Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2012

Kto ci sesję wyreżyserował?

Michael Giacchino – The Incredits 

Słonko grzeje tak, że najchętniej człowiek wpełzłby pod jakiś głaz. Nagle jednak dopadła mnie wena i głupawy pomysł. Wziąłem garstkę RPGów i pomyślałem w czyim wykonaniu film na podstawie danej gry chciałbym zobaczyć. Oczywiście nie znaczy to, że ja przyjąłbym taki styl. Chociażby Zew Cthulhu w moim wykonaniu pewnie miałby ogromną dozę pulpowych klimatów, czego nie spodziewałbym się po moim director of choice.
Dodatkowo próbowałem w miarę możliwości nie iść po najmniejszej linii oporu, dlatego do L5K nie wyznaczyłem Kurosawy, a do DeadLandów nie przypisałem Sergio Leone.

7th Sea – Stephen Sommers (Mummy, Mummy Returns, Deep Rising). Awanturników na tej liście nie zabraknie, tego lubię za mieszankę napięcia i humoru. Szczególnie klimat drugiej Mumii wymieszany z głupkowatym stylem Śmiertelnego Rejsu, w obsadzie aktorów drugoplanowych mógłby dać wyrazisty klimat Siódmemu Morzu.

Crystalicum – Gore Verbinski (Pirates of Caribbean, Rango). Piraci z Karaibów w kosmosie. Alternatywnie dałbym szanse nieobliczalnym braciom Wachowskim. Wyglądają na odpowiednio przesiąkniętych azjatyckimi klimatami by nieźle je odtworzyć, zachowując jednak zachodni styl opowiadania historii. Ale oczywiście zawsze mógłby z tego wyjść trzeci Matrix albo Speed Racer…

CyberPunk 2020 – Brad Bird (Incredibles, Mission: Impossible 4). Ten koleś łapie konwencję. Znalazł się w klimatach superbohaterskich, bondowskich, szpiegowskich, więc i CyberPunkowe nie stanowiłyby wyzwania. W scenach akcji też jest wypróbowany.

DeadLands – Joss Whedon (Buffy, Firefly, Avengers). Ten gość ma westernowe ciągoty. Ma też ciągoty to nadnaturalnych tematów. Myślę, że i steampunkowymi dodatkami by nie wzgardził, więc czego więcej chcieć? Oczywiście dobrej posse, licznej między którą aż kipi od relacji. Bruce Campbell i Nathan Fillion koniecznie niezbędni.

Dzikie Pola – Mel Gibson (Mel krzyczy na gości, Mel wyzywa policjantów od Żydów, Mel ubliża swojej kochance). Mel reżyseruje i gra główną rolę. Martyrologia z doskonale oddanymi detalami sarmackiej Rzeczypospolitej. Prawdziwi Tatarzy, źli i podli Żydzi, film cieszy ucho piękną staropolszczyzną, również w wykonaniu poświęcającego się ojczyźnie Mela.

Dungeons & Dragons – Uwe Boll (…). Uwe obdarza swoim geniuszem kolejną grę. Nikt filmu nie ogląda, wszyscy go nienawidzą. Uwe i tak finansowo wypada dobrze. W czasie wywiadów i konferencji prasowych obraża kilku reżyserów.

Fiasco – Bracia Cohen (Burn After Reading, Big Lebowski, Serious Man). Komentarz chyba jest zbędny. Nikt nie nada się do nakręcenia wielkiego fuck-upu jak Cohenowie.

Gasnące Słońca – Peter Jackson (LOTR). Jacksona typowałem do kilku RPGów, ostatecznie wylądował tutaj. Nie jestem znawcą GSów, ale mam wrażenie że wpisałby się w ten klimat. Tak po prostu, nie mam silnych argumentów tylko przeczucie.

Legenda Pięciu Kręgów – Guillermo Del Toro (Hellboy, Labirynt Fauna, Mimic). To potencjalnie najbardziej kontrowersyjny typ. Jestem po prostu piekielnie ciekawy jak zmierzyłby się z L5K. Pewnie trzeba by na czas produkcji poddać go jakimś silnym dragom uspokajającym, żeby za bardzo nie przeciągnął Rokuganu w swoje klimaty. Przypilnować też, żeby akcja nie toczyła się w Shinomen Mori albo Mori Isawa. Ale oczywiście duchy, zjawy, kimona i kryształowe katany… To by mogło wypalić.

Mouse Guard – Hayao Miyazaki (Mononoke Hime, W Krainie Bogów). Nie znam tego systemu za dobrze, ale na oko gość od Totoro by pasował.

Neuroshima – Guy Ritchie (Porachunki, Snatch, Sherlock Holmes). Nieznacznie pokonany przez Cohenów przy Fiasco. Świetny montaż i sporo dobrej muzyki z Orbitala. Co najmniej dwie przeplatające się w najgorszych momentach linie fabularne. Posterunek i Moloch, przepychanka gangów ładujący się w to idiota z NY i jego szpanerski kolega z Detroit. Vinnie Jones jako mutant nie do zdarcia.

Unknown Armies – Alfred Hitchcock (wszystko). Mistrz serwuje seans pełen suspensu i niedopowiedzeń. Jest przerażająco, groteskowo, pod koniec nie wiem czy komuś waliło w dekiel, czy jakieś nadprzyrodzone rzeczy miały miejsce.

Warhammer – Christopher Smit (Black Death) i Michael J. Bassett (Solomon Kane). Z połączonych sił tych panów powstaje idealny film młotkowy. Jest mrok, błoto i syf, oraz magia i chaos. W filmie występuje Sean Bean. I umiera.

Wolsung – Steven Spielberg (bądźco). Zabraniamy Stevenowi kręcenia w dżungli czy ruinach, w związku z czym akcja toczy się w Lyonesse, jest podniebny pościg ze sterowcami i steampunkowymi latającymi jebadłami w roli głównej, a potem, żeby wkurzyć Petera Jacksona pojawia się mierzący 30 stóp troll przywieziony z jakiejś wyprawy. Pilnujemy, żeby w filmie nie było kosmitów.

WoD: Mag – David Fincher (Seven, Alien3, Fight Club). Mroczne kino z przed ery Buttonów. Jest cholernie depresyjnie i wisielczo, ale z obłędnymi zdjęciami.
WoD: Wampir – Brian Singer (X-Men 2, Valkyrie). Dużo postaci, każda ciągnie w swoją stronę. Ludzi jest niewiele, ale łotrem jest śmiertelnik właśnie.
WoD: Wilkołak – James Cameron (wiecie co). Film jest cały niebieski i nazywa się Apocalypse, żeby było na A. Wilkołaki są dobre, śnią im się wybuchy nuklearne i walczą o Gaję. Zajebiaszcze sceny akcji sprawiają, że to dobra wersja Underworlda.

Zew Cthulhu – Christopher Nolan (Memento, Prestiż). Dajemy Nolanowi wolną rękę, liczymy, że brat napisze mu scenariusz a film będzie świetny. Sukces kasowy wytwórnia uznaje za dzieło przypadku i każe mu kręcić czwartego Batmana.


Potraktujcie ten wpis jako propozycję lekkiej i niezobowiązującej zabawy. Innymi słowy zachęcam do komentowania lub blogowania, jak wy to widzicie. Może ktoś napisze jaki system rzuciłby w łapki Clinta Eastwooda, Ridley’a Scotta, Michaela Baya czy Quentina Tarantino.

sobota, 25 czerwca 2011

Nowa karta postaci

Jagmin, twórca całej masy kart postaci, stworzył nową kartę do SCRPG. Dostępna jest zarówno wypasiona wersja kolorowa, jak i nie mniej wypasiona, wersja przyjazna drukarce. Wielkie dzięki Kartmistrzu!

Obydwie wersje pobrać można zarówno ze strony Jagmina jak i z boxa z wszystkimi PDFami StarCraftowymi. Zapraszam!

wtorek, 19 października 2010

Co jest lepsze od realizmu w RPG

Edycja XV - Karnawał Blogowy


Notka będzie luźno bazowała na wpisie Dreamwalkera - Realizm is a bitch. Tzn głównie na jego "podziale realizmu", choć w kilku miejscach będę polemizował. Jak komuś się nie chce czytać to mogę go wyręczyć podsumowując myśl notki: Realizm jest nudny.


Realizm mechaniki
I zacznę od polemizowania - realizm nie ma odzwierciedlać świata gry. Ładowanie łuku w świecie D&D niczym nie różni się od tego z naszego świata. Mechanika ma być zbiorem zasad regulujących grę, zastępujących odgrywanie, umożliwiających takie fajne rzeczy jak rozwijanie postaci i rozstrzyganie konfliktów między postaciami, BNami i innymi wytworami prowadzącego.

Z mojego doświadczenia realizm mechaniki rozumiany jest na dwa sposoby. Jedni utożsamiają go po prostu z śmiertelnością. Ot, jak każda walka może łatwo załatwić postać to jest realistycznie, reszta jest już niezbyt istotna. Druga interpretacja to, nieszczęsne "naśladowanie świata rzeczywistego", czyli idea, że prawdopodobieństwo zejścia po postrzale lub dziabnięciu nożem powinno być takie jak na Dworcu Głównym, ludzie nie mogą dokonywać nadludzkich czynów... nie będę wymieniał, bo każdy kuma o co chodzi. Dlatego też zapędy do tego typu realizmu w mechanice witam szybkim ctrl+W albo pobłażliwym uśmiechem.

Zamiast dalej wyzłośliwiać się powiem, że ważniejsze od realizmu jest to, żeby mechanika nie miała głupich dziur, niepotrzebnej komplikacji, żeby wspierała (choć nie jest to konieczne, ale miło by było) konwencję i styl świata. Fajnie jeśli jest też syta sama w sobie - tzn jeśli dochodzi do walki czy innej sytuacji wymagającej mechaniki, żeby samo turlanie sprawiało frajdę a nie było przykrym obowiązkiem. Postać też powinna mieć atrakcyjny system rozwoju, tak żeby radochą było zbieranie i wydawanie PDków. Mechanika w kontekście realizmu nie jest ciekawa, dlatego przejdę dalej...

Realizm świata
Tu w sumie nie mam co dopisać do Dreamwalkera. Spójność świata jest bardzo mile widziana, acz nie ma co być nazistą wobec detali. Istotna jest zwartość pomysłu na RPGa. Przychodzi mi tu do głowy ciekawy casus Neuroshimy, która z jednej strony proponuje zupełny miszmasz mocno niespójne, miejscami kłócące się ze sobą pomysły, z drugiej jednak lektura podręcznika daje bardzo mocne wyczucie tego RPGa. Bez problemu, bez sięgania po podręcznik MG powinien być w stanie na gorąco wymyślić miejsca, ludzi i rzeczy, których nie przewidział w swoim scenariuszu.

Od realizmu dla mnie istotniejsze jest jednak to, jak duże możwliości oferuje dany świat. Tu z kolei przychodzi mi do głowy 7th Sea i Thea. Mapka wali w oczy "ktoś to narysował od linijki", ale (pomijając, że autorzy mają na to wyjaśnienie w świecie) serwuje to kapitalną mnogość rozwiązań. Tu mamy krzykliwą hiszpanię, tam deszczowy warhammer, tu kupcy i wikingowie, tam zdradziecka wenecja... Czytelne i funkcjonalne.

Realizm postaci
Od realizmu lepsza jest funkcjonalność. Postacie realistyczne są w domyśle przeciętniakami. A przeciętniaki są nudne. Nawet obyczajowe filmy i seriale najczęściej serwują zupełnie nieprawdopodobne sytuacje.

Nie ma co się oszukiwać, w wielu RPGach walka jest czymś powszechnym, stąd nawet grając postacią chirurga warto mu "dokleić" zamiłowanie do rajdów lub strzelania z broni palnej, żeby na sesji nie miał momentów, gdzie jest poza grą. Spójrzmy na drużynę A - każdy z bohaterów ma swoje kompetencje, swoją działkę, ale jak przychodzi do mordobicia i strzelanin, wszyscy dobrze się spisują. Tak powinno być w przeciętnej drużynie RPGowej.

Idzie za tym też słynna kwestia rozwoju postaci. Nigdy nie miałem problemu z tym, że od zabijania potworów postaci graczy uczą się czytania i etykiety. Ciskanie się o to jest równie uzasadnione co zupełny brak przełożenia ilości zdobywanych PDków na czas. I tak postać 30-letnia, w ciągu miesiąca czasu gry staje się dwu lub trzy krotnie bardziej potężna. Kolejny kamyczek do ogródka tych, co mażą o tru-realistycznej mechanice. Mżonka.

Oczywiście fajnie jak postać jest spójna. Ale jeśli kierowca ciężarówki może zostać topowym reżyserem Hollywood, biedny austriak gubernatorem kaliforni, to czemu Alfheimski zielarz nie ma zatłuc paru nieumarłych.

Realizm odgrywania
Znów nie mam zbyt wiele do dodania do notki poprzednika. Warto jednak pamiętać, żeby postacią nie blokować i nie psuć scenariusza. Nie zrzucać również całego ciężaru sprawnego popychania sesji na Mistrza Gry. Jeśli w ramach powergamingu gracz wykupił alergię na słoną wodę, albo lęk przed wodą a kampania będzie toczyć się na statku pływającym od wyspy do wyspy to gracz nie powinien powiedzieć "Nie wsiadam, zostaję". Powinien raczej uczynić z tego ciekawy motyw, albo znaleźć jakieś uzasadnienie dla postaci by jednak ruszyła za przygodą.

Realizm prowadzenia
To zabawne ale jako gracz nie dbam nadmiernie o spójność fabularną przygód, jeśli tylko dobrze się bawię. Wymagam jej od intrygi czy śledztwa, ale nie od awanturniczych przygód. Z drugiej strony jako MG mam obsesję na tym punkcie. Nawet jeśli gracze nie dojdą do najniższych warstw fabuły, to dbam o spójność w każdym aspekcie. BNi mają motywacje, chronologia wydarzeń się zgadza, wszystko jest spójne i możliwe w ramach danego settingu.

Istotniejsza od realizmu jednakże jest jednak cała ogromna lista rzeczy o które powinien zadbać MG. Ciekawy pomysł, miejsce w fabule dla graczy, opisy, fajne scenki, BNi... Realizm jest znacznie niżej na liście. Na dobrą sprawę najbardziej (jak zwykle) warto wystrzegać się skrajności. Nie warto podcinać realizmem skrzydeł fajnej historii, z drugiej strony nawet świetna historia nie może kłóć w oczy bzdurnością.


niedziela, 29 listopada 2009

Dziennik II

Stylizowany zapis wydarzeń z sesji Rippers RPG.

UWAGA: Jeśli masz zamiar czy możliwość grania kiedyś w kampanię z podręcznika Rippers nie czytaj poniższego tekstu. To pierwsze i jedyne ostrzeżenie.

Patrick Doyle - To Think Of A Story

Dziennik Montgomery’ego McCormacka

Wpis z 8. maja 1892 roku

Wydarzenia ostatnich dni zasługują na kolejny wpis. Kampania naszej Loży przeciw siłom ciemności weszła w iście ponury etap. Mój szacowny ojciec, Graham opuścił ten świat cztery miesiące temu, Kapitan Lawrence St. Jones wciąż toczony jest przez dziwaczną chorobę lub klątwę i nie pozwala się zbadać.

A jednak w ostatnich dniach zbieg okoliczności sam pchnął nas do kolejnej bitwy z istotami mroku i z tej wyszliśmy zwycięsko, choć pozostał szereg pytań bez odpowiedzi.

Sprawa zaczęła się dla nas 5. kwietnia. Policja zwróciła się do doktora Hunta by zbadał zwłoki czterech mężczyzn brutalnie zamordowanych w pewnej części londyńskich doków. Ten natomiast przypomniał sobie o mnie z czasów akademickich i chciał usłyszeć moje zdanie. Truchła istotnie były w makabrycznym stanie, nosiły ślady ugryzień które przypisać mógłbym jedynie jakiemuś rodzajowi Selachimorpha. To oczywiście zdawało się absurdalne, biorąc pod uwagę że mordu dokonano na lądzie (prawdę powiedziawszy obecność rekina nawet w wodach portowych jest nie do pomyślenia). Ponadto ofiary nie zostały całkowicie pożarte, co mogło wskazywać na rozumny i nikczemny modus operandi. Dr Hunt nie chciał przyjąć wymijających wyjaśnień, że to może być zwierzę zbiegłe z cyrku dziwadeł, który swojego czasu przejeżdżał przez Londyn, jednak udało mi się zapewnić go, że jeśli dojdę do jakiś wniosków to się z nim skontaktuję.

Po powrocie do Loży podzieliłem się z pozostałymi nowościami. Jak się okazało sir Richard już zapoznawał się z materiałami prasowymi na temat mordów (które policja chciała utrzymać w tajemnicy). Zaskakująco trafna ilustracja okazała się jedynie dziennikarską spekulacją. Skoro jednak byliśmy przekonani, że mamy do czynienia z istotą mroku nie marnując czasu zabraliśmy się do naszej pracy. Ja z panią Oldenberg postanowiliśmy dokładniej przebadać wszystkie zwłoki, sir Wyndam-Pryce postanowił poszukać informacji u organów ścigania, Tushar natomiast ruszył w region w którym dokonano mordów.

Oględziny wykazały, że najwyraźniej bestia, która atakowała ludzi w dokach rosła w nadnaturalnym tempie (jak się dowiedzieliśmy każdej nocy ginął kolejny mężczyzna). Ponadto wszyscy mieli tatuaż kotwicy w koronie, co wprost oznaczało związek między ofiarami. Niewiele więcej dowiedział się sir Richard. Prowadzący sprawę inspektor Auberon Rogers stwierdził jedynie, że ofiary były powiązane poprzez członkostwo w bractwie dokerów.
Najskuteczniejszy okazał się Tushar, który odkrył lokal w którym regularnie pojawiali się członkowie bractwa dokerów „Pod koroną i kotwicą”. Jak się okazało grupa liczyła siedem osób. Hindus wydobył wszystkie nazwiska, kiedy później do niego dołączyliśmy usłyszeliśmy również historię, która poprzedziła makabryczne wydarzenia. Całkiem niedawno owa grupa dokerów wdała się w bójkę z pewnym cudzoziemcem (prawdopodobnie Polinezyjczykiem), która zakończyła się fatalnie dla tego ostatniego. Jeśli wierzyć słowom właściciela pubu, Chandlera Adamsa obcokrajowiec przeklął swoich oprawców. To dało nam solidne oparcie dla dalszych działań.

Byliśmy jednak zbyt powolni, tej nocy doszło do kolejnego ataku, zatem pozostało jedynie dwóch członków bractwa. Chcieliśmy się upewnić, że uchronimy ich przed podobnym losem i pokonamy bestię. W dniu starcia Tushar z panią Oldenberg udał się do British Museum, aby poszukać wskazówek, czegokolwiek co mogło by pomóc w starciu z bestią. Trafili oni na ślad legend o pewnym morskim bóstwie i jego rekinim towarzyszu. Wierzenia te pochodzą z wysp Cooka, od czterech lat objętych ochronną ręką Królowej Wiktorii. Ja w tym czasie sięgnąłem do naszych archiwów i uzyskałem informację, że z podobnym stworem starła się loża w północnej Francji, brak jednak szczegółów. Nie bez problemów udało nam się dotrzeć do jednego z pozostałych przy życiu dokerów. Postanowiliśmy go przekonać (również nie bez przeszkód) by został przynętą zamiast ukrywać się aż do dnia Sądu Ostatecznego.

Siódmego maja noc była przejmująco zimna. Mgła i wilgoć w dokach zniechęciłyby każdego do kręcenia się po ulicach, co niejako mogło ułatwić nam polowanie. W mlecznym obłoku kręciliśmy się w pewnej odległości od dokera Toma Portmana, dostrzegając jedynie czerwony żar jego fajki. Nagle, zanim zdążyliśmy zareagować, ukazał się za nim monstrualny zarys istoty, którą całkiem przypadkiem dobrze wyobraził sobie rysownik londyńskiego brukowca. Człowiek rekin natychmiastowo pozbawił życia nieszczęsnego mężczyznę, my natomiast przystąpiliśmy do walki. Stwór był niezwykle szybki i pozornie odporny na wszelkie ataki. Na szczęście dzielił słabość z prawdziwymi rekinami, grasującymi w oceanach – uderzenia które trafiały w jego nos, czyniły mu wielką krzywdę. Walka była zacięta i to nie czas i miejsce by dokładnie ją opisywać. Wart wzmianki jest fakt, że otrzymaliśmy niespodziewaną pomoc ze strony niejakiego Meriweather Allison który ranił bestię sztucerem z okna jednej z kamienic, a następnie dołączył do walki na bruku. Gdy bestia otrzymała śmiertelny cios, częściowo przemieniła się w siódmego z dokerów Jacka Jackobsa, który to miał być sprawcą fatalnego losu bezimiennego polinezyjczyka. Jak się okazało długie, brutalne i głośne starcie późną porą sprowadziło tłum gapiów. By uniknąć zdemaskowania naszej Loży błyskawicznie zdecydowałem się na blef. Okrzyk, że trup wydziela trujący opar wywołał panikę motłochu i korzystając ze zgiełku i wozu pani Oldenberg umknęliśmy z miejsca z truchłem dokera-rekina, poturbowani lecz zwycięzcy.

Przy ciele pana Jackobsa znaleźliśmy wisiorek obcokrajowca – prosta muszelkę. Na razie nie jestem w stanie określić czy to on był źródłem klątwy, czy to przekleństwo słowne obcokrajowca wywołało przemianę. Oględziny zwłok wskazują, że z dnia na dzień nie tylko rósł, ale najwyraźniej zatracał coraz bardziej ludzką naturę – być może wkrótce przemiana byłaby całkowita. Wpis ten kończę przed dokładną sekcją stwora. Już teraz podejrzewam, że dostarczy między innymi niezwykle silnego kwasu, którym traktował ofiary. Mam zamiar dokonać dokładnego badania i opisu, następnie jeśli otrzymamy listy od Loży z Francji i potwierdzą one, że starli się z podobnym monstrum, będzie to oznaczało, że to nie unikalna bestia i można jej nadać nazwę. W tym wypadku będę zabiegał o nazwanie go na cześć mojego ojca – Carcharodon Grahamae.