scoop stanowi ryzyko uduszenia dla małych dzieci, pojawi się dopisek “nie stosować w kontenerach ze zużytym paliwem nuklearnym”.

Co innego żwirek silikonowy. Roztwory soli azotanów mają tendencje do zapłonu po wyschnięciu. Dlatego trzeba je stabilizować. Ten wpis z pewnością nie zaskoczy chemików, bo koci żwirek używany był w tym celu od dekad.

Niestety, nie wiedział o tym ktoś, kto wypełniał metalowe beczki z odpadami promieniotwórczymi przed wysłaniem ich do WIPP. W efekcie w beczce 68660 doszło do nieplanowanych reakcji chemicznych, które rozgrzały zawartość i wygenerowały gazy, które wysadziły wieko i uwolniły radioaktywny materiał. W ten sposób, walentynki 2014 roku uświadomiły amerykańskie społeczeństwo, że na terenie ich kraju od piętnastu lat poprawnie funkcjonuje placówka do przechowywania radioaktywnych odpadów… A przynajmniej tak powinno to wyglądać. W rzeczywistości oczywiście nie zabrakło paniki i typowych anty-nuklearnych nastrojów.

Tymczasem, po pierwsze zawiniły osoby spoza WIPP. Po drugie proces pakowania odpadów jest bardzo skrupulatnie kontrolowany i dokumentowany. W związku z tym wiadomo, które zbiorniki zawierały zły żwirek i te niezwłocznie umieszczono w większych pojemnikach z odpowiednią zawartością, tak że nie ma groźby kolejnego takiego incydentu. Po trzecie, by zaistniało zagrożenie dla środowiska koncentracja uwolnionych pierwiastków musiałaby być miliony razy wyższa. Tysiące razy wyższa by stanowiły zagrożenie dla zdrowia.

Na ten moment dochodzenie zostało zakończone. WIPP przygotowuje się do serii testów, które potwierdzą, że placówka może wznowić działanie. Dwa lata przerwy to spory cios; z drugiej strony, mówimy tu o odpadach, które trzeba zabezpieczyć na 24 tysiące lat, tak by nigdy nikomu nie zepsuły walentynek.


Źródła:
Oficjalny raport po dochodzeniu
National Public Radio
The Guardian
Motherboard
Forbes
Oficjalna strona WIPP


czwartek, 4 lutego 2016

Czy baza z Przebudzenia Mocy miała sens?

Na początek oczywiste - Gwiezdnych Wojen nie traktuję jak zwykłego SF. To raczej fantasy w kosmosie i nie ma w tym nic złego. Ale skoro Neil deGrasse Tyson postanowił się przyczepić na twitterze i skoro nie przekonują mnie jego argumenty, postanowiłem włączyć się w to drobne ćwiczenie myślowe. Konkretnie, chciałbym zbić jego argument o bazie Starkiller.


Ale wpierw drobna dygresja - Neil pomarudził na “Kessel Run poniżej dwunastu parseków”, mówiąc, że parsek to jednostka odległości, nie czasu. Uznaję za zamierzony żart/nawiązanie do wyjaśnienia dorobionego przez fanów po 1977 roku. Mianowicie, Kessel Run to obszar pełen niebezpiecznych czarnych dziur, piloci musieli je omijać, im bardziej szalony pilot, tym krótszą trasą był w stanie przelecieć groźny region. Dlatego mierzenie w jednostkach długości, parsekach, w tym ujęciu ma sens. Co więcej można powiedzieć, że świadczy o umiejętnościach pilota, a nie tylko o osiągach jego statku.

Wróćmy jednak do Starkiller Base (czy wiecie, że we wczesnych wersjach bohaterem Nowej Nadziei miał być Luke Starkiller?) - w filmie nie dowiadujemy się zbyt wiele o tym jak działa, ale wygląda na to, że pochłania ona gwiazdę, by następnie zniszczyć szereg planet w odległym układzie planetarnym.

Neil twierdzi że energia gwiazdy odparowałaby bazę wielkości planety. Ja twierdzę, że mamy na Ziemi tokamaki, które utrzymują pierścień plazmy rozgrzany do 150 milionów stopni. Udaje im się to za pomocą silnego pola magnetycznego, które izoluje rozgrzaną materię od ścian komory. Oceniamy, że temperatura wewnętrz Słońca wynosi niecałe 16 milionów stopni. Tak więc podobny trik, czyli pole magnetyczne, powinien być w stanie uwięzić gwiazdę wewnątrz bazy wielkości planety.

Można się zastanowić, czy tak zgnieciona gwiazda (zakładam gwiazdę podobnych rozmiarów co Słońce), nie zapadnie się i nie powstanie czarna dziura. Jak się jednak okazuje, promień Schwarzschilda dla gwiazdy o masie Słońca, czyli graniczna wartość poniżej której następuje kolaps, wynosi raptem 3 kilometry, więc nie ma obaw, że “amunicja” zapadnie się pod własnym ciężarem. Prędzej problematyczna mogłaby być większa temperatura wywołana przez kompresję gwiazdy do rozmiaru planety. Ale tu wciąż stawiałbym na odpowiednio silne pole magnetyczne. Jeśli ziemska technologia już potrafi tyle, to wierzę w gwiezdnowojennych inżynierów.

Pozostaje jedna kwestia. Teraz, gdy pod nogami osób na Starkiller Base znajduje się masa całej gwiazdy, to przeciętny człowiek będzie ważył jakieś dwadzieścia pięć tysięcy ton. Wiemy jednak, że w świecie Gwiezdnych Wojen istnieje technologia wytwarzania sztucznej grawitacji. Mają ją najprostsze statki, więc nie mam wątpliwości, że taka konstrukcja byłaby odpowiednio przygotowana, by równoważyć ogromne ciążenie gwiazdy. Tym bardziej, że wrząca w głębi bazy plazma to jednocześnie świetne źródło energii.

Podsumowując, o ile w ogóle takie rozważania mają sens jedynie jako hobbystyczna pożywka dla mózgu, to wydaje mi się, że tweet Neila Tysona jest nietrafiony. Poprzednio w podobnej notce rozważałem czy plan Ultrona z Avengers miał sens, jeśli macie pomysły na podobne notki, to chętnie zapoznam się z propozycjami. Tutaj lub na facebookowym fanpage.


niedziela, 31 stycznia 2016

Planeta X - komentarz Węglowego

Newsy o odkryciu nowej planety pojawiają się z pewną regularnością i przyznam, że ignoruję je jak chłopców krzyczących “wilk!”. Dlatego dopiero po tym jak część czytelników mnie zaczepiła zapoznałem się z “odkryciem” M. Browna i K. Batygina. I słusznie, bo chyba coś jest na rzeczy. Nawet jeśli nie można mówić (jak robi to ogromna część prasy) o odkryciu.

W swojej głośnej publikacji analizują oni orbity obiektów w pasie Kuipera. Naturalnie spodziewalibyśmy się, że ich elipsy będą przypadkowo rozłożone w Układzie Słonecznym. Tymczasem wiele z nich jest podobnie zorientowanych. Kluczowa liczba, która przewija się przez prasowe publikacje, to 0,007%. Brown i Batygin twierdzą, że takie właśnie jest prawdopodobieństwo, by taki rozkład powstał przypadkowo. W związku z tym postulują, że planeta, około dziesięciokrotnie cięższa od Ziemi, mogłaby być odpowiedzialna za takie orbity mniejszych obiektów.

Nie znaczy to, że odkryto dziewiątą planetę. Nie znaczy to, że istnieje 99,993% szans, że dziewiąta planeta istnieje. Tylko, że przy odpowiednich założeniach, taki rozkład orbit ma tak małe szanse na powstanie przypadkiem. Naukowcy twierdzą, że to nie przypadek, tylko planeta. To ich hipoteza. Mogą istnieć inne hipotezy - na przykład, że Słońce miliony (setki milionów?) lat temu minęła inna gwiazda i jej oddziaływanie grawitacyjne wpłynęło na te obiekty.


A skoro jesteśmy już przy liczbach, to warto uświadomić sobie o jakich odległościach mówimy. Gdyby Słońce umieścić w miejscu pomnika Adasia na Rynku Głównym, w takiej skali Ziemia byłaby metr dalej (miałaby wtedy rozmiar bakterii), a Jowisz znalazłby się jakieś pięć metrów dalej. Pluton znalazłby się przy wejściu do Sukiennic. Planety X musielibyśmy szukać kilkadziesiąt razy dalej - gdzieś w okolicy biblioteki AGH (1200 jednostek astronomicznych). Nawet jeśli jest ona porównywalnej wielkości z gazowymi gigantami, jej znalezienie będzie nie lada wyzwaniem. To nawet dalej niż pas Kuipera. Planeta X byłaby częścią hipotetycznego obłoku Oorta, z którego mają pochodzić komety długookresowe. Ten najdalszy region Układu Słonecznego sięga aż do Kielc. Dla porównania Alfa Centauri znajduje się trochę dalej niż Warszawa.

Podsumowując, sprawa wygląda tak - mamy coś co nie wygląda na przypadek, więc wypada to zbadać. Na ten moment seksowna hipoteza brzmi - gdzieś tam kryje się nieodkryta planeta. Trzeba jej poszukać. O ile reakcje mediów mogą być irytujące, to w całej sprawie podoba mi się analogia do historii, o której od dawna miałem napisać na blogu. Mówię tu o odkryciu Neptuna.

Ruchy orbitalne Urana nie pokrywały się z przewidywaniami. Dlatego astronomowie zaczęli kalkulować jakiej wielkości i jak daleko położona planeta mogłaby zakłócać ruch Urana w obserwowany sposób. Zanim zaobserwowano ósmą planetę, jej położenie zostało wyznaczone w oparciu o newtonowskie prawo grawitacji. W moim przekonaniu to jeden z najbardziej imponujących tiumfów nauki. Jasnowidze czasem istnieją, ale nie używają kryształowej kuli, tylko metody naukowej. Może tym razem będziemy mieć do czynienia z podobną sytuacją?


Źródła:
Publikacja Browna i Batygina
Kwantowo o planecie X
Evidence found of a posible planet in the outer solar system
Odkryto planetę oddaloną o 6900 AU od swojej gwiazdy - to trzykrotnie dalej niż hipotetyczna planeta X.