Pojawiła się publikacja, która nie zaskakuje, ale myślę, że warto o niej wspomnieć. “Feeds, Feelings, and Focus” to metaanaliza z 2025 roku. Autorzy przeanalizowali 71 badań, w których sumarycznie wzięło udział prawie sto tysięcy uczestników. Badano wpływ sięgania po krótkie formy wideo (SFV), czyli TikTok, rolki Instagramowe, Facebookowe, szorty na YouTube.
Jest tak jak zapewne się domyślacie. Koszmarnie. Nie ma wątpliwości, że doomscrolling pogarsza zdolności kognitywne, kontrolę odruchów, uwagę, źle wpływa na zdrowie psychiczne, stany lękowe i stres. Co ciekawe, metaanaliza nie wykazała wpływu na samoocenę, ale według autorów wynika to z tego, że badania nie tyczyły się specyficznych treści (np związanych z branżą beauty czy podróżami).
Nie ma tu niespodzianki, ale warto zwrócić uwagę, jak mocno to wybrzmiewa. Mówimy tu o dziesiątkach badań, tylko dla tego wąskiego zakresu social mediów. To wymierna szkoda. Doomscrolling to zmora, która niszczy ludzi na wielu frontach jednocześnie. Niszczenie samokontroli, pogorszenie zdrowia psychicznego, demolowanie zdolności racjonalnego myślenia, podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów. Nawet z własnego doświadczenia pewnie widzicie, że ludzie zatracają zdolność zapoznawania się z dłuższymi i bardziej wymagającymi treściami.
Pojawiają się też pierwsze badania pokazujące, że LLMowe czaty również oduczają samodzielnego myślenia, wnioskowania czy głębszego wnikania w zagadnienia. Chichotem losu będzie, jeśli za kilka lat to AI pomoże przygotować podobną metaanalizę, podsumowującą co z mózgami robią te czaty. Szkoda tylko, że może nie będzie już komu jej czytać.
Mamy przed sobą potworną kulę śniegową. Przypominam, że przez większość minionego stulecia współczynnik IQ (który oczywiście nie jest idealną miarą) rósł o 2-3 punkty na dekadę. Trend ten uległ odwróceniu i w ostatnich dekadach obserwowany jest spadek o nawet 7 punktów na pokolenie (nie dekadę). Innymi słowy mamy nieszczęśliwą, niezdolną do skupienia, znerwicowaną, populację coraz mniej zdolną do podejmowania racjonalnych decyzji czy poprzedzania ich pogłębioną analizą. Przepis na katastrofę.
Na koniec powiem tylko, że sto lat temu zaczęto solidnie regulować ołów, choć w miarę radykalne ograniczenia to raczej lata siedemdziesiąte. Następnie zaczęto też zajmować się azbestem, choć już przed połową wieku było wiadomo, że jest szkodliwy. Wreszcie przyszedł czas na tytoń, gdzie minęły dekady od stwierdzenia szkodliwości do wprowadzenia ograniczeń w reklamach, ostrzeżeń na paczkach czy zakazów palenia w przestrzeniach publicznych.
W każdym przypadku istniały grupy interesów i silne lobby, które stawiało opór. Mimo to udało się wprowadzić regulacje. Może z social mediami też się da? Może w ich przypadku nie potrzebujemy kolejnych dekad?
Bonus: Pamiętajcie, że dla mózgu można zrobić też dużo dobrego. To, że oglądacie filmiki na TikToku czy Instagramie to jeszcze nie wyrok. Jeśli chcecie poprawić swoje mózgownice to:
- Czytajcie książki.
- Trenujcie krytyczne myślenie, poświęćcie uwagę problemom bez łatwych odpowiedzi.
- Rozwiązujcie zagadki logiczne, grajcie w gry strategiczne i wymagające myślenia.
- Jak już przed ekranem to aktywnie a nie pasywnie, niech technologia będzie narzędziem do tworzenia czegoś a nie scrollowania.
- Uczcie się nowych rzeczy, szczególnie przez działanie, żonglerka, budowanie czegoś, gotowanie, czyli działania, które rozwijają zdolności poznawcze w sposób, którego nie zapewni nauka z podręcznika.
- Dobre spanko, dobre jedzonko i ruch fizyczny to również klucze do zdrowego mózgu.
Źródło: Feeds, Feelings, and Focus: A Systematic Review and Meta-Analysis Examining the Cognitive and Mental Health Correlates of Short-Form Video Use
sobota, 31 stycznia 2026
Wpływ krótkich form wideo na nasze zdrowie
niedziela, 24 sierpnia 2025
Raport Zespołu ds. Dezinformacji
Internet robi się coraz bardziej bezużyteczny. Kilka miesięcy temu bez większego echa przeszła publikacja raportu Zespołu ds. Dezinformacji, tymczasem zawiera on bardzo istotne informacje tyczące się naszej codzienności w sieci. Ważniejsze niż jakaś drama z celebrytami czy nawet kolejna nowatorska teoria tycząca się ciemnej materii.
Z jednej strony miałem opory przed ruszaniem tematu na Węglowym, bo niby ocieka polityką no i to trochę walka z wiatrakami. Z drugiej jednak tyczy się dezinformacji, w tym w obszarach czysto naukowych i jeśli mogę choć w drobnym stopniu zaszczepić choć kilka osób przeciw dezinformacji, która po prostu zalewa nas w stopniu, który odrzuca mnie od sociali w ostatnich miesiącach, to choćby dla czystego sumienia postanowiłem przygotować coś dla śledzących Węglowego.
Zatem przedstawiam Wam bardzo zwięzłą esencję osiemdziesięcioczterostronnicowego raportu, poświęconego temu jak Rosja i Białoruś sieją dezinformację w polskiej infosferze. Podstawą działań są dobrze znane rosyjskim służbom i pracowicie podsycane przez nich lęki społeczeństwa polskiego. Dlatego zamiast chwalenia Rosji, celem jest niszczenie wizerunku przeciwnika, Unii Europejskiej, Ukrainy, podkopywanie wizerunku Polski. To Polska ma się jawić jako nieporadne i słabe państwo. W przypadku wyborów, zamiast promowania jednego kandydata w wyborach podkopuje się drugiego. Innymi słowy przekaz negatywny, grający na niechęciach, strachu itd działa sprawniej.
Narracje zidentyfikowane przez Zespół są dość jasne.
- Uderzanie w NATO i UE, szerzenie opinii, że są to organizacje opresyjne, wrogie i kolonizują swoich członków
- Uderzanie w Zachód ogółem, ukazywanie go jako zdemoralizowany, tracący tożsamość, odcinajacy się od korzeni, od “obiektywnych i uniwersalnych” wzorców (czytaj “konserwatywnych”), promujący dżendery, łołki itd.
- W kwestii wojny wmawianie, że Rosja wygrywa i Ukraina to upadłe państwo, pompowane są antyukraińskie nastroje żerujące na historii
- Promowane są wszelkich teorie spiskowe podważające publiczne zaufanie i destabilizujące społeczeństwo - antyszczepionkowość, denializm klimatyczny, 5G itd.
Nie chodzi tu tylko o to, żeby Polska nie miała energii jądrowej, szybkiej telefonii, czy żebyśmy chorowali na niemal zapomniane już choroby. Choć byłoby to mile widziane przez Rosję, to sama destabilizacja, wewnętrzne konflikty już są swojego rodzaju wygraną. Skłócony naród nie zajmuje się realnymi problemami i rozwija się wolniej niż zjednoczony.
Warto mieć świadomość, że rosyjska propaganda ma łatwiej. Od lat wiadomo, że kłamstwo obiegnie świat zanim prawda włoży buty. Jednocześnie wnioski Zespołu są jasne - ruska propaganda jest zorganizowana i konsekwentna. Polskie państwo (zarówno za jednych i drugich) nie działa tak źle, jak się nam wmawia, ale kompletnie leży jeśli idzie o strategię komunikacyjną. W przypadku COVIDu nie było spójnej, czy jakiejkolwiek: “Niestety, Komisja nie odnalazła dokumentów lub innych propozycji rządowych pozwalających na twierdzenie, że rząd – w czasie dużej aktywności grup antyszczepionkowych – opracowałby i zaimplementował spójną, proaktywną politykę informacyjną w obszarze walki z infodemią COVID-19”. W przypadku “Szturmu na granicę” analogicznie zupełnie oddano pole wrogowi “Skuteczność operacji była możliwa dzięki politycznej decyzji o całkowitej blokadzie informacyjnej (zakaz dostępu mediów i dziennikarzy), co spowodowało wytworzenie luki informacyjnej otwierającej pole dla propagandy białoruskiej i rosyjskiej.” W zasadzie to samo widać w kwestiach dezinformacji klimatycznej, gdzie brakuje działań naszego państwa.
Raport wieńczy szereg rekomendacji, z których część jest dość oczywista uwzględniając powyższe. Przede wszystkim potrzebna jest spójna strategia przeciwdziałania dezinformacji. Mowa tu o regulacjach prawnych, obszarach państwa, instytucji, bezpieczeństwa narodowego, ale też edukacji czy przestrzeni informacyjnej. Czyli po prostu szczepienie na głupotę i kłamstwo. Szeroka i powszechna edukacja medialna społeczeństwa w zakresie rozpoznawania manipulacji i dezinformacji oraz krytycznego myślenia przyda się nam nie tylko w kontekście ruskich trolli, tylko… cóż wszystkich obszarów życia.
Co ciekawe Zespół wspomina, że legislacje w tym kierunku trwają w UE, więc jeśli sami się tym nie zajmiemy to jest szansa, że ta zła Unia wypełni tą lukę.
Rekomendowana jest transparentność państwa - informowanie o kryzysach, współpraca z mediami, ale też monitorowanie, monitorowanie mediów rosyjskich i białoruskich. Co straszne, mówimy tu o kosztach porównywalnych z jednym czy dwoma czołgami, które kupujemy w setkach. Ułamek wydatków zbrojeniowych na obronę na froncie tak skutecznie zdominowanym przez rosję dałby już kolosalną różnicę w infosferze. Według Zespołu państwo miało informacje (o różnej jakości i zakresie, ale miało) o osobach i instytucjach szerzących dezinformację ale zabrakło reakcji. Dziesiąta rekomendacja w raporcie jasno mówi o roli dziennikarzy w demokratycznym państwie i nawiązuje do blokady informacyjnej na granicy polskobiałoruskiej w 2021, która stworzyła lukę, błyskawicznie “zagospodarował przygotowany przekaz propagandowy pochodzący z Białorusi i Rosji. Polskie media ze względu na decyzje polskich władz nie były w stanie zweryfikować tego przekazu. Wywoływanie luki informacyjnej jest więc podstawowym błędem polskich władz, który nigdy nie powinien być powtórzony.”
Dorzucam linki do raportu oraz wywiadu z jej członkiem. Gdyby władze wzięły sobie do serca jego rekomendacje, powstałyby billboardy i reklamy zachęcające do zapoznania się z nim. Wygląda na to, że jeśli sami nie wyczulimy się na dezinformację, nikt tego za nas nie zrobi.
Raport Zespołu ds. Dezinformacji (na dole PDF do pobrania)
Wywiad z Adamem Leszczyńskim
poniedziałek, 5 lutego 2024
Kobieta, która widziała zombie
Pewnie nigdy nie zastanawialiście się jak smakuje wasze imię. Przecież to bez sensu, słowa nie mają smaku. Z reguły to prawda. Ale bardzo, bardzo rzadko, zdarzają się osoby, dla których takie pytanie jest całkiem sensowne. Słyszałem nieraz o synestezji. To rzadka przypadłość, gdy wrażeniom jednego zmysłu, na przykład wzroku, towarzyszą odczucia związane z innym zmysłem. Najczęściej objawia się “barwnym słyszeniem”, kiedy dźwiękom towarzyszy odczuwanie kolorów, czasem litery i cyfry też wywołują wrażenia kolorów. Jak się okazuje, są jednak bardziej egzotyczne połączenia…
“Człowiek, który smakował słowa” - tak brzmi oryginalny tytuł książki Guya Leschzinera, która właśnie ukazała się w Polsce, pod tytułem “Kobieta, która widziała zombie”. Nie pochwalam tej zmiany, książkę jednak gorąco polecam. To fascynująca wyprawa w świat ludzkich zmysłów. Poznamy ludzi, którzy nie czują bólu (co nie jest supermocą), których percepcja zimna i ciepła jest odwrócona, oraz takich którzy słysząc dźwięki tracili równowagę. No i takiego jednego, dla którego imię żony kolegi smakuje wymiocinami.
Autor skupia się na bardzo ludzkim aspekcie swoich pacjentów. Książka ma bardzo gawędziarski styl, przepełniona jest licznymi przypowieściami z życia neurologa. Na przestrzeni dziewięciu rozdziałów prezentuje, jak zaburzenia zmysłów mogą przenikać każdy aspekt życia. Mówi sporo o niedoskonałościach naszych zmysłów, jak nasza percepcja jest wypadkową sygnałów i tego, co robią z nimi nasze mózgi.
W trakcie lektury stwierdziłem, że chyba zaczynam się starzeć, bo to nie pierwsza książka o chorobach, którą przyszło mi czytać, jednak po raz pierwszy kilkukrotnie towarzyszył mi strach na myśl o podzieleniu losu niektórych bohaterów. Co ciekawe, kilkukrotnie poznając nowych bohaterów myślałem, że sam chyba uznałbym, że tracę zdrowy rozum, by chwilę później przeczytać, że i oni podejrzewali, że są szaleni. Jednak choć problemy niektórych mają początek w mózgu, żaden pacjent Guya Leschzinera nie cierpi na zaburzenia psychiczne.
Mam jeden zarzut wobec książki. Otóż pozostawia pewien niedosyt. Zabrakło mi większej dawki wiedzy medycznej, neurologicznej. Wyjaśnienia niektórych zagadek medycznych wydają mi się niewystarczające. Nadrabia to jednak lekkim, gawędziarskim stylem (jestem bardzo ciekaw, czy autor ma tak fajne pióro, czy pomagał mu autor widmo). Może ktoś rozsądny stwierdził, że książka nie jest z gumy?
“Kobieta, która widziała zombie” to kawał solidnej lektury popularnonaukowej. Intrygująca, ciekawa, momentami straszna, chwilami smutna, bo choć dolegliwości są fascynujące, Guy Leschziner jasno mówi jak wpływają one na funkcjonowanie tych ludzi.
Dziękuję wydawnictwu Znak Literanova, za przesłanie egzemplarza do recenzji.
Przy okazji zapraszam na mojego Instagrama, gdzie od jakiegoś czasu oprócz prywatnych fotek jedzenia, zacząłem wrzucać posty poświęcone przeczytanym książkom.
niedziela, 10 kwietnia 2022
IPCC 2022 - mitygacja zmian klimatycznych
Emisje wciąż rosną choć tempo wzrostu maleje. Gorzko się czyta, że “tempo wzrostu maleje”, bo to jest trochę tak - wanna się już przelewa, ale my wolniej odkręcamy kurek. Podkreślam, nie zakręcamy, tylko tempo odkręcania maleje, woda wciąż wlewa się coraz szerszym strumieniem.
A jednak ta zmiana trendów, oraz fakt, że 18 krajów w ciągu ostatniej dekady było w stanie konsekwentnie obniżać swoje emisje cieplarniane sprawia, że na ten moment scenariusz, potocznie nazywany “business as usual” przestaje być tym najpewniejszym. Tym samym, choć wciąż naciskamy na gaz, wygląda na to, że nie wpakujemy się w betonową ścianę.
Cudownie uchwycone przez termometr “Climate Action Tracker” obecne działania kierują nas w stronę świata cieplejszego o 2,7°C (2,0°C - 3,6°C). Czyli apokalipsa potencjalnie odwołana, kurs na dystopijny świat. Jeśli jednak trendy się utrzymają i wzmocnią, jeśli dziadersów zastąpi świadome młode pokolenie, to kto wie, możemy zapewnić sobie coś pomiędzy katastrofą a tragedią, między 1,5°C a 2°C ocieplenia. Dla przypomnienia, na termometrze mamy już +1,2°C.
Co więcej w raporcie? Autorzy podkreślają dysproporcje w emisjach. To znaczy “górne 10%” najbogatszych domostw odpowiada za 35-45% globalnych emisji związanych z konsumpcją gospodarstw domowych. Już poprzedni raport mówił, że miasta będą w centrum zmian klimatycznych, ten natomiast mówi również, że tereny zurbanizowane mogą tworzyć okazje do zwiększania wydajności zużycia zasobów oraz redukcji emisji cieplarnianych.
Optymistycznym faktem jest też to, że co najmniej 18 krajów redukowało swoje emisje w ciągu ostatnich 10 lat. Te kraje (w kolejności bylejakiej) to Szwecja, Rumunia, Francja, Irlandia, Hiszpania, Zjednoczone Królestwo, Bułgaria, Holandia, Włochy, USA, Niemcy, Dania, Portugalia, Austria, Węgry, Belgia, Finlandia i Chorwacja. Lista na pewno nie jest kompletna i nie wspomina o krajach takich jak Butan, który chwali się ujemnymi emisjami.
Teraz możemy przejść do jednego wykresu, przy którym rozświetliły mi się lampki alarmowe. Znajduje się on na 51 stronie podsumowania i przedstawia potencjał redukcyjny i koszt różnych działań. Szerokość słupka mówi o tym o ile gigaton ekwiwalentu CO2 rocznie można potencjalnie zmniejszyć roczne emisje za pomocą danej polityki/technologii. Natomiast barwa mówi o kosztach. Haczyk? Wykres mówi o potencjale do roku 2030.
Moi drodzy, choćbyśmy się skićkali w gacie, to nie skończymy walki z katastrofą klimatyczną w ciągu 8 lat. Ani 18, ani 28. To walka na długie dekady i w takich ramach czasowych trzeba myśleć. Na wykresie rażąco kiepsko przedstawia się energia nuklearna oraz technologie przechwytywania węgla CCS (Carbon Capture and Storage) / CDR (Carbon Dioxide Removal).
Ten sam raport kilka stron dalej mówi wprost - rozwój technologii CDR jest nieunikniony, jeśli chcemy wyzerować emisje cieplarniane. W kwestii energii nuklearnej warto zrozumieć, że również ten wykres może być mylący, bo elektrownie jądrowe powstają długo, ale mogą działać nawet 80 lat (czy więcej), a jednocześnie oferują tanie, bezpieczne, bezemisyjne i długofalowo najtańsze, najbardziej stabilne źródło energii.
Uff zrzuciłem największy ciężar z serca. Na koniec wspomnę jeszcze jeden wyjątek z raportu, który podkreśla to co często wspominałem i co warto pamiętać - globalne zyski ekonomiczne z ograniczenia ocieplenia do 2°C przewyższają koszty tego ograniczenia.
Tyle na dzisiaj. Odwołujemy apokalipsę a to oznacza, że wciąż ma sens marzenie o świetlanej przyszłości w której badamy i podbijamy kosmos. Pomóc w tych marzeniach może moja książka “Niebo pełne planet”, która zapozna Was z rozwijającą się dziedziną astronomii jaką są poszukiwania i badania planet poza Układem Słonecznym. Traktuje o obecnych technikach, dokonanych już odkryciach ale i o tym co potencjalnie czeka nas w przyszłości. Przedsprzedaż już trwa.
Zródła:
Podsumowanie raportu IPCC
Termometr Climate Action Tracker
To zawsze warto linkować
Poprzednie wpisy w temacie
sobota, 19 marca 2022
IPCC 2022 - wpływy, adaptacja zagrożenia
Zgodnie z moją prawie-obietnicą z początku marca przedstawiam Wam coś na kształt podsumowania drugiej części Szóstego Raportu Podsumowującego Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (IPCC). Nie ukrywam, tekst (a raczej tak zwane “summary for policymakers”) jest trudny w lekturze. Nie dziwne - trudno podsumować 14 000 badań naukowych. Zamiast przybliżać całość postaram się skupić na kluczowych elementach.
1. Równia pochyła
Można powiedzieć, że nie ma tu wiele nowego. Modele klimatyczne już od lat spisują się całkiem dobrze i coraz precyzyjniej przewidują zmiany. Huragany i cyklony robią się mocniejsze i przynoszą większe szkody. Setki gatunków wyginęły, tysiące są wpychane na granicę wymierania. Rozmarzająca “wieczna zmarzlina” powoduje kolejne nieodwracalne zmiany. Nie zapominajmy o sprzężeniach zwrotnych. Ocieplenie, zabija lasy wodorostów, które są absorbują CO2 lepiej niż lądowe lasy. Ich śmierć prowadzi do dodatkowych emisji CO2 do atmosfery dodatkowo napędzając ocieplenie… Skutki zmian klimatycznych rozgrywają się na naszych oczach z roku na rok.
Jeśli idzie o wpływ na zdrowie, to globalnie jest bardzo prawdopodobne (+90%, przypominam poprzednią grafikę w której pokazałem jak odpowiednie sformułowania w raporcie przekładają się na prawdopodobieństwo), że efekty zmian klimatycznych są negatywne. Globalnie. Zwiększona śmiertelność w wyniku ekstremalnych fal upałów, zwiększona częstotliwość chorób przenoszonych przez żywność i wodę. Choroby odzwierzęce pojawiające się w nowych obszarach. Częstsze ulewy i powodzie, które sprzyjają chorobom takim jak cholera i infekcje przewodu pokarmowego. Nawet zwiększona liczba problemów ze zdrowiem psychicznym została powiązana ze wzrostem temperatur. Do tego powiązano przypadłości sercowo-naczyniowe i oddechowe z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, utratą mienia i ekspozycją na skutki pożarów. Nie zaskoczy Was pewnie również, że raport wspomina o tym, iż klęski i ekstremalne zjawiska uderzają w systemy opieki zdrowotnej. [SPM.B.1.4]
2. Scenariusze i cele
Jedna z kluczowych ilustracji zajmuje 18 i 19 stronę raportu. Przedstawia scenariusze zmiany temperatury do końca stulecia oraz szereg efektów jakie mogą przynieść. Efekty przedstawiono jako słupki o coraz ciemniejszej barwie. Działa to następująco - ciemniejsza barwa oznacza większe zagrożenie/wpływ danego czynnika, kropki natomiast symbolizują pewność naukowców co do tych danych. Na potrzeby tego wpisu skleiłem scenariusze z ryzykami dla Europy i regionu śródziemnomorskiego. Do tego czerwoną linią zaznaczyłem ocieplenie o 1,5°C.
Jak widać wszystkie te elementy już się pojawiają i szybko zyskują na sile. To co musicie wiedzieć o scenariuszach to, że brak w nich pesymistycznej opcji. Ten najgorszy “SSP5-8.5”, to po prostu “business as usual”, czyli po prostu co się wydarzy, jeśli ludzkość będzie dalej robić to co teraz. [Figure SPM.3]
Skonfrontujmy te scenariusze z tym co od lat podkreśla IPCC - powinniśmy robić wszystko co możliwe by zatrzymać globalne ocieplenie poniżej progu 1,5°C. Już teraz podgrzaliśmy planetę o 1,2°C. Żeby mieć szansę by uniknąć zbliżającego się progu musielibyśmy w ciągu ośmiu lat zredukować emisje o połowę. Całe. Żeby mieć szanse. Póki co rokrocznie emisje się nie zmniejszają. Nie są też stałe. Póki co rokrocznie emisje cieplarniane ludzkości rosną. Jeśli idzie o Europę raport wskazuje na kilka głównych niebezpieczeństw na które powinniśmy się szykować. Zagrożone są tereny przybrzeżne (zalania), ludzie w miastach (fale upałów), niedobory wody (wszędzie), produkcja żywności ucierpi (bo niedobory wody, bo upały, bo susze).
3. Dodatnie minusy
Kontynuujemy wpisy o najnowszym raporcie IPCC (druga część Szóstego Raportu Podsumowującego Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu). Tym razem trochę o dobrych chęciach. I o jednym aspekcie, który lekko mnie zaniepokoił.
Może zacznijmy od tego właśnie. Ilustracja na jedenastej stronie raportu pokazuje przegląd obserwowanych wpływów na pewne obszary ludzkiej działalności. Można tam zauważyć ± taki symbol. Wskazuje on, że w pewnych kwestiach zmiany klimatyczne mogą spowodować zarówno pozytywne jak i negatywne skutki. Z jednej strony dla każdego rozsądnego oczywistym będzie, że te negatywne dominują. Co więcej pełna wersja raportu (liczący 3676 stron) mówi wprost, że te negatywne przeważają. Z drugiej strony jestem niemal pewien, że znajdzie się jakiś kuc, który zobaczy plusik, przegapi minus i użyje tego raportu jako paliwa do swoich denialistycznych głupot na temat klimatu. Ale pewnie nic na to nie poradzimy. [Figure SPM.2]
4. Szkodliwe adaptacje (dysadaptacje, pseudoataptacje).
Istotnym słówkiem w nowym raporcie jest termin “maladpatatpion”. Nie zdecydowałem jakie tłumaczenie pasuje mi tu najbardziej. Chodzi jednak ok działania podejmowane na rzecz ratowania klimatu, regionów czy ekosystemów, które w większej perspektywie są szkodliwe.
Weźmy na przykład opaski brzegowe (seawalls). Mają one chronić wybrzeża, co jest sensowne krótkoterminowo, długoterminowo ogranicza jednak przestrzeń dla procesów adaptacji. Zalesianie urasta w pewnych kręgach do “klimatycznego fetyszu”, co jest w pełni zrozumiałe, biorąc pod uwagę jak w pewnych krajach dramatycznie i bez opamiętania dewastowane są lasy. Jednak zalesianie naturalnie niezalesionych terenów może tylko pogłębić problemy. To prosta droga do uszkodzenia naturalnych ekosystemów i pogorszenia bioróżnorodności. Tereny na których nie było lasów mogą po prostu nie nadawać się dla drzew, które szybko umierają, ostatecznie zatem nie wychwycą dwutlenku węgla, pozostanie tylko odcisk węglowy związany z pracami by je zasadzić. [SPM.C.4]
Co więcej takie projekty często również uderzają w biedniejsze i rdzenne populacje, (no bo przecież nie będziemy przywracać lasów na polach golfowych). Pewnie nie muszę dodawać, że im pilniejsze będzie działanie wobec zmian klimatycznych, tym łatwiej będzie o takie nieprzemyślane i chaotyczne, dorywcze działania zaradcze.
To już trzeci i ostatni wpis o najnowszym raporcie IPCC (druga część Szóstego Raportu Podsumowującego Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu). Bardzo istotnym aspektem o którym wspomina ten (ale i poprzednie raporty) jest to jak zmiany klimatyczne dotkną najsłabszych. Biedne i najmniej rozwinięte kraje są i będa najsilniej dotknięte zmianami klimatycznymi. Jednocześnie są to kraje w najmniejszym stopniu odpowiedzialne za te zmiany.
5. Nierówności i niesprawiedliwość
Otrzymują one niewielkie wsparcie, często podejmowane są próby na rzecz przerzucenia na nie odpowiedzialności za adaptację. Działa to mniej więcej tak - kraje zachodnie już żyją, nomen omen, zachodnim stylem życia, dziękie dekadom wysokich emisji, ale tego nie roztrząsajmy, zamiast tego niech kraje globalnego południa powstrzymają swoje ambicje, niech nie mają prądu, klimatyzacji, bo to potęguje ocieplenie… [SPM.C.4.3]
Wspominałem w poprzednim wpisie o szkodliwych adaptacjach. W rozdziale 17 pełnego raportu, na stronie 2965 (uprzedzając pytania - nie, nie przeczytałem całych trzech i pół tysiąca stron pełnego raportu). Znajduje się całe zestawienie różnych adaptacji, które choć pozornie są pozytywne, pogłębiają różnice społeczne.
Tymczasem podobnie jak w specjalnym raporcie z 2019 roku IPCC bardzo głośno i wyraźnie mówi - że bardzo pozytywne efekty może przynieść zmniejszanie różnic społecznych oraz _emancypacja kobiet_. Zacytuję: “zagrożenia dla pokoju redukuje (...) wzmacnianie pozycji kobiet (90-100% prawdopodobieństwa)” . [SPM.C.2.12]
Nawiasem mówiąc od jakiegoś czasu IPCC mówi też językiem bezwzględnego kapitalizmu. Otóż okazuje się, że poza poprawą zdrowia ludzi, walką z głodem i biedą, powstrzymaniem katastrofalnego spadku bioróżnorodności, hamowaniem niszczenia lądów, poza korzyściami socjalnymi ekonomicznymi, ekologicznymi… na ratowaniu świata można zarobić. IPCC wskazuje, że stopa zwrotu może sięgać 300-600% na wartości odrestaurowanych terenów. Powstrzymania końca świata się opłaca. Kto by pomyślał.
6. Zamykające się okno
Raport mówi jasno, że konieczność działania jest coraz bardziej pilna. Istnieje cały wachlarz możliwości działania. W społecznościach, w polityce, w prywatnym sektorze. Wszystkie te możliwości zwężają się jednak z każdym kolejnym krokiem globalnego ocieplenia. W szczególności powyżej 1.5°C ocieplenia.
Ilustracja Figure SPM.5 pokazuje, że już przegapiliśmy niektóre szanse na lepszą przyszłość. Pokazuje również, że mówimy o spektrum, nie ma nic magicznego w danej wartości ocieplenia, są pewne “tipping points” ale większość skutków zmian klimatycznych będzie po prostu bardziej dotkliwa z każdym ułamkiem stopnia, z każdą wyemitowaną toną dwutlenku węgla, więc zawsze jest najlepszy moment by działać. Oczywiście pamiętajmy o “szkodliwych adaptacjach” o których wspominałem w poprzednim wpisie.
By ich uniknąć należy sięgać po mechanizmy dbania o środowisko, korzystać z szerokiego spektrum wiedzy (nie tylko bardzo wąskich specjalizacji), a także polityk sprawiedliwości i inkluzywności - coś co mogłoby się zdawać nie związane z zagadnieniami klimatycznymi. A jednak wszystko to kieruje nas w górne rejony wykresu. Pamiętajcie, że to nie jest niczyje widzimisię, wszystkie te wnioski z kolosalnej ilości badań przeanalizowano, oraz każdemu nadano stopień pewności. [SPM.D]
Przypominam, że moja książka jest już dostępna w przedsprzedaży. “Niebo pełne planet” traktuje o najbardziej ekscytującej mnie dziedzinie astronomii, jaką jest poszukiwanie i badanie planet pozasłonecznych. Opisuję w niej techniki, które na to pozwalają, omawiam dotychczasowe odkrycia, przyszłość tej dyscypliny i perspektywy na odkrycie pozaziemskiego życia. Myślę, że lektura sprawi, że będziecie tematem równie podekscytowani jak ja.
Źródła:
Podsumowanie raportu IPCC
Pełny raport IPCC
Mój wpis o specjalnym raporcie IPCC z 2019
niedziela, 30 maja 2021
Bill Gates - Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej
Apokalipsa wywołana przez superwulkan albo wielką asteroidę nie martwi mnie nadmiernie. Ale do szału doprowadza mnie perspektywa upadku cywilizacji z powodu głupoty i bezmyślności. A w tym kierunku idziemy w ramach zmian klimatycznych. Bardzo ponurą miniaturkę stanowi pandemia. Ani tak poważna, ani tak groźna, jednak w podobnym stopniu prorokowana przez ekspertów i równie silnie ignorowana. Radzimy sobie z nią koszmarnie, mimo stu milionów przypadków i ponad trzech milionów zgonów wciąż reakcje są słabo skoordynowane, głosy ekspertów ignorowane lub przeinaczane a internet kipi od głupot i fake newsów.
Dlatego właśnie nowa książka Billa Gatesa jest tak ważna. To bardzo konstruktywna, klarowna rozprawa na temat tego jakim wyzwaniem jest katastrofa klimatyczna i o tym jak jej uniknąć. Bo w przeciwieństwie do asteroidy czy superwulkanu mamy tu narzędzia i możliwości by uniknąć najgorszego. Książka robi wrażenie cegły ale pochłania się ją szybko i przyjemnie. Gates pisze prosto i zrozumiale na złożone tematy.
Powiedziałbym, że niewiele miejsca poświęcił na konsekwencje zmian klimatycznych. Ale to chyba dobrze, bo książka mogłaby popaść w fatalistyczny ton, a nie brak źródeł informacji o tym z czym wiąże się katastrofa klimatyczna. A takie straszenie ponoć jest mało konstruktywne. Dzięki temu Gates poświęca bardzo dużo, miejsca na skrupulatne opisanie tego jak bardzo głęboko emisje cieplarniane są wrośnięte w niemal każdy aspekt naszej cywilizacji. Kolejno przechodzi przez to jak wytwarzamy i zasilamy rzeczy, jak produkujemy żywność, wznosimy budowle a następnie je ogrzewamy i chłodzimy.
Daje to bardzo dobrą perspektywę na zróżnicowanie i rozpiętość wyzwań jakie stoją przed ludzkością. To kontekst dla, stosunkowo krótszej, części książki poświęconej adaptacji i rozwiązaniom. Jednocześnie, może dlatego, że te wcześniejsze aspekty są mi znane, tak bardzo podobały mi się rozdziały od 9 do 11, ze stronami 216 i 217 na czele. Bill dużo mówi o realnych rozwiązaniach, które można wprowadzać i stosować już dziś, by skutecznie zmniejszyć najpoważniejsze ze zbliżających się konsekwencji zmian klimatycznych.
Czy książka ma wady? Oczywiście. Jest w niej bardzo dużo o “zielonych dopłatach” a mało o podatku węglowym, który ja nazwałbym po prostu urealnieniem kosztów. Brakowało mi wprost powiedzenia, że niezwykle niska cena taniego i gęstego energetycznie paliwa, jest wynikiem traktowania atmosfery jak wielkiego darmowego ścieku. Niewiele też jest o atomie, choć gdy Gates już o nim pisze i akurat się nie mityguje (bo ma firmę zajmującą się energetyką jądrową) mówi jasno, że to niezawodne, niskoemisyjne źródło energii, które może działać całodobowo niezależnie od pogody. Wspomina też że w przeciwieństwie do wiatraków i fotowoltaiki spotyka się z oporem a nie dofinansowywaniem.
To jednak drobiazgi, nie zakłócającego bogactwa ważnej i dobrze podanej treści na najważniejszy temat z jakim boryka się nasza cywilizacja.
sobota, 2 stycznia 2021
Podsumowanie Węglowego 2020
Żeby zwiększyć szansę na to, że dopnę swego postanowienia na 2020 sformułowałem je dwojako - albo co najmniej 1000 znaków dziennie, albo 365 000 znaków w ciągu 2020. Gdybym pozostał przy pierwszym wariancie poniósłbym sromotną klęskę. Pisać udało mi się tylko w 93 dniach minionego roku. Mimo to napisałem 374 tysiące znaków. Gdybym wymagał od siebie spełnienia obu, kryteriów, gdyby dodać po tysiącu znaków za każdy pominięty dzień byłoby bliżej 650 tysięcy znaków...
Efekt? Od pięciu lat na blogu nie było tak wielu wpisów. I tu szybka wzmianka - nie zabrakło kreatywnej księgowości. Zliczałem nie tylko testy na bloga ale też inne dłuższe pisaniny. Choć blog był wyjątkowo aktywny a liczba śledzących Węglowego wciąż konsekwentnie rośnie, poczytność notek wypada różnie. Pocieszyła mnie jednak dokładniejsza analiza. Śmieszne obrazki zbierają setki lajków, posty o nowych notkach czasem mniej niż pięćdziesiąt. A mimo to zgarniają po kilka tysięcy wejść, nawet te które zdobyły dziesiątki tysięcy wejść nie zawsze zebrały choćby sto polubień.
Wszystko wskazuje na to, że FB wciąż mocno tnie zasięgi linków do bloga, więc pewnie będę kombinował jakby tu informować o notkach atrakcyjnymi postami i linkować do nich w komentarzach. Jednymi z najlepiej radzących sobie materiałów były te publikowane bezpośrednio na fanpage. Ponad dwudziestotysięczny zasięg zdobyła przeróbka okropnego plakatu filmu “Skłodowska”. Pięćdziesięciopięciotysięczny zasięg zyskała grafika i wpis walczące z pierdołami o 5G i nowotworach.
Jednak to przeróbka grafiki z raportu “Missing Link to a Livable Climate” rozbroiła konkurencję, z zasięgiem niemal stu czterdziestu tysięcy. Jak widzicie jest tu motyw wspólny - walka z radiofobią. Nie sądzę raczej, żebym porzucił publikowanie na blogu na rzecz fejsika.
Spory fejsogenny ruch wywołał post wspierający strajk kobiet oraz dwie notki krytykujące instytucje edukacyjne. Konkretnie - Skandaliczny skrypt “biologii medycznej” łódzkiego UM oraz piętnujący głupoty MEN tyczące się zmian klimatycznych.
Na blogu królowały następujące notki:
> Neuralink - podsumowanie prezentacji 2020 - Moc newsa. Tekst pisany praktycznie na żywo, zgaduję, że mógł być pierwszym polskojęzycznym podsumowaniem tej konferencji, więc nie dziwi, że ten wpis był bezkonkurencyjny. Myślę jednak, że jeśli jesteście ciekawi neuralinka to myślę, że tekst Neuralink zmieni wszystko jest znacznie bardziej wartościowy.
> Koronawirus a mydło - Warto czasem popełnić błąd i sobie go uświadomić. Dlatego nie skasowałem a jedynie przekreśliłem fragment poświęcony maseczkom. Poza tym fajnie, że tekst, który prosto tłumaczy dlaczego coś tak prostego jak mycie rąk może być tak skuteczne.
> Kataklizm jakiego Ziemia nie widziała - egzoplanety to mój konik więc bardzo mnie cieszy, że ta notka zdobyła taką popularność.
> Silnik z krążącą detonacją - Z tego też jestem dość dumny, bo chyba udało mi się przystępnie wyjaśnić coś nietrywialnego. Tak się złożyło, że dość późno się wkręciłem w temat rakiet, zawsze interesowało mnie bardziej to co wynosiły w kosmos i gdzie latały. Możliwe, że w przyszłości temat silników pojawi się częściej.
> Dwa księżyce, jedna orbita - Są takie dwa księżyce Saturna, które dzielą jedną orbitę w niezwykle ciekawym, złożonym “tańcu”.
Podsunę Wam też kilka mniej popularnych tekstów, które zasługują na uwagę.
> Kwantowy kocyk - czemu gaz jest cieplarniany - dlaczego jedne gazy są określane mianem cieplarnianych a inne nie? Trochę szkolnej wiedzy, trochę fizyki kwantowej a zrozumiemy podwaliny najważniejszego procesu jaki rozgrywa się obecnie na Ziemi.
> Hydroponika, rolnictwo bezglebowe, rolnictwo wertykalne - czas pokaże czy ta forma produkcji żywności zatriumfuje. Tekst polecam bo to chyba najbardziej pracowicie szykowany tekst w 2020 roku. A jednocześnie poświęcony jest mało znanemu u nas tematowi.
> Planeta X i drobne wątpliwości - to był również bardzo skrupulatnie przygotowywany tekst. Co miłe doprowadził mnie nawet do krótkiej wymiany zdań Konstantinem Batyginem, więc ten okropny Tweeter ma jakieś zalety. Punktem wyjścia były wątpliwości co do hipotezy istnienia nieznanej jeszcze, dużej planety w układzie słonecznym. W praktyce jednak artykuł raczej podkreśla dlaczego jej istnienie jest mocno prawdopodobne. No i że jeśli istnieje to do jej odkrycia nie zostało już wiele czasu.
> Temperatura mokrego termometru - termin, który warto poznać by zrozumieć zagrożenia jakie niosą zmiany klimatyczne. Dlaczego pewne regiony planety mogą wkrótce stać się zabójcze dla ludzi.
> Zderzenie dwóch kodów - artykuł z połowy grudnia, gdzie wyjaśniam fascynujący proces zwijania białek, oraz to dlaczego przewidywanie ich kształtu na podstawie kodu DNA jest tak trudne i tak ważne dla nauki zarazem.
> Węglowy o atomie - wreszcie spisałem zbiorczo kluczowe zagadnienia dotyczące energetyki jądrowej, wyjaśniając dlaczego nie warto się jej bać i dlaczego jest realnym i gotowym do zastosowania rozwiązaniem (częściowym, acz kluczowym) katastrofy klimatycznej.
Ponadto zacząłem eksperymentować z podcastem - trzy pierwsze rozmowy znajdziecie tutaj lub tutaj. Już mam pewne pomysły jak zmienić formułę na bardziej strawną. Każdorazowo próbuję pamiętać o dykcji, ale szybko wciągam się w rozmowy. Szczególnie w tym obszarze wszelkie uwagi i sugestie są mile widziane.
Waham czy podsumowywać ten 2020 rok jako taki. Z jego tragediami, postępującym negowaniem nauki i kilkoma wspaniałymi przełomami… Zobaczymy jak dopisze wena. Tymczasem dziękuję że jesteście i czytacie Węglowego. Dołożę starań, żeby dalej dostarczać ciekawych i solidnych treści.
czwartek, 22 października 2020
Zdumiewajacy Randi
W latach 90 magazyny “naukowe” w rzeczywistości mieszały artykuły popularnonaukowe z ezoteryzmem. Ten sam magazyn mógł na jednej stronie pokazywać jak inny układ atomów węgla sprawiał, że grafit był czarny i kruchy a diament przejrzysty i niezwykle twardy, by stronę dalej mieć piękny diagram dłoni i informację co oznaczają dane kształty, co linia życia mówi o zdrowiu a linia serca o naszych emocjach, i temu podobne bzdury.
W tych czasach również na kanale Discovery emitowano serial Tajemniczy świat Arthura C. Clarke. Ktoś mógłby brutalnie powiedzieć, że program ten był protoplastą pana z History Channel, który “nie mówi, że to byli obcy, ale…”. To jednak mocna przesada, choć trzeba przyznać, że stawiano tam nacisk na niesamowitość, wątpliwości i paranormalne tropy w przypadku różnych tajemnic. Jednakże to właśnie tam odkryłem Zdumiewającego Randiego. Nie jako iluzjonistę. Ten siwy człowiek z brodą typu “kapitan statku” w przezabawny sposób prezentował operację wykonywaną gołymi rękoma. Gmerał w brzuchu lekko otyłego człowieka na stole, było trochę krwi, coś wyciągnął, dowcipkując stwierdził, że to nie to i włożył z powrotem. Po wszystkim wyjaśnił jak oszuści prezentują ten trik. Następnie zaprezentował i zdemaskował kilka innych “cudów”. Wtedy dowiedziałem się, że jest taki człowiek, który podróżuje po świecie i walczy z oszustami. Wydało mi się, że to najbliższa superbohaterstwu rzecz w realnym świecie.
Lata później trafiłem na Jamesa Randiego ponownie. Tym razem już z brodą typu “dziadek” opowiadał o tym, że jego fundacja oferuje milion dolarów dla każdego, kto będzie w stanie w obiektywnych warunkach wykazać jakiekolwiek paranormalne zjawisko. Przyłożył dłoń do ucha i spytał “dlaczego nie słyszę urywających się telefonów?”. Pytał, jak to możliwe, że nie zgłaszają się do niego ludzie, którzy twierdzą, że przewidują przyszłość, że rozmawiają z duchami i gną łyżeczki. Czemu nie dzwonią, czemu nie pukają do drzwi by wrócić do domu z milionem w kieszeni?
Lata później, w dobie TEDa, YouTube i serwisów społecznościowych Zdumiewającego Randiego łatwo namierzyć i posłuchać. Lekko zgarbiony ale pełen dowcipu staruszek z brodą typu “czarodziej”, wraz ze swoją fundacją wciąż nikomu nie przyznał paranormalnej nagrody. Wciąż jest jednym z najsłynniejszych sceptyków.
A raczej był. Bo zmarł 20 października 2020 roku.
W 2017 obowiązki nie pozwoliły mi skorzystać z zaproszenia do Wrocławia na Europejski Kongres Sceptyków, gdzie miałem szansę spotkać Jamesa Randiego. Myślałem, że to pewnie moja pierwsza i ostatnia okazja.
Potrzeba nam jak najwięcej sceptyków, żeby podnosić świadomość, że choć dostęp do rzetelnej wiedzy jest dziś łatwiejszy niż kiedykolwiek, to równie łatwo natrafić na kompletne bzdury, naciągaczy, szarlatanów, pseudonaukę i pseudomedycynę. Samo słowo “sceptyk” bywa często nadużywane, czy wręcz zawłaszczane przez denialistów. Postawa sceptyczna w nauce oznacza, że dajemy wiarę jedynie teoriom i badaniom, które spełniają zasady metody naukowej. Niestety tym terminem zasłaniają się ludzie, którzy zwyczajnie negują skrupulatnie osiągnięty konsensus naukowy w jakiejś dziedzinie. Krytyczne myślenie i prawdziwy sceptycyzm jest fundamentem dla świadomego społeczeństwa. Społeczeństwa, które nie da się ogłupić ani politykom w mediach, ani oszustom których spotykają na co dzień.
James Randi jest jednym z moich bohaterów. Podobnie jak w przypadku superbohaterów (niestety), jego misja nigdy się nie kończy. W 1986 Randi spektakularnie obnażył oszustwa Petera Popoffa, który “leczył wiarą” a w rzeczywistości używał charyzmy i słuchawki w uchu by zwodzić płacących mu ciężkie pieniądze naiwnych Amerykanów. Wydawałoby się, że to całkowity koniec odrażającego człowieka. Ale nic bardziej mylnego, mimo tej całkowitej kompromitacji Popoff wynurzył się kilkanaście lat później by raz jeszcze brać pieniądze za swoje “cuda”. Potrzebujemy epidemii prawdziwego sceptycyzmu.
Części powyższego tekstu opublikowane były w "Nowej Fantastyce" 08.2017.
niedziela, 2 lutego 2020
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna LEGO (21321)
Budowa
Jak przystało na poważnego, dorosłego faceta, wstałem rankiem tej szarej soboty i ruszyłem w drogę. Ścigając się z jakimiś dziesięciolatkami dopadłem do półki, do której te małe łajzy ledwo sięgały i chwilę później byłem już w klubie posiadaczy ISS.
Zestaw liczy sobie 864 elementy. Zgodnie ze zwyczajem, jako część serii Ideas, nie zawiera żadnych naklejek, podobnie jak w przypadku Saturna V. To zbawienne, bo klockowa ISS zawiera całkiem sporo nadruków, które jako naklejki pewnie przyprawiły mnie o zawał. Dwie godziny powinny starczyć by przejść przez 145 satysfakcjonujących kroków.
Jest tu kilka ciekawych pomysłów, ale nic na miarę szalenie ciekawych technik Saturna V czy Apollo. Jest natomiast trochę zwodniczo podobnych etapów, przez co zdarzyło mi się raz przeoczyć kilka elementów, przez co głowiłem się nad prześwitem na czerwonej ośce na której spoczywa rufowa część stacji, m.in. moduły Zaria i Zwiezda. Nie nazwałbym jednak konstrukcji ani trudną ani nudną.
Ostatecznie model jest zaskakująco duży jak na taką ilość elementów. Można też poszaleć z jego układem. Od przewidzianego przez twórców układania paneli słonecznych, po samodzielne przestawianie modułów. Sam jeszcze tego nie robiłem ale np. Kayla LaFrance, kontroler lotów ISS, jeszcze przed premierą mówiła, że ona i jej koledzy z NASA już się szykują do odtwarzania różnych konfiguracji Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, gdyż ta ulegała zmianom na przestrzeni lat.
Klockowa ISS jest dość delikatna. Podstawka i kręgosłup stacji trzymają się świetnie, ale już mniejsze elementy odpadają dość łatwo. To zdecydowanie model nastawiony na to by wyglądać ładnie na półce, podczas gdy Apollo i Saturn V to wytrzymałe bestie, które można podnosić, rozdzielać itd.
Walory edukacyjne
Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Apollo zachwycił mnie małymi przypisami, które tłumaczyły co w danym momencie konstruujemy i do czego służyło. Zupełnie nie rozumiem, czemu czegoś podobnego nie zrobiono w przypadku tego zestawu. Dlaczego zabrakło choćby krótkich informacji jak nazywa się budowany w danym momencie moduł? Minimalnym wysiłkiem można by szalenie wzbogacić walory zestawu.
Boli mnie to tym bardziej, że jak widzicie na fotkach, sporo części oddano wybitnie za pomocą klocków. Nawet takie detale jak kopuła widokowa przy module Tranquility, czy dmuchany moduł Bigelow Airspace, które widzicie obok. To przez te okienka wykonano wiele zatykających dech w piersi zdjęć naszej planety. Nawiasem mówiąc z domyślnym układem stacji rzeczywiście jest coś nie do końca bo tą słynną kopułę zasłaniają panele innego modułu. Zresztą fotka kanadyjskiego Canadarm2 trochę wyżej wykonana jest również przez okna kopuły.
Końcowe myśli
Myślę, że to śliczny model. Nie ukrywam, że z trio (Saturn V, Lądownik, ISS) wypada najsłabiej. Szkoda, że nie opisuje lepiej stacji. Większość łatwo rozpozna panele słoneczne, ale pewnie mało kto wie, że białe powierzchnie mają odprowadzać ciepło. Byłoby świetnie, jakby posiadacz mógł łatwo wskazać gdzie śpią astronauci. Mimo tych niedoskonałości to dobry zakup. Podstawkę zdobi m.in. kapitalny modelik promu kosmicznego (choć jest on zupełnie nie w skali, tzn powinien być jakieś 60% większy) i nieokreślona kapsuła (może to być równie dobrze Orion jak i Dragon). A skoro już o skali mowa, to postanowiłem samodzielnie przygotować uproszczony model konstruowanego właśnie przez SpaceX, ogromniastego Starshipa. Będzie on mierzyć około 50 metrów i jest jedynie górną częścią rewolucyjnej rakiety wielokrotnego użytku, skonstruowanej z nierdzewnej stali.
Budowa ISS wymagała ok 40 lotów kosmicznych. Gdyby 15 krajów członkowskich dysponowało Starshipem, to teoretycznie wystarczyłoby pięć startów.
sobota, 20 lipca 2019
Księżycowy lądownik LEGO (10266)
Tło
LEGO zrobiło furorę i po circa 20 latach wróciło do mojego życia zestawem Saturn V (21309). Jestem nim nieprzerwanie zachwycony, jest śliczny, fajnie się go buduje i jest świetnym modelem rzeczywistej rakiety, która poniosła ludzi na Księżyc. Dzieli się na trzy stopnie, ma malutki lądownik, oznakowania, “wodujący” command module… No cudeńko po prostu.
Prawdziwy Saturn V to stu dziesięciometrowy gigant, dlatego model wykonany został w skali mikrofigurki, co pozwala mu mieć “zaledwie” metr wysokości. Gdyby go zbudować w skali klasycznego “ludzika LEGO” miałby niespełna 6 metrów.
Ale jeśli skupimy się na samym lądowniku… To zbudowanie go w “domyślnej” skali klocków nie jest zupełnym szaleństwem. I tu na scenę wkracza zestaw 10226.
Budowanie
Model dzieli się na trzy główne części. Pierwszą jest podstawka. Zawiera ona fragment powierzchni Księżyca, ładne obramowanie z opisem, ślady kroków astronauty, miejsca na nogi lądownika, no i oczywiście pasiastą, nakrapianą gwiazdkami flagę. To najkrótszy i najprostszy etap budowy. Podoba mi się jak oddano kratery na powierzchni Srebrnego Globu.
Drugi i najbardziej złożony jest oktagonalny lądownik (descend module), czyli charakterystyczny złoty pajączek. To najciekawszy etap konstrukcji. Jest tu kilka interesujących technik; najbardziej spodobało mi się ciasne upakowanie “kwadrantów” wokół głównej konstrukcji, oraz to jak sukcesywnie wpinane wsporniki stabilizowały nogi. Bardzo podoba mi się też nieoczywisty sposób w jaki siadają one na podstawce. Nie ma żadnego wpinania czy sczepiania klocków a jednocześnie nie ma szansy by Apollo się osunął czy zjechał ze swojego miejsca. Brawo.
Moduł wznoszący to już w sporej mierze droga “z górki”. Choć i tu warto podkreślić, że twórcy interesująco kilka razy zabawili się zmianą orientacji klocków. Do tego od całości można bardzo łatwo odpinać dwie boczne sekcje. Dzięki temu bez problemu możemy z łatwością zerkać sobie do środka. A to prowadzi nas do kolejnego wątku...
Walory edukacyjne
Pod tym względem ten zestaw jest rewelacyjny. Imponująco wiernie oddaje wygląd historycznego pojazdu kosmicznego. Książeczka z instrukcjami zawiera ciekawe przypisy, dzięki którym w kilku miejscach dowiadujemy się co konkretnie budujemy i czemu to służyło.
Lądownik ma dwa “ukryte” schowki, w tym jeden z kamerą wycelowaną w drabinkę po której na powierzchnię schodzili astronauci. W drugim znajduje się lustrzany panel, który umożliwił dokładne pomiary odległości między Ziemią a Księżycem.
Kiedy odłączymy moduł wznoszenia, możemy zerknąć w trzewia lądownika i zobaczyć gdzie przechowywano paliwo hipergolowe (takie, które dostaje samozapłonu, więc upraszcza konstrukcję silnika) i utleniacz. Na jednej z nóg odwzorowano też tabliczkę, na której widnieje pokojowe pozdrowienie. Wnętrza zawierają panele z wielkimi i ciężkimi komputerami, których moc obliczeniowa stanowiła ułamek tego co potrafią dzisiejsze smartfony. Nie brakuje też silniczków manewrowych, niewielkich okienek czy sprzętu do komunikacji.
Jedną dużą różnicą, chyba nie do przeskoczenia w przypadku modelu LEGO, jest delikatność łupki Apollo. Rzeczywisty pojazd, choć ciasny, był bardziej przestronny, co pozwoliło astronautom przespać się w środku i spędzić tam naprawdę sporo czasu, jak i przynieść kilkadziesiąt kilogramów skał do badań. Choć na pokładzie Apollo ludzie polecieli na najdłuższą wycieczkę w historii, to silniejsze uderzenie astronauty prawdopodobnie mogłoby go przebić na wylot.
Końcowe myśli
W zasadzie nie mam zarzutów do tego zestawu. Jest w nim sporo naklejek, a te zawsze przyprawiają mnie o palpitacje serca, no bo masz tylko jedną szansę. Na szczęście płytka z napisem na podstawce nie jest naklejką, zawsze to coś. Pozostaje jeszcze kwestia ceny. A ta jest wysoka. Niestety LEGO to drogie zabawki. Czy to co opisałem wyżej jest warte tych pieniędzy, każdy musi ocenić sam. Ja nie żałuję.
poniedziałek, 12 marca 2018
Politechnika Warszawska can into space
O satelicie warto wiedzieć nie tylko z powodów patriotycznych. Jest on interesujący bo dokłada cegiełkę do coraz istotniejszego zagadnienia jakim jest oczyszczanie przestrzeni kosmicznej i deorbitacja nieczynnych satelitów. Na pokładzie PW-Sat2 znajduje się mylarowy żagiel. Upakowany w pojemniczku o wymiarach 8 x 8 x 5 cm, po rozłożeniu będzie mieć powierzchnię czterech metrów kwadratowych przy grubości zaledwie 6 mikrometrów (to mniej więcej jedna dziesiąta grubości ludzkiego włosa). Na orbicie o wysokości około 780 km atmosfera może się wydawać pomijalna, ale taka powierzchnia powinna sprawić, że deorbitacja PW-Sat2 zamiast trwać od 25 do nawet 100 lat potrwa nieco ponad dwa. Poniżej animacja:
Ponadto PW-Sat2 wyposażony będzie w czujnik Słońca - układ czujników światła (ALS, podobnych do tych w smartfonach) służący do wyznaczania orientacji satelity względem Słońca, dwie kamery VGA (!) umożliwiające obserwowanie, jak radzi sobie żagiel deorbitacyjny, rozkładane panele słoneczne i układy dublujące eksperymentalny czujnik słoneczny, umożliwiające określenie pozycji satelity. Komunikacja będzie prowadzona z prędkością 1200 bps z możliwością podkręcenia do 9600 bps. Jedno zdjęcie w rozdzielczości 160x120 px (tak małe w celu przyspieszenia transferu) w paczkach po 230 bajtów przesyłać będzie się od kilkunastu do kilkudziesięciu sekund w zależności od warunków pogodowych. Radioamatorzy będą mogli przesyłać odebrane paczki na stronę projektu. W ten sposób będą mogli wspomagać zespół PW-Sat2, jeśli stracą oni klatkę czy pakiet danych. Każda ramka danych jest cenna, bo może pokazać zmiany temperatury przy przejściu przez terminator (wejście w cień Ziemi) lub pozwolić pobrać więcej danych historycznych.
PW-Sat2 jest jednak przede wszystkim narzędziem edukacyjnym, nie naukowym. Na przestrzeni kilku lat pracowała nad nim ponad setka studentów, powstały dzięki niemu dziesiątki prac i publikacji. Mam też nadzieję, że przed częścią z zaangażowanych osób otworzy drogę do kariery w kosmicznym biznesie. Ponad połowa aktualnie zaangażowanych osób pracuje już na etatach w firmach z polskiego sektora kosmicznego. Kilku osobom projekt ułatwił rozpoczęcie pracy za granicą.
Na koniec tabela pokazująca teoretyczną skuteczność żagla deorbitacyjnego (wiele jednak zależy od warunków pogody słonecznej, stopnia otwarcia żagla, niuansów ziemskiego pola grawitacyjnego itd)
Źródła:
Oficjalna strona projektu
Deorbit Sail for the PW-Sat2 satellite mission – a low energy consumption and high efficiency system
Dziękuję zespołowi PW-Sat2, szczególnie Dominikowi Roszkowskiemu za pomoc w przygotowaniu notki.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
sobota, 3 marca 2018
Źle ulokowane lęki
Odra i szczepienie
Dla przypomnienia - na początku lutego “dziennikarze” rozpętali aferę, jakoby ci źli lekarze zaszczepili ludzi “wadliwymi” szczepionkami na odrę. Wspomniane szczepionki istotnie spędziły kilkanaście godzin poza lodówką. To jednak zbyt mało czasu, by szczepionki się zepsuły. Marginesy bezpieczeństwa WHO sięgają dni i tygodni, a nie kilkunastu godzin.
Oczywiście mało kto się przejął tymi faktami. Zamiast tego wybuchła typowa bomba nastrojów antyszczepionkowych. Od takich:
...po zwyczajowe pitu pitu o tych strasznych NOPach. Jakie tymczasem są fakty? Szanse na niepożądane odczyny poszczepienne w przypadku szczepienia na odrę wynoszą około 1:900 000. Tymczasem przechorowanie odry w 30% przypadków daje powikłania, pomijając same nieprzyjemności związane z chorobą, którą leczymy jedynie objawowo. Innymi słowy odra jest trzydzieści tysięcy razy bardziej niebezpieczna od szczepionki. Dodajmy też, że wspomniane powikłania to np. zapalenia ucha środkowego, mięśnia sercowego i mózgu (często śmiertelne lub pozostawiające ubytki neurologiczne). Z drugiej strony NOPy (wrzucane przez szczeptyków do jednego worka) to zaczerwienienie w punkcie zastrzyku, 1-2 dniowa gorączka czy wysypka. Najpoważniejszym NOPem jest łagodne zapalenie mózgu - występuje tysiąckrotnie rzadziej niż w przypadku zachorowania na odrę, ale w przeciwieństwie do powikłania po chorobie, przechodzi łagodnie i bez trwałych następstw.
Samoloty i samochody
Wszyscy znamy ludzi, którzy boją się latać, a bez mrugnięcia okiem wskakują do samochodu. Żyjemy też w kraju ekspertów od katastrof lotniczych. Tymczasem samolot jest jednym z bezpieczniejszych miejsc. Niektóre linie lotnicze wręcz chwalą się, że na pokładzie samolotu jest bezpieczniej niż na lotnisku. Porównanie z krwawą łaźnią na drogach, której Polska jest haniebnym liderem, jest uderzające. Mówimy tu o śmiertelności większej o trzy rzędy wielkości.
Rodzi się pytanie, jak najłatwiej sprawić, by podróż samochodem była równie bezpieczna jak samolotem? Można się wygłupiać i poświęcić kilkanaście lat na pracę nad samochodami, które nie potrzebują kierowcy (będącego najgroźniejszą rzeczą w samochodzie), ale jest też prostsza metoda.
Wystarczy, że codziennie będziemy rozbijać piętnaście wypakowanych pasażerami Boeingów 737. To by wystarczyło, żeby oba środki transportu były równie bezpieczne. Jeden drobny problem jest taki, że w ciągu dwóch lat skończyłyby nam się Boeingi 737...
Ludzie i inne zwierzęta
Wśród najbardziej przerażających istot na tej planecie znajdują się rekiny i nielegalni imigranci. Te pierwsze - jak wiadomo - tylko marzą o tym, żeby zamiast tłuściutkich foczek zeżreć kościstego człowieka w niestrawnym stroju kąpielowym, najlepiej zagryzając woskowaną deską surfingową. Ci drudzy to magiczne istoty, jednocześnie pobierające zasiłki dla bezrobotnych i kradnące innym pracę. Straszenie nimi nie ogranicza się jedynie do nadnaturalnych czynników ekonomicznych. Ponoć również mordują i dokonują brutalnych przestępstw.
Otóż nie. Przeciętny uchodźca płaci podatki oraz rzadziej dopuszcza się przestępstw niż lokalsi. W USA szanse na poniesienie śmierci z ręki nielegalnego imigranta wynoszą 1 do 138 milionów. Dla porównania szanse na bycie zabitym przez bliźniego to 1 do 249 (sporo ale to dane dla USA), czyli są pół miliona raza wyższe. Jest 800 raz bardziej prawdopodobne, że śmiertelnie razi nas piorun niż, że zabije nas nielegalny imigrant.
Poza tym krowy zabijają 20 razy więcej ludzi niż rekiny. A my zabijamy od trzydziestu do stu milionów rekinów więcej, niż rekiny zabijają nas.
Źródła:
World Health Organization
Bureau of Aircraft Accidents
Business Insider
TOK FM
Real Clear Life
Teklak 1
Teklak 2
Źródło komiksu:
Mr. Lovenstein
sobota, 22 lipca 2017
Latarnia na niebie
Po pierwsze Mayak to satelita wysłany dzięki crowdfundingowi. Bez wsparcia tuzów pokroju Billa Nye, Rosjanie zebrali 2 miliony rubli (około 33 tysięcy dolarów). Częściowo taki był cel - pokazać, że można wykonać naukowy eksperyment w kosmosie bez wsparcia rządu ani wielkich korporacji. Ostatecznie Latarnia trafiła na orbitę wraz z 71 innymi satelitami na pokładzie rakiety Soyuz.
Przez 30 dni będzie śmigać po niebie zanim zrealizuje swój drugi cel - przetestuje system aerodynamicznego hamowania w celu deorbitacji. Trzecim celem jest rozwinięcie refleksyjnych powierzchni tworzących czworościan o krawędzi długości 3 metrów. Dzięki temu Mayak w założeniu miał się stać najjaśniejszym obiektem na niebie z wyjątkiem Księżyca. W teorii ma on posłużyć badaniom gęstości atmosfery na różnych wysokościach i zweryfikować nasze pomiary obserwowanej jasności gwiazd.
Nie wiem jak Wy, ale ja już sobie obejrzałem Mayaka - mimo pochmurnego nieba zobaczyłem jasny punkt szybko sunący po niebie. Musi to być ogromna frajda dla każdego kto brał udział w tej zbiórce, móc pokazać jasny punkcik na niebie i wiedzieć, że to trzymetrowa konstrukcja mknąca 600 kilometrów nad Ziemią, do której dołożyło się swój grosik (rubelek). Na tej orbicie Mayak okrąża Ziemię co 90 minut, więc z pomocą tej aplikacji powinniście być w stanie też go zobaczyć. Choć już są głosy, że Mayak zakłóci obserwacje astronomiczne, ja sam żałuję, że Latarnia nie jest jeszcze większa i jeszcze jaśniejsza. Chciałbym, żeby była tak jasna, że ludzie byliby zaniepokojeni widząc ją na niebie, by szperali w internecie w poszukiwaniu wyjaśnienia, by potem czuli się zainspirowani tym co potrafimy zrobić.
Źródła:
http://www.n2yo.com/?s=42830
https://phys.org/news/2016-03-mayak-crowd-funded-russian-satellite.html
http://cosmomayak.com/
https://www.calvertjournal.com/news/show/8606/russian-students-launch-crowdfunded-satellite
http://newatlas.com/mayak-satellite-launched/50525/
wtorek, 27 grudnia 2016
Odpowiedź dla Pana Janusza Korwina-Mikke
Pan Janusz nie utrudnił mi zbytnio zadania, bo na dobrą sprawę muszę powtórzyć, może w bardziej klarowny sposób, to co już napisałem (i co pisało wielu przede mną). Nie pojawia się tu żadna nowa wątpliwość, tylko dawno obalone mity klimatyczne i wykręcanie kota ogonem.
Nie twierdzę, że CO2 i ciepło nie powodują wzrostu roślin, twierdzę, że nagły, niemal natychmiastowy w skali milionów lat, wzrost koncentracji CO2 jest bardzo niekorzystny dla większości naszej biosfery. Pomijając katastrofalne tempo zmian składu atmosfery dodatkowym nieszczęściem jest fakt, że nasza rewolucja przemysłowa trafiła na okres stosunkowo wysokiej koncentracji dwutlenku węgla:
Kluczowe jednakże jest tempo współczesnych zmian. Gdyby ten przyrost zajął 10 tysięcy lat a nie sto, sytuacja nie byłaby tak poważna. Clou natomiast jest takie, że w kontekście zmian klimatycznych, mydlenie oczu o pożytku płynącym z większej ilości CO2 ma tyle samo sensu, co wmawianie tonącemu, że woda jest niezbędna do życia, albo wmawianie człowiekowi uwięzionemu w pożarze, że gdyby nie ogień bylibyśmy wciąż dzikusami żyjącymi w jaskiniach.
Niestety, klimat planety to bardzo złożony temat. To nie gra w brydża, trzeba było pokoleń wybitnych i pracowitych ludzi by nauka mogła zrozumieć część mechanizmów związanych z klimatem. Pan Janusz ma tendencję do dokonywania koszmarnych uproszczeń, jak niesławne wypowiedzi o kostce lodu w wodzie. Zalecam jednak trochę szacunku do ludzi, którzy poświęcili lata na drobiazgowe badania. Łatwiej jest wymachiwać palcem oraz rzucać oskarżeniami i pogróżkami. Przykład oskarżeń mamy w niefortunnym komentarzu, gdzie Pan Janusz bardzo brzydko wyraża się o naukowcach insynuując im przekupność, chęć utrzymania stanowisk i kto wie co jeszcze.
Fakty jednak są takie, że to politycy są gotowi powiedzieć wszystko, by tylko zdobyć głosy i - na przykład - dostać się do Parlamentu Europejskiego, by wygodnie przez kilka lat zgarniać dietę za siedzenie z wypiętym brzuchem. W samym tylko 2013 i 2014 roku ponad sześćdziesiąt dziewięć tysięcy autorów ponad siedemnastu tysięcy recenzowanych publikacji naukowych przemówiło jednym głosem - globalne ocieplenie jest faktem i my jesteśmy jego przyczyną.
Trzeba być zupełnie niepoważnym, by twierdzić, że wszyscy z tych dziesiątek tysięcy ludzi, tysiące recenzentów i kolejne dziesiątki tysięcy osób zaangażowanych w całe zaplecze umożliwiające wykonanie pomiarów i badań to przekupieni oszuści*. Oszustwa w nauce wychodzą na jaw. Andrew Wakefield to najbardziej znany przykład, ale na polu klimatycznym mamy Exxon Mobil, który próbował przez dwie dekady zaciemniać obraz konsensusu naukowego.
Dalej w komentarzu do mojego tekstu pada pytanie “co spowodowało większe ocieplenie w latach 900-1300? Wędrówki ludów, rozpalających po drodze ogniska? I ile wydano na skuteczne przecież zwalczenie tamtego Globalnego Ocieplenia?” Tu Pan Janusz sięga po klasyczny mit, jakoby w średniowieczu planeta była cieplejsza lub tak ciepła jak dzisiaj. Niestety w rzeczywistości Średniowieczne Optimum Klimatyczne było zjawiskiem lokalnym. Jak już wspomniałem, zagadnienie klimatu nie jest trywialne. Europa to mały wycinek świata, który między rokiem 900 a 1300 był chłodniejszy niż dziś.
No wreszcie dochodzimy do posta na Facebooku. Kusi powiedzieć “pseudoekonomista wymądrza się na temat klimatu”... Nie pseudoekolodzy, a klimatolodzy i nie androgeniczne, a antropogeniczne, no i odpowiedź nie może być niezrozumiała, jeśli nie istnieje. Nie wiem co Pan Janusz miał na myśli, bo gdy pisał na swoim profilu jeszcze nie ustosunkowałem się do jego wypowiedzi.
Wracając jednak do rysunku… Niestety ponownie klimatolodzy mają rację. Globalne ocieplenie tyczy się średnich temperatur, ale wiąże się z wieloma nieprzyjemnymi konsekwencjami. Wytrąca z równowagi naturalne mechanizmy regulujące klimat i obserwujemy to coraz wyraźniej od lat. Ocieplenie o jeden, dwa, trzy czy nawet sześć stopni nie sprawi, że zimy znikną. Będzie to natomiast kataklizm dla całej planety. Krótsze i ostrzejsze zimy są i będą jednym ze skutków ocieplenia Ziemi.
No i jeszcze to “androgeniczne”... Znając Janusza Korwina-Mikke i jego poglądy na kobiety trudno stwierdzić, czy mu się pomieszały słowa, czy czy to żarcik, czy zupełnie poważna wypowiedź. Na tym jednak skończę swój komentarz. Chciałbym wierzyć, że Pan Janusz powstrzyma się przed wygłaszaniem opinii na tematy, które są mu kompletnie obce i nie będzie już padał ofiarą efektu Krugera-Dunninga i że nie będzie oskarżał bezpodstawnie dziesiątek tysięcy pracowitych ludzi.
* - W przypadku Pana Janusza może jednak powinienem stwierdzić, że to jakiś postęp, bo przynajmniej już nie głosi kompletnej bzdury, jakoby większość naukowców twierdziła że “globalne ocieplenie, jeśli w ogóle istnieje, nie ma nic wspólnego z działalnością człowieka”. A tak niestety powiedział 13 grudnia w Parlamencie Europejskim.
Źródła:
http://journals.sagepub.com/doi/abs/10.1177/0270467616634958
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-w-sredniowieczu-bylo-cieplej-niz-dzis-35
https://skepticalscience.com/Global-Warming-Cold-Winters.html
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-ekstremalne-zjawiska-pogodowe-nie-wiaza-sie-z-globalnym-ociepleniem-26
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-im-wiecej-co2-tym-lepiej-dla-roslin-47?t=2
http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/nawozenie-roslin-co2-jest-ok-sa-jednak-ale-liczne-ale-203
https://en.wikipedia.org/wiki/ExxonMobil_climate_change_controversy
http://climate.nasa.gov/system/downloadable_items/43_24_g-co2-l.jpg
czwartek, 8 września 2016
Nieciekawie o ciekawym
Chyląc głowę nad sztychałem, niespodzianie przeczytałem bełkot, jakby ktoś leniwym palcem klepał chałturę po dniach. Bo jak tu inaczej opisać to co znalazło się pod szkłem? Może to copy-pasta ze specjalistycznej literatury dla geologów, może to eksperyment - próba wywołania narkolepsji u czytelnika. Na pewno jednak nie jest to tekst dla przypadkowego przechodnia.
Geografia nigdy nie była moją specjalnością, tym bardziej geologia, ale wydaje mi się, że jakieś tam pojęcie o podstawach mam. Może zamysł autora był taki, by pokazać jak bardzo czytelnik “się nie zna” i zaimponować bujną terminologią. Jeśli tak, to sukces jest pełen, pod zdjęciem znajdziecie transkrypcję:
Głaz narzutowy zbudowany ze skały metamorficznej - ciemnego gnejsu biotytowego o strukturze granolepidoblastycznej, średnioblastyznej oraz gruboziarnistego różowego granitu biotytowego tworzącego w obrębie gnejsu żyły oraz nieregularne masy. Pod względem cech makroskopowych skała jest zbliżona do gnejsu migmatycznego z Halmstad (wiek metamorfizmu ok. 1440-900 mln lat temu), choć bardzo prawdopodobne, że głaz dotarł na Mazowsze z innego, trudnego do bliższego określenia regionu tarczy bałtyckiej (Fennoskandia).
W gnejsie widoczne są makroskopowo duże ilości blaszek czarnego biotytu, któremu towarzyszą jasnoróżowe kryształy plagioklazu o prostokątnym lub kwadratowym zarysie (ok. 0,5 cm długości) i podobnej wielkości kryształy szarego kwarcu. Strefy zbudowane z gruboziarnistego granitu składają się z różowo-czerwonych kostkowych kryształów skalenia potasowego (ok 2-3 cm) średnicy oraz nieco mniejszych kryształów szarego kwarcu i pojedynczych skupień blaszek biotytu.
Gnejsz powstał z przekształcenia skały wyjściowej (tzw. protolitu) pochodzenia magmowego w temperaturach między 550’C a 700’C, przy ciśnieniu nie mniejszym niż ok. między ok. 4 a 9 kbar. Odpowiada to facji amfibolitowej.
Głaz należy do najgrubszej frakcji osadów polodowcowych pozostawionych na Mazowszu przez lądolód skandynawski pod koniec plejstocenu środkowego w czasie zlodowaceń środkowopolskich (zlodowacenie Odry oraz stadiał Warty tego zlodowacenia) - między ok. 200 tys. a 130 tys. lat temu.
Jest coś butwiejącego w popularyzacji warszawskiej. Amfibolitowa - sramfibolitowa! Pod koniec lektury byłem autentycznie wściekły. Miałem pretensje do autorów za język, nadzorców za puszczenie takiego bubla, grafików za nijakość mapki, a nawet do syrenki, że cycki ma za małe.
Żarty i kaleczenie poezji na bok. Jeśli twórcom chodziło o możliwie najbardziej suchy, nieangażujący, nudny i niedziałający na wyobraźnię opis, to odnieśli sukces. Jeśli jednak chcieli wywołać jakieś emocje, zainteresowanie, zrobić wrażenie na czytelniku, lub uświadomić mu z czym obcuje, to dało się to zrobić lepiej.
Dobra popularyzacja i komunikacja nauki polega na prostym przekazie, na braku protekcjonalnego tonu i na opowiadaniu angażujących historii. Jak więc można by stymulować przechodnia czekającego na autobus do pracy?
Po pierwsze, tekst niby coś tam wspomina o pochodzeniu głazu i jak się dostał na obecne miejsce, jest też mapka, ale żadna z tych informacji nie przykuwa uwagi. Dlaczego nie napisać, że ten ważący nie-wiem-ile głaz (na tablicy podano wymiary, które można ocenić na oko, nie podano jednak potencjalnie najciekawszego - masy), został tu przeniesiony przez pokrywę lodową grubości kilkuset metrów (na północy grubość lodu w czasie zlodowacenia sięgała nawet czterech kilometrów), która przykryłaby i zmiażdżyła całą stolicę? Czemu nie wspomnieć, że kiedy wspomniany lód leniwie niósł ten głaz na odległość około siedmiuset kilometrów (jak to możliwe, że jest mapka a nie podano odległości?!), anatomicznie współczesny człowiek dopiero zaczynał ekspansję z Afryki, by wkrótce zdominować inne gatunki takie jak neandertalczyk i homo erectus.
Tablica wspomina, że sam głaz powstał między półtora miliarda a dziewięciuset milionami lat. Co to znaczy?! To znaczy, że powstał w okresie w którym życie na Ziemi wkroczyło na poziom wielokomórkowy i wykształciło mechanizm rozmnażania płciowego, który poskutkował eksplozją ewolucji dzięki różnorodności. Ciśnienie między 4 a 9 kbar? Co to znaczy?! To znaczy, że to co leży obok warszawskiego przystankowicza (i zalega tam od 100-200 tysięcy lat), powstało pod ciśnieniem większym niż to panujące na dnie Rowu Mariańskiego miażdżonym przez dziesięciokilometrowy słup wody. Ciśnienie to można porównywać z tym panującym w komorze karabinu po naciśnięciu spustu lub z ciśnieniem wody w przemysłowych przecinarkach typu water jet.
Sami oceńcie, co bardziej ruszyłoby przypadkowego przechodnia.















