środa, 11 września 2013

Riddick: Polowanie na trupa

Graeme Revell – Darkness Falls


Było wiele wątpliwości. Czy po wykonanych z rozmachem Kronikach uda się zrobić film skromny? Czy Diesel może wrócić po latach do tej roli w dobrym stylu? Czy to remake Pitch Black, czy coś nowego? Jestem po seansie i teraz zostało już tylko jedno pytanie. Czy uda mi się napisać recenzję krótką i bez przynudzania?

Film zatytułowany Dead Man Stalking (dopóki nie dopadł go jakiś marketingowy geniusz) rzeczywiście sporo łączy z początkiem serii. Tym razem jednak w pełni skoncentrowano się na głównym bohaterze. Znów są potworki i garstka innych postaci, ale wszystko kręci się wokół Riddicka. Film dzieli się na trzy wyraźnie segmenty – Riddick vs planeta, Riddick vs łowcy nagród i Riddick vs deszcz i to co z nim się wiąże. Wszystkie dostarczają dużo zabawy i na wszystkie znalazło się dość czasu w 119 minutach. Ani przez chwilę nie czuć montażowego poganiania, wręcz momentami miałem wrażenie, że można by conieco przyciąć dla lepszego tempa.

Efekty nie stoją na najwyższym poziomie, ale Riddick nie wygląda jakby nakręcono go za jedną piątą kasy, która idzie na typową superprodukcję. Stworki, choć wyraźnie komputerowe ogląda się bez skrzywienia, a scenografie są po prostu świetne. Planeta na której toczy się akcja to przykład kapitalnego designu. Pozornie to nudne pustkowie, ale nadano mu całą masę detali i konsekwentny, acz różnorodny styl.

Muzyka gdzieś mi się zgubiła. Choć znów komponuje Graeme Revell i w kilku miejscach słychać motyw z Pitch Black, to jest go malutko a reszta podkładu zupełnie się nie przebija. Na szczęście film nadrabia to czystą rozrywką. Jest tu przemoc, humor, szpanerstwo Riddicka (ale prawie udało się uniknąć przeszarżowania). Do tego po raz pierwszy zobaczymy głównego bohatera w naprawdę ciężkich sytuacjach, w głębokim bagnie, mocno poturbowanego. To coś nowego.

Powiem to wyraźnie – Riddick jest najlepszą częścią trylogii. Równie wyraźnie należy powiedzieć – to nie jest film genialny. Ma swoje wady. Jeśli komuś to przeszkadza – jest przewidywalny. Jest w nim kilka rzeczy kompletnie pozbawionych sensu, choć czasem, jak w scenie z miną, głupotę wynagradza nam fajnością. Jeden z bohaterów ma łączyć Riddicka z Pitch Black i być głównym złym. Niestety gdzieś w drugiej połowie filmu wychodzą z niego straszne kluchy, a szkoda bo przydałby się tu solidny przeciwnik. Na szczęście dookoła krząta się sporo postaci, którym może nie poświęcono zbyt wiele uwagi, ale tworzą dobrą dynamikę dwóch trących o siebie grup najemników. Mam nadzieję, że latynoski gigant jeszcze pojawi się w niejednym filmie, miło zobaczyć Starbuck w brutalnym filmie SF, spuszczającą łomot tym, którzy jej podskakują.

Największą kiszkę jednak twórcy zostawili na sam koniec, gdzie na trzy minuty przed napisami końcowymi filmowi odpadły jaja. Nie potrafię inaczej opisać tego dziadostwa, które tam chlusnęło mi w twarz. Na szczęście od dwóch godzin wmawiam sobie, że film skończył się sceną w rzęsistym deszczu. Ten kiepski epizodzik zupełnie nie jest w stanie przykryć dwóch godzin czystej frajdy rozrywkowego kina SF spod znaku akcji i przemocy.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza