środa, 11 marca 2020

Po mięsie bez krowy - mąka bez zboża

Firma Solar Foods, operująca na przedmieściach Helsinek, hoduje bakterie, które produkują mąkę. Kto wie jak ekscytuje mnie temat mięsa hodowanego laboratoryjnie, domyśli się jak entuzjastycznie podszedłem do tej wiadomości. George Monbiot, autor dokumentu Apocalypse Cow, miał okazję spróbować naleśnika z takiej mąki. Ale mąka to nie tylko naleśniki, nieprawdopodobna różnorodność jej zastosowań sprawia, że wszelkie usprawnienia jej produkcji mogą być zbawienne dla świata.

Bakterie, które wykorzystuje Solar Foods produkują odpowiednik mąki pszennej pomijając pszenicę. To uproszczenie sprawia, że kilogram tak produkowanego białka wymaga stukrotnie mniej wody niż uprawiana roślina. Żeby nie wspomnieć o wołowinie, która wymaga ok pięćset razy więcej wody. W kwestii powierzchni lądowej, tak produkowane białko jest 60 razy wydajniejsze od roślin i 1000 razy wydajniejsze od hodowli bydła.

Podobnie jak rośliny, do produkcji bakterie używają atmosferycznego CO2, ale ich źródłem energii jest wodór. Solar Foods pozyskuje go z wody z użyciem energii z źródeł odnawialnych. Ciąg reakcji chemicznych, które przeprowadzają bakterie jest 10-krotnie wydajniejszy niż ten z zastosowaniem fotosyntezy, prowadzony przez zboża.

Innymi słowy proces ten jest znacznie bardziej wydajny na wielu frontach. Tak jak laboratoryjne mięso pozbywa się nie tylko cierpienia ale i wyłącza z produkcji niejadalne części zwierzęcia, podobnie (choć nie na taką skalę) tu pozbywamy się niejadalnych części roślin. Produkcja odbywa się w kadziach, więc nie zależy od pory roku, deszczu czy pogody w ogóle. A skoro część procesu to elektroliza wody z użyciem energii słonecznej, to być może dobrym miejscem na produkcję byłyby tereny pustynne.

Jeśli zmodyfikować te bakterie, będą mogły produkować białka potrzebne do produkcji kultywowanego mięsa, mleka, kwasu laurynowego (co mogłoby zniszczyć okropny rynek oleju palmowego). Obecnie niektórzy przenoszą się na diety roślinne. Może kolejnym krokiem będzie odejście od roślin na rzecz jednokomórkowców.

W obliczu katastrofy klimatycznej, tradycyjna produkcja żywności będzie się borykać z całym zestawem problemów. Ocieplenie powoduje wcześniejsze nastanie wiosny co prowadzi do suchszego lata. Obserwujemy wzrost ekstremalnych zjawisk pogodowych. Narasta problem ilości słodkiej wody. Postępuje pustynnienie i degradacja gleb. Nowoczesne technologie produkcji żywności niedługo mogą być jedyną racjonalną opcją.

Dlatego może nie warto mówić o tym, że taka żywności pewnie będzie się spotykać ze sprzeciwem. Choć mam wrażenie, że nowe pokolenie jest znacznie bardziej świadome problemów tej planety. Prawdopodobnie w 2050 roku nikt nie będzie wybrzydzał i marudził na “frankenfoods”. W 2021 obstawiam, że do protestujących przeciwko 5G, GMO, LGBT dołączą i przeciwnicy “sztucznego jedzenia” (chyba, że wymyślą jakieś bardziej chwytliwe określenie).

Technologie które rodzą się na naszych oczach mają szansę za jednym zamachem uratować zarówno ludzi jak i ogromne połacie planety. Zmniejszyć emisje, przywrócić tereny naturze, zakończyć wyzysk zwierząt, zatrzymać wylesianie, zredukować używanie nawozów… Może choć w pewnym stopniu spowolnić “szóste wielkie wymieranie”.

Żywność produkowana bez farm czy pól z czasem powinna być tańsza od tradycyjnej. Ma również wszelkie podstawy by być zdrowsza. Prostszy proces i składniki oznaczają też mniej rozbijania złożonych związków, czyli mniej alergenów, szkodliwych tłuszczów i innych niezdrowych atrakcji. Czas pokaże czy proces produkcji nie zaskoczy nas czymś niemiłym. Z pewnością konieczne będą normy pożywek dla bakterii i temu podobne. Ale mam nadzieję, że kiedyś na blogu wyląduje notka o pizzy, którą zrobię z mąki z bakterii zasilanych wodorem, z serem który powstał bez udziału krowy z mięskiem prosto z laboratoryjnej próbowki.


Cześć, dotarłaś/dotarłeś tutaj więc pozwól, że zachęcę Cię do zagłosowania na mnie w "soczewkach Focusa". Wymaga to jednego kliknięcia, nie trzeba podawać danych (możesz zignorować wyskakujące okienko, głos zostanie zaliczony). Głosować można raz dziennie, do końca tygodnia. Dzięki!


Źródła:
Solar Foods
Global warming found to give rise to earlier springs contributing to drier summers
Increasing risks of multiple breadbasket failure under 1.5 and 2 °C global warming
Lab-grown food will soon destroy farming – and save the planet
Dairy Ice Cream, No Cow Needed: These Egg And Milk Proteins Are Made Without Animals


niedziela, 1 marca 2020

SpaceX - update #1

To będzie rok SpaceX. Flota satelitów Starlinka rośnie niemal z tygodnia na tydzień. Konstelacja liczy sobie już trzysta satelitów. W najbliższych miesiącach czeka nas załogowy lot Dragona na ISS co będzie pierwszym wyniesieniem astronautów z amerykańskiej Ziemi od zakończenia ery promów kosmicznych w 2011. Poza tym tylko patrzeć jak zaczną się loty Starshipa, rakiety wielokrotnego ze stali nierdzewnej.

Z tego powodu postanowiłem, że trzeba ruszyć z cyklem, który będzie serwował w miarę możliwości krótkie info o tym co się dzieje i na jakim etapie są projekty SpaceX. Jak macie pomysły na lepszą nazwę cyklu to wiecie gdzie je sugerować.

Starship

Zacznijmy w takim razie od nierdzewnego kolosa, którego w zawrotnym tempie spawają w Boca Chica. Internauta Rafael Adama wykonał rewelacyjną grafikę identyfikującą poszczególne fragmenty rakiety, którą widzicie powyżej. Wygląda na to, że została jeszcze tylko biała, sześciosegmentowa sekcja i główna konstrukcja będzie gotowa. Zostanie oczywiście montaż przewodów, awioniki, pierdylion testów, montaż silników itd. Ale niektórzy twierdzą, że suborbitalne loty mogą się odbyć nawet w kwietniu.

Jakby tego było mało, Elon Musk powiedział, że ma mocne ciśnienie na pierwsze loty orbitalne w tym roku. Jako że Starship sam nie może osiągnąć orbity, to oznacza, że planują zbudować Super-heavy jeszcze w tym roku. Szef SpaceX kusi też fanów i entuzjastów concept-artem z koncertu w zero-g na pokładzie Starshipa.

Aktualizacja do aktualizacji: Niestety test ciśnieniowy w nocy z 28 na 29 lutego delikatnie mówiąc nie powiódł się. Starship SN-1 (serial number) zakończył swój żywot po krótkim, nieplanowanym locie. Oczywiście obyło się bez jakichkolwiek ofiar. Nieplanowany “podskok” z implozją można obejrzeć tutaj.


Turystyka

SpaceX podpisało umowę z firmą Space Adventures. Ich pierwszym klientem był Dennis Tito, który jako pierwszy turysta w 2001 spędził tydzień na pokładzie ISS. Tym razem planują pięciodniową wycieczkę na wysoką orbitę okołoziemską bez pobytu na ISS dla czterech osób. Planowany termin to 2021. Szczerze mówiąc jestem zaintrygowany, bo niecały tydzień w Dragonie raczej nie będzie zbyt komfortowy i przyjemny. Jedzenie, spanie i załatwianie wszelkich potrzeb, w objętości jakichś 10 m3, to daje jakieś 2,5 m3 na osobę…

Zupełnie inaczej brzmi kwestia firmy Axiom Space, która podpisała umowę na dodanie do ISS nowych modułów. Na początek ustalono montaż trzech, zaczynając w 2024. Pierwszy będzie wyposażony w pokład obserwacyjny, który będzie w zasadzie podłużną bańką wystającą ze stacji. Prawdopodobnie będzie to najlepsze miejsce z widokiem na Ziemię i kosmos jakie widział świat, bo chyba nawet skafandry EVA z racji na kask i to jak krępują ruchy nie dadzą takiego poczucia przestrzeni jak to miejsce.

Drugi będzie modułem mieszkalnym. Taki kapsułowy hotel w kosmosie, obity poduchami, z rzepami na ścianach do trzymania mniej lub bardziej przydatnych rzeczy, z okienkami i małymi tv/tabletami. Trzeci będzie modułem badawczo-produkcyjnym. Jedno i drugie jest bardzo kuszące komercyjnie. Jest niezliczona liczba badań, które wielkie korporacje chętnie wykonałyby w warunkach mikrograwitacji, gdyby cena była odpowiednia. Mikrograwitacja stwarza też niespotykane na Ziemi możliwości produkcji materiałów i substancji, w tym medycznych. Tak więc dysponując tanim transportem na orbitę, można by rozwinąć nie lada biznes.

Czwarty planowany moduł to moduł zasilający i regulujący temperaturę. Z jego pomocą moduły Axiom mogłyby oddzielić się od ISS i zacząć samodzielnie funkcjonować jako niezależna komercyjna stacja kosmiczna.

Przy tej okazji ciekaw jestem czy sieć Starlink przewiduje również łączność z komercyjnymi i państwowymi jednostkami na orbicie okołoziemskiej. To co widzimy może być dopiero początkiem kosmicznej turystyki i myślę, że płacący krocie turyści chętnie skorzystaliby z możliwości wrzucania tweetów czy innych pierdół prosto z kosmosu do swoich followerów.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


niedziela, 23 lutego 2020

Polecam "Światy równoległe"

“Światy równoległe” to ciekawa wycieczka przez współczesną pseudonaukę, szarlatanerię, medycynę alternatywną, spiskowe teorie i absurdy w które wierzą ludzie. Założeniem autora było podejście do szeregu popularnych mitów i “alternatywnych” przekonań możliwie bez uprzedzeń bo poznać je od środka, zrozumieć na czym polegają, dlaczego ktoś może w to wierzyć, a także wyjaśnienie dlaczego są błędne.

Chciałbym przeczytać sequel tej książki. Czyta się ją świetnie, dlatego chętnie sięgnąłbym po ciąg dalszy lub suplement. Jednocześnie pozostawia pewien niedosyt. Autor zapewnia, że zawsze za przekonaniami stoi siatka motywacji. Innymi słowy, że wszystkie te pseudonaukowe czy pseudomedyczne bzdury podparte są jakimś tam, może pokrętnym i nieracjonalnym, tokiem myślenia. Co najmniej w przypadku, szczególnie fascynującej mnie kwestii płaskoziemców, prześlizgnął się po temacie. A szkoda, bo jak sam mówi, ruch wyznawców płaskiej ziemi nie jest w zasadzie zakorzeniony w przeszłości. Współcześni płaskoziemcy nie są potomkami “średniowiecznej ciemnoty”. Lamża uznaje, że to jednak głównie trollerka i poszukiwacze atencji. Zgadzam się, że tyczy się to pewnie większości. Jednak po dokumencie “Behind the Curve” wierzę, że czyste intencje co najmniej części tego ruchu. Ich prawdziwość w połączeniu z tak absurdalnym przekonaniem jest fascynująca i warta analizy.

Z pewnym rozbawieniem widziałem, jak mimo iż Łukasz Lamża starał się z całych sił nie drwić zbyt mocno i traktować w miarę możliwości poważnie obiekty swoich badań (analizy?), to jak sam przyznaje we wstępie - nie zawsze mu się to udało. Uważam, że w wielu przypadkach teorie spiskowe są bardzo szkodliwe. Nie mówimy tu tylko o kwestiach medycznych, gdzie niektóre praktyki są groźne, a szarlatani niejednokrotnie odciągają pacjentów od zweryfikowanych metod leczenia. Mimo to uważam, że lekki i zabawny styl książki jest strzałem w dziesiątkę i sprawia, że jest ona bardzo przystępna.

“Światy równoległe” to świetna lektura, ale jej ozdobą są rozdziały poświęcone audiofilom, homeopatom i strukturze wody. Przejażdżka po ekstremalnych zakamarkach audiofilskiego świata, gdzie przy okazji obrywają jeszcze koneserzy win, to miłe zaskoczenie. Nie sądziłem też, że przeczytam coś nowego o homeopatii, więc to było jeszcze milsze zaskoczenie. Wreszcie nie przypominam sobie tak atrakcyjnego i przystępnego omówienia absurdów związanych ze strukturyzacją wody.


Tytuł: Światy równoległe. Czego uczą nas płaskoziemcy, homeopaci i różdżkaże
Autor: Łukasz Lamża
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 224


Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz recenzencki.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


środa, 19 lutego 2020

Twoja Pogoda "zaorała" statystyków, klimatologów i geologów

Twoja Pogoda to taki portal, który niejednokrotnie potrafi grzmotnąć solidną klimatyczną bzdurą. Z reguły je ignoruję lub ograniczam się do wyśmiania pod nosem, ale tym razem pojechali tak szeroko, że skusiłem się na komentarz. Tym razem w swój typowy denializm klimatyczny wplątali również statystykę i wulkanologię.

Poza samym zasięgiem chlapania głupotą, tekst jest tak naprawdę paskudnie manipulacyjny, bo większość jego stwierdzeń można by określić mianem “no niby racja, ale…”. Tym bardziej stwierdziłem, że nie zaszkodzi napisać o nim kilka słów.

Sensacyjny artykuł odwołuje się do autorytetu jakim jest statystyka. Statystyka to w zasadzie matematyka a matematyka nie kłamie. Po tym truizmie wyjeżdża ze stwierdzeniem, że zbliża się potężna erupcja, która ochłodzi klimat. W komentarzach oczywiście zalew denializmu, stwierdzenia jak to natura sama się reguluje, śmieszki z Grety i w ogóle odtrąbienie zwycięstwa nad głupimi klimatologami.

Wróćmy jednak do treści. Nieznany autor stwierdza, że w ostatnich latach aktywność wulkaniczna rośnie. A naukowcy ostrzegają, że ten trend może oznaczać, że zbliża się potężna erupcja. Jacy naukowcy? Tego z tekstu się nie dowiadujemy. Zakładam w związku z tym, że naukowcy ci rezydują w głowie autora. Bo jeśli poszukamy informacji na temat wzrostu aktywności wulkanicznej, dowiemy się, że może pozornie mieć miejsce, bo istotnie od 1800 roku rejestrowano coraz więcej aktywnych wulkanów. Wynika to jednak z eksplozji populacji ludzkiej, rozwoju nauki, narzędzi pomiarowych i ich czułości. Jeśli spojrzeć na częstotliwość erupcji o Indeksie Eksplozywności Wulkanicznej (VEI) 4 lub większym (czyli takich gdzie objętość wyrzuconego materiału to co najmniej stu milionów metrów sześciennych), to jest ona całkiem stała.

(Szalenie podoba mi się, że autorzy napisali, żeby nie używać obrazka bez kontekstu. 
By jak najlepiej spełnić ich życzenie niezwłocznie linkuję do ich tekstu)

Także aktywność nie rośnie a naukowcy nie ostrzegają. Ponadto wróćmy do tej statystyki, która nie kłamie. Tekst wspomina, że raz na kilkadziesiąt lat dochodzi do potężnej erupcji. I tak w 2011 Chilijska eksplozja Puyehue osiągnęła poziom 5 na skali VEI, a w 1991 wulkan Pinatubo eksplodował jeszcze mocniej (6 w skali VEI). No a poza tym Wezuwiusz to już w ogóle jest spóźniony.

Owszem, erupcje przypisywane do skali VEI różnią się ilością emitowanego materiału oraz częstotliwością - w dużym uproszczeniu każdy kolejny stopień to 10x więcej wyrzutu i 10x mniejsza częstotliwość. Tyle, że to wcale nie znaczy, że jakikolwiek wulkan się spóźnia, lub że kolejna eksplozja się zbliża. Tzn tak w sumie to się zbliża, ale dopóki Ziemia jest aktywna tektonicznie, zawsze się będzie zbliżać. Odnoszę wrażenie, że autorowi wydaje się, że jeśli dziewięć razy wyrzucił na monecie reszkę, to teraz szansa na to, że wyrzuci dziesiąty raz z rzędu reszkę wynosi 1:1024, więc niemal pewne jest, że teraz wypadnie mu orzełek. Tymczasem szansa na wyrzucenie reszki wynosi zawsze 1:2.

Autora poniosło również gdy pisał o erupcji Pinatubo w 1991. Stwierdził, że wyemitowany wówczas materiał przez kilka lat powodował ograniczenie o 10% światła docierającego do powierzchni ziemi, co ochłodziło globalny klimat o 0,4 stopnia. Gdy zrobimy jednak coś więcej niż prześlizgnięcie się po artykule z Wikipedii, przekonamy się, że to nie tak. Owszem początkowo zarejestrowano (lokalnie) spadek przepuszczanego światła słonecznego sięgający 10%. Jednak już w ciągu roku wartość tak spadła do około 7% a po dwóch latach było to ledwie zauważalne 2,5%. Natomiast wspomniane ochłodzenie o 0,4 stopnia tyczyło się zestawienia średnich temperatur z pierwszego półrocza 1991 i 1992. Przy czym efekt mógł być co najmniej częściowo zatarty przez zjawisko El Nino, które zwiększa średnie temperatury.

I tu dochodzimy do ostatniej manipulacji. Niby nie wypowiedziana na głos, ale patrząc po komentarzach denialistów, bardzo czytelna. Chodzi o wydźwięk, że naturalna eksplozja dużego wulkanu mogłaby “wyrównać” efekty globalnego ocieplenia i schłodzić naszą planetę. To ostatnie “no niby racja, ale…”. Racja, bo odpowiednio duża erupcja może nie tylko schłodzić klimat, ale wręcz spowodować masowe wymieranie i małą epokę lodowcową. Ale to ekstremalne zjawiska zdarzające się w odstępie setek tysięcy lat. Erupcja Tambory, choć dziesięciokrotnie silniejsza od Pinatubo, odmieniła klimat zaledwie na rok. Miało to ogromne konsekwencje, ekstrema pogodowe, nieurodzaj itd. Bo popiół i siarka wulkaniczna pozostaje w atmosferze mniej więcej do dwóch lat. CO2 które jest kluczowym czynnikiem antropogenicznego kryzysu klimatycznego, pozostaje w atmosferze około dwustu lat.

Dlatego też nie ma co liczyć, że zasiewanie atmosfery siarką, albo naturalna erupcja wulkaniczna ot tak naprawi nasz bałagan. Wisienką na torcie całości jest źródło tych wszystkich rewelacji. Tekst wieńczy następujący wers “Źródło: TwojaPogoda.pl”. Ja zostawię Was natomiast ze zwyczajową, chaotyczną garstką linków, którymi sam się podpierałem.


Źródła:
Mt. Pinatubo's cloud shades global climate
https://en.wikipedia.org/wiki/Volcanic_Explosivity_Index
https://en.wikipedia.org/wiki/File:Mauna_Loa_atmospheric_transmission.png
Nauka o klimacie: "Mit: To spadek aktywności wulkanicznej powoduje ocieplenie"
https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0040609009000169
https://ggweather.com/enso/oni.htm


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


niedziela, 9 lutego 2020

Wyścig na ISS, Starship i Starlink

Zaczynając ten tekst chciałem napisać, że długo już nie pisałem o SpaceX, ale okazuje się, że w listopadzie była notka, w grudniu był post na fejsie a w styczniu ekscytacja słynnym “in-flight abort test”. Firma Muska działa na takich obrotach, że trudno nadążyć, (szczególnie mając własne życie i zapychając po 10 godzin dziennie :P ). Dlatego najwyższa pora na krótkie podsumowanie tego co ostatnio się odmuskowało.


Starliner vs Dragon

Załogowy Dragon nie miał łatwo. Wpierw doszło do eksplozja w czasie testu. Odrobina tetratleneku diazotu (N2O4) przeciekła nie tam gdzie trzeba i zachowała się nie tak jak trzeba. Brzmi zabawnie ale to prawda. Śledztwo wykazało że tytan i N2O4, stosowane przez dekady w przemyśle kosmicznym na całym świecie nigdy się tak nie zachowały.

Równolegle NASA miała sporo zarzutów do spadochronów, co dodatkowo źle rokowało dla Dragona i terminu lotu załogowego. Jednocześnie wypasiony na rządowej kasie i faworyzowany Boeing wydawał się mieć w kieszeni, że to kapsuła Starliner jako pierwsza zaniesie ludzi na ISS. Jednak 20 grudnia wszystko się zmieniło. Choć Boeing robił dobrą minę, testowy lot po prostu się nie udał. Nie doszło do kraksy, ale nie doszło do dokowania z ISS. Kapsuła musiała przedwcześnie wylądować. Warto powiedzieć, że gdyby na pokładzie byli astronauci, nic by im się nie stało, być może nawet mogliby “uratować” misję. Pierwsze analizy wykazały, że pozornie trywialny problem z zegarem pokładowym sprawił, że kapsuła zwariowała i zużyła znaczną część paliwa na niepotrzebne manewry. Jak się niedawno okazało, dalsze śledztwo wykazało więcej problemów. Okazało się, że pojazd miał też szereg problemów z silniczkami manewrowymi. Również mechanizm oddzielania kapsuły od modułu serwisowego ma problemy. Każdy z tych problemów to wielka czerwona flaga. Boeing nie tylko musi naprawić te problemy, ale też zbadać w jaki sposób te wady przetrwały aż do tak zaawansowanego testu.

Jakby wszystkiego było mało internet na początku lutego świat obiegła informacja, że lot załogowego Dragona ma zostać przyspieszony o trzy miesiące. Nie kojarzę ani jednej sytuacji, gdzie w kosmicznym biznesie coś było przyspieszone. Kojarzę tylko niezliczone opóźnienia. Tymczasem może się okazać, że SpaceX wyśle ludzi w kosmos już w maju tego roku. Nawet jeśli coś pójdzie nie tak i wrócimy do pierwotnych planów, to wciąż będzie oznaczało, że w 2020 roku prywatna firma wejdzie w biznes wożenia ludzi na orbitę.


Starship

W ostatnich tygodniach zbiorniki ze stali nierdzewnej przeszły szereg testów i wygląda na to, że SpaceX czuje się coraz pewniej pracując z tym materiałem. Obecnie placówka w Boca Chica przechodzi na czterozmianową, całodobową pracę i pojawiły się już pierwsze fotki pierścieni suborbitalnego Starshipa. Są śliczne i mają pojedynczy spaw. Fanom udało sie podejrzeć specyfikację szpul stali, z których wynika, że pierścienie mają grubość niecałych 4 milimetrów i ważą około 1600kg. Przy wysokości 180cm, samo poszycie pięćdziesięciometrowego Starshipa będzie ważyć jakieś czterdzieści pięć ton. Na ten moment przewidywany ciężar suchej masy rakiety to sto dwadzieścia ton, więc brzmi to jak niezłe przewidywanie (siedemdziesiąt ton na zbiorniki, wewnętrzną strukturę, silniki, awionikę itd.

Najlepsza część - wiadomo, że SpaceX stara się o zgodę na suborbitalne loty między marcem a wrześniem 2020!


Starlink

SpaceX planuje rekordową liczbę czterdziestu lotów w 2020. Ponad połowa, bo dwadzieścia cztery, będą lotami Starlinka, więc jeśli dalej będzie przypadać po 60 satelit na start, to do końca roku na orbicie znajdzie się ponad półtora tysiąca satelit. Jako że już jest ich tam prawie ćwierć tysiąca po czterech lotach, Starlink już jest największą satelitarną siecią telekomunikacyjną choć nie mają jeszcze jednego klienta. Ale to też ma ulec zmianie w tym roku. Przed nastaniem 2021 kosmiczny internet ma być dostępny na terenie Ameryki Północnej a w 2021 globalnie.

Podobno do 2030 chcą zarobić na nim 50 miliardów dolarów. Ma to być skarbonka z której Elon ma sfinansować swoje marzenia o Marsie. Będzie potrzebna jeśli Starshipy mają być produkowane niemal taśmowo. Starlink zasługuje na osobną notkę, bo jest fascynujący pod wieloma względami. Ale postaram się przedstawić tu wersję skrótową. Orbita Starlinków jest około 65 razy niższa niż w przypadku orbit geostacjonarnych, co daje mniej więcej stukrotnie mniejsze opóźnienie w przypadku drogi w tę i z powrotem. Obecnie w sektorze finansowym firmy są gotowe wiercić przez granitowe góry byle tylko światłowody mogły iść krótszą trasą. Jeśli więc zastanawiacie się, czy internetem Muska będą zainteresowani tylko ludzie na bezludziu, to zapewniam że nie. Aspekt który chciałbym kiedyś rozwinąć to komunikacja między satelitami (laserowa) i ze stacjami naziemnymi (radiowa). Naziemny terminal Starlinka będzie wyglądać jak ufo wielkości pudełka pizzy i do śledzenia szybko przesuwających się satelit będzie korzystał z tak zwanego szyku fazowanego. Geniusz tego ponad stuletniego rozwiązania polega na tym, by zamiast siłowników czy jakiegoś skomplikowanego systemu ustawiania anteny wykorzystać matematykę. Macierz anten wysyła sygnały o odpowiednio dobranych przesunięciach dzięki czemu moc sygnału zostaje wzmocniona tylko w danym kierunku. W ten sposób jedynie manipulując opóźnieniem sygnału w poszczególnych antenach można strzelać wiązką w wybrany, wąski obszar nieba. Jak to dobrze, że mamy animowane gify, bo nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie zrozumieć powyższe.

Podsumowując SpaceX w 2020 może wysłać pierwszych astronautów w kosmos, uruchomić pierwszą konstelację telekomunikacyjną zupełnie nowej generacji i wykonać pierwsze loty Starshipem.


Źródła:
https://www.youtube.com/watch?v=HI_8cZwP5XA
https://www.youtube.com/watch?v=kutA8xD71Dw
https://weglowy.blogspot.com/search/label/SpaceX
https://www.spacex.com/news/2019/07/15/update-flight-abort-static-fire-anomaly-investigation


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


niedziela, 2 lutego 2020

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna LEGO (21321)

Jak się okazało chętnie czytaliście moje wynurzenia na temat Księżycowego lądownika LEGO, więc stwierdziłem, że i z okazji premiery nowego kosmiczno-realistycznego zestawu napiszę kilka słów. Apollo upamiętniał 50-lecie lądowania człowieka na Księżycu. W 2019 roku LEGO postanowiło uczcić dziesięciolecie projektu Ideas. W ramach LEGO Ideas internauci głosują na fanowskie konstrukcje, które mogą stać się oficjalnymi zestawami. W ramach jubileuszu firma zorganizowała głosowanie na kilka propozycji, które choć otrzymały wymagany próg 10 000 głosów nie trafiły jednak do sprzedaży (dzieje się tak z wielu powodów). Wśród nich znalazł się projekt Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, który w 2017 roku uzyskał próg, ale nie doczekał się produkcji. W specjalnym głosowaniu minionego lata uzyskał ponad 22 000 głosów dzięki którym 1 lutego 2020 trafił na sklepowe półki.


Budowa

Jak przystało na poważnego, dorosłego faceta, wstałem rankiem tej szarej soboty i ruszyłem w drogę. Ścigając się z jakimiś dziesięciolatkami dopadłem do półki, do której te małe łajzy ledwo sięgały i chwilę później byłem już w klubie posiadaczy ISS.

Zestaw liczy sobie 864 elementy. Zgodnie ze zwyczajem, jako część serii Ideas, nie zawiera żadnych naklejek, podobnie jak w przypadku Saturna V. To zbawienne, bo klockowa ISS zawiera całkiem sporo nadruków, które jako naklejki pewnie przyprawiły mnie o zawał. Dwie godziny powinny starczyć by przejść przez 145 satysfakcjonujących kroków.

Jest tu kilka ciekawych pomysłów, ale nic na miarę szalenie ciekawych technik Saturna V czy Apollo. Jest natomiast trochę zwodniczo podobnych etapów, przez co zdarzyło mi się raz przeoczyć kilka elementów, przez co głowiłem się nad prześwitem na czerwonej ośce na której spoczywa rufowa część stacji, m.in. moduły Zaria i Zwiezda. Nie nazwałbym jednak konstrukcji ani trudną ani nudną.

Ostatecznie model jest zaskakująco duży jak na taką ilość elementów. Można też poszaleć z jego układem. Od przewidzianego przez twórców układania paneli słonecznych, po samodzielne przestawianie modułów. Sam jeszcze tego nie robiłem ale np. Kayla LaFrance, kontroler lotów ISS, jeszcze przed premierą mówiła, że ona i jej koledzy z NASA już się szykują do odtwarzania różnych konfiguracji Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, gdyż ta ulegała zmianom na przestrzeni lat.

Klockowa ISS jest dość delikatna. Podstawka i kręgosłup stacji trzymają się świetnie, ale już mniejsze elementy odpadają dość łatwo. To zdecydowanie model nastawiony na to by wyglądać ładnie na półce, podczas gdy Apollo i Saturn V to wytrzymałe bestie, które można podnosić, rozdzielać itd.


Walory edukacyjne

Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Apollo zachwycił mnie małymi przypisami, które tłumaczyły co w danym momencie konstruujemy i do czego służyło. Zupełnie nie rozumiem, czemu czegoś podobnego nie zrobiono w przypadku tego zestawu. Dlaczego zabrakło choćby krótkich informacji jak nazywa się budowany w danym momencie moduł? Minimalnym wysiłkiem można by szalenie wzbogacić walory zestawu.

Boli mnie to tym bardziej, że jak widzicie na fotkach, sporo części oddano wybitnie za pomocą klocków. Nawet takie detale jak kopuła widokowa przy module Tranquility, czy dmuchany moduł Bigelow Airspace, które widzicie obok. To przez te okienka wykonano wiele zatykających dech w piersi zdjęć naszej planety. Nawiasem mówiąc z domyślnym układem stacji rzeczywiście jest coś nie do końca bo tą słynną kopułę zasłaniają panele innego modułu. Zresztą fotka kanadyjskiego Canadarm2 trochę wyżej wykonana jest również przez okna kopuły.


Końcowe myśli

Myślę, że to śliczny model. Nie ukrywam, że z trio (Saturn V, Lądownik, ISS) wypada najsłabiej. Szkoda, że nie opisuje lepiej stacji. Większość łatwo rozpozna panele słoneczne, ale pewnie mało kto wie, że białe powierzchnie mają odprowadzać ciepło. Byłoby świetnie, jakby posiadacz mógł łatwo wskazać gdzie śpią astronauci. Mimo tych niedoskonałości to dobry zakup. Podstawkę zdobi m.in. kapitalny modelik promu kosmicznego (choć jest on zupełnie nie w skali, tzn powinien być jakieś 60% większy) i nieokreślona kapsuła (może to być równie dobrze Orion jak i Dragon). A skoro już o skali mowa, to postanowiłem samodzielnie przygotować uproszczony model konstruowanego właśnie przez SpaceX, ogromniastego Starshipa. Będzie on mierzyć około 50 metrów i jest jedynie górną częścią rewolucyjnej rakiety wielokrotnego użytku, skonstruowanej z nierdzewnej stali.

Budowa ISS wymagała ok 40 lotów kosmicznych. Gdyby 15 krajów członkowskich dysponowało Starshipem, to teoretycznie wystarczyłoby pięć startów.


czwartek, 23 stycznia 2020

Microsoft chce uratować świat

Tytuł tej notki wcale nie jest na wyrost. Jeśli Microsoft osiągnie choć częściowo swoje ambitne cele, to może być wzorem dla innych korporacji i przetrzeć szlak dla technologii, która jest po prostu konieczna, jeśli mamy uniknąć najgorszej katastrofy. Jeśli jakimś cudem nie widzieliście nagłówków, to wyjaśniam - Microsoft postanowił, że do 2030 roku będzie węglowo neutralny a do 2050 roku usunie z atmosfery w całości swoje historyczne emisje.

Planeta została podgrzana o jeden stopień i efekty tego coraz mocniej przedostają się do zbiorowej świadomości. Mamy już walki o wodę, bezprecedensowe wymieranie gatunków, kłopoty rolnictwa, coraz silniejsze ekstrema pogodowe… pisałem o tym już wielokrotnie. Jest wiele rzeczy, które powinniśmy robić jako ludzkość. Wiele z tych działań tyczy się ograniczenia emisji CO2. Jednak konsensus naukowy jest dość jasny. O ile odejście od emisji CO2 mogło wystarczyć gdy naukowcy bili na alarm w latach dziewięćdziesiątych, to jeśli teraz chcemy uniknąć prawdziwie dramatycznej katastrofy klimatycznej, musimy też dołożyć starań by usunąć nadmiar CO2 z atmosfery. Przekroczyliśmy pewne punkty krytyczne i ruszyły liczne mechanizmy sprzężeń zwrotnych, które mogą napędzać ocieplenie już bez pomocy człowieka. Tymczasem my zamiast mu przeciwdziałać, zamiast naciskać na hamulec, wciąż zwiększamy emisje.

Dlatego deklaracja Microsoftu jest tak ważna. Bo ma ambicje sięgające poza emisyjną neutralność. Ich plan usuwania CO2 jest ważny, bo technologie potrzebne do tego celu są kompletnie w powijakach. Nawet jeśli ich roczne emisje to 0,0003 światowych emisji, to jeśli miliard dolarów, który planują wpompować w technologię przechwytywania CO2, to ta technologia, a zatem Microsoft może uratować nasz świat.

Prezes Microsoftu mówi wprost - konieczne będzie agresywne podejście, nowe technologie, które nie istnieją i innowacyjna polityka firmy. Określa cel pięknym słowem “audacious”. Oznacza ono więcej niż “ambitny”. Sugeruje zuchwałość, ale w pozytywnym, śmiałym sensie. Ten cel jednocześnie jest absolutnie fundamentalny dla każdego człowieka na świecie i każdego pokolenia, które ma nastąpić.

Cel Microsoftu obejmuje neutralność w 2030 a do 2050 usunięcie całego śladu węglowego - zarówno bezpośrednich emisji jak i tych spowodowanych zużyciem energii elektrycznej od momentu założenia firmy w 1975 roku. I powiem Wam, że nie interesuje mnie wszystko co powiecie o tych korpobogaczach ich monopolistycznych praktykach czy paskudnych chwytach. Jeśli zrealizują ten cel, są u mnie na plusie.

Brad Smith wspomina również oczywiste - nie wystarczy jedynie ambitny cel, potrzebny jest jeszcze dokładny plan. W jego ramach MS rozbuduje swój program “internal carbon fee”, który istnieje od 2012 roku (w jego ramach działy firmy przekazują proporcjonalne sumy na “sustainability improvements”, więc dla lepszych wyników finansowych starają się ograniczać swój odcisk węglowy). Poza tym przekaże miliard dolarów na rozwój technologii ograniczenia i przechwytywania i usuwania emisji. Przyznam, że to nie jest zawrotna kwota. To mniej niż 1% przychodu firmy. Nie wiem ile wynosi ich sumaryczny internal carbon fee, ale to osobne źródło pieniędzy na zbliżone cele.

Jednak Microsoft ma zamiar rozliczać się z postępów. Już od kilku lat publikuje “Environmental Data Factsheet”, a od 2020 ma publikować “Environmental Sustainability Report”. Ponadto firma chce być orędownikiem ograniczania emisji i usuwania CO2.

Już słyszę te głosy o “PRowym bullszicie”. Jednak wbrew pozorom, można zakładać, że szefostwo Microsoftu jest racjonalne i kieruje się przesłankami naukowymi. A te jasno mówią gdzie jesteśmy i jaki jest kurs naszej cywilizacji. Zakładam też, że ludzie w zarządzie MS mają dzieci i lubią życie. Mogą też mieć świadomość, że współczesny pracownik poza pieniędzmi ceni wartości i misję swojej firmy. Na pewnym poziomie wynagrodzenia to ostatnie zaczyna być naprawdę istotne. Także najzwyklejsza chęć zysku i umocnienia korporacji może motywować Microsoft do tego, by nie skończyło się na “PRowym gadaniu”.

W tym miejscu pozwolę sobie na parafrazę słów Neila Tysona z jego zeznania przed Kongresem USA. Choć tyczył się fundowania NASA, zaskakująco dobrze wpasowuje się w ambitny cel Microsoftu.

Śmiałe wizje mają moc by przekształcać umysły, by zmieniać założenia o tym co jest możliwe. Kiedy społeczeństwo pozwoli sobie na ambitne marzenia, te marzenia opanowują ambicje jednostek. W erze Apollo nie potrzeba było rządowych programów, które miałyby przekonywać ludzi, że bycie naukowcem lub inżynierem było dobre dla społeczeństwa. To było oczywiste.

Fundowanie misji oczyszczenia atmosfery z dwutlenku węgla ożywiłoby zdolność ludzi do innowacji jak żadna inna siła. Brak ambicji pożera nas, gdy przestajemy mieć marzenia. Robienie czegoś, czego nigdy wcześniej nie dokonano stanowi intelektualną pokusę. Zew tej przygody odbiłby się echem w społeczeństwie i w edukacji.

Plan Microsoftu zakłada, że do 2025 cała energia konsumowana przez centra danych, budynki i kampusy firmy będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych. A jako, że pierwszy punkt ich zasad mówi o kierowaniu się nauką, mam cholerną nadzieję, że wśród tych źródeł będzie energia jądrowa. Do 2030 cała flota pojazdów na kampusach ma być elektryczna. Już w tym roku ich internal carbon fee będzie obejmować również bardziej pośrednie emisje.

Microsoft w najbliższych latach planuje mieć cały wachlarz technologii negatywnych emisji. Od zalesiania i sekwestracji w glebie, po technologie bezpośredniego wychwytywania CO2 z atmosfery. Technologie mają być skalowalne, przystępne cenowo i dostępne komercyjnie.

Warto docenić, że Brad Smith sam stwierdził, że ten 1 miliard (do zainwestowania na przestrzeni czterech lat) to ułamek potrzebnych inwestycji, ale liczy, że to rozpocznie trend wśród rządów i firm. I myślę, że może mieć rację. Argumenty wymieniłem wcześniej.


Źródła:
https://blogs.microsoft.com/blog/2020/01/16/microsoft-will-be-carbon-negative-by-2030/
https://download.microsoft.com/documents/en-us/csr/environment/microsoft_carbon_fee_guide.pdf
https://www.youtube.com/watch?v=wj0UrF2T130
https://space.nss.org/neil-degrasse-tyson-senate-testimony/


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.