“Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba zobaczył planetę oko”. Takie nagłówki widziałem w ostatnich dniach. Tyczą się one wniosków płynących z nowych obserwacji gwiazdy LHS 1140. Spider’s Web już w ogóle poszedł na całość wysrywając artykuł pod tytułem “Mamy to! Znaleźliśmy drugą Ziemię”, gdzie stwierdzili, iż jest bardzo możliwe, że istnieje tam życie.
No, delikatnie mówiąc, nie. Żeby nie przedłużać, zanim wejdziemy w szczegóły, powiedzmy sobie, o czym naprawdę tu mówimy. JWST dokonał obserwacji czerwonego karła LHS 1140, kiedy przez jego tarczę przechodziła planeta LHS 1140 b. Analizując tę odrobinkę światła przechodzącego przez atmosferę egzoplanety stwierdził, że nie ma tam wodoru. Koniec. Można z tego wyciągnąć interesujące wnioski, ale naciągane jest stwierdzić, że “zobaczył planetę-oko”. A abominacja, którą popełnił Spider’s Web to już zupełne prostytuowanie treści nie mające nic wspólnego z nauką, dziennikarstwem czy ludzką przyzwoitością. Nie, ta egzoplaneta nie jest drugą Ziemią. Nie, obecność życia nie jest tam bardzo prawdopodobna.
Egzoplanetę LHS 1140 b wykryto metodą tranzytu w 2017 roku, czyli obserwując przygasanie światła gwiazdy, gdy częściowo przysłaniała je egzoplaneta. Krąży ona wokół czerwonego karła, odległego o 49 lat świetlnych od Ziemi, na orbicie dziesięciokrotnie ciaśniejszej niż nasza. W przypadku tej, znacznie chłodniejszej, gwiazdy jest to odległość, która daje szanse na temperatury odpowiednie dla wody w stanie ciekłym.
Parę lat temu działanie rozpoczął Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba i jednym z jego celów obserwacji był właśnie ten układ. LHS 1140 b ma promień o 70% większy niż Ziemia, oraz pięć i pół raza większą masę. Oznaczało to, że może być niewielką planetą gazową, podobną do mini-Neptuna, lub super-Ziemią zdominowaną przez oceany. Opublikowane właśnie wyniki wykluczyły grubą warstwę bogatej w wodór atmosfery. Co więcej, sugerują one obecność azotu i dwutlenku węgla (ale te wnioski cechuje mała pewność). Oznacza to, że LHS 1140 b niemal na pewno nie jest puchatą gazową planetą, a raczej ogromnym światem typu ziemskiego, gdzie około 15% masy może stanowić woda. Dla porównania na Ziemi woda stanowi 0.025% masy.
Ta egzoplaneta jest na tyle blisko swojej gwiazdy, że możliwe jest iż jest zakleszczona grawitacyjnie, czyli jest zawsze zwrócona tą samą stroną do LHS 1140. Przy takiej ilości wody i mniejszej ilości energii docierającej do powierzchni, istnieje szansa, że planeta wygląda jak wielka gałka oczna. To znaczy większość powierzchni może skuwać biały lód a środek półkuli zwróconej do gwiazdy zajmuje ciemny ocean. Zwracam uwagę na słowa “możliwe” oraz “może”.
Czy już widzicie jakim fikołkiem jest powiedzieć, że JWST “zobaczył” planetę-oko? Dla Jamesa Webba, cały układ LHS 1140 to plamka światła. A co z tymi farmazonami od Spider’s Web? Słabiutko. Na ten moment nie mamy żadnych istotnych biosygnatur. Woda jest kluczowa dla życia, ale niewystarczająca. Zrobiłem trochę prostych obliczeń, z których wynika, że ocean LHS 1140 b może mieć grubość od trzech do sześciu tysięcy kilometrów. Warunki w głębinach takiego oceanu są niewyobrażalne. Nawet nie chodzi o to, że ciśnienie rozpuściłoby znane nam formy życia. Przy takim ciśnieniu, dolne setki, czy tysiące kilometrów może stanowić nie ciecz, ciało stałe - egzotyczne formy lodu wodnego, powstające pod wielkim ciśnieniem. A wówczas nie byłoby miejsca na “ciekawą” chemię. Nie byłoby kominów hydrotermalnych, które wzbogaciłyby wodę o energię i związki chemiczne dające szanse na powstanie życia.
Wszechświat lubi zaskakiwać, a LHS 1140 b jest dość blisko, więc liczę na kolejne badania. Może E-ELT, czyli Ekstremalnie Wielki Teleskop będzie mógł dokonać bezpośredniej obserwacji, która powie czy w ogóle mamy tu zakleszczenie grawitacyjne, jaka jest temperatura na powierzchni tej egzoplanety i temu podobne. To z pewnością ciekawa egzoplaneta. Nie jest to jednak “druga Ziemia”. I szkoda, że niektórzy tak chętnie krzyczą “wilk”. Przez takie fejki, można przegapić prawdziwego “wilka”, czyli prawdziwą drugą Ziemię.
Jeśli chcecie się uodpornić na kiepskie newsy o egzoplanetach, to rzecz jasna polecam “Niebo pełne planet” - moją książkę poświęconą tej właśnie tematyce. Dostępna na papierze, jako ebook i audiobook.
Źródło: Transmission Spectroscopy of the Habitable Zone Exoplanet LHS 1140 b with JWST/NIRISS
Moja książka: Niebo pełne planet
niedziela, 21 lipca 2024
James Webb “zobaczył” planetę-oko? Nie tak prędko…
poniedziałek, 20 maja 2024
Czy odkryliśmy sfery Dysona?
Czy w 2024 właśnie wykryliśmy takiej roje wokół kilkudziesięciu gwiazd na niebie? Cóż, nie można tego wykluczyć, ale absolutnie nie można tego potwierdzić. Sprawa na pewno jest interesująca, szczególnie, że odkrycia niejako dokonały niezależnie dwa zespoły. Jedna publikacja wskazuje siedem kandydatek, druga aż pięćdziesiąt trzy. We wszystkich przypadkach istotnie wygląda na to, że spektrum gwiazd nie pasuje do oczekiwanej krzywej, która powinna przypominać ciało doskonale czarne, zamiast tego pokazując nadmiar promieniowania podczerwonego.
I tylko tyle. Nawet sami autorzy bardzo jasno mówią, że za wcześnie by ogłaszać odkrycie sfer Dysona czy obcych cywilizacji. Autorzy jednej z publikacji wspominają o innych, naturalnych wyjaśnieniach (jednakże nie wymieniają ich), choć twierdzą, że żadne nie tłumaczy w pełni tego, co zaobserwowano. Jakie są zatem wyjaśnienia w których nie trzeba powoływać się na kosmitów?
Podstawowe wyjaśnienie to dysk protoplanetarny - chmura gazu i pyłu otaczająca taką gwiazdę, która nie tylko zasłania część jej światła, ale również ulega podgrzaniu i emituje przez to światło podczerwone. W wielu przypadkach mamy tu do czynienia z gwiazdami na tyle wiekowymi, że nie powinny już mieć takich dysków. Jednak wśród miliardów gwiazd na niebie kolizje planetarne muszą zdarzać się od czasu do czasu nawet w takich dojrzałych układach. Autorzy jednego z badań wspominają, że odsiewali z danych ewidentne EDD (Extreme Debris Disks), jednak do tej pory zidentyfikowano dopiero 17 takich obiektów, więc nasza umiejętność filtrowania takich przypadków jest ograniczona.
Innym wyjaśnieniem może być obecność innego źródła światła bezpośrednio za poszczególnymi gwiazdami. Jeśli na jednej linii, za gwiazdą znajduje się na przykład odległa galaktyka, może ona różnie wpływać na pozorne spektrum tej gwiazdy. Natomiast chyba najciekawszą opcją, która nie zawiera obcych, jest po prostu istnienie jakiegoś nietypowego typu gwiazdy.
Chciałbym się mylić, bo odkrycie obcych byłoby czadowe. Jednak moje zdanie jest takie, że to nie są sfery Dysona. Powody w dużej mierze pokrywają się z tymi dla których nie lubię skali Kardaszowa. Napisałem o tym w mojej książce, w rozdziale pod wymownym tytułem “Dlaczego nie lubię skali Kardaszowa”. W dużym uproszczeniu sądzę, że tak prosta ekstrapolacja może nie mieć tu zastosowania i od lat widać już, że zużycie energii per capita nie rośnie tak jak spodziewał się tego Kardaszow. Fakt, że nie widzimy sfer Dysona niekoniecznie oznacza, że nie ma odpowiednio rozwiniętych cywilizacji. Być może nie widzimy ich z tego samego powodu, z którego nie widzimy silników spalinowych wielkości układów planetarnych. Obce cywilizacje, mogą korzystać z źródeł energii, które dla nas są tak nie do pomyślenia, jak energia nuklearna kilkaset lat temu, a koncepcja otoczenia gwiazdy kolektorami może być dla nich równie groteskowa jak wspomniany silnik spalinowy dla nas.
“Niebo pełne planet”, poza wprowadzeniem do tematyki poszukiwania i badań egzoplanet poświęca sporo miejsca perspektywom na odkrycie pozaziemskiego życia. W tym tego inteligentnego. Książkę można zamówić online, odnośnik poniżej, podobnie jak strzałki do obu publikacji przedstawiających kandydatów na sfery Dysona.
Książka: ideaman.tv/niebo-pelne-planet
Project Hephaistos - II. Dyson sphere candidates from Gaia DR3, 2MASS, and WISE
A Data-Driven Search For Mid-Infrared Excesses Among Five Million Main-Sequence FGK Stars
piątek, 15 września 2023
Co odkryto na K2-18b?
Bałem się trochę nagłówków na temat K2-18b, ale wygląda na to, że foliarze zajęli się mumiami kosmitów w Meksyku, a mainstreamowa prasa zachowała się zdumiewająco dobrze. Nie zignorowali newsa i pisali o “odkryciu substancji, którą na Ziemi wytwarza tylko życie”. Prawda i to bez nadmiernej sensacji? Wielkie brawa! Ale po kolei…
K2-18b to planeta krążąca w ekosferze czerwonego karła odległego o 124 lata świetlne od Ziemi. Nazwa mówi nam, że planetę odkrył teleskop Keplera w trakcie swojego “drugiego życia”. Po uszkodzeniu dwóch kół zamachowych, geniusze z NASA zastosowali pomysłowe wykorzystanie ciśnienia wiatru słonecznego do stabilizacji teleskopu. Dzięki temu mógł on wciąż działać, obserwując nowe regiony nieba. Osiemnastą gwiazdę w jego katalogu okrąża co najmniej jedna planeta, której istnienie zostało później potwierdzone obserwacjami teleskopu Spitzera.
Gwiazda K2 jest o połowę mniejsza i lżejsza od Słońca, co czyni ją dość przeciętną. Szacuje się, że aż 80% takich gwiazd ma planety w ekosferze. Niemniej jednak trwa dyskusja nad tym, czy planety te mogą utrzymać swoje atmosfery. Cóż… K2-18b na pewno utrzymała swoją i to jej badanie rozpaliło naszą wyobraźnię. W 2019 roku odkryto wodę w jej atmosferze. Wiadomo więc, że wokół czerwonych karłów istnieją mokre planety.
Jest jednak pewien haczyk. K2-18b jest osiem razy cięższa od Ziemi, co sprawia, że nie wiadomo czy to bardziej super-Ziemia czy mini-Neptun. Niektórzy proponują kategorię "planet hyceanicznych" (hycean - od hydrogen i ocean), co oznacza oceaniczne planety pokryte gęstą atmosferą wodoru.
Z jednej strony, wysokie ciśnienie i temperatura na takiej planecie mogą sprawić, że warunki życia byłyby niemożliwe, ale z drugiej strony niektórzy naukowcy sugerują, że takie planety mogą stworzyć środowisko podobne do kominów hydrotermalnych na dnie oceanów Ziemi, gdzie, jak sądzimy, narodziło się życie. To prowadzi nas do wyników najnowszych badań, które właśnie zostały opublikowane...
Naukowcy twierdzą że wykryli metan, który jest nieodłączną częścią życia na Ziemi, ale dobrze wiemy, że może powstawać abiologicznie. To niczego nie przesądza Wyryli też dwutlenek węgla - to pierwszy taki przypadek w przypadku egzoplanet w ekosferze, ale nie ukrywajmy - to również bardzo powszechny pierwiastek i absolutnie nie potrzebuje życia do powstania.
Najciekawsze jednak jest to, że naukowcy odkryli ślady siarczku dimetylu. Na Ziemi jedynym naturalnym źródłem tego związku są morskie mikroby. Życie. Dlatego ten news obiegł już świat. Teraz czeka nas proces weryfikacji odkrycia. Czy detekcja nie jest wynikiem błędu? Czy dane były odpowiednio dobrej jakości? Najbliższe miesiące powinny dać odpowiedź.
Jeśli detekcja zostanie potwierdzona, czy wówczas ogłosimy istnienie życia? Raczej nie. Warunki na K2-18b są tak odmienne, tak ekstremalne, że może zachodzić tam naturalny, abiologiczny proces wytwarzający ten związek chemiczny. Tylko dlatego, że na razie nie możemy go sobie wyobrazić, nie znaczy, że takiego nie ma. Na ten moment jednak nie można zabronić nikomu pewnej dozy ekscytacji, że być może w 2023 roku odkryliśmy pozaziemskie życie. Pozaziemskie mikroby w innym układzie planetarnym.
K2-18b jest jedną z planet, której poświęciłem mały podrozdział w “Niebie pełnym planet”, ponieważ już wtedy była interesującym miejscem. Żyjemy w ciekawych czasach, jeśli chcecie być lepiej przygotowani na takie newsy, dokładniej rozumieć relacjonowane odkrycia dziś i w przyszłości, sięgnijcie po moją książkę. Ja tymczasem zbieram się na toruński Copernicon, gdzie będę mówić między innymi o egzoplanetach właśnie.
Źródła:
Publikacja: Carbon-bearing Molecules in a Possible Hycean Atmosphere
NASA: Webb Discovers Methane, Carbon Dioxide in Atmosphere of K2-18 b
ESA: Webb discovers methane and carbon dioxide in atmosphere of K2-18 b
poniedziałek, 12 czerwca 2023
Czy Microsoft odkrył okno do równoległej rzeczywistości?
][ Wstęp ][
Z jednej strony wysyłamy rakiety w kosmos, przesuwamy pojedyncze geny w DNA i zbliżamy się do stworzenia sztucznego umysłu, z drugiej okazuje się, że są ludzie, którzy ganiają po domach z Kinectem i próbują nim złapać duchy. Mikołaj Kołyszko uświadomił mnie o tym i zaprosił do udziału w projekcie “Egzorcyzmy. Przerażająca historia Anneliese Michel”, żeby wspólnie omówić jak działa Kinect i rozjechać to szaleństwo. Byłem i jestem zachwycony tym tematem. Jest to bzdura absolutnie szalona a zarazem raczej nieszkodliwa. Mieliśmy przy tym tyle frajdy, że postanowiłem równolegle przygotować też poniższą notkę.
Dla niewtajemniczonych krótki wstęp - Kinect to przystawka do konsol, która swój krótki żywot na rynku skończyła niemal dekadę temu. W myśl Microsoftu użytkownik miał być kontrolerem i jego ruchy miały napędzać gry konsolowe. Kamera i rzutnik działające w podczerwieni śledziły graczy i przekładały ich ruchy na wirtualny świat. Jednak współcześni pasjonaci łapania duchów uznali, że świetnym pomysłem będzie wykorzystanie tej technologii do zobaczenia tego, co niewidzialne.
][ Jak działają duchy ][
To będzie ten spekulacyjny fragment tekstu. Na chwilę spróbujemy wniknąć w umysły łapiduchów. Co wynika z faktu, że ktoś ugania się za duchami za pomocą kamery na podczerwień? Skoro ktoś twierdzi, że za pomocą Kinecta można zobaczyć ducha, to znaczy, że twierdzi, że duchy to takie coś co nie jest widzialne w spektrum widzialnym (od czerwieni do fioletu), ale z jakiegoś powodu jest widoczne w podczerwieni. Czyli duch powinien być materialny i przepuszczać fotony widzialne, ale odbijać (albo emitować) podczerwone.
To nieco kłóci się ze stereotypem niematerialnych duchów. Pojawia się więc pytanie: czy Microsoft, pracując nad konsolą do gier, odkrył okno do równoległej rzeczywistości? Brzmi to jak świetny temat na opowiadanie lub film. Dziś jednak ograniczymy się do popularnonaukowej notki na blogu.
][ Jak działa Kinect ][
Kinect to przystawka do konsoli Xbox, produkowana w latach 2010-2016. Jej kluczowymi elementami są para kamer - optyczna i podczerwona, oraz rzutnik działający również w podczerwieni. Pierwsza wersja urządzenia działała w następujący sposób: rzutnik wyświetlał liczne kropki podczerwone, a kamera obserwowała ich odkształcenia. Na tej podstawie urządzenie próbowało stworzyć trójwymiarową mapę obszaru gry. Następna wersja Kinecta obserwowała szybkość odbicia błyskających kropek, co pozwalało na obliczenie tzw. "time to travel". Innymi słowy, mamy tu coś w rodzaju świetlnego sonaru, co jest imponujące, biorąc pod uwagę prędkość światła.
Zalecenia firmy były dość precyzyjne: obszar gry powinien mieć pustą kubaturę o wymiarach około 4 na 4 metry, bez mebli. Gracze mieli znajdować się dwa metry od czujnika, który miał być umieszczony nieruchomo. Kinect tak naprawdę nie budował trójwymiarowego modelu twojego pokoju. Jego zadaniem było jedynie szukanie "szkielecików" - zarysów postaci człowieka, a następnie aproksymowanie ich do bazy referencyjnej. Baza ta obejmowała ogromne biblioteki ruchów - takich jak taniec, różne sporty, podskoki i temu podobne. Zatem Microsoft najpierw wykonał ogromną pracę, nagrywając wzorcowe ruchy, a następnie podczas gry Kinect doszukiwał się w rejestrowanych ruchach tego, co już znał.
"Ty staniesz się kontrolerem" - to było świetne hasło promocyjne. Jednak urządzenie nie osiągnęło spektakularnego sukcesu. Nie działało idealnie i nie zdobyło serc graczy. Po kilku latach firma dała za wygraną. Jednak około 2012 roku ktoś inny zwrócił uwagę na to urządzenie...
][ Grzeszki łapiduchów ][
Nie mogę dać głowy, że to domorośli poszukiwacze paranormalnego zainspirowali się filmem “Paranormal Activity 4”, a nie było odwrotnie. Ale to bez większego znaczenia. Jak się okazuje, po dziś dzień istnieją ludzie, którzy uganiają się po domach z Kinectem, żeby nagrywać duchy.
W zasadzie wszystkie ich “odkrycia”, jeśli tylko nie są zwykłymi oszustwami, wynikają z rażących naruszeń tego, jak powinien być używany Kinect, wynikających pewnie z niezrozumienia do czego służy i jak działa.
Typowe filmiki pokazują zagracone pomieszczenia i pląsające figurki rzekomych duchów, czasem w towarzystwie niby-przerażonego łapiducha. Czasem też są wręcz kręcone z ręki. Biorąc pod uwagę to, co napisałem powyżej, sami rozumiecie, że nie powinno być dziwnym, że urządzenie wariuje i 'widzi' postaci tam, gdzie ich nie ma. Duchy lubują się szczególnie w wieszakach, krzesłach czy rowerkach.
Fakt, że technologia Kinecta polega na bazie referencji, jest również kluczowy. Jeśli pokażę wam losowy bohomaz i zapytam, co widzicie, pewnie powiecie, że nic. Jeśli jednak pokażę ten sam gryzmoł i zapytam, “jaka to litera”, jest spora szansa, że doszukacie się w jakiejś litery. Oprogramowanie zostało stworzone do rozpoznawania ludzi przed konsolą, a i tak nie zawsze mu to wychodziło. Algorytm miał szukać figur ludzkich w określonych warunkach, więc nie koncentrowano się na eliminowaniu “false-positives” (fałszywie pozytywnych wyników). A poszukiwacze UFO i duchów utykają właśnie w false-positives.
Jakby tego było mało, dane z Kinecta są bardzo zaszumione. Na nagraniach widać, że nawet nieruchomo siedzący człowiek w oku urządzenia wydaje się być cały czas dygoczącą marionetką. Nic dziwnego zatem, że duchy tym bardziej wykonują dziwaczne ruchy, skoro są urojeniami urządzenia. Jednocześnie, jako że z reguły źródłem ducha jest wieszak, plecak czy worek ze śmieciami, duchy tylko pląsają, ale nie przemieszczają się.
][ Oszuści ][
To, co może być rażące, to widzimy tutaj ubieranie poszukiwań duchów w łaszki naukowo-techniczne, choć w ogóle nie ma tu nauki, a technika jest jedynie zabawką, która zniknęła z rynku. Koniec końców, większość poszukiwaczy UFO czy duchów ma podobny schemat funkcjonowania - jeśli zobaczą cokolwiek, czego nie potrafią wyjaśnić, nawet nie próbują zgłębić tematu, tylko od razu wnioskują, że to kosmici albo duchy.
Są również zwykli oszuści. Zakładam, że to po prostu ludzie, którzy polują na rozgłos i kliknięcia i na przykład biorą warstwę Kinecta z jednego nagrania (czyli same szkieleciki, bez obrazu wideo) i nakładają ją na inne nagranie. W ten sposób możemy najpierw zagrać ducha, a następnie usiąść na fotelu i odgrywać obiektywnego badacza zjawisk paranormalnych.
Według mnie ten temat jest stosunkowo nieszkodliwy i zabawny. Przecież gdy technika poszukiwań duchów jest inspirowana hollywoodzkim horrorem, to powinno to zapalić lampki alarmowe u każdego.
Przypominam, że “Niebo pełne planet”, moja książka o egzoplanetach znów jest dostępna w wersji papierowej. Strzałka poniżej. Znajdziecie tam też projekt Michała (mój udział przypadł na odcinek ósmy). Na koniec odeślę Was również do materiału kanału “Center for Inquiry” poświęconego duchom i Kinectowi.
Egzorcyzmy. Przerażająca historia Anneliese Michel
Ghost Gadgets: The Xbox Kinect with Kenny Biddle
ideaman.tv/niebo-pelne-planet
sobota, 21 stycznia 2023
Peak Elon?
Peak Oil to taki hipotetyczny punkt w czasie, po którym wydobycie ropy, tego nieodnawialnego surowca, zaczyna bezpowrotnie spadać. Dotychczasowe przewidywania okazywały się chybione, ale ten moment w końcu nadejdzie. Prawdopodobnie nie będzie podyktowany tym, że ropy zabraknie. Raczej będzie to kwestia opłacalności wydobycia. A to również nie będzie podyktowane tylko i wyłącznie tym jak głęboko trzeba wiercić.
Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy “Peak Elon” mamy już za sobą. To jest czy już większość pożytku z Elona mamy za sobą czy nie. Zatem dziś będzie kontrowersyjnie, zerkacie w komentarze na własne ryzyko.
][ Wstrętny symetrysta ][
Zacznijmy od tego, że jestem najgorszym sortem bo (póki co) nie oceniam Muska ani jednoznacznie źle ani jednoznacznie pozytywnie. Z tego wysokiego konia mam wrażenie, że widzę tylko hejterów i fanbojów (z przewagą tych pierwszych). Wady Elona są liczne, oraz coraz bardziej widoczne. Od zawsze wiedziałem, że nie chciałbym pracować dla takiego człowieka. Kręciłem głową na dziwactwa i patrzyłem z obrzydzeniem jak wyzywał człowieka uczestniczącego w akcji ratunkowej w jaskini Tham Luang.
Jednocześnie jego upór zasadniczo zmienił wygląd rynku samochodów elektrycznych. Zarówno ich percepcję i stan technologiczny. Gdyby nie Tesla prawdopodobnie musielibyśmy na to poczekać dekady. Wywołał też ogromne trzęsienie ziemi w sektorze kosmicznym, skostniałym i zachowawczym. Od siedmiu lat pierwsze stopnie Falcon 9 lądują bezpiecznie po starcie by być wykorzystywane ponownie. Siedem lat a rakiety konkurencji wciąż trafiają na śmietnik po jednym locie. Nawet Chińczycy, którzy wręcz bezczelnie próbują skopiować rozwiązania Falcona 9, nie odnieśli sukcesu. Tak, Elon to dzieciak z bogatego domu, więc zawsze miał łatwiej. Mimo to, zarówno Tesla i SpaceX zawdzięcza bardzo dużo jego umysłowi, który od zawsze pochłaniał książki, był w stanie rozkładać problemy na czynniki pierwsze. Musk wciąż ma dość wiedzy, żeby dotrzymywać kroku w technicznych rozmowach z pracownikami każdego szczebla tych dwóch firm.
][ Misja i cel ][
Najlepszym wyjaśnieniem czemu kibicowałem (i chyba wciąż kibicuję) Muskowi jest cykl spisany przez Wait but Why. Autor wyłuszcza między innymi “First Principles Thinking”, sprowadzanie zagadnień do podstaw i kierowanie się nimi. Nakreślił tam czym kieruje się Elon i to, że celem Tesli jest produkcja taniego samochodu dla mas, który będzie częścią procesu odejścia do paliw kopalnych. W przypadku SpaceX chodzi o stworzenie backupu dla ludzkości - samowystarczalnej kolonii na Marsie.
Można sobie kpić, mówić, że to bez sensu, że za wcześnie, że Mars jest do dupy a do odejścia do kopalin potrzebny jest masowy transport zbiorowy a nie samochody. Nie zmienia to jednak faktu, że gość miał bardzo wyraźny cel i nie spuszczał go z oczu. Potwierdza to też masa innych źródeł. Również tych nieprzychylnych. Wiemy, że Musk pracowników traktuje często jak gówno. Jednocześnie, nawet pracownicy niechętni, którzy opuścili firmy jasno mówili np. Że pracując w SpaceX naprawdę na każdym etapie w firmie zadawano pytanie “czy to nas zbliża do Marsa”. Warunki w Tesli mogły być często nieludzkie, ale zawsze nadrzędnym celem było, by ich samochody były bezpieczne i do dziś osiągają one rewelacyjne wyniki w tym aspekcie.
Uważam zatem, że mimo dziwactw, dupkowatości, ekscentrycznych odklejeń Musk przynosił dużo pożytku. Podobne zdanie mam o Starlinku. Fajnie nam się marudzi na “złom na orbicie” czy zakłócanie naziemnych obserwacji astronomicznych, kiedy siedzimy sobie w krajach pierwszego świata. Otwarcie internetu dla paru miliardów ludzi to coś na czym możemy skorzystać wszyscy. Nawet jeśli wśród użytkowników będzie też wojsko czy giełdy papierów wartościowych.
][ … a potem kupił sobie Twittera ][
Zakładając, że misją Starlinka było jedynie pozyskanie funduszy na projekt Starshipa i budowę podwalin miasta na Marsie, to wciąż pokrywa się z długofalową misją. Ale powodzenia kombinowaniu jak idiotyczny zakup Twittera ma pomóc w elektryfikacji transportu czy kolonizacji Marsa.
Cała ta szopka jest pokazem zupełnego oderwania od rzeczywistości i błazenady, na którą pozwolić sobie mogą tylko małe dzieci oraz wielkie kraje. I multimiliarderzy. O charakterze Muska dodatkowo świadczy, że wierchuszka Twittera (który nota bene jest moim zdaniem jednym z najgorszych i najbardziej toksycznych zakamarków internetu) nie tylko została zwolniona ale i wyprowadzona przez straż dla dodatkowego show.
Starlink obecnie pochłania ogrom finansów, jest produktem niby-działającym, bo na orbicie znajduje się ponad dwa tysiące satelit a docelowo ma ich być dwanaście tysięcy. Na ten moment projekt przynosi straty. Dlatego fajnie byłoby mieć 44 miliardy poduszki bezpieczeństwa na wypadek kłopotów finansowych. Szczególnie biorąc pod uwagę, że Musk nie raz już ocierał się o bankructwo zarówno Tesli jak i SpaceX. Widocznie nie było aż tak traumatyczne. Albo po prostu wie, że wojsko jest już i tak zbyt zachwycone Starlinkiem, żeby pozwolić mu na porażkę.
Tak czy inaczej ostatnio zupełnie nie mam przekonania czy Mars jest cały czas w polu widzenia Elona. Wolę też nie zgadywać z czego to wynika. Czy głupieje na starość, czy dociera do niego, że może nie dożyć pierwszego człowieka na Marsie (a co dopiero kolonii). Średnio też widzi mi się jakaś krucjata o wolność słowa. Widzę natomiast, że Trump już mizdrzy się do Muska w nadziei na powrót na platformę do szerzenia dezinformacji.
][ Szczyt to nie urwisko ][
Osiągnięciami tego człowieka można by obdzielić kilka osób. Nawet jeśli Peak Musk mamy za sobą, to wciąż nie wykluczone, że jego największy dar dla ludzkości jest przed nami. Starship ma realne szanse, żeby otworzyć przed nami układ słoneczny. Masa ludzi wciąż nie zdaje sobie sprawy, że badanie kosmosu i technologie kosmiczne poprawiają byt ludzi na ziemi na niezliczone sposoby.
Dlatego nawet jeśli to byłby w jakimś sensie schyłek Muska, to jeśli Starship wypali, może dać nam możliwość taniej eksploracji kosmosu i czerpania z niej korzyści i wiedzy. A wiele wskazuje na to, że wypali. Choć trudno w to uwierzyć, pojawiły się informacje, że Amazon chce kupić liczne loty Falcona Heavy i Starshipa, żeby dzięki nim budować swoją, konkurencyjną wobec Starlinka, konstelację. Przypominam Bezos ma swoją firmę kosmiczną, tyle że jeszcze nic nie umieścił na orbicie i jest rywalem SpaceX.
Jednak żeby utrzymać licencję na częstotliwości od FCC musi w określonym czasie wynieść na orbitę 1800 satelitów. Nie obsłużą tego swoimi nieistniejącymi rakietami i prawdopodobnie jedynym ratunkiem będzie dla nich prawie-istniejący Starship.
Tyle z mojej strony. Możecie się już wyżyć w komentarzach.
czwartek, 22 października 2020
Zdumiewajacy Randi
W latach 90 magazyny “naukowe” w rzeczywistości mieszały artykuły popularnonaukowe z ezoteryzmem. Ten sam magazyn mógł na jednej stronie pokazywać jak inny układ atomów węgla sprawiał, że grafit był czarny i kruchy a diament przejrzysty i niezwykle twardy, by stronę dalej mieć piękny diagram dłoni i informację co oznaczają dane kształty, co linia życia mówi o zdrowiu a linia serca o naszych emocjach, i temu podobne bzdury.
W tych czasach również na kanale Discovery emitowano serial Tajemniczy świat Arthura C. Clarke. Ktoś mógłby brutalnie powiedzieć, że program ten był protoplastą pana z History Channel, który “nie mówi, że to byli obcy, ale…”. To jednak mocna przesada, choć trzeba przyznać, że stawiano tam nacisk na niesamowitość, wątpliwości i paranormalne tropy w przypadku różnych tajemnic. Jednakże to właśnie tam odkryłem Zdumiewającego Randiego. Nie jako iluzjonistę. Ten siwy człowiek z brodą typu “kapitan statku” w przezabawny sposób prezentował operację wykonywaną gołymi rękoma. Gmerał w brzuchu lekko otyłego człowieka na stole, było trochę krwi, coś wyciągnął, dowcipkując stwierdził, że to nie to i włożył z powrotem. Po wszystkim wyjaśnił jak oszuści prezentują ten trik. Następnie zaprezentował i zdemaskował kilka innych “cudów”. Wtedy dowiedziałem się, że jest taki człowiek, który podróżuje po świecie i walczy z oszustami. Wydało mi się, że to najbliższa superbohaterstwu rzecz w realnym świecie.
Lata później trafiłem na Jamesa Randiego ponownie. Tym razem już z brodą typu “dziadek” opowiadał o tym, że jego fundacja oferuje milion dolarów dla każdego, kto będzie w stanie w obiektywnych warunkach wykazać jakiekolwiek paranormalne zjawisko. Przyłożył dłoń do ucha i spytał “dlaczego nie słyszę urywających się telefonów?”. Pytał, jak to możliwe, że nie zgłaszają się do niego ludzie, którzy twierdzą, że przewidują przyszłość, że rozmawiają z duchami i gną łyżeczki. Czemu nie dzwonią, czemu nie pukają do drzwi by wrócić do domu z milionem w kieszeni?
Lata później, w dobie TEDa, YouTube i serwisów społecznościowych Zdumiewającego Randiego łatwo namierzyć i posłuchać. Lekko zgarbiony ale pełen dowcipu staruszek z brodą typu “czarodziej”, wraz ze swoją fundacją wciąż nikomu nie przyznał paranormalnej nagrody. Wciąż jest jednym z najsłynniejszych sceptyków.
A raczej był. Bo zmarł 20 października 2020 roku.
W 2017 obowiązki nie pozwoliły mi skorzystać z zaproszenia do Wrocławia na Europejski Kongres Sceptyków, gdzie miałem szansę spotkać Jamesa Randiego. Myślałem, że to pewnie moja pierwsza i ostatnia okazja.
Potrzeba nam jak najwięcej sceptyków, żeby podnosić świadomość, że choć dostęp do rzetelnej wiedzy jest dziś łatwiejszy niż kiedykolwiek, to równie łatwo natrafić na kompletne bzdury, naciągaczy, szarlatanów, pseudonaukę i pseudomedycynę. Samo słowo “sceptyk” bywa często nadużywane, czy wręcz zawłaszczane przez denialistów. Postawa sceptyczna w nauce oznacza, że dajemy wiarę jedynie teoriom i badaniom, które spełniają zasady metody naukowej. Niestety tym terminem zasłaniają się ludzie, którzy zwyczajnie negują skrupulatnie osiągnięty konsensus naukowy w jakiejś dziedzinie. Krytyczne myślenie i prawdziwy sceptycyzm jest fundamentem dla świadomego społeczeństwa. Społeczeństwa, które nie da się ogłupić ani politykom w mediach, ani oszustom których spotykają na co dzień.
James Randi jest jednym z moich bohaterów. Podobnie jak w przypadku superbohaterów (niestety), jego misja nigdy się nie kończy. W 1986 Randi spektakularnie obnażył oszustwa Petera Popoffa, który “leczył wiarą” a w rzeczywistości używał charyzmy i słuchawki w uchu by zwodzić płacących mu ciężkie pieniądze naiwnych Amerykanów. Wydawałoby się, że to całkowity koniec odrażającego człowieka. Ale nic bardziej mylnego, mimo tej całkowitej kompromitacji Popoff wynurzył się kilkanaście lat później by raz jeszcze brać pieniądze za swoje “cuda”. Potrzebujemy epidemii prawdziwego sceptycyzmu.
Części powyższego tekstu opublikowane były w "Nowej Fantastyce" 08.2017.
piątek, 13 marca 2020
Koronawirus - moje pięć groszy
Pandemia, Epidemia i PHEIC (stan zagrożenia)
SARS-CoV-2 dzięki długiemu czasowi bezobjawowego zarażania miał świetne warunki by doprowadzić do pandemii. I doprowadził. I skoro trąbią o tym wszystkie media, to chciałbym, żeby wszyscy czytelnicy Węglowego wiedzieli, że to mocno uznaniowy termin. Ot, gdy epidemia sięgnie kilku kontynentów to zwyczajowo nazywa się ją pandemią. Ogłoszenie WHO z 11 marca mówiące, że COVID-19 to pandemia było w sumie kwestią czasu, ale i tak zasiliła niezliczoną ilość nagłówków, niejednokrotnie karygodnych i odrażających.
Znacznie istotniejszą datą był 30 stycznia 2020 roku. Wtedy WHO ogłosiło Public Health Emergency of International Concern (PHEIC) czyli stan zagrożenia dla zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. To moment w którym rządy poszczególnych krajów (jeśli wcześniej tego nie robiły) powinny podjąć zdecydowane działania by przygotować się na epidemię, postarać się ją ograniczyć i edukować społeczeństwo.
Zagrożenie i profilaktyka
Niestety COVID-19 jest zdecydowanie poważniejszy niż czasem (i bardzo słusznie) używana jako punkt odniesienia, tak zwana “grypa sezonowa”. Nowy wirus jest bardziej śmiertelny i bardziej zaraźliwy. Do liczb w przypadku COVID-19 trzeba podchodzić sceptycznie, bo jego śmiertelność najpewniej jest bardzo zawyżona. Ogrom przypadków jest niemal na pewno nie wykrywany (co sprzyja rozsiewaniu wirusa), więc i śmiertelność jest przeszacowana. Młodzi i zdrowi nie są bardzo zagrożeni.
Zanim ktoś zarzuci mi bagatelizowanie tematu - nawet jeśli jego śmiertelność jest kilkukrotnie zawyżona wciąż jest groźniejszy od sezonowej grypy na którą warto się szczepić. Sam staram się izolować w granicach rozsądku, dezynfekuję telefon, myję ręce mydłem. Tak jest - mydełko jest skuteczniejsze niż alkohol.
Co nas uratuje
My. Tylko my. Jedzcie dobrze, wysypiajcie się unikajcie tłumów, szorujcie ręce, paluchy z dala od twarzy. Siedźcie na tyłku w domu. Żadna władza nie uchroni nas przed wirusem. Kropka. A już napewno nie taka, która w każdej sytuacji potrafi się zachowywać kompletnie nieodpowiedzialnie i na przekór specjalistom i stanowiskom nauki.
Jedyne co pomaga w czasie pandemii, to rozsądek ludzi. To znaczy, jeśli nie będziemy się zachowywać jak banda rozhisteryzowanych małp, to powinno być OK. To my musimy przestrzegać reguł czystości i zaleceń WHO. Jedna z najlepszych grafik wokół koronawirusa to ten gif. Pokazujący dlaczego, nawet jeśli większości z nas nie grozi wirus, warto kolektywnie z nim walczyć. Otóż system opieki zdrowotnej ma ograniczoną wydolność. Jeśli chorych będzie mniej i będą bardziej rozłożeni w czasie, są większe szanse, że sprzętu starczy dla wszystkich, że nie będzie trudnych wyborów.
Panika
Nie panikuję. Nie czuję się zagrożony. Martwię się jednak, że czysto statystycznie, ktoś bliski może ucierpieć. Martwi mnie też to jak okropnie zareagowały media i ludzie. Jasne wiem, że mamy całe pokolenia pamiętające puste półki, więc tłoczą się w sklepach rzucają się na ryż i papier toaletowy, dając wirusowi kolejne okazje by zarażać. Wiem też, że nigdy ludzkość nie miała równie dobrych warunków by poradzić sobie z taką pandemią.
Samonapędzający się amok sprawia, że rzeczywiście półki pustoszeją. A to zbędne. Sklepy i wiele biznesów mogłoby spokojnie działać. Zachowując higienę można zrobić zakupy. Nie po to mamy unikać biur, szkół, imprez masowych i tłocznych biur, żeby tłoczyć się w sklepach a potem koczować w domu. Mogliśmy koczować w domu i co drugi dzień robić zakupy.
Co będzie kiedy nastąpi prawdziwy kryzys? W Chinach (z tego co wiem, nie znam mandaryńskiego) zdarzały się już przypadki skatowania ludzi, którym zarzucano, że są z Wuhanu. W Polsce, gdzie wykarmione podatniczymi pieniędzmi media, pasą wszelkie ksenofobiczne instynkty dochodzi do sytuacji, że policja spisuje ludzi w pociągu, bo jakiejś pani wydało się, że obcokrajowiec kichnął. Jak będzie wyglądać świat podgrzany o kolejny stopień, z miliardem uchodźców, niedoborami wody, żywności, z przerwami w dostawie energii, kiedy nie wystarczy przejść na homeoffice i oglądanie netflixa wieczorami?
Ciekawostki
Jako że u nas epidemia dopiero rozwija skrzydła nie wiem co jeszcze zobaczymy na ulicach Polski. Co ciekawe, jeśli idzie o marudzenie na późne reakcje i późne zalecanie izolacji - przedwczesna kwarantanna ponoć może zaszkodzić. Może wystąpić “efekt zmęczenia”, gdzie ludzie znużeni izolacją i przestrzeganiem reguł zaczynają sobie odpuszczać i szczytowa mobilizacja opada zanim nastąpi szczyt wirusowej zarazy. Ciekawe kiedy koronawirus znudzi się naszym mediom, które cały czas idą na całość. Jednocześnie wykres obok (pochodzący z Journal of the American Medical Association) pokazuje jak bardzo skuteczna jest izolacja ludzi. W Chinach niemal natychmiastowo runęła liczba nowych zarażeń (nie mylić z nowymi rozpoznaniami).
Czekacie na szczepionkę? Mówi się, że najwcześniej będzie w 2021. Tylko wiecie co… Zastanówmy się, jak się ma szczepionka na Zikę? A ta na SARS? A co z szczepionką na przeziębienie? Około 15% przeziębień zawdzięczamy właśnie koronawirusom. Także ja bym nie wstrzymywał oddechu.
A skoro o tym mowa, to antyszczepionkowcy oczywiście już wskoczyli na temat i sieją bzdurami. Mam nadzieję, że tylko sobie zaszkodzą a ta pandemia raczej podniesie wyszczepialność (niezależnie od poprzedniego akapitu). Tak czy inaczej jak dla mnie trafiają oni na tę samą półkę co ludzie, którzy próbują zarobić na panice i sprzedają byle jakie maseczki jako niby-antywirusowe. Pfuj.
Jeszcze raz - rozsądek nie panika, mydełko nie alkohol, dbajcie o starszych i chorych, siedźcie na tyłkach i szerujcie memy.
Świetne grafiki od "Information is beautiful"
Źródło gifa
Five things you should know now about the COVID-19 pandemic
Dziesięć pozytywnych informacji o koronawirusie
Coronavirus: Why You Must Act Now
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
niedziela, 15 lipca 2018
Prawda o wymieraniu pszczół i neonikotynoidach
I słusznie, bo okazuje się, że również w przypadku pszczół sprawa jest skomplikowana obciążona wielkim biznesem i wielką polityką, oraz (co najgorsze) Greenpeace ciągnie ją w kierunku niekorzystnym dla pszczół i środowiska. Przez niewiedzę, mógłbym przyłożyć ręce do pogorszenia stanu rzeczy. Dlatego najwyższa pora, żebym też zabrał głos.
Pszczołokalipsa rzekoma
Zacznijmy od tego, czy chwytliwe i alarmujące nagłówki o CCD to kolejny przykład fake news. Częściowo. Istotnie istnieje fenomen, który tyczy się bardziej całych kolonii niż indywidualnych owadów (co nie ułatwia jego analizy) i polega na tym, że latające robotnice “porzucają” swoje ule. W ulu są młode osobniki, zapasy i zdrowa królowa, lecz brak dorosłych robotnic prowadzi do śmierci rodziny.
Co stoi za problemami pszczół? Dotychczasowe badania i analizy sugerują, że nie ma jednej przyczyny, że owady zmagają się z całym szeregiem szkodliwych czynników, na czele których stawia się pasożyty żyjące w owadzich tchawkach, żerujące na larwach, wirusy (w tym powodujące dysfunkcje skrzydeł) oraz zmiany klimatyczne. Oczywiście wybuchła histeria, internetowemu tłumowi z pochodniami i widłami, łatwo było podrzucić kolejnych winnych. I tak obwiniano wszystko włącznie z GMO i telefonami komórkowymi. Wśród podejrzanych zabrakło chyba jedynie homoseksualistów.
Tajemnicza przypadłość oraz widmo załamania populacji pszczół to bardzo medialny temat. Według niektórych szacunków nawet jedną trzecią jedzenia na naszych stołach zawdzięczamy w jakimś stopniu pszczołom. To zawsze okazja do przytoczenia fejk-cytatu Einsteina o ludziach i pszczołach. Cytat - o ile nieprawdziwy lub niesłusznie przypisywany Einsteinowi - to jednak istotnie docenia wagę pszczół. Jeśli jednak spojrzeć na liczebność uli, można odetchnąć z ulgą. O ile ich liczebność uległa spadkowi, to nie był on tak gwałtowny, tyczył się głównie Ameryki Północnej, a globalna liczebność wzrasta. Jak to się ma do wykresu trochę wyżej? Ano tak, że przedstawia on tylko wycinek danych. Oraz, że skala pionowa zaczyna się od dwóch milionów uli a nie od zera. Jak to wygląda w szerszym spojrzeniu? A tak:
Liczebność pszczół w USA jest najwyższa od 20 lat. Aha - warto nadmienić, że większość tej notki traktuje o hodowlanych pszczołach, które znacznie łatwiej badać i analizować na przestrzeni lat. Nie oznacza to, że CCD nie dotyka dziko żyjących pszczół. Powyższe zestawienia tyczą się jedynie USA. Na świecie pasiate owady mają się jeszcze lepiej.
Ponadto warto mieć świadomość, że z umieraniem pszczół można sobie poradzić znacznie łatwiej niż gdyby analogicznie podskoczyła śmiertelność krów czy kukurydzy. Odbudowa ula jest bardzo prosta. Liczy on do 80 tysięcy pszczół, królowa składa około 1500 jaj dziennie. Prostą metodą jest podzielenie ula na dwa oraz zakup nowej królowej. W ciągu kilku tygodni nowy ul jest gotowy do zapylania.
Podsumowując - pszczoły nie były i nie są na krawędzi wymarcia. Warto bacznie przyglądać się zachodzącym zjawiskom, nie warto panikować.
Neonikotynoidy i UE
Niedawno w Unii przegłosowano zakaz stosowania trzech głównych neonikotynoidów. Vytenis Andriukaitis, komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności w Komisji Europejskiej, ogłosił, że to dowód na to, że polityka UE kieruje się nauką. W tym wypadku nie jest to prawda. Imidakloprid, klotianidyna i tiametoksam to insektycydy (jak się można domyślić) podobne do nikotyny. Kwestia zdrowia pszczół była jednym z flagowych argumentów przeciw tym środkom… mimo, że na zlecenie (i za pieniądze) KE szereg placówek przeprowadziły badania nad zdrowiem zapylaczy, które wykazały coś zupełnie innego. Wśród szeregu czynników tylko jedno laboratorium wskazało na pestycydy; nie są one nawet w dziesiątce “winowajców”. Jeśli zagłębić się w dane okaże się, że szkodliwość pestycydów udało się wykazać tylko w warunkach laboratoryjnych, gdzie pszczoły dosłownie duszono neonikotynoidami. Nie istnieją badania na żyjących wolno pszczołach, które wskazywałyby na szkodliwość tych substancji.
Ale to nie wszystko. Jak się okazało, wydany w 2014 roku zakaz używania neonikotynoidów w Europie okazał się mieć fatalne skutki. Rolnicy zostali zmuszeni do korzystania ze starszych, gorszych pestycydów. Wymagały one częstszych oprysków, wiele z nich jest bardziej szkodliwych dla zapylaczy, powodują one też wyższe koszty i więcej pracy dla rolników. Zlinkowana powyżej ewaluacja została przemianowana na “badanie”, przez co komisarz został zwolniony z obowiązku jej publikacji.
Następujące później analizy zakazanych niedawno neonikotynoidów przeprowadzono w skandaliczny sposób. Tak zwany Bee Guidance Document (BGD) zakłada niedorzeczne wymogi w czasie prób. Na przykład, by śmiertelność pszczół wynosiła najwyżej 7%, podczas gdy naturalna śmiertelność tych owadów wynosi 15%. Absurdalne wymogi pozwoliły zignorować poprzednie analizy i korzystać tylko z wyników laboratoryjnych, gdzie owady w małych klatkach katowano ogromnymi ilościami pestycydów. Więcej o tym ciągu absurdów możecie przeczytać tutaj w części “Policy-driven Science”.
Bez happy endu
Wystarczy powiedzieć, że choć ostatecznie nie ma żadnego oficjalnego dokumentu, do głosu doszły miliony przeznaczone na lobbying przez “big organic”. Greenpeace straszy Modesto 480 FS i Cruiser OSR 322 FS - w końcu cyferki i skróty jednoznacznie oznaczają czyste zło. Przemysł organicznego rolnictwa (które nie jest korzystne dla natury, ani dla ludzi, ani dla ekonomii) otrzymał duży bonus. Cios dla rolnictwa przemysłowego oznacza, że niewydajne i szkodliwe dla środowiska uprawy organiczne staną się trochę bardziej konkurencyjne.
Nawiasem mówiąc… Czy wiecie, że ptaki w miastach nauczyły się wykorzystywać niedopałki papierosów? Zanoszą ja do gniazd, żeby nikotyna odpędzała kleszcze i inne insekty. Brzmi dość organicznie.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
Źródła:
Zdjęcie: New Zealand honey bee on clover
Requiem for Neonicotinoids
What Happened to the Beepocalypse?
Honeybee population isn't ‘crashing’ and seed pesticides are not driving health problems—and here’s why
Backlash to flawed 'landmark' European neonicotinoid study: Inconclusive data suggest both health benefits and harm
Global consensus finds neonicotinoids not driving honeybee health problems—Why is Europe so determined to ban them?
The Impact of the Nation’s Most Widely Used Insecticides on Birds
The impact of restrictions on neonicotinoid (...) on pest management (...) in eight European Union regions
Do Neonics Hurt Bees? Researchers and the Media Say Yes. The Data Do Not.
New Study Finds Neonicotinoids May Have Harmful, Beneficial, or No Effects on Bees
Bee population rising around the world
Believe it or not, the bees are doing just fine
How many honey bees are there?
Risk management for bee health
Birds use cigarette butts for chemical warfare against ticks
środa, 31 stycznia 2018
Napęd warp i smocza krew
Niedawno NASA opublikowała swoje „projekty” pojazdu mającego poruszać się dzięki technologii warp – czyli zakrzywiania czasoprzestrzeni. Obrazki wykonane przez artystę Marka Rademakera konsultującego się z inżynierem i fizykiem Haroldem White z NASA są śliczne. Nie są jednak niczym więcej niż ładnymi grafikami i częścią dość niesmacznego PR-owego ruchu ze strony agencji, która postawiła człowieka na Księżycu.
Sam fakt, że NASA przeznacza finanse na badanie technologii warp nie byłby bulwersujący. Jednak robienie z tego filara promocji, kreowanie poczucia, jakby lada moment miała powstać prawdziwa wersja Star Trekowego statku „Enterprise” zasługuje na nazwanie tego po imieniu – wciskaniem kitu. Kitu wysokiej klasy bo zbudowanego na prawdziwej nauce i popularnych w fantastyce elementach.
To prawda – czasoprzestrzeń można zaginać. Każdy obiekt obdarzony masą robi to w pewnym stopniu. Nie lada wyczynem było zmierzenie zakrzywienia wywoływanego przez Ziemię (sonda Gravity Probe B w 2004). Łatwiej zmierzyć ten efekt w przypadku Słońca lub całych galaktyk działających jak soczewki dla światła. Napęd warp, zwany również Napędem Alcubierre’a miałby w teorii zgniatać czasoprzestrzeń przed statkiem i rozciągać ją za nim, jednocześnie nie odkształcając jej w środku bąbla, by nie zniszczyć pojazdu. W ten sposób załoga w środku mogłaby przemieszać się z nieograniczoną prędkością, nie czując przeciążeń ani żadnych innych efektów podróży, nie łamiąc praw fizyki.
Jak łatwo się domyślić to ogromne uproszczenie. Istnieje cały ogrom wątpliwości co do funkcjonowania takiego bąbla, jego ruchu, powstawania i potencjalnych katastrof przy jego rozpraszaniu. Kluczowe wydaje się jednak coś zgoła innego. Żeby zakrzywić czasoprzestrzeń potrzebne jest coś co naukowcy określają mianem „egzotycznej materii”, to znaczy coś posiadające ujemną masę lub energię. Równie dobrze można powiedzieć, że do zbudowania napędu warp potrzebna jest smocza krew. NASA chętnie mówi, że matematyka się zgadza, że fizyka się zgadza, niechętnie wspominają jednak o kłopotliwym składniku.
Największym sukcesem ostatnich miesięcy było obliczenie parametrów bardziej wydajnego energetycznie bąbla czasoprzestrzennego. W 2013 dr Harold White ogłosił, że zamiast dwóch kwadryliardów kilogramów smoczej krwi (masa Jowisza) wystarczyłoby zaledwie siedemset kilogramów smoczej krwi. Oczywiście w jego godzinnej prezentacji łatwo było przegapić ten detal. Raptem kilka minut poświęcił on fizycznym kwestiom by „nie zanudzać” widowni. Trudno zatem było zauważyć minus przed wzorem na gęstość energii zanim przeszedł on do omawiania instrumentów na których można by badać mikroskopijne bąble czasoprzestrzenne. Dotychczasowe wyniki testów określił mianem „nie-negatywnych”. Dodatkowo zwodził też słuchaczy wspominając o efekcie Casimira – stosunkowo trudnym zjawisku fizyki kwantowej. Zjawisko to wywołuje efekt podobny do smoczej krwi, to znaczy pozornie mamy do czynienia z negatywną energią, która mogłaby urzeczywistnić napęd warp. Jest to jednak tylko pozorny efekt w odniesieniu do przestrzeni dookoła i nie dałoby się go wykorzystać do konstrukcji fantastycznego silnika.
Raz jeszcze – nie ma nic złego w tych badaniach. A nuż za kilkanaście lat znajdziemy smoczą krew i wtedy będzie można sięgnąć po projekty doktora White’a. Póki co jednak szkoda mamić oczy publice fałszywymi nadziejami.
Szczególnie gdy jest tak wiele całkiem realnych rzeczy, którymi mogliby się ekscytować amerykańscy podatnicy. Sonda Dawn, która dostarczyła nam doskonałych zdjęć protoplanety Vesta już w lutym 2015 wejdzie na orbitę planety karłowatej Ceres, która od czasu odkrycia w 1801 jest dla nas niewyraźną plamą. Teraz zobaczymy ją z dokładnością do kilkunastu metrów. W lipcu przyszłego roku koło Plutona przeleci sonda New Horizons, po raz pierwszy ukazując nam dokładne zdjęcia jego i jego księżyców. Przed 2020 w kosmosie ma znaleźć się Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, który odkryje przed nami nowe tajemnice wszechświata i pomoże badać pozasłoneczne planety i szukać na nich oznak życia. Czy naprawdę potrzeba mydlenia oczu fantastycznym napędem, by wzbudzić zainteresowanie opinii publicznej?
Uzupełnienie: Dlaczego wrzucam tekst z 2014 roku? Ano dlatego, że pojawiło się coś takiego: Physicists Say They've Created a Device That Generates 'Negative Mass'. Oczywiście tytuł jest bardzo na wyrost i nie stworzyliśmy smoczej krwi. Wciąż twierdzę, że nie oszukamy prędkości światła. Nie w taki sposób. Konsekwencje dla związków przyczynowo-skutkowych są po prostu zbyt wielkie.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
piątek, 30 czerwca 2017
Podejście nauki do alternatywnej i tradycyjnej medycyny
Zwolennicy medycyny alternatywnej regularnie posługują się tymi samymi, wadliwymi, lub zwyczajnie nieprawdziwymi argumentami. Bodaj najpopularniejsze jest powoływanie się na dowód anegdotyczny. To znaczy “a mojej znajomej akupunktura pomogła na skrzywiony kręgosłup”, albo “słyszałem, że dzieciak sąsiada miał rozwolnienie przez trzy dni po szczepionce”.
Historyjki takie są paradoksalnie równie bezwartościowe co chwytliwe. Osoby znajome z reguły uznawane są za wiarygodne i najczęściej mają zupełnie czyste intencje - ot powtarzają to co usłyszały. W rzeczywistości jednak, w ogromie czynników z jakimi mamy do czynienia pojedynczy przypadek to żaden dowód. Prześledzenie i udowodnienie związku przyczynowo skutkowego w medycynie to ogromne wyzwanie i długi proces, który należy przeprowadzić skrupulatnie. Pewna lekarka opowiadała o tym, jak dziecko oczekujące w kolejce do szczepienia nagle dostało silnych konwulsji. Po raz pierwszy w życiu. Gdyby doszło do nich ledwie pięć minut później, nie byłoby takiej ilości badań czy lekarzy, która przekonałaby rodziców, że to nie szczepionka wywołała taki efekt.
Anegdoty niestety są skuteczne i trudne do obalenia. Innym czołowym argumentem fanów alternatywnej medycyny jest chciwość tak zwanej Big Pharmy. Ten argument jest chyba najpopularniejszy, co jest troszkę groteskowe biorąc pod uwagę jego niemerytoryczność i niedorzeczność. Samo odwoływanie się do chęci zysku jest cokolwiek dziwne - czy powinniśmy chodzić w brudnych ubraniach bo ktoś chce zarobić na płynie do prania? A może dopiero gdy firma zarabia rocznie miliardy, wtedy jej zyski stają się synonimem zła i wyzysku? W rzeczywistości szczepionki nie tylko ratują życie, ale też oszczędzają na kosztach leczenia. Szacuje się, że każdego roku szczepienie czterech milionów dzieci w samych Stanach oszczędza trzynaście i pół miliarda dolarów; to trzynaście i pół miliarda, z których większość trafiłaby do kieszeni producentów leków. Jeśli doliczyć do tego inne straty, np w produktywności, to amerykańskie oszczędności dzięki Big Pharmie sięgają siedemdziesięciu miliardów.
Wreszcie, jeśli mimo tego wszystkiego zyski miałyby być wymiernikiem jakiegoś niesprecyzowanego “zła” to Big Pharma wypada blado przy “Big Placebo”, czyli firmach zarabiających na homeopatycznych pseudolekarstwach, jałowych suplementach i innych niepotwierdzonych naukowo formach naciągania. Zarabiają one około 34 miliardów dolarów w USA, co stanowi ponad dwuipółkrotność niecałych 13 miliardów zarobków firm produkujących szczepionki.
Trzecim popularnym argumentem jest utrzymywanie, że istnieją cudowne lekarstwa oraz alternatywy dla uznanej medycyny, ale są one ukrywane przed ludźmi, lub, że naukowcy nie chcą poddać ich odpowiednim badaniom. Aspiryna, choć w czystej postaci produkowana i sprzedawana jest od troszkę ponad stu lat, znana jest od zarania dziejów - opisują ją już egipskie zwoje sprzed trzech i pół tysiąca lat, mówiące o korzystnych właściwościach kory wierzbowej. Tradycyjna medycyna stała się częścią medycyny. Choć już dawno wkroczyliśmy w XXI wiek, homeopatyczny humbug ma się świetnie. Na pewno każdy z nas ma wśród znajomych co najmniej jedną osobę, która chętnie opowie o tym, jak znajomemu pomogły “leki homeopatyczne”. Czasem można nawet usłyszeć głosy, że skuteczność ta jest potwierdzona eksperymentalnie. W rzeczywistości jednakże przeprowadzono ponad dwie setki badań klinicznych nad tymi “lekami”. Wnioski są jednoznaczne i miażdżące - nie stwierdzono efektów przekraczających efekt placebo. Rekomendacja NHMRC (głównego ciała medycznego w Australii) z 2015 jest jasna - chorzy rezygnujący lub odwlekający leczenie na rzecz homeopatii ryzykują swoim zdrowiem. Jedyne badania, które wykazały jakąkolwiek skuteczność homeopatii nie były prowadzone poprawnie, to jest w oparciu o technikę podwójnie ślepej próby, co jednoznacznie wskazuje, że do głosu dochodzi jedynie efekt placebo i efekt potwierdzenia.
W 2015 nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii po raz pierwszy otrzymała obywatelka Chińskiej Republiki Ludowej, Tu Youyou. W latach 60 i 70 Tu przeanalizowała ponad dwa tysiące przepisów starożytnej chińskiej medycyny w poszukiwaniu leku na malarię. W końcu odniosła sukces, gdy wyciąg z bylicy rocznej (rośliny występującej w Europie i Azji) okazał się skuteczny w leczeniu malarii. By do tego doszło Tu musiała skorzystać nie tylko ze składników polecanych w tekście z 340 roku, ale również sięgnąć po ówczesne metody. Tradycyjnie stosowana gorąca woda niszczyła właściwości bylicy; dopiero preparat pozyskany w zimnej wodzie, tak jak zalecał Ge Hong żyjący w okresie dynastii Jin, okazał się skuteczny. Youyou wykazała się też nie lada odwagą - była pierwszym człowiekiem na którym wypróbowano lek.
Tak właśnie wygląda podejście nauki do alternatywnej i tradycyjnej medycyny. A skrócie:
“You know what they call alternative medicine that's been proved to work? - Medicine.”
wtorek, 27 grudnia 2016
Odpowiedź dla Pana Janusza Korwina-Mikke
Pan Janusz nie utrudnił mi zbytnio zadania, bo na dobrą sprawę muszę powtórzyć, może w bardziej klarowny sposób, to co już napisałem (i co pisało wielu przede mną). Nie pojawia się tu żadna nowa wątpliwość, tylko dawno obalone mity klimatyczne i wykręcanie kota ogonem.
Nie twierdzę, że CO2 i ciepło nie powodują wzrostu roślin, twierdzę, że nagły, niemal natychmiastowy w skali milionów lat, wzrost koncentracji CO2 jest bardzo niekorzystny dla większości naszej biosfery. Pomijając katastrofalne tempo zmian składu atmosfery dodatkowym nieszczęściem jest fakt, że nasza rewolucja przemysłowa trafiła na okres stosunkowo wysokiej koncentracji dwutlenku węgla:
Kluczowe jednakże jest tempo współczesnych zmian. Gdyby ten przyrost zajął 10 tysięcy lat a nie sto, sytuacja nie byłaby tak poważna. Clou natomiast jest takie, że w kontekście zmian klimatycznych, mydlenie oczu o pożytku płynącym z większej ilości CO2 ma tyle samo sensu, co wmawianie tonącemu, że woda jest niezbędna do życia, albo wmawianie człowiekowi uwięzionemu w pożarze, że gdyby nie ogień bylibyśmy wciąż dzikusami żyjącymi w jaskiniach.
Niestety, klimat planety to bardzo złożony temat. To nie gra w brydża, trzeba było pokoleń wybitnych i pracowitych ludzi by nauka mogła zrozumieć część mechanizmów związanych z klimatem. Pan Janusz ma tendencję do dokonywania koszmarnych uproszczeń, jak niesławne wypowiedzi o kostce lodu w wodzie. Zalecam jednak trochę szacunku do ludzi, którzy poświęcili lata na drobiazgowe badania. Łatwiej jest wymachiwać palcem oraz rzucać oskarżeniami i pogróżkami. Przykład oskarżeń mamy w niefortunnym komentarzu, gdzie Pan Janusz bardzo brzydko wyraża się o naukowcach insynuując im przekupność, chęć utrzymania stanowisk i kto wie co jeszcze.
Fakty jednak są takie, że to politycy są gotowi powiedzieć wszystko, by tylko zdobyć głosy i - na przykład - dostać się do Parlamentu Europejskiego, by wygodnie przez kilka lat zgarniać dietę za siedzenie z wypiętym brzuchem. W samym tylko 2013 i 2014 roku ponad sześćdziesiąt dziewięć tysięcy autorów ponad siedemnastu tysięcy recenzowanych publikacji naukowych przemówiło jednym głosem - globalne ocieplenie jest faktem i my jesteśmy jego przyczyną.
Trzeba być zupełnie niepoważnym, by twierdzić, że wszyscy z tych dziesiątek tysięcy ludzi, tysiące recenzentów i kolejne dziesiątki tysięcy osób zaangażowanych w całe zaplecze umożliwiające wykonanie pomiarów i badań to przekupieni oszuści*. Oszustwa w nauce wychodzą na jaw. Andrew Wakefield to najbardziej znany przykład, ale na polu klimatycznym mamy Exxon Mobil, który próbował przez dwie dekady zaciemniać obraz konsensusu naukowego.
Dalej w komentarzu do mojego tekstu pada pytanie “co spowodowało większe ocieplenie w latach 900-1300? Wędrówki ludów, rozpalających po drodze ogniska? I ile wydano na skuteczne przecież zwalczenie tamtego Globalnego Ocieplenia?” Tu Pan Janusz sięga po klasyczny mit, jakoby w średniowieczu planeta była cieplejsza lub tak ciepła jak dzisiaj. Niestety w rzeczywistości Średniowieczne Optimum Klimatyczne było zjawiskiem lokalnym. Jak już wspomniałem, zagadnienie klimatu nie jest trywialne. Europa to mały wycinek świata, który między rokiem 900 a 1300 był chłodniejszy niż dziś.
No wreszcie dochodzimy do posta na Facebooku. Kusi powiedzieć “pseudoekonomista wymądrza się na temat klimatu”... Nie pseudoekolodzy, a klimatolodzy i nie androgeniczne, a antropogeniczne, no i odpowiedź nie może być niezrozumiała, jeśli nie istnieje. Nie wiem co Pan Janusz miał na myśli, bo gdy pisał na swoim profilu jeszcze nie ustosunkowałem się do jego wypowiedzi.
Wracając jednak do rysunku… Niestety ponownie klimatolodzy mają rację. Globalne ocieplenie tyczy się średnich temperatur, ale wiąże się z wieloma nieprzyjemnymi konsekwencjami. Wytrąca z równowagi naturalne mechanizmy regulujące klimat i obserwujemy to coraz wyraźniej od lat. Ocieplenie o jeden, dwa, trzy czy nawet sześć stopni nie sprawi, że zimy znikną. Będzie to natomiast kataklizm dla całej planety. Krótsze i ostrzejsze zimy są i będą jednym ze skutków ocieplenia Ziemi.
No i jeszcze to “androgeniczne”... Znając Janusza Korwina-Mikke i jego poglądy na kobiety trudno stwierdzić, czy mu się pomieszały słowa, czy czy to żarcik, czy zupełnie poważna wypowiedź. Na tym jednak skończę swój komentarz. Chciałbym wierzyć, że Pan Janusz powstrzyma się przed wygłaszaniem opinii na tematy, które są mu kompletnie obce i nie będzie już padał ofiarą efektu Krugera-Dunninga i że nie będzie oskarżał bezpodstawnie dziesiątek tysięcy pracowitych ludzi.
* - W przypadku Pana Janusza może jednak powinienem stwierdzić, że to jakiś postęp, bo przynajmniej już nie głosi kompletnej bzdury, jakoby większość naukowców twierdziła że “globalne ocieplenie, jeśli w ogóle istnieje, nie ma nic wspólnego z działalnością człowieka”. A tak niestety powiedział 13 grudnia w Parlamencie Europejskim.
Źródła:
http://journals.sagepub.com/doi/abs/10.1177/0270467616634958
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-w-sredniowieczu-bylo-cieplej-niz-dzis-35
https://skepticalscience.com/Global-Warming-Cold-Winters.html
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-ekstremalne-zjawiska-pogodowe-nie-wiaza-sie-z-globalnym-ociepleniem-26
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-im-wiecej-co2-tym-lepiej-dla-roslin-47?t=2
http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/nawozenie-roslin-co2-jest-ok-sa-jednak-ale-liczne-ale-203
https://en.wikipedia.org/wiki/ExxonMobil_climate_change_controversy
http://climate.nasa.gov/system/downloadable_items/43_24_g-co2-l.jpg
poniedziałek, 3 października 2016
Czarna notka
Równie jednoznaczne są wnioski z badań nad ofiarami odmowy aborcji. Często nauka stoi w opozycji do zdrowego rozsądku. W tej kwestii jednak jest inaczej. Jak łatwo się domyślić odmowa aborcji sprawia, że problem i tragedia (mniejsza gdy to po prostu przypadkowe zajście, większa gdy mówimy o ciężkiej chorobie lub efekcie gwałtu) przeradza się w życiowy dramat i jedno lub więcej złamanych żyć. Badania, prowadzone technikami double blind wykazują jasno - niechciane dzieci są statystycznie mniejsze, lżejsze, mają niższe IQ, gorsze relacje z rodzicami, nauczycielami, przyjaciółmi. Są mniej szczęśliwe. Ktoś może powiedzieć, że to nic dziwnego, bo te złe matki gorzej wychowują swoje dzieci. Tylko czy to istotnie jest jakiś argument? Bez względu na przyczynę, faktem jest, że odmowa aborcji skutkuje powiększeniem puli nieszczęścia ludzkiego na tej przeludnionej planecie.
Aborcja jest rozwiązaniem problemu. Jeśli się jej odmówi, pozostaje groźna, niechciana, skomplikowana ciąża. Badania wykazują, że tylko około połowy matek po pewnym czasie jakoś sobie radzi z problemami psychologicznymi wywołanymi donoszeniem niechcianych dzieci. Aż jedną trzecią dotykają trwałe schorzenia psychiczne.
Takie są fakty. Ale mimo najlepszych chęci nie mogę tych faktów oderwać od kontekstu całej sytuacji z jaką mamy do czynienia. To znaczy, od przypadków takich jak ksiądz i kobieta, która rodzi na plebanii. Duchowny, który nie zostaje ukarany za nie wezwanie pomocy, bo sąd nie był pewien czy urodzone dziecko było człowiekiem. Nie mogę przymknąć oka na to, że w rabanie i krzyku antyaborcyjnym najgłośniejsze są osoby, których zagadnienie nie tyczy. Niechlubnym wyjątkiem jest pewien potwór.
Myślę, że od lat mamy tendencję do nadużywania pewnych słów i rzucania ich na wiatr. Ale Bogdan Chazan jest potworem w najdosłowniejszym znaczeniu tego słowa. Okrutny, pozbawiony sumienia, zły do szpiku kości. Cierpieniem kobiet zrasza swoje nowo wyhodowane “sumienie”. Szlag mnie trafia kiedy słyszę o innych hipokrytach, którzy stoją po jednej stronie, choć mają za uszami “wyjątkowe sytuacje” w których aborcja jednak była w porządku.
Krew mnie zalewa, bo w innych regionach świata aborcja nie tylko nie jest obwarowana takimi problemami prawnymi jak u nas (nie mówiąc o tym bestialstwie, które powoli przeciska się przez sejm), ale również nie jest zanurzona jest tak w paskudnym kontekście społecznym jak u nas. To co gdzie indziej jest nieprzyjemną normą, niemal jak usunięcie zęba, u nas łączy się z potworną stygmatyzacją. Kobiety nie tylko torturowane są potwornościami na płaszczyźnie medycznej ale jednocześnie borykają się z poczuciem winy włączanym przez społeczeństwo. Traumy po usunięciu ciąży są tym samym specyfiką Polski i jej podobnych krajów.
Cholera mnie bierze, bo jeśli ktoś chce zmniejszyć ilość aborcji to jest na to sprawdzona metoda - edukacja seksualna. Działa. Zakazy aborcji zmniejszają tylko ilość legalnych aborcji a nie ilość aborcji w ogóle.
Szlag mnie trafia, bo z jakiegoś powodu nie do pomyślenia byłoby zmuszenie kogokolwiek do bezpiecznego oddania krwi by uratować życie dorosłego człowieka, ale całkiem do pomyślenia jest ryzykowanie życia kobiety, jej zdrowia psychicznego by urodziła ona skazany na śmierć płód lub nawet zdrowe dziecko, które będzie miało patologiczne życie, które na 33% wpędzi matkę w trwałe problemy psychiczne.
Jak to możliwe, że dylemat zwrotnicy, gdzie na jednym torze leży niezdolne do samodzielnego życia dziecko, które w kilkudniowym lub kilkugodzinnym życiu pozna tylko ból, a na drugim leży kobieta, przed którą są jeszcze dekady życia, w ogóle podlega dyskusji?
Całe to szaleństwo trwa raptem półtora tysiąca kilometrów od miejsca gdzie urodziło się zdrowe dziecko. Zdrowe, bo ma troje rodziców. Zdrowe bo jego mama nie przekazała mu wadliwego DNA mitochondrialnego. Dzięki procedurze in vitro i osiągnięciom nauki, dziecko nie odziedziczyło wadliwego DNA obecnego mitochondriach “podstawowej” matki, tylko otrzymało je od “dawczyni” tegoż mDNA.
I jeszcze ostatnia myśl. Jeśli ktoś myśli, że problemem jest tylko procedowana ustawa, że jak tylko ona przepadnie wszystko będzie w porządku, to zapraszam do lektury tego tekstu. Nie jest w porządku. Jeszcze bardzo dużo jest do naprawienia. Mam nadzieję, że dzisiejszy protest będzie pierwszym krokiem w tym kierunku.
Linki:
What can science add to the abortion debate
Born Unwanted: Developmental Effects of Denied Abortion
Born Unwanted, 35 Years Later: The Prague Study
Abortion Denied: Consequences for Mother and Child
"Pan nie wie, jak to jest panicznie bać się decyzji jednego człowieka!"
Ratujmy zaśniady, czyli bezduszne bąbelki albo wątły człowiek
World's first baby born using DNA from three parents
Jeden argument
When Pregnancies are Unwanted
Negative Mental Health Consequences of Unwanted Child Birth and Restricted Abortions
Wiem co zrobić z niechcianą ciążą
niedziela, 19 lipca 2015
Sezonowe argumenty i zombie-mity
W kwestii klimatu (podobnie jak szczepionek) jest garść “argumentów” które wracają niczym grypa. Wulkany, kiepskie modele, wcześniejsze zmiany, oraz Słońce i nowa epoka lodowcowa. Dzisiejszy wpis, będzie krótki i tyczy się tego ostatniego. Znów sieć obiegła informacja o rzekomej małej epoce lodowcowej, która ma nadejść już za 15-20 lat. Najbardziej obrzydziło mnie chyba TVN meteo, gdzie nie tylko przepisano te głupoty, ale zrobiono to byle jak, bezmyślnie i wybiórczo. Zanim jeszcze przejdę do konkretów... Co to znaczy, że “aktywność słoneczna spadnie o około 60%”?! Bez jakiegokolwiek sprecyzowania nie wiadomo czy będzie 60% ciemniej, czy 60% zimniej. Według nowej bohaterki denialistów - Walentiny Zharkowej - to aktywność magnetyczna spadnie o około 60%. Pani profesor zajmuje się Słońcem i sama nigdy nie zająknęła się na temat małej epoki lodowcowej. Cały ten szum dopisały czubki pozbawione jakichkolwiek argumentów i dziennikarze głodni łatwej sensacji.
Wkurza mnie to podwójnie, bo to nie tylko powtarzanie zgranego argumentu, ale również manipulacja. I to manipulacja wyjątkowo nośna, bo kto z nas nie słyszał o tym, że w latach 70 “naukowcy ogłaszali, że nadejdzie zlodowacenie”? Sam nie negowałem tego swojego czasu, bo słyszałem to tyle razy, że nie przyszło mi do głowy by to zweryfikować. W rzeczywistości jednak opinia, że nadchodzi ochłodzenie nigdy nie była dominująca w środowisku naukowym. Istotnie, były takie głosy, ale zawsze stanowiły one mniejszość. W okresie między 1965 a 1979 rokiem, 62% publikacji przewidywało ocieplenie, jedynie 10% sugerowało, że może dojść do oziębienia. Media oczywiście podchwyciły sensacyjną mniejszość.
Nie bez powodu. Już w 1859 (!) John Tyndall odkrył, że niektóre gazy przechwytują promieniowanie podczerwone i zasugerował, że zmiana koncentracji gazów atmosferycznych mogłaby spowodować zmiany klimatyczne. W 1896 Svante Arrhenius opublikował pierwszą pracę naukową, w której szacował wpływ dwutlenku węgla na efekt cieplarniany i jego wpływ na zmiany klimatyczne. Choć nie podnosi alarmu, jasno sugeruje, że ogromne ilości spalanego przez ludzi węgla nie są obojętne. Niedługo minie 120 lat od tej publikacji. Bardziej alarmowe tony pojawiają się w latach 30. Innymi słowy globalne ocieplenie nie jest tematem nowym. W latach 70 sensacją mogło być ogłaszanie epoki lodowcowej, nie katastrofalnego ocieplenia.
Tyle ze strony medialnego paskudztwa. W kwestiach merytorycznych upatrywanie przyczyn globalnego ocieplenia w Słońcu już dawno obalono. Skeptical Science określa to wręcz mianem “mitu zombie”. Po pierwsze rozbieżność temperatur i aktywności Słońca wykazano już szereg lat temu. Po drugie powstał szereg badań rozważających jaki wpływ na klimat miałoby duże, długie osłabienie aktywności naszej dziennej gwiazdy. Wszystkie jednoznacznie wskazują, że w najlepszym wypadku oziębienie wyniosłoby raptem 0,3‘C. O trzy dziesiąte stopnia, to moi drodzy, podgrzewamy planetę w ciągu dziesięciu lat. Tak więc nawet jeśli trafi się nam długie minimum, ludzkość wciąż jest na dobrej drodze by podgrzać planetę o 4’C do roku 2100.
Źródła:
http://www.rsc.org/images/Arrhenius1896_tcm18-173546.pdf
http://www.skepticalscience.com/ice-age-predictions-in-1970s.htm
http://www.skepticalscience.com/no-sun-isnt-going-to-save-us-from-global-warming.html
http://www.msnbc.com/msnbc/new-ice-age-study-hot-air
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-nadchodzi-globalne-ochlodzenie-77?t=2
https://www.aip.org/history/climate/timeline.htm
poniedziałek, 6 lipca 2015
Wstydź się, Sky News
Taki oto nagłówek serwuje ludziom Sky News. W sumie to nic nowego, że również w kwestii raportowania osiągnięć naukowych dziennikarze polują na łatwe kliknięcia. Z drugiej strony po dużych markach typu BBC, CNN czy Sky nie spodziewałbym się tego. No ale cóż zrobić, oto oświadczenie Urzędu Kontroli Plotek:
“Dowody na obce życie na komecie są jednoznaczne” - tak mówią profesor Chandra Wickramasinghe i jego kolega doktor Max Wallis. Haczyk w tym, że ani Philae, ani Rosetta nie mają aparatury mogącej potwierdzić (lub wykluczyć!) obecność życia na 67P. Wykryto natomiast ciemny osad bogaty w związki organiczne, tj złożone cząsteczki węgla. Ciemny osad pokrywa lód w licznych punktach na powierzchni komety. Naukowcy twierdzą, że ten ciemny materiał jest stale uzupełniany w miarę jak energia słoneczna “wygotowuje” go z powierzchni, co ma wskazywać na działalność organizmów żywych lub wirusów.
Ufff… Delikatnie mówiąc, to daleko idące wnioski oparte o bardzo wątłe dowody. W tym świetle tym gorzej brzmi komentarz prof. Wickramasinghe wspominającego, że w czasie planowania misji Rosetty 15 lat temu, proponował niedrogi eksperyment (urządzenie), który mógłby wykryć życie. Czy tylko dla mnie brzmi to jak rozżalenie?
Na koniec jeszcze jedno słowo komentarza. Nie wykluczam istnienia ekstremofili na kometach. Istnieją niemałe przesłanki, że asteroidy i komety mogły przyczynić się do wykształcenia życia na Ziemi. Ale na Carla Sagana, nie opowiadajmy, że skoro na Wenus są chmury, to muszą tam być dinozaury!
niedziela, 17 maja 2015
Alma straszy literkami i cyferkami
Podsumowałbym to tak: “Pokochaj życie = bój się chemii.” Czym straszy nas Alma? E322, E262, E330, E472e, brzmi jak jedzenie dla robota. Jeśli nie wiemy co to jest, albo nazwa ma dużo sylab, albo jest w niej “regulator” czy jakiś “emulgator”, to trzeba się bać. Mało co działa tak dobrze jak atawistyczny lęk przed nieznanym. Kampania “Czytaj etykiety, żyj zdrowo i świadomie” brzmi nieźle, ale filmik (trzeba przyznać - zaledwie półminutowy) zatrzymuje się na pierwszej części. Od czytania etykietek nikt nie ozdrowieje. Ze świadomością też nie ma to wiele wspólnego.
Większość jest nieświadoma, że jeśli składnik opatrzony jest numerkiem E, powinno to uspokajać konsumenta, nie powodować strach. A to dlatego, że ten numer oznacza, że składnik znajduje się na liście chemicznych dodatków do żywności, które przeszły nie tylko przez biurokratyczną machinę (tej złej) Unii Europejskiej, ale również naukową weryfikację bezpieczeństwa. Weryfikacja ta wymaga udowodnienia, że dany składnik nie stanowi ryzyka dla zdrowia konsumenta. Można powiedzieć, że obowiązuje tu zasada domniemania winy.
Wszystkie wymienione w “kampanii” dodatki są bezpieczne. Zabawne, że jest tam E322, czyli lecytyny. Po pierwsze są one otrzymywane z jaj kurzych, rzepaku i ziaren soi, czyli “naturalnie”, czym twórcy żywności “organicznej” chętnie się chwalą. Po drugie obecne są w każdej komórce ciała. Nie mniej bawi obecność E330, czyli po prostu kwasu cytrynowego. Jak możecie się domyślić, występuje on w cytrusach, szczególnie w cytrynie. Zgroza.
Prawdopodobnie spotkaliście się też z zarzutami wobec pewnych składników, że nie są naturalnego pochodzenia lub, że mówi się o “identycznych z naturalnymi”. Żeby nie obrażać Waszego intelektu nie zamieszczę obrazka porówniującego kwas cytrynowy “naturalny” i “przemysłowy/sztuczny/chemiczny”. Powiem tylko, że równie dobrze można by porównać wodę naturalną, bezglutenową, organiczną, pozyskaną z naturalnych źródeł, oraz wodę syntetyczną, uzyskaną w laboratorium przez chemika w białym fartuchu, w wyniku syntezy tlenu z wodorem.
Na koniec, na wesoło, być może znany Wam już obrazek ujawniający prawdziwą naturę jabłka… sama chemia:
Autorem obrazka jest Klaas Wynne (tu ładniejszy oryginał)
Rozporządzenie (...) powołujące Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności oraz ustanawiające procedury w zakresie bezpieczeństwa żywności














