Fred Hoyle to znany fizyk. Zapisał się w dziejach nauki swoim wkładem w nasze rozumienie ewolucji gwiazd i tego, jak w ich sercach powstają cięższe pierwiastki. Zasłynął też nietrafionymi opiniami o Wielkim Wybuchu czy panspermii. Parał się też fantastyką, a jego pierwszą powieścią była “Czarna chmura” w 1957.
Czytając nie tylko czuć, że autorem jest naukowiec, ale nie ma też najmniejszej wątpliwości, że Fred Hoyle miał bardzo niskie mniemanie o politykach. W sumie da się też odczuć inne smaczki lat 50tych, jak choćby fatalne traktowanie kobiet, ale również fascynację wczesnymi komputerami, które “karmiono” perforowanymi taśmami.
Już sam początek trochę mnie zachwycił, gdyż kapitalnie ukazał proces naukowy, gdzie dwa zupełnie odrębne zespoły, dokonują tego samego odkrycia, całkowicie odmiennymi metodami. Mianowicie stwierdzają, że do układu słonecznego zbliża się tajemniczy obiekt, tytułowa czarna chmura.
W reakcji na ogromne zagrożenie powstaje coś na kształt Projektu Manhattan, gdzie w oddzielonej placówce, tęgie głowy mają zbadać dziwny fenomen i przygotować świat na potencjalne skutki. Po początkowym zachwycie, druga połowa książki wywołała u mnie szereg sprzecznych odczuć.
Z jednej strony zabawnie czytało się kpiny z polityków, choć momentami główny bohater raził swoją nieomylnością. Pewien wniosek co do obłoku, ciśnie się czytelnikowi dość szybko, jednak najwyraźniej dramatyzm książki nie pozwala na zbyt wczesne odkrycie pewnych kart. Jak wspomniałem, książka jest produktem swoich czasów, więc momentami robi się bardzo przaśno-naiwnie.
Nie wiem czy to sprytny trik, czy pójście na łatwiznę. Czy Hoyle celowo odseparował garść ludzi od świata, bo nie interesowało go eksplorowanie świata nawiedzonego przez kataklizm, który zabija miliardy ludzi, bo wolał dywagacje o wielkim kosmosie? Ciężko powiedzieć.
To krótka książka i dla mnie była arcyciekawa. Ale to w dużej mierze przez świadomość tego kto i kiedy ją napisał. Nie ma tu akcji czy wielkiego dramatyzmu, jest natomiast rewelacyjny opis procesu naukowego, który zachwycił mnie w pierwszej połowie. Później jest już… różnie. Także czujcie się poinformowani na co się piszecie, sięgając po “Czarną chmurę”.
sobota, 11 maja 2024
"Czarna chmura" - Fred Hoyle
czwartek, 18 kwietnia 2024
"Góra pod morzem" - Ray Nayler
Mają po kilka centymetrów, dwa zwoje nerwowe, prymitywne przyoczka, oddychają całym ciałem, większość posiada tylko otwór gębowy, który również odpowiada za wydalanie. To płazińce i są one naszym ostatnim ogniwem wspólnym z ośmiornicami. Nasz szkielet, kończyny, narządy zmysłów, podobnie jak ich macki, oczy i zmiennokształtne ciało wykształciły się na przestrzeni milionów lat całkiem osobno.
To bardzo inteligentne, fascynujące zwierzęta, więc jak usłyszałem, że jest książka o pierwszym kontakcie, ale z ośmiornicami zamiast obcych, od razu byłem kupiony. Tak się złożyło, że głowonogi są niezwykle inteligentne, ale jednocześnie są samotnikami i żyją bardzo krótko. Ray Nayler skorzystał z mocy pisarza SF i wymyślił sobie ośmiornice, które są społeczne i mają kulturę. Akcja książki dzieje się w cyberpunkowej, przyszłości. Megakorporacja której domeną jest sztuczna inteligencja wykupuje cały archipelag, by zagwarantować sobie wyłączny dostęp do pozaludzkiego intelektu…
“Góra pod morzem” to bardzo udana lektura. Dla mnie mocna czwórka, bo choć pochłonąłem ją szybko, to po prostu nie była w stanie przebić pewnego poziomu. Jest krótka a długo się rozkręca. Do tego mam ogromny niedosyt jeśli idzie o same ośmiornice, których autor nam bardzo żałuje. Na szczęście w zamian dostajemy sporo dobroci. Są trzy całkiem ciekawe postacie, które z ramienia korpo badają “obcych”. Do tego jeden z wątków pobocznych, śledzący niewolników pracujących na autonomicznym kutrze bardzo fajne wpisuje się w temat książki.
Chętnie przeczytam kolejne książki Raya Naylera, mimo pewnych niedociągnięć bardzo przypasował mi jego styl. To świetna pozycja na półkę z książkami o pierwszym kontakcie. W tym towarzystwie wyróżni się settingiem, ale będzie pokrewna klasykom, które eksplorują wyzwania obcości.
niedziela, 17 marca 2024
"Wściek" - Magdalena Salik
W moje łapki trafiła przedpremierowo książka, którą pochłonąłem z przyjemnością by następnie z równie wielką przyjemnością zgodzić się na patronat. To chyba jasny sygnał, że mi się podobało. Świadomie używam określeń “z przyjemnością” i “podobało”, bo mimo tematyki nie jest to ponura, kopiąca czytelnika literatura. Bliska przyszłość nie maluje się wesoło, ale widzimy świat, który wciąż funkcjonuje i ma jeszcze szansę.
Mamy okazję zobaczyć jak z życiem w świecie kryzysu klimatycznego radzi sobie para dojrzałych naukowców, oraz kilka młodych osób, które nie znają świata, jakim był dawniej. Rok 2040 jest na tyle blisko, że bez trudu będzie można się identyfikować z wieloma tematami tu poruszanymi. Co musiałoby się stać, kto musiałby zacząć działać by spowodować realne zmiany?
Jest tu intryga, jest próba zrobienia czegoś by zawrócić świat brnący w przepaść. To SF, które skupia się nie na eksploracji kosmosu ale na naszej planecie. Jeśli mógłbym poszukać dokładniejszej przegródki dla “Wścieku” byłby to techno-thriller. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć jak zestarzeje się nowa książka autorki “Płomienia”.
Premiera “Wścieku” będzie mieć miejsce 5 kwietnia, a dzień wcześniej serdecznie zapraszam Was na spotkanie z Autorką. Odbędzie się ono w “Najlepszej Księgarni” na Augusta Cieszkowskiego 1/3 w Warszawie o 19:00. Książkę znajdziedzie na stronie wydawnictwa Powergraph.
sobota, 2 marca 2024
Diuna: Część druga
“Diuna: Część druga” wzięła mnie trochę z zaskoczenia. Bo widzicie, pierwsza część podobała mi się bardzo… ale bez przesady. Powtórka kilka dni temu mnie w tym utwierdziła. Śliczny film, wiele świetnych aspektów, ale nie pozbawiony wad. Trochę ciągnący się, nie podobało mi się jak przedstawiono mentatów, filtrfraki czy Głos. No i czerwie, tu zawsze będę team Lynch.
Dlatego wczorajszy film przebił moje niemałe oczekiwania. Denis Villeneuve zdecydował się na kilka zmian, rozwinął skrzydła i dostarczył film, który w kilku dość istotnych aspektach jest lepszy niż materiał źródłowy.
Położono duży nacisk na to jak kluczowe są machinacje Bene Gesserit. To co mogło być domniemane, tu jest wyraźnie pokazane. Wyszło znakomicie. Jest tu sporo polityki a wiedźmy stoją jeszcze jeden poziom wyżej. Co więcej pogłębiono wątki religijne - na przykład zachwycony jestem jak rozbudowano Fremenów, gdzie są zarówno fanatycy jak i pragmatycy, nie są monolitem. Przedstawicielką pragmatycznych jest Chani, której rola jest dużo, dużo ciekawsza i ważniejsza niż w książce. Tu mała uwaga - aktorski talent Zendayi nie ulega wątpliwości, ale utwierdziłem się w przekonaniu z poprzedniej odsłony - to nietrafiony casting. Utwierdziłem się też w przekonaniu, że Javier Bardem, za którym nie przepadam, jest doskonałym Stilgarem. To wspaniałe, kiedy aktor, którego nie lubiłem oglądać, sprawia mi taką frajdę na ekranie. Troszkę tylko szkoda, że w związku z powyższym Stilgar jest też ofiarą trwającej pokolenia manipulacji.
A skoro o manipulatorkach mowa to warto wspomnieć że Rebecca Ferguson wciąż jest fantastyczna. Aktorsko w zasadzie wszyscy dają radę. Może jako fan Lynchowego barona ciężko mi się zachwycać Stellanem Skarsgårdem tak jak inni (wolę zachwycać się jego rolą w “Andorze”). Bardzo podoba mi się jak potraktowano Feyda Harkonnena. Austin Butler dostał niemało czasu, dzięki czemu finał filmu miał odpowiedniego kopa. Szkoda, że postać Imperatora jest cóż, dość nijaka. Dlatego nawet taki kolos jak Christopher Walken nie miał tu zbyt wiele do zrobienia. Szkoda.
Zabrakło trochę Gildii i nawigatorów, ale rozumiem, że film był już dość napakowany. Może kiedyś doczekamy się ekranizacji “Mesjasza Diuny”, wtedy Villeneuve już się nie wykręci. No chyba, że będą jak obcy w “Arrival”... Mam też wrażenie, że w pierwszym akcie filmu trochę pogubiono się w technologii, broni palnej, laserowej, miotanej… ale nie jest to kluczowe dla filmu. Natomiast wizualnie to perełka. Kostiumy, statki, scenografie... Choć zabrakło choć chwili na pokazanie, że na Arrakis jest jednak co jeść, to przedstawienie pustynnej planety jest fantastyczne, ale jakby tego było mało, dostajemy sporą dawkę obłędnej wizualnie Geidi Prime. Część scen nakręcono kamerami podczerwonymi i efekt jest niesamowity.
Nade wszystko podoba mi się jednak ile emocji wywołała u mnie druga Diuna. Dyskomfort oglądając religijnych fanatyków, opierającego się narzuconej sobie roli Paula, wściekłą na całą sytuację Chani, Feyda psychopatę, który ma jednak pewne poczucie honoru, Stilgara popadającego w religijny amok, wielebną matkę Gaius Mohiam, która stoi ponad własnymi ambicjami.
Fajnie, że filmy jeszcze mogą mnie tak ruszyć.
poniedziałek, 5 lutego 2024
Kobieta, która widziała zombie
Pewnie nigdy nie zastanawialiście się jak smakuje wasze imię. Przecież to bez sensu, słowa nie mają smaku. Z reguły to prawda. Ale bardzo, bardzo rzadko, zdarzają się osoby, dla których takie pytanie jest całkiem sensowne. Słyszałem nieraz o synestezji. To rzadka przypadłość, gdy wrażeniom jednego zmysłu, na przykład wzroku, towarzyszą odczucia związane z innym zmysłem. Najczęściej objawia się “barwnym słyszeniem”, kiedy dźwiękom towarzyszy odczuwanie kolorów, czasem litery i cyfry też wywołują wrażenia kolorów. Jak się okazuje, są jednak bardziej egzotyczne połączenia…
“Człowiek, który smakował słowa” - tak brzmi oryginalny tytuł książki Guya Leschzinera, która właśnie ukazała się w Polsce, pod tytułem “Kobieta, która widziała zombie”. Nie pochwalam tej zmiany, książkę jednak gorąco polecam. To fascynująca wyprawa w świat ludzkich zmysłów. Poznamy ludzi, którzy nie czują bólu (co nie jest supermocą), których percepcja zimna i ciepła jest odwrócona, oraz takich którzy słysząc dźwięki tracili równowagę. No i takiego jednego, dla którego imię żony kolegi smakuje wymiocinami.
Autor skupia się na bardzo ludzkim aspekcie swoich pacjentów. Książka ma bardzo gawędziarski styl, przepełniona jest licznymi przypowieściami z życia neurologa. Na przestrzeni dziewięciu rozdziałów prezentuje, jak zaburzenia zmysłów mogą przenikać każdy aspekt życia. Mówi sporo o niedoskonałościach naszych zmysłów, jak nasza percepcja jest wypadkową sygnałów i tego, co robią z nimi nasze mózgi.
W trakcie lektury stwierdziłem, że chyba zaczynam się starzeć, bo to nie pierwsza książka o chorobach, którą przyszło mi czytać, jednak po raz pierwszy kilkukrotnie towarzyszył mi strach na myśl o podzieleniu losu niektórych bohaterów. Co ciekawe, kilkukrotnie poznając nowych bohaterów myślałem, że sam chyba uznałbym, że tracę zdrowy rozum, by chwilę później przeczytać, że i oni podejrzewali, że są szaleni. Jednak choć problemy niektórych mają początek w mózgu, żaden pacjent Guya Leschzinera nie cierpi na zaburzenia psychiczne.
Mam jeden zarzut wobec książki. Otóż pozostawia pewien niedosyt. Zabrakło mi większej dawki wiedzy medycznej, neurologicznej. Wyjaśnienia niektórych zagadek medycznych wydają mi się niewystarczające. Nadrabia to jednak lekkim, gawędziarskim stylem (jestem bardzo ciekaw, czy autor ma tak fajne pióro, czy pomagał mu autor widmo). Może ktoś rozsądny stwierdził, że książka nie jest z gumy?
“Kobieta, która widziała zombie” to kawał solidnej lektury popularnonaukowej. Intrygująca, ciekawa, momentami straszna, chwilami smutna, bo choć dolegliwości są fascynujące, Guy Leschziner jasno mówi jak wpływają one na funkcjonowanie tych ludzi.
Dziękuję wydawnictwu Znak Literanova, za przesłanie egzemplarza do recenzji.
Przy okazji zapraszam na mojego Instagrama, gdzie od jakiegoś czasu oprócz prywatnych fotek jedzenia, zacząłem wrzucać posty poświęcone przeczytanym książkom.
sobota, 20 listopada 2021
Fundacja - wrażenia z pierwszego sezonu
Mamy za sobą pierwszy sezon Fundacji. Od pierwszych zapowiedzi było jasne, że nie będzie to wierna ekranizacja. Przyjmowałem to jednak za dobrą kartę. Książki Asimova zdecydowanie potrzebowały wiele pracy by mogły nadawać się na interesujący serial. Liczyłem jednak na zachowanie głównej idei, tzn mechanizmu psychohistorii i tego jak Plan Seldona miał ukrócić cierpienia i chaos w galaktyce po nieuchronnym upadku imperium. Niestety tak się nie stało. Główne idee zostały potwornie wykrzywione a serial jako całość nie porywa.
To co najlepsze w serialu nie pochodzi z książek. To co najlepsze w książkach nie trafiło do serialu. Kompletnie pomieszano psychohistorię, która miała parać się przewidywaniem niezliczonych mas ludzkich. Tymczasem serialowy plan Seldona opiera się o niuanse i decyzje pojedynczych osób, jest rozciągniętą na dekady a jeśli powstaną kolejne sezony, na setki lat intrygą. W pierwszej połowie sezonu co rusz ktoś opowiada o wierze w plan, podczas gdy to nie powinno mieć związku z wiarą, tylko być matematyczną nieuchronnością. Fundacja nie miała być zarzewiem rewolucji i upadku Imperium, tylko dzięki przewadze naukowej (oraz skróceniu łańcuchów zależności i ekstremalnej specjalizacji) przyspieszyć powstanie drugiego, lepszego imperium.
Nijakość postaci w drobnym stopniu rekompensuje przepych strony wizualnej. Jest jednak jeden diamencik w tej produkcji w postaci Lee Pace grającego klony Imperatora. Cały ten wątek nie ma bezpośredniego odbicia w książkach. Dostajemy masę ciekawych motywów, tożsamości, stagnacji, intrygę... Ogląda się to dość fascynująco, a Lee Pace w swoich rolach jest absolutnie świetny. Czy warto oglądać ten serial dla niego? Nie przesadzałbym. Szczególnie po dziesiątym odcinku, który wręcz trudno było mi wysiedzieć. Ale jeśli macie głód przyzwoitego (choć miejscami naiwnego i irytującego) science fiction w absolutnie prześlicznej oprawie, to będziecie raczej zadowoleni.
niedziela, 30 maja 2021
Bill Gates - Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej
Apokalipsa wywołana przez superwulkan albo wielką asteroidę nie martwi mnie nadmiernie. Ale do szału doprowadza mnie perspektywa upadku cywilizacji z powodu głupoty i bezmyślności. A w tym kierunku idziemy w ramach zmian klimatycznych. Bardzo ponurą miniaturkę stanowi pandemia. Ani tak poważna, ani tak groźna, jednak w podobnym stopniu prorokowana przez ekspertów i równie silnie ignorowana. Radzimy sobie z nią koszmarnie, mimo stu milionów przypadków i ponad trzech milionów zgonów wciąż reakcje są słabo skoordynowane, głosy ekspertów ignorowane lub przeinaczane a internet kipi od głupot i fake newsów.
Dlatego właśnie nowa książka Billa Gatesa jest tak ważna. To bardzo konstruktywna, klarowna rozprawa na temat tego jakim wyzwaniem jest katastrofa klimatyczna i o tym jak jej uniknąć. Bo w przeciwieństwie do asteroidy czy superwulkanu mamy tu narzędzia i możliwości by uniknąć najgorszego. Książka robi wrażenie cegły ale pochłania się ją szybko i przyjemnie. Gates pisze prosto i zrozumiale na złożone tematy.
Powiedziałbym, że niewiele miejsca poświęcił na konsekwencje zmian klimatycznych. Ale to chyba dobrze, bo książka mogłaby popaść w fatalistyczny ton, a nie brak źródeł informacji o tym z czym wiąże się katastrofa klimatyczna. A takie straszenie ponoć jest mało konstruktywne. Dzięki temu Gates poświęca bardzo dużo, miejsca na skrupulatne opisanie tego jak bardzo głęboko emisje cieplarniane są wrośnięte w niemal każdy aspekt naszej cywilizacji. Kolejno przechodzi przez to jak wytwarzamy i zasilamy rzeczy, jak produkujemy żywność, wznosimy budowle a następnie je ogrzewamy i chłodzimy.
Daje to bardzo dobrą perspektywę na zróżnicowanie i rozpiętość wyzwań jakie stoją przed ludzkością. To kontekst dla, stosunkowo krótszej, części książki poświęconej adaptacji i rozwiązaniom. Jednocześnie, może dlatego, że te wcześniejsze aspekty są mi znane, tak bardzo podobały mi się rozdziały od 9 do 11, ze stronami 216 i 217 na czele. Bill dużo mówi o realnych rozwiązaniach, które można wprowadzać i stosować już dziś, by skutecznie zmniejszyć najpoważniejsze ze zbliżających się konsekwencji zmian klimatycznych.
Czy książka ma wady? Oczywiście. Jest w niej bardzo dużo o “zielonych dopłatach” a mało o podatku węglowym, który ja nazwałbym po prostu urealnieniem kosztów. Brakowało mi wprost powiedzenia, że niezwykle niska cena taniego i gęstego energetycznie paliwa, jest wynikiem traktowania atmosfery jak wielkiego darmowego ścieku. Niewiele też jest o atomie, choć gdy Gates już o nim pisze i akurat się nie mityguje (bo ma firmę zajmującą się energetyką jądrową) mówi jasno, że to niezawodne, niskoemisyjne źródło energii, które może działać całodobowo niezależnie od pogody. Wspomina też że w przeciwieństwie do wiatraków i fotowoltaiki spotyka się z oporem a nie dofinansowywaniem.
To jednak drobiazgi, nie zakłócającego bogactwa ważnej i dobrze podanej treści na najważniejszy temat z jakim boryka się nasza cywilizacja.
poniedziałek, 25 stycznia 2021
Koniec świata - recenzja
Na stronach “Końca świata” Bryan Walsh rozważa różne scenariusze apokalipsy od uderzenia asteroidy i erupcję superwulkanu, po sztuczną inteligencję i inwazję obcych. Swój przewodnik po różnych rodzajach zagłady wydał w drugiej połowie 2019 roku. Kilka miesięcy później świat ogarnęła pandemia koronawirusa SARS-CoV-2. Jak się domyślacie czytając najbardziej wyczekiwałem rozdziału “choroby”. Nie byłem rozczarowany.
Książka przeznaczona jest dla szerokiej publiczności i mam nadzieję, że do niej dotrze. To naprawdę solidny przegląd największych zagrożeń jakie stoją przed naszą cywilizacją. Po okładce spodziewałem się, że całość może być napisana z przymrużeniem oka, ale tak nie jest. Mimo to lektura jest całkiem lekka, przynajmniej na tyle na ile pozwala tematyka.
Walsh z jednej strony jest dobitny, często sypie faktami i liczbami, które są przytłaczające i dają bardzo klarownej pojęcie o skali oraz powadze potencjalnych zagrożeń. Z drugiej jednak (a może dzięki sile beznamiętnych liczb) nie szasta emocjonalnym językiem i nie wali czytelnika po głowie ostrzeżeniami.
Każdemu z przedstawionych tematów poświęca ograniczoną ilość czasu, więc choć o każdej apokalipsie można by napisać (i napisano) całe książki, tu dostajemy skondensowaną formę, więc nawet jeśli kogoś mogłoby znużyć czytanie o spadających asteroidach (są tacy ludzie?!) to zanim to się stanie będzie już czytał o wojnie nuklearnej.
Nawiasem mówiąc to chyba rozdział o atomie był dla mnie najbardziej zaskakujący, bo bardzo wyraźnie wyjaśnił dlaczego, nie jest to zagrożenie, które pozostało w przeszłości wraz z zimną wojną. Nie ukrywam, że obawiałem się rozdziału poświęconego zmianom klimatycznym. Byłem ciekaw jak zostanie ukazana kwestia energetyki jądrowej i… jest OK choć powiedziałbym, że Bryan Walsh prześlizgnął się po tej kwestii, skupiając się na samej skali wyzwania jakim jest przeciwdziałanie zmianom klimatycznym.
Ale pewnie zastanawiacie się jak autor poradził sobie z chorobami? Z jednej strony jest bodaj najmniej apokaliptycznym, z drugiej jednak zawiera trafne ostrzeżenia, szczególnie dla USA, wytykając bardzo celnie jaka przepaść dzieli Obamę i Trumpa, oraz jak straszliwie ten drugi osłabił gotowość Stanów na potencjalną pandemię.
W zasadzie w każdym rozdziale autor potrafi czymś błysnąć. Bywa dobitny, czasem też bardzo wyraźnie otwiera czytelnikowi oczy, szczególnie gdy klarownie tłumaczy, jak ograniczona jest perspektywa jednego człowieka. Tyczy się to zarówno naszej wrodzonej nieumiejętności myślenia o przyszłości czy kompletnego braku zrozumienia czasu w skali geologicznej. Dlatego warto próbować ją poszerzać.
Tytuł: Koniec świata. Krótki przewodnik po tym, co nas czeka
Autor: Bryan Walsh
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 384
Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za możliwość objęcia tej książki patronatem medialnym. “Koniec świata” trafi do sprzedaży już 27 stycznia, ale już teraz możecie składać zamówienia.
poniedziałek, 17 sierpnia 2020
Dla całej ludzkości
“For All Mankind” to produkcja nietypowa i wręcz trudna do sklasyfikowania, bo ktoś mógłby powiedzieć, że bardziej niż SF pasuje do niej historical-fiction. Serial śledzi dzieje programu Apollo w alternatywnej historii. Za sterami produkcji siedzi Roland D. Moore, który stał za Star Trekiem: The Next Generation, Deep Space Nine, Voyagerem, oraz za Battlestar Galactica (oraz za niestety nie zrealizowanym Virtuality i niestety zrealizowanym Helix… jak można było taki potencjał tak spaprać…). Wśród konsultantów znalazł się astronauta Garrett Reisman, który po NASA pracował również w SpaceX.
Ta mieszanka dała szalenie realistyczny serial. Choć oczywiście nie brakuje tu pewnych naciąganych elementów, mam spore opory przed uznawaniem “For All Mankind” za serial SF. Napraawdę zadbano tu o wiele detali. Świetnie ekstrapoluje istniejące wówczas technologie oraz obecne wówczas nastroje. Produkcja zderza wielkie idee cywilizacji z małymi problemami, małych ludzi. W efekcie dobrzy ludzie czasem działają w sposób godny potępienia, a niskie pobudki polityków prowadzą do wydarzeń godnych pochwały.
Przedstawienie historii jest na tyle realistyczne, że nie wiem na ile to nie namiesza w głowie osobom nie zaznajomionym z prawdziwymi dziejami programu Apollo. Raczej każdy wie o lądowaniu Apollo 11, ale nie mam przekonania np. Ilu czytelników Węglowego byłoby w stanie bez sprawdzania powiedzieć ile osób w sumie stanęło na Księżycu. Tu podpowiedź - jeśli nie wiesz, to nie ma w tym nic złego. Nie wiem ile nagrań rozmów prezydentów USA to sprytnie pocięte prawdziwe rozmowy a na ile podłożony głos lub syntezator. Pewnie umknęło mi też sporo niuansów związanych z historią USA.
To co jednak spodobało mi się tu szczególnie, to oddanie klimatu tej ery. To astronauci są bohaterami, nie celebryci czy sportowcy. Program kosmiczny motywuje i inspiruje. “For All Mankind”, choć za ambicjami ludzi stoi okropna i groźna rywalizacja mocarstw, widać czego może dokonać człowiek. Ludzkość może sięgnąć gwiazd, musimy tylko chcieć.
Jako ciekawostkę wrzuciłem do tego tekstu fotkę radzieckiego lądownika księżycowego. Eksperci twierdzą, że Sowieci nie mieli szans, by dotrzeć na Księżyc jako pierwsi, natomiast faktem jest, że byli naprawdę blisko.
Dostępny jest już zwiastun sezonu drugiego. Zapowiada się… bardziej. Czy będę miał mniejsze opory przed zaklasyfikowaniem go jako SF? Nie wiem, ale i tak bardzo wyczekuję.
niedziela, 23 lutego 2020
Polecam "Światy równoległe"
Chciałbym przeczytać sequel tej książki. Czyta się ją świetnie, dlatego chętnie sięgnąłbym po ciąg dalszy lub suplement. Jednocześnie pozostawia pewien niedosyt. Autor zapewnia, że zawsze za przekonaniami stoi siatka motywacji. Innymi słowy, że wszystkie te pseudonaukowe czy pseudomedyczne bzdury podparte są jakimś tam, może pokrętnym i nieracjonalnym, tokiem myślenia. Co najmniej w przypadku, szczególnie fascynującej mnie kwestii płaskoziemców, prześlizgnął się po temacie. A szkoda, bo jak sam mówi, ruch wyznawców płaskiej ziemi nie jest w zasadzie zakorzeniony w przeszłości. Współcześni płaskoziemcy nie są potomkami “średniowiecznej ciemnoty”. Lamża uznaje, że to jednak głównie trollerka i poszukiwacze atencji. Zgadzam się, że tyczy się to pewnie większości. Jednak po dokumencie “Behind the Curve” wierzę, że czyste intencje co najmniej części tego ruchu. Ich prawdziwość w połączeniu z tak absurdalnym przekonaniem jest fascynująca i warta analizy.
Z pewnym rozbawieniem widziałem, jak mimo iż Łukasz Lamża starał się z całych sił nie drwić zbyt mocno i traktować w miarę możliwości poważnie obiekty swoich badań (analizy?), to jak sam przyznaje we wstępie - nie zawsze mu się to udało. Uważam, że w wielu przypadkach teorie spiskowe są bardzo szkodliwe. Nie mówimy tu tylko o kwestiach medycznych, gdzie niektóre praktyki są groźne, a szarlatani niejednokrotnie odciągają pacjentów od zweryfikowanych metod leczenia. Mimo to uważam, że lekki i zabawny styl książki jest strzałem w dziesiątkę i sprawia, że jest ona bardzo przystępna.
“Światy równoległe” to świetna lektura, ale jej ozdobą są rozdziały poświęcone audiofilom, homeopatom i strukturze wody. Przejażdżka po ekstremalnych zakamarkach audiofilskiego świata, gdzie przy okazji obrywają jeszcze koneserzy win, to miłe zaskoczenie. Nie sądziłem też, że przeczytam coś nowego o homeopatii, więc to było jeszcze milsze zaskoczenie. Wreszcie nie przypominam sobie tak atrakcyjnego i przystępnego omówienia absurdów związanych ze strukturyzacją wody.
Tytuł: Światy równoległe. Czego uczą nas płaskoziemcy, homeopaci i różdżkaże
Autor: Łukasz Lamża
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 224
Dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz recenzencki.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
niedziela, 2 lutego 2020
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna LEGO (21321)
Budowa
Jak przystało na poważnego, dorosłego faceta, wstałem rankiem tej szarej soboty i ruszyłem w drogę. Ścigając się z jakimiś dziesięciolatkami dopadłem do półki, do której te małe łajzy ledwo sięgały i chwilę później byłem już w klubie posiadaczy ISS.
Zestaw liczy sobie 864 elementy. Zgodnie ze zwyczajem, jako część serii Ideas, nie zawiera żadnych naklejek, podobnie jak w przypadku Saturna V. To zbawienne, bo klockowa ISS zawiera całkiem sporo nadruków, które jako naklejki pewnie przyprawiły mnie o zawał. Dwie godziny powinny starczyć by przejść przez 145 satysfakcjonujących kroków.
Jest tu kilka ciekawych pomysłów, ale nic na miarę szalenie ciekawych technik Saturna V czy Apollo. Jest natomiast trochę zwodniczo podobnych etapów, przez co zdarzyło mi się raz przeoczyć kilka elementów, przez co głowiłem się nad prześwitem na czerwonej ośce na której spoczywa rufowa część stacji, m.in. moduły Zaria i Zwiezda. Nie nazwałbym jednak konstrukcji ani trudną ani nudną.
Ostatecznie model jest zaskakująco duży jak na taką ilość elementów. Można też poszaleć z jego układem. Od przewidzianego przez twórców układania paneli słonecznych, po samodzielne przestawianie modułów. Sam jeszcze tego nie robiłem ale np. Kayla LaFrance, kontroler lotów ISS, jeszcze przed premierą mówiła, że ona i jej koledzy z NASA już się szykują do odtwarzania różnych konfiguracji Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, gdyż ta ulegała zmianom na przestrzeni lat.
Klockowa ISS jest dość delikatna. Podstawka i kręgosłup stacji trzymają się świetnie, ale już mniejsze elementy odpadają dość łatwo. To zdecydowanie model nastawiony na to by wyglądać ładnie na półce, podczas gdy Apollo i Saturn V to wytrzymałe bestie, które można podnosić, rozdzielać itd.
Walory edukacyjne
Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Apollo zachwycił mnie małymi przypisami, które tłumaczyły co w danym momencie konstruujemy i do czego służyło. Zupełnie nie rozumiem, czemu czegoś podobnego nie zrobiono w przypadku tego zestawu. Dlaczego zabrakło choćby krótkich informacji jak nazywa się budowany w danym momencie moduł? Minimalnym wysiłkiem można by szalenie wzbogacić walory zestawu.
Boli mnie to tym bardziej, że jak widzicie na fotkach, sporo części oddano wybitnie za pomocą klocków. Nawet takie detale jak kopuła widokowa przy module Tranquility, czy dmuchany moduł Bigelow Airspace, które widzicie obok. To przez te okienka wykonano wiele zatykających dech w piersi zdjęć naszej planety. Nawiasem mówiąc z domyślnym układem stacji rzeczywiście jest coś nie do końca bo tą słynną kopułę zasłaniają panele innego modułu. Zresztą fotka kanadyjskiego Canadarm2 trochę wyżej wykonana jest również przez okna kopuły.
Końcowe myśli
Myślę, że to śliczny model. Nie ukrywam, że z trio (Saturn V, Lądownik, ISS) wypada najsłabiej. Szkoda, że nie opisuje lepiej stacji. Większość łatwo rozpozna panele słoneczne, ale pewnie mało kto wie, że białe powierzchnie mają odprowadzać ciepło. Byłoby świetnie, jakby posiadacz mógł łatwo wskazać gdzie śpią astronauci. Mimo tych niedoskonałości to dobry zakup. Podstawkę zdobi m.in. kapitalny modelik promu kosmicznego (choć jest on zupełnie nie w skali, tzn powinien być jakieś 60% większy) i nieokreślona kapsuła (może to być równie dobrze Orion jak i Dragon). A skoro już o skali mowa, to postanowiłem samodzielnie przygotować uproszczony model konstruowanego właśnie przez SpaceX, ogromniastego Starshipa. Będzie on mierzyć około 50 metrów i jest jedynie górną częścią rewolucyjnej rakiety wielokrotnego użytku, skonstruowanej z nierdzewnej stali.
Budowa ISS wymagała ok 40 lotów kosmicznych. Gdyby 15 krajów członkowskich dysponowało Starshipem, to teoretycznie wystarczyłoby pięć startów.
sobota, 20 lipca 2019
Księżycowy lądownik LEGO (10266)
Tło
LEGO zrobiło furorę i po circa 20 latach wróciło do mojego życia zestawem Saturn V (21309). Jestem nim nieprzerwanie zachwycony, jest śliczny, fajnie się go buduje i jest świetnym modelem rzeczywistej rakiety, która poniosła ludzi na Księżyc. Dzieli się na trzy stopnie, ma malutki lądownik, oznakowania, “wodujący” command module… No cudeńko po prostu.
Prawdziwy Saturn V to stu dziesięciometrowy gigant, dlatego model wykonany został w skali mikrofigurki, co pozwala mu mieć “zaledwie” metr wysokości. Gdyby go zbudować w skali klasycznego “ludzika LEGO” miałby niespełna 6 metrów.
Ale jeśli skupimy się na samym lądowniku… To zbudowanie go w “domyślnej” skali klocków nie jest zupełnym szaleństwem. I tu na scenę wkracza zestaw 10226.
Budowanie
Model dzieli się na trzy główne części. Pierwszą jest podstawka. Zawiera ona fragment powierzchni Księżyca, ładne obramowanie z opisem, ślady kroków astronauty, miejsca na nogi lądownika, no i oczywiście pasiastą, nakrapianą gwiazdkami flagę. To najkrótszy i najprostszy etap budowy. Podoba mi się jak oddano kratery na powierzchni Srebrnego Globu.
Drugi i najbardziej złożony jest oktagonalny lądownik (descend module), czyli charakterystyczny złoty pajączek. To najciekawszy etap konstrukcji. Jest tu kilka interesujących technik; najbardziej spodobało mi się ciasne upakowanie “kwadrantów” wokół głównej konstrukcji, oraz to jak sukcesywnie wpinane wsporniki stabilizowały nogi. Bardzo podoba mi się też nieoczywisty sposób w jaki siadają one na podstawce. Nie ma żadnego wpinania czy sczepiania klocków a jednocześnie nie ma szansy by Apollo się osunął czy zjechał ze swojego miejsca. Brawo.
Moduł wznoszący to już w sporej mierze droga “z górki”. Choć i tu warto podkreślić, że twórcy interesująco kilka razy zabawili się zmianą orientacji klocków. Do tego od całości można bardzo łatwo odpinać dwie boczne sekcje. Dzięki temu bez problemu możemy z łatwością zerkać sobie do środka. A to prowadzi nas do kolejnego wątku...
Walory edukacyjne
Pod tym względem ten zestaw jest rewelacyjny. Imponująco wiernie oddaje wygląd historycznego pojazdu kosmicznego. Książeczka z instrukcjami zawiera ciekawe przypisy, dzięki którym w kilku miejscach dowiadujemy się co konkretnie budujemy i czemu to służyło.
Lądownik ma dwa “ukryte” schowki, w tym jeden z kamerą wycelowaną w drabinkę po której na powierzchnię schodzili astronauci. W drugim znajduje się lustrzany panel, który umożliwił dokładne pomiary odległości między Ziemią a Księżycem.
Kiedy odłączymy moduł wznoszenia, możemy zerknąć w trzewia lądownika i zobaczyć gdzie przechowywano paliwo hipergolowe (takie, które dostaje samozapłonu, więc upraszcza konstrukcję silnika) i utleniacz. Na jednej z nóg odwzorowano też tabliczkę, na której widnieje pokojowe pozdrowienie. Wnętrza zawierają panele z wielkimi i ciężkimi komputerami, których moc obliczeniowa stanowiła ułamek tego co potrafią dzisiejsze smartfony. Nie brakuje też silniczków manewrowych, niewielkich okienek czy sprzętu do komunikacji.
Jedną dużą różnicą, chyba nie do przeskoczenia w przypadku modelu LEGO, jest delikatność łupki Apollo. Rzeczywisty pojazd, choć ciasny, był bardziej przestronny, co pozwoliło astronautom przespać się w środku i spędzić tam naprawdę sporo czasu, jak i przynieść kilkadziesiąt kilogramów skał do badań. Choć na pokładzie Apollo ludzie polecieli na najdłuższą wycieczkę w historii, to silniejsze uderzenie astronauty prawdopodobnie mogłoby go przebić na wylot.
Końcowe myśli
W zasadzie nie mam zarzutów do tego zestawu. Jest w nim sporo naklejek, a te zawsze przyprawiają mnie o palpitacje serca, no bo masz tylko jedną szansę. Na szczęście płytka z napisem na podstawce nie jest naklejką, zawsze to coś. Pozostaje jeszcze kwestia ceny. A ta jest wysoka. Niestety LEGO to drogie zabawki. Czy to co opisałem wyżej jest warte tych pieniędzy, każdy musi ocenić sam. Ja nie żałuję.
niedziela, 30 grudnia 2018
Nauka o klimacie - recenzja
Niestety teraz nie ma już “bezboleśnie”. Dekady zaniedbań, a wręcz dolewania oliwy do ognia sprawiły, że łatwo już nie będzie. Podobnie z wiedzą na ten temat. Może pod koniec lat 80tych wystarczyło wiedzieć, że freon używany w lodówkach, dostaje się do atmosfery i niszczy ozon. Oraz, że to źle i trzeba dać sobie spokój z freonem. Teraz jednak żyjemy w wieku informacji, który okazał się też wiekiem dezinformacji. Niemal dowolny dialog o zmianach klimatycznych zawiera niezwykle skrajne, zaprzeczające sobie stwierdzenia. Jak sobie z tym radzić?
Na szczęście stanowisko naukowców jest zgodne. Prawa fizyki nie ulegają zmianie. Fakty są obiektywne. Miło mi powiedzieć, że Nauka o klimacie pokazuje to w pełnej krasie. To nie jest prosta i krótka książka. To książka, którą powinien przeczytać każdy. Jest pękata i wypasiona. Systematycznie, skrupulatnie i przystępnie (!) rozkłada temat na części pierwsze. Wyjaśnia mechanizmy “maszyny klimatycznej” od najbardziej fizycznych podstaw, tłumaczy jak działały zmiany klimatu w przeszłości, co je napędzało i jak klimat zmienia się dziś i co napędza te współczesne zmiany.
Nauki o klimacie nie musicie czytać od deski do deski. Natomiast możecie w każdym punkcie powiedzieć “sprawdzam”, zerknąć w źródła. Jeśli cokolwiek w kwestii zmian klimatycznych jest niejasne albo chcecie rozwiać czyjeś wątpliwości, ta książka przyjdzie Wam z pomocą. Na potwierdzenie prezentuję kilka przykładów które mnie ujęły.Niektórzy próbują zrobić wrażenie w dyskusji dzięki sztucznej pokorze. Ludzkość ma być niby niezauważalna w skali planety i to na “zdrowy rozsądek” niemożliwe, żebyśmy mogli mieć wpływ na klimat. Teraz wyobraźcie sobie, że każdego dnia puszczamy z dymem taką baryłkę ropy. Trzysta sześćdziesiąt pięć takich w roku. Choć jeśli mamy być dokładni to każdego dnia baryłka jest jeszcze większa niż dzień wcześniej.
Choć powtarzamy jak mantrę, że klimat i pogoda to różne rzeczy, to niektórym to nie pomaga. Wśród naszych polityków nie brak takich, którzy śnieg zimową porą uznają za “argument” w klimatycznej debacie. Żaden klimatolog nie twierdzi, że zim nie będzie. Chociaż pogoda ulega zmianom, śnieg nie stanie się dla nas czymś egzotycznym. Będzie go mniej, częściej zagrożą nam fale upałów takie jak ta, która w 2003 roku doprowadziła do śmierci 50 tysięcy osób w Europie. Zmiany klimatyczne to nie tylko ocieplenie, to również destabilizacja klimatu. Fantastycznie oddaje to grafika obok. W miarę wąski “dzwon Gaussa” sprzed raptem półwiecza nie tylko przesuwa się w kierunku ekstremalnego ciepła ale robi się coraz szerszy. Temperatury są mniej stabilne, mrozy wciąż się zdarzają, ale coraz więcej jest dni ciepłych lub bardzo ciepłych. Dlaczego to nie jest dobrze ani dla świata ani dla Polski - również dowiecie się z książki.
W pewnym sensie pocieszyła mnie grafika ukazująca emisje per-capita. Można z niej wyczytać, że w krajach rozwiniętych emisje przypadające na mieszkańca nie galopują w górę, tak jak można by sobie to wyobrażać. Oczywiście nie jest to w pełni uczciwe, bo np. uczyniliśmy z Chin światową fabrykę, więc za wielką część “ich” emisji odpowiadamy my, kupując ich produkty (dla czytelności pominąłem tu też wykres, pokazujący skumulowane emisje, gdzie zobaczyć można, że nawet tak liczone, całe dotychczasowe emisje Chin to to niecałe 17% tego co wyemitowały USA). Mimo to widzę tu promyczek nadziei, że zastąpienie dotychczasowych technologii bezemisyjnymi, może być skutecznym (choć niewystarczającym) elementem walki ze zmianami klimatu.
Z trudem ograniczyłem się do tych trzech przykładów i nie prezentuję jak pięknie Nauka o klimacie pokazuje, jak dewastująco wypadają współczesne zmiany klimatyczne w porównaniu z historycznymi (nokautując argumenty typu “no przecież klimat zmieniał się zawsze”), ani że modele klimatyczne albo pokrywają się z naszymi obserwacjami, albo wręcz są zbyt łagodne (wytrącając argumenty osobom poddającym w wątpliwość ich wiarygodność lub mówiących o sianiu paniki). Jednym z moich ulubionych fragmentów jest też długa lista warunków koniecznych, by zajmujący się klimatem naukowcy byli w błędzie.
W 2017 Marcin Rotkiewicz napisał W królestwie Monszatana, książkę kompletnie inną od tej, ale też wyczerpującą pewien temat. Uważam, że Nauka o klimacie powinna znaleźć się na Waszej półce tuż obok. Szczególnie jeśli macie, lub planujecie mieć dzieci oraz nie jest Wam bliska maksyma “po nas choćby potop”. Ja sam wracałem do książki i wertowałem ją kilkukrotnie, nie tylko na potrzeby tej recenzji.
Dziękuję autorom za egzemplarz książki, który już okazał się przydatny, tak jak za niejednokrotne konsultacje merytoryczne i cierpliwe odpowiedzi na pytania na przestrzeni kilku ostatnich lat.
Grafiki pochodzą z książki Nauka o klimacie, wykorzystane za zgodą autorów.
Bibliografia do grafik:
"Baryłka" - BP Statistical Review of World Energy June 2018, BP global
"Gauss" - Hansen, J. i in., Global Temperature in 2015, CSAS El Columbia, 2016
"Emisje per capita" BP Statistical Review of World Energy June 2018, BP global; World Population Prospects: The 2017 Revision, POP1-1: Total population (both sexes combined) b region, subregion and country, annually for 1950-2100 (thousands), UN DESA
wtorek, 2 października 2018
Fizyka w rysunkach - recenzja i wyniki konkursu
Myślę, że to istotne by pokazać jak dawno temu byliśmy w stanie zrozumieć a nawet policzyć pewne rzeczy - rozmiary Ziemi, odległość od Księżyca i Słońca itd. Don Lemons traktuje pojedyncze ilustracje jako punkt wyjścia, by ciekawie napisać o odkryciach i ich okolicznościach i naukowcach, którzy za nimi stali. Dzięki temu dowiemy się na przykład, że ponad dwa tysiące lat temu Eratostenes nie zastanawiał się jaki kształt ma nasza planeta, ale jak oszacować jej rozmiar. To znany eksperyment, ale dopiero dzięki Lemonsowi dowiedziałem się, że słynny Grek jak prawdziwy naukowiec wyznaczył niedokładność swojego pomiaru.
Jak zawsze ogromne wrażenie robi poznawanie kulisów nowoczesnej fizyki. Zachwycająca jest pomysłowość konieczna by opracować eksperyment pozwalający na udowodnienie istnienia czegoś, czego jeszcze przez dekady nie będzie można zaobserwować bezpośrednio. Pokazuje triumf nauki nad umysłem, tym co “zdroworozsądkowe”. Choć to mały ułamek ludzkości, to w każdym pokoleniu rodzą się ludzie, którzy są w stanie zrozumieć, że coś może mieć jednocześnie naturę falową i cząsteczkową, albo że coś niewidocznego i pozornie niepodzielnego może jednak mieć wewnętrzną strukturę.
Punktem wyjścia kolejnych esejów Dona Lemonsa są rysunki. Sam tłumaczy, że to narzuciło mu pewne ograniczenia, bo postanowił opisać w swojej książce zagadnienia, które można w pewnym sensie uchwycić na pojedynczym rysunku. Sprawia to, że nie ma tu jakiejś wyraźnej myśli przewodniej. Nie musi to być wada. Moim zdaniem “Fizyka w rysunkach” zyskuje na tym i robi się bardziej przystępna, bo można do niej wracać z doskoku. Nie wnikanie w głębokie szczegóły zagadnień dodaje jej lekkości.
Warto też przejść do istotnej kwestii - dla kogo jest to książka. Po pierwsze - raczej nie jest dla dzieci. Wspominam o tym, bo takie skojarzenie może wywołać tytuł. Po drugie - dla całej reszty. Oczywiście nie będzie odkrywcza dla wielkich entuzjastów nauki, ale może odświeżyć pewne tematy, uzupełnić pewne kwestie i wzbogacić je ciekawostkami. “Niedzielni” entuzjaści powinni być bardzo zadowoleni.
Tytuł: Fizyka w rysunkach. 2600 lat odkryć od Talesa do Higgsa
Autor: Don S. Lemons
Wydawnictwo: PwN
Liczba stron: 324
Wyniki konkursu
Po pierwsze dziękuję wszystkim uczestniczkom i uczestnikom za udział. Otrzymałem sporo odpowiedzi wraz z ciekawymi uzasadnieniami. Choć eksperymenty w odpowiedziach się powtarzały, to każdy uczestnik miał inne powody by je podziwiać na swój sposób. Ostatecznie postanowiłem nagrodzić dwóch uczestników. Obaj wybrali wahadło Foucaulta.
Książka “Fizyka w rysunkach” trafi do Artura Chorzewskiego i Marcina G.R. Kłosowskiego! Gratuluję. Zachwycali się tym jak prosty eksperyment z nitką i ciężarkiem może udowodnić coś tak fundamentalnego. Zachwalali, że w zamkniętym pomieszczeniu bez okien można stwierdzić, że planeta się obraca. Trudno się z nimi nie zgodzić. Dlatego książki trafią niedługo w Wasze dłonie!
Jednocześnie chciałbym wyróżnić (na ten moment jedynie wzmianką) Kajetana Walczaka oraz Bohdana Widłę. Kajetan w przeciwieństwie do innych uczestników wskazał eksperyment logiczno-poznawczy zwany “Błędem koniunkcji”. Bohdan natomiast choć kuszony windą Einsteina (nie on jeden) i armatą na wzgórzu (też świetny typ), ostatecznie wskazał na pomiar Eratostenesa, zachwycony starożytnym, który był w stanie wygłówkować, że brak cienia w dniu przesilenia coś znaczy i jak dzięki temu zmierzyć planetę.
Raz jeszcze dziękuję Wam wszystkim!
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Infinity War - recenzja
Mało filmów wyczekiwano tak jak tego. Początek nowej i nowszej trylogii Gwiezdnych Wojen, ekranizacja Władcy Pierścieni… Avengers: Infinity War może nie był aż tak wyczekiwany, natomiast uważam, że był jednocześnie najtrudniejszy w realizacji. Dziesięć lat budowania uniwersum, które jeśli racjonalnie na to spojrzeć, nie trzyma się kupy. Dziesięć lat piętrzenia oczekiwań. Dziesięć lat, w czasie których fani wyrabiali sobie zdanie, kto jest ich ulubieńcem. Jak zaspokoić wszystkich, jak dać każdemu pięć minut, spleść z tego jedną historię, dać im wszystkim godnego przeciwnika i zmieścić się z tym wszystkim poniżej trzech godzin?
Z przyjemnością zgłaszam, że to możliwe. Nie jest to film idealny i tylko kilka pierdółek sprawia, że raczej nie będzie w moim rankingu wyżej niż Avengers i Guardians of the Galaxy, ale to niesamowite widowisko i monumentalny wyczyn Marvel Studios. Czegoś takiego nie zaserwowano nam w poprzednich osiemnastu filmach. Film przejmujący, pełen emocji i pozostający z widzem na długo po seansie (niżej podpisany ma za sobą już dwa). Jednocześnie Infinity War to wciąż kino Marvelowskie - akcja, humor, kolorki, śmieszne teksty. Wydawało się, że Joss Whedon w 2012 miał przed sobą niewykonalne zadanie. Bracia Russo mieli poprzeczkę jeszcze wyżej, ale i tak jej nie strącili.
Wiem, że do filmu przyłożył rączki James Gunn by Strażnicy Galaktyki byli w nim sobą. Oglądając miałem wrażenie, że nie tylko on, bo Thor jest tu wyśmienity i taki jak w Ragnaroku. Myślę, że Marvelowi udało się stworzyć wyjątkowy model pracy z aktorami i twórcami filmów i teraz zgarniają owoce tej współpracy. No i owoce jakiegoś castingowego arcydzieła.
OK, to jakie są te pierdółki? Jest jeden duet, którego tu nie kupiłem. Jest tu duży przeskok względem tego co widzieliśmy w poprzednich filmach, jest zmiana tego co znamy i jest pośpiech. Jestem minimalnie niedopieszczony pod względem scen akcji. Po wariackim pościgu Capa za Winter Soldierem i bijatyce w windzie (Winter Soldier), po bitwie na lotnisku (Civil War), oczekiwałem chyba, że Infinity War stopi mi mózg. Nie stopił.
Jest też CGI, które momentami jest doskonałe i sprawia, że pod animacją widać świetną grę aktorską Josha Brolina. Jest jednak kilka momentów kiedy myślałem sobie, że fajnie byłoby, gdyby przed wydaniem Blu-Raya studio rzuciło jeszcze trochę kapuchy, bo chyba zabrakło trochę czasu na postprodukcję.
Skoro już doszedłem do Brolina… Thanos jest wyśmienity. Powiedzieć, że to najlepszy łotr Marvela to mało. To świetny antybohater w ogóle. Momentami kradnie show. Udało się stworzyć łotra przerażającego i będącego w stanie sponiewierać avengersów, który jednocześnie ma sensowne motywacje, cele, nie jest bezsensownie okrutnym mordercą i ma ludzką stronę.
Kiedy w 2016 Bracia Russo ogłosili, że Infinity War będzie zamkniętą całością bez cliffhangera, a Avengersi w 2019 roku będą mieć zupełnie inny tytuł, chyba mało kto uwierzył, biorąc pod uwagę, że oba filmy kręcono jednocześnie. A jednak… choć nie mogę się doczekać co będzie dalej, potwierdzam, to zamknięta całość. Brzmi dziwnie? Idźcie do kina, potem możemy podyskutować.
Serio, idźcie do kina. Nie przegapcie wielkiego wydarzenia jakim jest ten film. Szczególnie, że udźwignął on ciężar oczekiwań, że pokazuje coś, czego w tym uniwersum nie było przez ostatnie 10 lat, że dostarcza fenomenalnego przeciwnika, że całość nie pęka w szwach a dostarcza emocji i wszystkiego co lubimy w tych wszystkich bohaterach.
Sekcja z niby-spoilerami (ale bez szczegółów):
W filmie jest trochę za mało Kapitana Ameryki. Trzeba jednak przyznać, że Russo poświęcili mu dwa filmy, więc trochę to rozumiem. Dla równowagi Thor, dość zmarginalizowany w poprzednich częściach Avengersów i nieobecny w Civil War, wreszcie dostaje swój czas. A Hemsworth jest godny swojej roli. Niestety Scarlet Witch i Vision - to najsłabszy wątek w filmie. Subtelności poprzednich filmów zastąpiono dosłownością i pośpiechem.
Nie podobało mi się jak potraktowano Hulka/Bannera robiąc z niego klauna. Może to zostawianie sobie więcej na później, ale nie przekonało mnie. Przy okazji - strasznie podoba mi się, że Marvel wszedł w grę z fanami, którzy rozbierają zwiastuny i materiały promocyjne na części pierwsze i nie tylko ukrywa pewne rzeczy, ale wręcz podpuszcza i zwodzi widownię.
Świetnie wypada jednak miks Thora i Strażników, podobnie jak Iron Man i dr Strange oraz Spiderman. Wspaniały wątek Gamory, piękne wprowadzenie Strażników, kapitalny motyw Petera Dinklage… Nawet dla Groota, co do którego miałem obawy, że będzie się tylko szwendał po ekranie, znalazło się coś do roboty. I chwila na małą interakcję z Kapitanem.
Wreszcie okrutnie podoba mi się tona wszędobylskich ale jednak niewymuszonych gagów i nawiązań do motywów i żartów z poprzednich filmów.
Koniec spoilerów.
Przeczytałeś? Lubisz to co robię nawet jak czasem nie piszę o nauce i technice? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego. Już niedługo planuję coś dużego, co nie powstałoby bez patronów!
wtorek, 17 kwietnia 2018
Zapytaj astronautę - recenzja
Czy to najlepsza książka o byciu astronautą? Prawdopodobnie nie. Czy to dobra książka o byciu astronautą? Tak. Ostateczna ocena będzie w sporej mierze zależeć od tego do jakiej grupy odbiorców się zaliczamy. Czytelnik dotknięty ciężką odmianą nerdozy, taki jak ja, może być znużony pewnymi fragmentami. Mam wrażenie, że na widok pytania o to jak załatwia się potrzeby fizjologiczne na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, bardziej niż ja wywracają oczami tylko astronauci.
Jeśli jednak nie jesteście kosmicznymi wyjadaczami to myślę, że dostaniecie w rączki książkę pęczniejącą od ciekawostek. Formuła pytanie-odpowiedź sprawia, że książka Tima Peake’a to niemal wydestylowane informacje. Brak fabularyzacji, niewiele biograficznych elementów.
Całość napisana jest w formie pytanie-odpowiedź i podzielona na rozdziały dotyczące przygotowań do bycia astronautą, życia na ISS, powrotu na Ziemię itd. Pytania poruszają zarówno preferencje i doświadczenia samego Tima jak i rzeczy, które tyczą się każdego kto chce zostać astronautą i każdego komu się to udaje.
Choć dostałem recenzencką szczotę, książka i tak prezentuje się bardzo dobrze i estetycznie. Myślę, że to ciekawa lektura, oraz niezły materiał na prezent dla jakiegoś młodego czytelnika.
Autor: Tim Peake
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 264
Dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu za egzemplarz recenzencki.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
niedziela, 25 marca 2018
Przedziwna planeta Ziemia - recenzja
Po pierwsze to duża produkcja i to czuć. Co rusz obraz zapiera dech w piersi. Zerkamy na Ziemię z powierzchni sześciu kontynentów, z powietrza a także z kosmosu. To ostatnie ma szczególne znaczenie, z kilku powodów. W nowej serii National Geographic głównym bohaterem jest Ziemia i ta perspektywa jest tu jak najbardziej na miejscu. Ponadto narratorami kolejnych odcinków są astronauci, którzy mieli okazję zobaczyć naszą planetę jako jedną całość.
Perspektywa astronautów to kolejny powód dla którego Przedziwna planeta Ziemia jest
wyjątkowa. Poza głównym narratorem, którym jest Will Smith, każdy odcinek ma dodatkowego gospodarza w postaci astronauty. Wielu z nich powracając na Ziemię mówi to samo, że chcieliby, by inni również mogli widzieć nasz świat tak jak oni. Ta seria daje im szansę by choć w części spełnić to życzenie. Jednocześnie stwarza okazję do wyjątkowej konstrukcji odcinka…
Mogę oceniać tylko premierowy odcinek, ale mam nadzieję, że również inne podobnie błyskotliwie łączą temat danego epizodu z jakimiś osobistymi historiami czy doświadczeniami astronautów. “Oddech” opowiada o atmosferze naszej planety, o tym
jak złożony jest cykl tlenowy, o podniebnej rzece i jak lodowce sygnalizują rozpad. Nie będę zdradzał szczegółów, ale w te treści Chris Hadfield (którego kojarzycie z nagranego na ISS teledysku “Space Oddity”) wplata bardzo osobistą historię tego co go spotkało czterysta kilometrów nad powierzchnią Ziemi.
Jakby tego wszystkiego było mało, z serii nawet tacy fani dokumentów jak ja mogą dowiedzieć się nowych rzeczy. np. że to nie Amazoński las produkuje tlen którym oddychamy albo co jest najwyższą konstrukcją ludzką w Ameryce Południowej… Czekam na premierę by ponownie obejrzeć pierwszy odcinek Przedziwnej planety Ziemia. Wypatruję kolejnych. Wam polecam to samo. “Oddech” zobaczyć będzie można na kanale National Geographic 3 kwietnia o godzinie 22:00.
Dziękuję National Geographic za zaproszenie na przedpremierowy pokaz serii.
Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.
wtorek, 13 lutego 2018
Mózg rządzi - czyli jak zacząłem myć zęby prawą ręką
Kaja Nordenger na przestrzeni niecałych 250 stron przedstawia w szalenie przystępny i ciekawy sposób mózg ludzki i jego ewolucję, oraz daje nam pojęcie o stanie naszej wiedzy na jego temat. A ta, okazuje się być całkiem spora. Z pewnością jeszcze ogrom przed nami, ale jedna z refleksji jakie miałem po lekturze, to że mózg nie jest wielką niewiadomą.
Autorka zaczyna od absolutnych podstaw. Jesteśmy naszym mózgiem, mózg ewoluował “do zewnątrz”. Poznajemy też różnice między mózgiem człowieka a innych zwierząt, główne “składowe” mózgu i ich funkcje. Potem przechodzi do konkretnych zagadnień, które opisuje ciekawie acz krótko.
Czytelnicy dowiedzą się jak mózg zapamiętuje i się uczy, jak orientuje się w przestrzeni, jak czuje, jak działają na nas emocje. W większości przypadków autorka również rozprawia się z pewnymi mitami lub sięga po klasyczne tematy - o wykorzystywaniu 10% mózgu, o tym czy kobiety mają gorszą orientację w przestrzeni, o tym czy można być wielozadaniowym i temu podobne.
Kaja Nordenger świetnie przybliża nam mechanizmy kierujące nałogami, depresją, tym co kieruje naszymi smakami, przyłącza do tłumu namawiającego do medytowania i sprzedaje pewne triki o tym jak można trenować swój mózg. Na przykład, że szczotkowanie zębów ręką inna niż wiodąca pozytywnie wpływa na połączenia nerwowe w nie-dominującej półkuli.
Tak naprawdę po lekturze dominują u mnie dwie emocje - zachwyt i niedosyt. Wszystko jest tu świetnie napisane, ale (może z wyjątkiem rozdziału o GPS mózgu) każdorazowo pod koniec danego rozdziału żałowałem, że to już wszystko na ten temat. Jednak w pełni rozumiem decyzję autorki - kiedy tylko czasem zdarza jej się wchodzić w neurologiczne detale, robi się ciężko. Pojawia się trudna terminologia i przypominamy sobie, że ta cała neurologia to nie rurki z kremem. Mózg to nasz najważniejszy organ (wybacz dupo) i myślę, że każdy powinien mieć o nim choć minimalne pojęcie. “Mózg rządzi” to świetny punkt startu. Bardzo polecam lekturę.
Tytuł: Mózg rządzi. Twój niezastąpiony narząd
Autor: Kaja Nordenger
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 240
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Marginesy za egzemplarz recenzencki.
poniedziałek, 27 listopada 2017
Lab Girl - recenzja
Hope pisze zabawnie, a jej wspomnienia są świetnie skomponowaną mieszanką autobiografii i książki popularnonaukowej. Z naciskiem na to pierwsze. Jednocześnie pierwsze i drugie skupia się na rzeczach ciekawych. Lab Girl nie jest kronikarskim zapisem życia zmagającej się chorobą dwubiegunową, maniakalnej pracoholiczki z zaśnieżonego Austin, potomkini małomównych norweskich uchodźców. To przegląd najzabawniejszych, najistotniejszych i najtrudniejszych epizodów z jej dotychczasowego życia.
Książkę przeplatają rozdziały poświęcone ciekawostkom ze świata roślin. Nie są one losowe, nie trafiłem tam na ani chwilę nudy, ale nie ma wątpliwości, że Lab Girl lśni tam gdzie opowiada o autorce. Choć Hope ma na koncie wiele nagród i sukcesów, nie przeczytamy o nich na stronach tej książki. Dowiemy się raczej o jej zmaganiach z pozyskiwaniem funduszy, ludźmi i niestety samą sobą. Niemal zawsze, nawet w najsmutniejszych fragmentach, towarzyszy nam lekkie pióro i poczucie humoru.
Ze stron przebija niezwykła pasja autorki do sprzętu laboratoryjnego i tego co robi. Ważnym elementem książki jest też Bill. Nie wiem co tu powiedzieć, poza tym, że nie zdziwię się, jeśli najbliższy współpracownik Hope Jahren jest kosmitą, który spędza na Ziemi wakacje pod postacią człowieka.
Jeśli szukacie książki popularnonaukowej o drzewach i botanice, Lab Girl może nie trafić w wasze gusta. Jeśli jednak chcecie poczytać o kimś ciekawym (a raczej o ciekawym duecie, bo jednak przez znaczną część lektury towarzyszy nam Bill) to pochłoniecie tych czterysta stron z ogromną przyjemnością.
Tytuł: Lab Girl. Opowieść o kobiecie naukowcu, drzewach i miłości
Autor: Hope Jahren
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 432
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu za egzemplarz recenzencki.
czwartek, 28 września 2017
W królestwie monszatana - GMO, gluten i szczepionki
Przede wszystkim książka da nam pewne spojrzenie na to jaka jest skala współczesnego rolnictwa i jaki ma ono wpływ na środowisko naturalne. Autor spokojnie i merytorycznie wykłada również co kryje się pod mianem GMO, pokazując, że nie jest czymś nowym i obcym, ale naturalnym następstwem tego co robimy od tysięcy lat. Tym razem jednak zamiast młotka i siekiery mamy do dyspozycji igłę i skalpel.
Dowiemy się jak kontrowersje zostały praktycznie wyczarowane z powietrza. Dowiemy jak Greenpeace konsekwentnie ignoruje głosy naukowców i coraz mocniej fortyfikuje się w opozycji do biotechnologii - tym samym działając na szkodę środowiska naturalnego i ludzi. Dowiemy się w końcu o tym jakich ludzi organizacje ekologistyczne* stawiają ponad setką noblistów czy ponad zdaniem licznych państwowych akademii nauk i międzynarodowych stowarzyszeń naukowych.
Lektura jest równie wciągająca, co przygnębiająca. Dowiemy się z niej jak Greepeace zbyło jednym zdaniem ćwierć wieku badań wykonanych na wniosek Unii Europejskiej (ponad sto trzydzieści projektów badawczych, pięćset zespołów naukowych z całego kontynentu). Wyniki były klarowne - “genetyczna modyfikacja organizmów nie stanowi dodatkowego ryzyka dla zdrowia i środowiska w porównaniu do konwencjonalnych technik hodowli roślin”. Dowiemy się, że akademie nauk Australii, Nowej Zelandii, Zjednoczonego Królestwa, Brazylii, Chin, Francji, Kanady, Indii, Meksyku, USA, Niemiec, Polski, Szwajcarii i Włoch mówią jednym głosem. Dowiemy się, że z powodu blokowania już przez kilkanaście lat złotego ryżu ofiarą mogło paść ponad półtora miliona ludzkich istnień.
Dla mnie najwięcej nowości krył rozdział ósmy, w którym poznajemy historię rolnictwa organicznego i reguły nim kierujące. Żywność ta uprawiana według wydumanych zasad, bez choćby ułamka regulacji towarzyszących GMO, znacznie mocniej ciążąca środowisku, jak na ironię kojarzona jest z bliskością natury czy idyllicznymi obrazkami.
Pod koniec Marcin Rotkiewicz udaje się na wyprawę poza rolnictwo - na tereny medyczne, gdzie istnieje niemal bliźniaczy problem histerii i spirali ignorancji w kwestii szczepień a raczej ludzi, którzy starają się ich unikać i nimi straszyć. Można by sądzić, że nie powinno być na to miejsca w książce poświęconej rolnictwu i biotechnologii, ale paralele są niekwestionowane.
“W królestwie monszatana” wydano na papierze i w formie ebooka. Miałem przyjemność czytania książki w obu formatach i nie mam żadnych zarzutów do którejkolwiek wersji. Jak wspominałem, nie jest to lektura wesoła, ale czyta się ją sprawnie i sądzę, że powinni ją przeczytać zarówno zwolennicy jak przeciwnicy genetycznie modyfikowanych organizmów.
* - Rotkiewicz z premedytacją unika nazywania Greenpeace organizacją ekologiczną a aktywistów ekologami. To dlatego iż ekolodzy to naukowcy specjalizujący się w ekologii, nauce która bada oddziaływania między organizmami a środowiskiem i wzajemnie między istotami żywymi. Stąd używa pochodnej “ekologizmu” czyli aktywności społeczno-politycznej. Działaczy natomiast pilnie nazywa ekoaktywistami, gdyż najczęściej nie tylko nie mają odpowiedniego wykształcenia ale również głoszą tezy sprzeczne z wiedzą naukową.
Tytuł: W KRÓLESTWIE MONSZATANA - GMO, gluten i szczepionki
Autor: Marcin Rotkiewicz
Wydawnictwo: Czarne
Premiera: 20.09.2017 r.
Liczba stron: 296
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz recenzencki.





























