Pokazywanie postów oznaczonych etykietą infografika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą infografika. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Zwodnicza Skala podobieństwa do Ziemi

Earth Similarity Index (ESI), czyli "Skala podobieństwa do Ziemi" nie ma mówić o tym jakie są szanse na życie na danym ciele niebieskim jedynie porównywać szereg jego parametrów z naszą planetą. Ale nie oszukujmy się - jeśli mówimy o planecie lub księżycu w kontekście podobieństwa do Ziemi trudno nie myśleć o tym co najbardziej wyróżnia Ziemię.

Dlatego też przygotowałem grafikę, która daje pewien ogląd tego jak działa skala ESI. Na cel wziąłem cztery obiekty w układzie słonecznym oraz cztery z siedmiu egzoplanet krążących wokół gwiazdy TRAPPIST-1.

(kliknij by powiększyć)

Jednym z kluczowych czynników ESI jest temperatura równowagi. Zależy ona jedynie od tego ile energii gwiazdy dociera do planety. Konkretniej - to oszacowanie jej temperatury, gdyby nie miała atmosfery i była tak zwanym ciałem doskonale czarnym. To dwa bardzo poważne założenia. Ciemna powierzchnia odbija niewiele promieni słonecznych - przykładem może być nasz Księżyc odbijający 14% promieni słonecznych. Jasna powierzchnia, taka jak na przykład lodowa skorupa Enceladusa (księżyca Saturna), odbija aż 99% promieniowania. Tę procentową wartość nazywamy albedo. Gazy atmosferyczne wpływają zarówno na albedo (białe chmury odbijają światło), jak i na efekt cieplarniany, bo niczym koc otulający planetę pozwalają jej utrzymywać ciepło.

Innymi słowy jeśli temperatura równowagi dla jakiejś egzoplanety jest podobna do Ziemskiej, to można się spodziewać, że z podobną powierzchnią i atmosferą będzie mieć też podobną temperaturę. Jeśli jednak powierzchnia i atmosfera są inne... cóż - spójrzcie na Księżyc i Wenus.

W roku 2022 mam nadzieję dostarczać Wam jeszcze lepszych jakościowo treści.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Nasza przyszłość na Ziemi

Po raz piętnasty opracowano listę globalnych zagrożeń na potrzeby Światowego Forum Ekonomicznego, powstała ona rękoma niemal tysiąca ekspertów. Bliźniaczą listę opracowała grupa 200 naukowców dla organizacji Future Earth. Oba zestawienia biorą pod uwagę prawdopodobieństwo oraz to jak niebezpieczne są zjawiska, które nam grożą. Podobieństwo tyczy się nie tylko formuły, ale i wniosków.

Zaprezentowana w styczniu 2020 w Davos lista zawiera pięć typów zagrożeń - środowiskowe, społeczne, geopolityczne, gospodarcze i technologiczne. Pierwsze pięć miejsc pod względem najbardziej prawdopodobnych stanowią te środowiskowe. Trzy z nich znajdują się również w pierwszej piątce najgroźniejszych. Królują zmiany klimatyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe, utrata bioróżnorodności, klęski żywiołowe i katastrofy ekologiczne spowodowane działalnością człowieka. Wśród najgroźniejszych pojawił się również kryzys wody pitnej (w top10 najprawdopodobniejszych) oraz broń masowej zagłady (na ostatnim miejscu pod względem prawdopodobieństwa).

Lista od Future Earth jak wspominałem jest łudząco podobna. Pięć dominujących ryzyk to ekstremalne zjawiska pogodowe, zmiany klimatyczne, utrata bioróżnorodności, kryzysy w dostępie do wody pitnej i żywności.


Autorzy drugiej listy podkreślają, że zjawiska te mogą wzmacniać się wzajemnie i prowadzić do kaskady zdarzeń, które doprowadzą do kryzysu globalnego systemu. Nie mówimy tu o kryzysie finansowym, tylko totalnym, gdzie finanse są jednym z elementów, gdzie problemy z wodą i żywnością prowadzą do niemożności powstrzymania zmian klimatycznych pogłębiających braki, gdzie załamanie łańcucha pokarmowego i pogrąża naturalne środowisko, gdzie każda choroba zakaźna ma szansę wywołać pandemię…

Dawno, dawno temu, kiedy niektórzy ludzie wierzyli w takie rzeczy jak fakty czy wiedza ekspercka, świat podjął wspólny wysiłek, by powstrzymać powstawanie dziury ozonowej. Zagrożenie było realne, dla zdrowia ludzi, dla upraw, dla zwierząt, dla wzroku itd. Nie miało jednak żadnego porównania z tym co grozi nam teraz. Bez porównania łatwiejsze było też powstrzymanie tamtego problemu. Dziś jednak żyjemy w zgoła innym świecie.


Choć wciąż mamy realne szanse podjąć skuteczne działania [5], to niestety nie są one podejmowane. Może dlatego jak podaje Reuters [3] około 400 naukowców poparło kampanię społecznego nieposłuszeństwa, mającą na celu wymuszenie na rządach podjęcia gwałtownych działań by powstrzymać zmiany klimatyczne. W 2019 roku [4] 11 000 naukowców ze 150 krajów ogłosiło kryzys klimatyczny. Ostrzegli, że brak zdecydowanego, radykalnego działania doprowadzi do “niewyobrażalnych cierpień ludzkich”.

Podsumowując, jest naprawdę dramatycznie źle i każda chwila zwłoki nie tylko zwiększa zagrożenie, ale i sprawia, że trudniej coś z tym zrobić. Jeśli CO2 porównać do wypełniającej wannę wody, to można powiedzieć, że już jesteśmy powyżej czerwonej kreski. Tymczasem ludzkość wciąż odkręca kurek, może ciut wolniej, ale wciąż go odkręca, choć powinniśmy go zakręcać (powinien być zakręcony jakieś 20 lat temu). Mimo tego wciąż mamy szanse, według niektórych, a jeśli będziemy działać sensownie, to nawet duże, by zafundować sobie jakiś happy end.

… Choć może szanse to złe określenie. Mamy możliwości. Powyższy tekst napisałem 1 marca, kiedy chorych na koronawirusa było 88 tysięcy. W tym 78 tysięcy w Chinach. Minął miesiąc, zobaczyłem bezprecedensową powódź fake-newsów, nieprawdopodobnie źle ukierunkowaną panikę zwykłych ludzi i nietrafne reakcje niektórych rządów. Reakcje rządów które zaprezentowały szerokie spektrum, od różnych odcieni niekompetencji po najobrzydliwsze barwy cynizmu i wyrachowania.

Przy całym szacunku dla licznych ofiar, to jest tylko lekka zapowiedź tego, co mogą nam zafundować zmiany klimatyczne. Przed globalną pandemią też ostrzegano latami. Niektórzy sądzą, że koronawirus przywróci nam szacunek dla naukowców i ich ostrzeżeń. Boję się raczej, że świat ulegnie zmianie, podobnie jak po 9/11. To znaczy pojawi się szereg zmian, które będą pozorować zwiększenie bezpieczeństwa i zapobiegać przyszłym pandemiom. W praktyce będzie to szereg interesów i dalsze ograniczanie swobód.


Źródła:
[1] Global_Risks_Report_2020.pdf
[2] Out future on Earth 2020
[3] Scientists endorse mass civil disobedience to force climate action
[4] World scientists declare climate emergency
[5] We need to talk about how easy it is to solve climate change
[6] Interconnected Ecological Threats Could Trigger 'Global Systemic Collapse'
[7 ] More Than 11,000 Scientists Just Officially Declared a Global Climate Emergency
[8] Czeka nas ”niewyobrażalne cierpienie”





poniedziałek, 25 listopada 2019

Najciekawsze alternatywy dla mięsa

Jem mięso. I chociażby z tego powodu nie będę Was namawiał do wykluczenia go z diety. Mogę natomiast zaprezentować kilka ciekawych alternatyw dla hodowlanego mięsa. Sam nieśmiałymi kroczkami ograniczam jego spożycie. To dobre dla środowiska, dla zmniejszania cierpienia i lepsze dla zdrowia. To ostatnie może być dla niektórych dyskusyjne, nie chciałbym, by ten temat zdominował ten wpis. Dlatego odeślę Was do notki Damiana Parola.

Zamiast namawiania do czegokolwiek po prostu napiszę kilka słów o tym na co czekam, czego już udało mi się spróbować i jak te - subiektywnie wybranie przeze mnie alternatywy dla hodowlanego mięsa - prezentują się na tle wołowiny pod względem pochłanianych zasobów. No i jeszcze jedno - skoncentrowałem się na burgerach.



IN VITRO

Zaczynamy od jedynej mięsnej opcji na liście. To ze względu na tę opcję infografika podkreśla, że chodzi o alternatywy dla mięsa hodowlanego a nie mięsa w ogóle. W tym przypadku mamy do czynienia z najprawdziwszym mięsem, ale produkowanym z pominięciem zwierzęcia, które czuje, rusza się spala tlen itd. Niestety jest to też jedna z dwóch pozycji, których nie udało mi się jeszcze spróbować.

Mięso stanowi 43% krowy. Hodowla trwa do kilku lat i pochłania ogrom zasobów: woda, pasza, energia związana z najróżniejszymi aspektami hodowli i obróbki. Do tego dochodzi kwestia cierpienia. Nieważne jak dbamy o dobrobyt zwierząt, hodowli niemal zawsze będzie towarzyszyć cierpienie, niejednokrotnie okrucieństwo. Ssaki śnią i mają charaktery, ptaki są całkiem mądre, czują strach. Mięso kultywowane w laboratorium nigdy się nie urodziło i nigdy nie zostało ubite.

Nie mogę się doczekać by je samemu spróbować, ale relacje tych co mieli okazję brzmią dokładnie tak, jak można by się spodziewać - smakuje jak mięso. Jestem pewien, że przyjdzie moment, w którym ślepe próby pokażą, że nawet sceptycy i smakosze nie będą w stanie odróżnić mięsa in vitro od “zwykłego”. Marzy mi się świetlana przyszłość, gdzie współczesna hodowla i ubój będą wspominane jako skrajne barbarzyństwo. Jako, że taka produkcja zużywa mniej zasobów, gdy tylko technologia dojrzeje siłą rzeczy takie mięso powinno być tańsze od “klasycznego”.


BIAŁKO GROCHU

Jak się okazuje z grochu można wyczarować niezłe odpowniki mięska. Można powiedzieć, że historia tego wpisu zaczęła się tutaj - gdy dowiedziałem się, że niedaleko mojego miejsca pracy, w Krowarzywach, podają Beyond Burgera. Byłem, spróbowałem, zacząłem myśleć co dalej. Teksturowane białko grochu mogłoby zwieść kogoś, komu powiedzielibyśmy, że je burgera z jakimś egzotycznym mięsem. Nie sądzę by ktokolwiek dał sobie wmówić, że to wołowina. Co nie zmienia podstawowej kwestii - Beyond był smaczny. Nie oznacza to, że każdy grochowy wegeburger będzie smaczny.

Spróbowałem również dostępnych w Lidlu burgerów roślinnych Dobrej Kalorii. Chwalą się na opakowaniu, że nie zawierają one soi (bo wiecie w Polsce straszy się soją i GMO). Co przezabawne w smaku przypominają właśnie kotlety sojowe. Szału nie było. Wreszcie, żeby mieć większe porównanie, dorwałem Beyonda w wersji sklepowej, żeby przyrządzić go samemu. Udało mi się to w sieci Organic24. Sporo piszą o tym, że dzięki sokowi z buraka burgery te “krwawią”. Nic takiego nie zaobserwowałem, ale było pyszne. Aczkowiek mam wrażenie, że nie dość sycące. A pod względem kaloryczności, nie ustępuje wołowinie.


IMPOSSIBLE BURGER REBEL WHOOPER

Pojechałem pośrednio po kotletach sojowych, mogę przejść do kotletów sojowych XXI wieku. Firma Impossible Foods tworzy swoje produkty w oparciu o białka sojowe. Impossible Burger ma fantastyczny PR, świetne reklamy, jest dostępny w niektórych lokalach Burger Kinga (jako Impossible Whooper) w USA i świetnie się tam przyjął. Niestety jako, że w procesie produkcji używają oni genetycznie modyfikowanych drożdży, pewnie nieprędko będzie można go spróbować w Unii Europejskiej. Dla równowagi amerykańscy weganie mają hopla na punkcie “organicznej” żywności, pewnie nie czytali jeszcze W królestwie Monszatana i nie wiedzą, że organiczne wcale nie znaczy ekologiczne czy zrównoważone. Z tego powodu w USA to Beyond ma pod górkę.

Nie próbowałem, więc nic więcej nie powiem. W czasie pracy nad tą notką Burger King włączył do oferty inną bezmięsną kanapkę - Rebel Whoopera! Oczywiście w imię nauki pobiegłem do sieciówy i zamówiłem sobie jednego bezmięsnego i jednego normalnego. I kurcze… jestem pod ogromnym wrażeniem. Mimo pełnej świadomości, że to nie jest mięso, wrażenia są zupełnie takie jak przy jedzeniu prawdziwego burgera. Nie będę ukrywał, nie jestem wielkim fanem BK, więc stwierdziłem, że smakuje jak typowy burger z sieciówki. Tylko tyle i aż tyle. Wielkie brawa. To jeden z tych momentów, kiedy człowiek czuje, że żyje w przyszłości.

A potem spróbowałem dla porównania zwykłego whoopera. I muszę przyznać - smak był bogatszy i pełniejszy. Mimo to, postanowiłem, że w Burger Kingu będę zawsze brał Rebel Whoopera. Natomiast biorąc pod uwagę jaki narzut cenowy mają takie lokale, uważam, że dodatkowa złotówka dla opcji bezmięsnej to troszkę PRowy niewypał.


QUORN (GRZYBURGER)

Czarny koń tej listy. Mykoproteinowy produkt firmy Quorn zawiera białka grzybów Fusarium. Produkowany jest od 1985 roku, ma pierdylion odmian - mielony, burgery, kiełbaski, “kurczak”, “wędzona szynka”... Niestety dorwać go w Polsce okazało się nie lada sztuczką. W sumie już się poddałem, kiedy okazało się, że jedna paczka była do kupienia w British Shopie kilka przecznic od mojego miejsca pracy (dzięki Asia). Parę godzin później kotleciki wylądowały na patelni…

Szok i niedowierzanie. Pyszne, “mięsne”, sycące. Tekstura i smak sprawiają, że quorn prawdopodobnie bez problemu zmyliłby każdego, kto nie podejrzewa, że dostał coś co nie jest mięsem. Pewnie nie przetrwałby ślepej próby, gdzie próbujący musiałby wskazać, które z dwóch dań/próbek jest mięsem, a które nie. Ale nie wymagajmy zbyt wiele. Myślę, że gdyby te produkty były dostępne u nas w sklepach, bez oporów zrezygnowałbym ze zwykłego mięsa. Zawiera błonnik i ma małą zawartość nasyconych tłuszczów. No i jeszcze jedna istotna kwestia - badania pokazały, że quorn jest bardziej sycący. Co więcej, badania te zostały powtórzone z tymi samymi wnioskami. To cholernie smutne, że po 35 latach produkt ten wciąż nie dotarł do Polski.


SEITAN

Najstarszy produkt na liście. Choć nazwa seitan pochodzi z XX wieku, Chińczycy znali go już w VI wieku. W ogromnym uproszczeniu jest to pszenny gluten otrzymywany przez wypłukanie skrobi z mąki pszennej. Do niedawna seitan pozostawał w sporej mierze poza moją świadomością i z tego co wiem, poza świadomością wielu naszych rodaków.

Seitana można dostać w licznych lokalach z chińszczyzną i w tych nastawionych na kuchnię wegańską. I nie ma możliwości, żeby go jednoznacznie ocenić. W samej okolicy mojego biura można spróbować go w co najmniej trzech miejscach i… delikatnie mówiąc jest różnie. Seitan może być niemal pozbawioną smaku twardawą gąbką, może również być składnikiem wegańskiego kebaba, który zmyliłby niejednego kebabożercę po kilku piwach.

Jeśli dobrze rozumiem, seitan z natury nieźle przyjmuje przyprawy i smaki, więc dobrze zrobiony może być świetny smakowo, ponadto może mieć też dość mięsistą fakturę, która nieźle symuluje drób. Zrobiony kiepsko… może być zwyczajnie niedobry. Uwaga - jeśli jedzenie wege kojarzycie z niską kalorycznością, to przestańcie. Burger z seitanem może spokojnie przebić klasycznego, krowiego burgera.


PORÓWNANIE

Domyślam się, że są co najmniej cztery aspekty, pod którymi można porównywać powyższe produkty. Aspekt hedonistyczny - smak, ewentualnie to jak udają mięso. Tu oczywistym zwycięzcą będzie z oczywistych względów mięso in vitro. Jeśli patrzeć na to, co jest dostępne komercyjnie, wygrywa quorn, choć Rebel Whooper może ubiegać się o to miejsce ex aequo… ale jeśli patrzeć na to, co jest dostępne w sklepach w Polsce, będzie to Beyond meat. Szczególnie jeśli skupiamy się na burgerach udających wołowinę. Ogromny potencjał tkwi w seitanie, który jednak smakował mi w niewielkich kawałkach, natomiast “kotlecik” był niewypałem.

Aspekt zdrowotny potraktuję skrótowo, w nadziei, że ktoś inny (Damian?) zrobi to bardziej profesjonalnie. Powyższe zestawienie jest bardzo wybiórcze i wąskie. Nie mówię o zamiennikach diety mięsnej na wegetariańską lub wegańską, tylko co można zjeść zamiast krowiego burgera. Faktem jednak jest, że większość ludzi je za dużo przetworzonego i czerwonego mięsa, więc zastąpienie go (przynajmniej czasami) przez produkty roślinne powinno być korzystne. Warto jednak mieć świadomość, że rebel whooper, beyond burger, quorn… wszystkie one, nawet jeśli mają stosunkowo mało nasyconych tłuszczów itd, zdecydowanie załapują się w kategorię “żywności przetworzonej”, której też powinniśmy unikać. Poniżej tabelka wartości odżywczych w 100g produktów:


Jak widać jeśli idzie o kaloryczność, zawartość tłuszczy i białko, to zastępniki przebijają klasyczną krowę. Zawierają za to błonnik i mają trochę mniej węglowodanów.

Aspekt dostępności przeskoczę jeszcze szybciej. Po pierwsze - nie ma się o czym rozpisywać. Zamienniki dopiero nabierają popularności, więc na ten moment trudno je dostać, nie ma porównania z powszechnością mięsa zwierzęcego. Kultywowane mięso jest tuż-tuż na granicy komercyjnej dostępności. Beyond można upolować, dobrą kalorię czy seitana dostaniecie już w kilku sieciach. Quorn nie planuje póki co wejścia na nasz rynek. Po drugie - wszystkie te produkty są na ten moment drogie. Mówmy tu o 2-3 razy wyższej cenie w porównaniu z wołowiną. Po trzecie - to się będzie zmieniało, podejrzewam, że w dużym tempie i na korzyść zamienników. Więc co najmniej ta część notki bardzo szybko ulegnie przedawnieniu.


Na koniec zostawiłem aspekt środowiskowy. Dlatego mam też nadzieję, że będzie jednym z tych, które zapamiętacie po tej przydługiej lekturze. Powyżej znajduje się tabela porównująca zasoby jakie pochłania produkcja kilograma jadalnej wołowiny w porównaniu z kilogramem zastępników. Bardzo proszę, żebyście byli bardzo, bardzo krytyczni wobec tych danych. Niektóre dane pochodzą od producentów i sama metodologia tych oszacowań może być bardzo różna. Wiele tych danych to efekt radykalnych przybliżeń. Oderwanie energii i emisji cieplarnianych jest bardzo istotne, bo część energii pochodzi z gniazdka, a wtedy jeśli jest pochodzi z energii jądrowej nie jest szkodliwa dla środowiska, co innego gdy produkcja podpiera się energią węglową. Potencjalnie najistotniejsze jednak jest to, że punktem odniesienia jest tu mięso wołowe. Widzicie, wołowina to prawdopodobnie najgorsza rzecz dla środowiska jaką możecie znaleźć na Waszym stole. Owszem, jeśli zamienicie ją na jeden z wspomnianych produktów, możecie ulżyć środowisku redukując zużycie zasobów o 80-90%. Ale tak naprawdę wystarczy, że zamienicie wołowinę na drób i już zmniejszycie zużycie energii i lądu o około 60%, a redukcja zużycia wody i emisji cieplarnianych sięgnie nawet 80%! Z wymienionych zasobów najmniejszą redukcję widzimy w wierszu z energią, ale jeśli energię zamienimy na tanią i bezemisyjną, nie powinna spędzać nam snu z powiek. Wtedy produkcja żywności ma szansę stać się znacznie bardziej zrównoważona.



Tu normalnie zachęcałbym do zostania patronami Węglowego. Ale to nie jest zwyczajna notka. Dlatego tym razem zachęcam Was do zostania patronami Rynn, która stworzyła dzisiejszą grafikę. Jej twórczość możecie śledzić na jej fanpage Rynn Rysuje.


A teraz źródła...

O mięsie kultywowanym:
Environmental impacts of cultured meat
LiveKindly - mięso in vitro można produkować bez surowicy
Price of lab grown meat to plummet from 280 000 to 10 per patty by 2021
The pros and cons of lab-grown meat
Pros And Cons Of Lab Grown/Cultured Meat (Benefits & Disadvantages)
Lab-grown meat of the future is here – and may even sustainably fill demand
5 things you should know about lab grown meat

Impossible/Beyond:
Impossible Burger vs. Beyond Meat Burger: Taste, ingredients and availability, compared
www.beyondmeat.com
Impossible Burger 2.0: How does it taste, is it safe and where can you get it?
Impossible Burger lowers greenhouse gas emissions
Beyond Burgers: A Vegan's Dream Or Just Another Trend?

Quorn i mykorpoteiny:
Why Cultured Meat Will Not Feed the World (but mycoprotein just might)
What is Quorn? | Learn more about how Quorn is made

Bardziej naukowo:
Beans and peas increase fullness more than meat - fasola i groch sycą bardziej niż mięso
Influence of a high-fibre food (myco-protein) on appetite: Effects on satiation (within meals) and satiety (following meals)
Effects of consuming mycoprotein, tofu or chicken upon subsequent eating behaviour, hunger and safety

Fotki kultywowanego mięsa: The Verge
Damian Parol: Weganizm? Niekoniecznie! - jeśli ktoś przegapił w tekście


czwartek, 8 lutego 2018

100 milionów pączków

Smacznego!




Do szacunków założyłem 70g i 300kcal na pączka.

Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


środa, 30 sierpnia 2017

Nie, chemioterapia nie powoduje przerzutów

Jestem pewien, że jeśli jeszcze nie widzieliście, to z pewnością już niebawem zobaczycie gdzieś nagłówek głoszący, że według najnowszych badań chemioterapia powoduje rozprzestrzenianie się raka. Myślę, że niejeden internetowy naciągacz czy popularyzator lewoskrętnej witaminy C miał ochotę już otwierać szampana. W przeciwieństwie do tysięcy badań, które ignorują, to jedno okaże się „ostatecznym dowodem” na to, że cała ta chemioterapia służy Big Pharmie do mordowania i zarabiania.

Oczywiście bliższa lektura, którą na pewno nie skala się 99% szerujących, linkujących wrogów medycyny, ujawniłaby, że to kiepska amunicja, ale strzelanie ślepakami i tak na pewno odniesie skutek w wielu przypadkach. W rzeczywistości Neoadjuvant chemotherapy induces breast cancer metastasis through a TMEM-mediated mechanism mówi, że chemioterapia w ramach leczenia neoadiuwantowego potencjalnie może zwiększać szanse na rozprzestrzenianie się pewnych rodzajów raka, choć kliniczna istotność badania nie jest potwierdzona. Jednocześnie wyraźnie mówi, że ewentualna szkoda w żadnym razie nie przeważa benefitów z chemii.

A teraz po kolei (ale krótko) - leczenie neoadiuwantowe to takie, które poprzedza operacje i ma na celu zmniejszyć guz nieoperacyjny do rozmiaru, który można wyciąć lub zmniejsza go na tyle, by oszczędzić organy. Sam ten aspekt jest bardzo istotny. W przypadku takiej chemioterapii w organizmie jest tysiące (dziesiątki tysięcy?) razy więcej komórek nowotworowych niż, gdy stosuje się ją po zabiegu (bo wtedy guz jest już wycięty), by zmniejszyć szanse nawrotu poprzez „dobicie” tego, co zostało. Prawdopodobnie w innych przypadkach komórek jest zbyt mało by można było zaobserwować jakkolwiek statystycznie zauważalny efekt.

Gdyby przedoperacyjna chemioterapia miała istotnie takie działanie, jakiego dopatrują się i będą dopatrywać wrogowie nauki, obserwowano by różnicę między przeżywalnością pacjentów jej poddawanych oraz tych, którzy poddawani byli jej po operacji. Nic takiego nie zaobserwowano, co rzuca cień na potencjalną kliniczną istotność tych wyników. Bo wiecie… badanie przeprowadzano na myszach o upośledzonym układzie odpornościowym, którym wszczepiano raka oraz na próbkach tkanki rakowej in vitro.

Nie podejmę się wejścia w szczegóły publikacji, są trudne. Ogólnie badanie może pomóc w zrozumieniu mechanizmu przerzutów oraz otworzyć drogę do ulepszenia przedoperacyjnej chemioterapii. I rzeczywiście istnieje szansa, że neoadiuwantowa chemioterapia zwiększa szansę komórek rakowych na rozprzestrzenienie. Korzyści jednak są znacznie większe i byłoby wielką tragedią, gdyby nieodpowiedzialne (czy wręcz podle wyrachowane) powoływanie się na tę publikację odciągnęło choć jedną kobietę zmagającą się z rakiem piersi od tej metody leczenia. Nie tylko zwiększa ona szansę uniknięcia śmierci, ale również w pewnych przypadkach pozwala uniknąć mastektomii...

* * *

Badanie Use of Alternative Medicine for Cancer and Its Impact on Survival, opublikowane w Journal of the National Cancer Institute to czyste złoto. Smutne, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem materiał tak miażdżący w swojej prostocie i dosadności wobec altmedów.



Ten wykres prezentuje przeżywalność 280 pacjentów, u których w 2004 r. zdiagnozowano nowotwory piersi, prostaty, jelit i płuc, którzy ulegli oszustom obiecującym, że homeopatia, chiropraktyka, cieciorka wciskana w dziwne miejsca, strukturyzatory wody czy temu podobne pierdoły uratują ich. Ci ludzie zrezygnowali ze zweryfikowanych metodą naukową terapii na rzecz “altmedów”. Prezentuje również przeżywalność 559 pacjentów w analogicznej sytuacji, którzy poddali się chemioterapii, radioterapii czy zabiegom chirurgicznym.

W 2009 r.oku żyło 78.3% „kontrolnych” pacjentów oraz jedynie 54.7% tych, którzy poszli drogą altmedów. Najbardziej wstrząsająca różnica tyczyła się właśnie raka piersi, gdzie stosujący szarlatanerię byli aż pięciokrotnie bardziej narażeni na śmierć. Twórcy publikacji nie byli w stanie zidentyfikować, jakiego rodzaju alternatywne działania podejmowali ci pacjenci, ale nie ma to wielkiego znaczenia - z definicji alternatywna medycyna to taka, której skuteczności nie udowodniono i ta publikacja pokazuje to w bardzo dosadny sposób.

Co ciekawe autorzy twierdzą, że z szarlatańskich metod korzystali częściej pacjenci młodsi, zamożniejsi i - co szczególnie szokujące - lepiej wykształceni. Naciągacze spod bandery Big Placebo jak mantra mówią “to nie szkodzi”, ale widać jak na dłoni, że choć może nie zabijają dosłownie, to często odciągają cierpiących ludzi od sprawdzonych metod, które ratują życie.

Na koniec, by bardziej dosadnie pokazać w czym rzecz, prezentuję pierwszy wykres ponownie, w lekko “poprawionej” wersji:




Źródła:
Does chemotherapy cause cancer to spread?
Neuropa
Use of Alternative Medicine for Cancer and Its Impact on Survival
Alternative Medicine Kills Cancer Patients, Study Finds


niedziela, 13 marca 2016

Cały ten węgiel


Nasza cywilizacja w ciągu niecałych dwustu lat wpompowała do atmosfery niemal sześćset miliardów ton dwutlenku węgla. Stali czytelnicy bloga wiedzą, że lubię żonglować liczbami i szukać obrazowych porównań. Ile jest gwiazd w Drodze Mlecznej, jak dokładny jest model standardowy czy ile atomów liczy sobie Ziemia. Tym razem postanowiłem zobrazować ogrom ilości węgla, który wydobyliśmy spod powierzchni ziemi by wprowadzić go do atmosfery.

Największym wyzwaniem jest oszacowanie jaką objętość zajmuje tona CO2. W sieci można znaleźć różne oszacowania, od 500 do 666 (!) metrów sześciennych. Najbardziej przekonujące wydało mi się następujące przeliczenie (jeśli baardzo panikujecie widząc matematykę, to możecie przeskoczyć do kolejnego akapitu):
- Jeden mol (sześćdziesiąt tysięcy miliardów miliardów, czyli 6 * 1023 cząsteczek) CO2 waży 44 gramy. Można to odczytać z układu okresowego pierwiastków (patrzymy na masę atomową na dole). Jeden mol węgla to 12 gramów, dwa mole tlenu to 2x16 gramów. Razem 44 gramy.
- W tonie CO2 znajduje się 22730 moli. Bo 1 000 000 g / 44g = 22730.
- Jeden mol to 24,5 litra. (Korzystamy z prawa Boyla dla ciśnienia jednej atmosfery i temperatury 25’C).
- Możemy w takim razie obliczyć objętość jaką zajmuje tona CO2. Mamy 22730 moli po 24,5 litra każdy to daje nam w sumie 556 885 litrów, czyli w zaokrągleniu 557 metrów sześciennych.

Uff… Czyli możemy teraz policzyć. 598 768 100 000 ton węgla (w dużym przybliżeniu dwa razy więcej niż masa Mount Everest) mnożymy przez 557 metrów sześciennych. Gdyby uformować z tego sześcian, jego krawędź miałaby ponad 69 kilometrów długości. Odpowiednio umieszczony mógłby zablokować kanał La Manche. Górna powierzchnia wystawałaby ponad warstwę ozonową, daleko ponad większość chmur i zjawisk pogodowych. Bryła złożona z naszych emisji węgla jest znacznie większa niż oba księżyce Marsa razem wzięte.


Gdyby jednak rozłożyć całą tę masę równomiernie na powierzchni Polski, przysypalibyśmy nasz kraj warstwą o grubości 1068 metrów. Ale to przecież nie tylko nasze emisje. Jeśli zatem podzielimy tę objętość na całą powierzchnię lądową planety, warstwa będzie mieć “jedynie” 224 cm. Według Wikipedii cztery osoby na świecie nie zostałyby całkiem przykryte.

No dobrze a gdyby Polskę przygnieść jedynie polskimi emisjami? Wyszłoby aż 960cm. Jesteśmy w górnej dziesiątce jeśli idzie o emisje CO2 per capita. Więc jakby czterech rekordzistów z poprzedniego akapitu stanęło jeden na drugim to ten na górze wystawałby o 29cm ponad warstwę węgla.

Żeby te wszystkie wyliczanki zatoczyły pełne koło wypada mi jeszcze policzyć jakiej wielkości byłby “polski klocek”, to znaczy sześcian złożony jedynie z naszych emisji. Polska odpowiada za mniej więcej 0,98% światowych emisji, nasza bryła miałaby krawędź długości niemal czternastu i pół kilometra. Za mało by zagrodzić kanał La Manche, ale to wciąż wyżej niż szczyt Mount Everest.

Wszystkie powyższe obliczenia tyczą się jedynie węgla wyemitowanego przez ludzi. W okresie preindustrialnym stężenie CO2 w atmosferze wynosiło 280 ppm (parts per million). W 2016 wynosi ono 402 ppm i jedna trzecia to zasługa ludzi. Prawdopodobnie stężenie to nie było tak wysokie od dwudziestu milionów lat


Źródła:
http://trillionthtonne.org/
http://www.icbe.com/carbondatabase/co2volumecalculation.asp
http://cait.wri.org/

Grafika na górze: www.ewasobczak.com
Grafika niżej: www.ewasobczak.com na podstawie zdjęcia z Wikimedia Commons.


niedziela, 26 stycznia 2014

Niebo nad Marsem


Carbon Based Lifeforms


Jest takie miejsce, gdzie wiosna trwa 190 dni, doba ma prawie 25 godzin, nie ma pożarów, trzęsień ziemi, korków, polityków. Niestety nie ma tam też wielu innych rzeczy. Na przykład tlenu. I dziobaków. Dużo mówi się o powierzchni Marsa, o temperaturze, wodzie i tak dalej. Niewiele jednak o tym jak wyglądałoby wszystko powyżej linii horyzontu.


Niebo nad Marsem można określić jako brudno brązowe; ja wolę je kojarzyć z barwą miodowego cukierka. Ciekawiej jest każdego ranka i wieczora, gdy w pobliżu wschodzącego/zachodzącego słońca robi się niebiesko, daleko od gwiazdy dominują kolory różowo-czerwone. Choć tamtejsza atmosfera jest rozpaczliwie wątła w porównaniu z ziemską, na niebie Marsa są chmury. Są jednak tak rzadkie, że widać je tylko po zmroku, gdy na tle ciemnego nieba odbijają pierwsze lub ostatnie promienie słońca. Ta cieniutka atmosfera wystarcza jednak by występowały burze piaskowe oraz niewielkie wiry pyłowe (wyglądające jak małe tornada).


Na Marsie moglibyśmy podziwiać dwie „gwiazdy poranne”. Najjaśniejszą byłaby Wenus. Ziemia, choć bliższa, nie byłaby dość jasna. Ale, nawet gołym okiem, można by zauważyć, że wokół błękitnej kropki krąży szare światełko Księżyca. Wyposażeni w przeciętny teleskop moglibyśmy zobaczyć błękit oceanów, biel chmur i nawet zarysy kontynentów (zdjęcie Mars Global Surveyor). Co ciekawe, jako że Jowisz z reguły znajduje się znacznie dalej od Marsa niż Ziemia, gigant - choć dziesięciokrotnie większy - wydawałby się podobnych rozmiarów.

Prawdopodobnie najciekawszymi elementami marsjańskiego nieba byłby Fobos i Deimos. Księżyce te mają odpowiednio 22 i 12 kilometry średnicy, czyli są nikle małe w porównaniu do naszego. Są jednak tak blisko, że gołym okiem można by podziwiać ich nieregularne kształty. Ale nie wszędzie. Większy Fobos znajduje się tak blisko, że nie jest widoczny z całej powierzchni Marsa - powyżej 70,4’ stopnia szerokości północnej (i analogicznie, poniżej 70,4’ stopnia szerokości południowej) znikałby za krzywizną planety. To samo tyczy się w mniejszym stopniu Deimosa – znikałby powyżej 82,7’ stopnia szerokości geograficznej.


Tam gdzie można by je obserwować, nie wisiałyby nieruchomo na niebie. Księżyc potrzebuje 655 godzin by okrążyć Ziemię. Deimos robi to w trzydzieści, Fobos w niecałe osiem. Nie ma pewności co do tego jak powstały oba obiekty. Niektórzy sądzą, że zostały przechwycone z pasa asteroid, ale ich gęstość i skład sugerują, że raczej powstały podobnie do naszego Księżyca – z materiału wyrzuconego na orbitę w wyniku uderzenia jakiegoś obiektu w Marsa. Nazwy dwóch satelitów pochodzą z greckiej mitologii, od braci Fobosa i Dejmosa. Jeden uosabiał strach, drugi trwogę. Być może to trafne nazwy, bo nie jest im pisana wieczność na orbicie Marsa. „Trwoga” porusza się na coraz szerszej orbicie i kiedyś podryfuje w kosmos. „Strach” co sto lat znajduje się o metr bliżej planety. Szacuje się, że za 50 milionów lat rozpadnie się w pyłowy pierścień lub runie na powierzchnię.


czwartek, 2 stycznia 2014

Co łączy Marsa i Merkurego?



Merkury i Mars to bardzo różne planety. Choć nie jest ani najcieplejszym ani najzimniejszym miejscem w Układzie Słonecznym, na Merkurym obserwujemy najbardziej zróżnicowane temperatury, od -170’C nocą do 400’C za dnia. Mars posiada cieniutką atmosferę, ale wystarczającą by były tam burze, pory roku i bardziej wyrównane temperatury. Obie planety różni skład, wielkość, odległość od Słońca i szereg innych czynników. Zbieg okoliczności jednak chciał, że na powierzchni obu siła ciążenia jest niemal jednakowa.


Zastanówmy się co się zmieni w równaniu na powierzchni Marsa i Merkurego. Stała grawitacji ma to do siebie, że się nie zmienia. Masa m, powiedzmy dziobaka, również będzie jednakowa na Ziemi, Marsie, Merkurym i w przestrzeni międzygwiezdnej. Zmienią się jednak masa planety i odległość od jej środka.

Stojąc na Merkurym będziemy mieć pod nogami 330 trylionów (1018) ton i będziemy jakieś 2439 kilometrów od jego środka. Na powierzchni Marsa będziemy 3386 kilometrów od centrum planety, która waży 642 tryliony ton. Przyciągać będzie nas niemal dwukrotnie większa masa, ale odległość podniesiona do kwadratu również zwiększy się około dwóch razy. Dwójka w liczniku, dwójka w mianowniku i otrzymujemy ten sam wynik. W przybliżeniu.

A dokładnie? Dokładnie siła przyciągania powinna być taka sama z dokładnością do 1% i nie ma co liczyć na dokładniejszy wynik, bo będzie on zależał od tego gdzie na danej planecie staniemy. I nie chodzi tu tylko o spłaszczenie planet w wyniku ruchu obrotowego, ale również anomalie grawitacyjne. Na Ziemi są one na tyle silne, że przyspieszenie ziemskie w mieście Meksyk wynosi 9,776 m/s2, a w Anchorage na Alasce 9,826 m/s2. Na Marsie i Merkurym wynosi około 3,711 m/s2.

Mimo wszystko podobieństwo ciążenia na Marsie i Merkurym powinno trochę dziwić. W końcu jeśli dwukrotnie powiększymy promień, to powierzchnia powinna wzrosnąć czterokrotnie a objętość (czyli masa) ośmiokrotnie. Więc ciążenie powinno wzrosnąć dwukrotnie (osiem razy więcej w liczniku, cztery razy więcej w mianowniku). Haczyk tkwi w gęstości. Mars ma najmniejszą gęstość ze skalnych planet w naszym układzie – średnio 3,934 grama na centymetr sześcienny. Gęstość Merkurego to 5,427 g/cm3. Przebija go jedynie Ziemia z gęstością 5,513 g/cm3.


poniedziałek, 1 lipca 2013

10 najbliższych układów gwiezdnych



1. Alfa Centauri – Nasz najbliższy sąsiad to jednocześnie bodaj najciekawszy element listy. Główny duet, gwiazdy A i B są podobne do Słońca – jedna trochę mniejsza, druga trochę większa. Wokół nich, w odległości aż ćwierci roku świetlnego krąży czerwony karzeł, Proxima. Jak na razie wiemy o jednej planecie krążącej wokół gwiazdy B w odległości 25 razy mniejszej niż Ziemia (co może owocować temperaturą 5000K na powierzchni). Po ogłoszeniu jej istnienia w 2012 roku, niecały miesiąc temu podniesiono pewne wątpliwość co do tego odkrycia. Co najmniej trzy zespoły obecnie pracują nad weryfikacją.

2. Gwiazda Barnarda – Najszybsza gwiazda na nieboskłonie (co nie oznacza największej prędkości właściwej, bo tą trudno porównywać). To czerwony karzeł, mający 7-12 mld lat, co oznacza że jest nie tylko jedną z najstarszych w Drodze Mlecznej ale i potencjalnie we Wszechświecie. Wiek może również tłumaczyć niską prędkość rotacji – aż 130 dni na jeden obrót, czyli ponad pięć razy wolniej od znacznie większego Słońca.

3. WISE 1049-5319 „Luhman 16” – Duet odkryty w tym roku. Oba obiekty są brązowymi karłami, czyli obiektami gwiazdopodobnymi (substellar objects). Natura za nic ma nasze sztywne podziały i w wymyślonej przez nas granicy między gazowymi gigantami a małymi gwiazdami znajdują się te obiekty. Za małe by syntezować wodór w hel, jednak dość duże by syntezować deuter.

4. Wolf 359 – Młody czerwony karzeł, liczący sobie raptem 1 mld lat. Jest gwiazdą zmienną. Jego fotosfera jest na tyle chłodna (mniej niż 3000K), że zawiera wodę (dla dociekliwych: termalny rozkład wody).

5. Lalande 21185 – W 1951 para astronomów twierdziła, że wokół tego czerwonego karła znajdują się planety. Dziewięć lat później pewna astronom potwierdziła to, choć wskazała na inne parametry domniemanych globów. W 1974 pomiary kolejnego naukowca zanegowały te twierdzenia. Ten sam człowiek w 1996 stwierdził, że jednak odkrył tam układ planet. Nie udało się tego potwierdzić. Stąd mimo całego bałaganu na grafice Lalande 21185 opisałem kolorem białym.

6. Syriusz – Najjaśniejszy bohater nocnego nieba. Jasna gwiazda głównego ciągu, która ma małego kolegę – białego karła. Z powodu swojej jasności znany był antycznym i wślizgnął się do wielu kultów. Między innymi niektórzy twierdzą, że właśnie w kierunku Syriusza wystrzeliwano dusze królowych Egiptu przez taki malutki tunel w Wielkiej Piramidzie.

7. Luyten 726-8 – To para czerwonych karłów, które gdy są najbliżej dzieli mniej niż odległość między Słońcem a pasem asteroid (2 AU). Jeden z karzełków jest 16000 razy mniej jasny od naszej gwiazdy drugi, zwany UV Ceti jest aż 25000 razy ciemniejszy. Jest on jednakże archetypem gwiazdy rozbłyskowej. 1952 zarejestrowano na nim 75-krotny skok jasności w ciągu zaledwie 20 sekund.

8 i 9. Ross 154 i Ross 248 – Dwa rozbłyskowe czerwone karły. Jeśli doczytaliście do tego miejsca to po pierwsze jest mi bardzo miło. Po drugie jeśli nie interesujecie się tematem, możecie myśleć sobie „sporo tych czerwonych karłów. To prawda, bo aż 80% gwiazd w Drodze Mlecznej to czerwone karły. Dlatego badania nad nimi są tak istotne w kontekście poszukiwań znaków życia (poza Układem Słonecznym). W układach tego typu gwiazd, planety na których mogłaby znajdować się woda w stanie ciekłym są tak blisko karła, że nie wiadomo czy mogą utrzymać atmosfery lub odpowiednio silne pole magnetyczne by uchronić się przed kosmicznym promieniowaniem.

10. Epsilon Eridani – Zestawienie zamyka pomarańczowa gwiazda wokół której znajdują się dwa pasy asteroid i co do tego nie ma wątpliwości. Nie można powiedzieć tego samego o większym od Jowisza gazowym gigancie pomiędzy nimi. Dane pomiarowe mają tak wysoki poziom szumu, że tylko część astronomów uznaje jego istnienie za potwierdzone. Jeszcze większe wątpliwości wzbudza druga planeta. Jej istnienie sugeruje jedynie deformacja zewnętrznego pierścienia pyłu.

Z całego tego zestawu gołym okiem można dojrzeć jedynie Alfę Centauri, Syriusza oraz Epsilon Eridani.

Na koniec mały dodatek – grafikę ztrollowałem w pełni świadomie. Nie zdradzę w jaki sposób. Powiem jedynie, że stwierdziłem, że tak „będzie ciekawiej”. Ponadto grafika idzie w świat i jestem ciekaw ilu dociekliwych się znajdzie. Tak więc zachęcam do lubienia i udostępniania na Facebooku.