niedziela, 13 marca 2016

Cały ten węgiel


Nasza cywilizacja w ciągu niecałych dwustu lat wpompowała do atmosfery niemal sześćset miliardów ton dwutlenku węgla. Stali czytelnicy bloga wiedzą, że lubię żonglować liczbami i szukać obrazowych porównań. Ile jest gwiazd w Drodze Mlecznej, jak dokładny jest model standardowy czy ile atomów liczy sobie Ziemia. Tym razem postanowiłem zobrazować ogrom ilości węgla, który wydobyliśmy spod powierzchni ziemi by wprowadzić go do atmosfery.

Największym wyzwaniem jest oszacowanie jaką objętość zajmuje tona CO2. W sieci można znaleźć różne oszacowania, od 500 do 666 (!) metrów sześciennych. Najbardziej przekonujące wydało mi się następujące przeliczenie (jeśli baardzo panikujecie widząc matematykę, to możecie przeskoczyć do kolejnego akapitu):
- Jeden mol (sześćdziesiąt tysięcy miliardów miliardów, czyli 6 * 1023 cząsteczek) CO2 waży 44 gramy. Można to odczytać z układu okresowego pierwiastków (patrzymy na masę atomową na dole). Jeden mol węgla to 12 gramów, dwa mole tlenu to 2x16 gramów. Razem 44 gramy.
- W tonie CO2 znajduje się 22730 moli. Bo 1 000 000 g / 44g = 22730.
- Jeden mol to 24,5 litra. (Korzystamy z prawa Boyla dla ciśnienia jednej atmosfery i temperatury 25’C).
- Możemy w takim razie obliczyć objętość jaką zajmuje tona CO2. Mamy 22730 moli po 24,5 litra każdy to daje nam w sumie 556 885 litrów, czyli w zaokrągleniu 557 metrów sześciennych.

Uff… Czyli możemy teraz policzyć. 598 768 100 000 ton węgla (w dużym przybliżeniu dwa razy więcej niż masa Mount Everest) mnożymy przez 557 metrów sześciennych. Gdyby uformować z tego sześcian, jego krawędź miałaby ponad 69 kilometrów długości. Odpowiednio umieszczony mógłby zablokować kanał La Manche. Górna powierzchnia wystawałaby ponad warstwę ozonową, daleko ponad większość chmur i zjawisk pogodowych. Bryła złożona z naszych emisji węgla jest znacznie większa niż oba księżyce Marsa razem wzięte.


Gdyby jednak rozłożyć całą tę masę równomiernie na powierzchni Polski, przysypalibyśmy nasz kraj warstwą o grubości 1068 metrów. Ale to przecież nie tylko nasze emisje. Jeśli zatem podzielimy tę objętość na całą powierzchnię lądową planety, warstwa będzie mieć “jedynie” 224 cm. Według Wikipedii cztery osoby na świecie nie zostałyby całkiem przykryte.

No dobrze a gdyby Polskę przygnieść jedynie polskimi emisjami? Wyszłoby aż 960cm. Jesteśmy w górnej dziesiątce jeśli idzie o emisje CO2 per capita. Więc jakby czterech rekordzistów z poprzedniego akapitu stanęło jeden na drugim to ten na górze wystawałby o 29cm ponad warstwę węgla.

Żeby te wszystkie wyliczanki zatoczyły pełne koło wypada mi jeszcze policzyć jakiej wielkości byłby “polski klocek”, to znaczy sześcian złożony jedynie z naszych emisji. Polska odpowiada za mniej więcej 0,98% światowych emisji, nasza bryła miałaby krawędź długości niemal czternastu i pół kilometra. Za mało by zagrodzić kanał La Manche, ale to wciąż wyżej niż szczyt Mount Everest.

Wszystkie powyższe obliczenia tyczą się jedynie węgla wyemitowanego przez ludzi. W okresie preindustrialnym stężenie CO2 w atmosferze wynosiło 280 ppm (parts per million). W 2016 wynosi ono 402 ppm i jedna trzecia to zasługa ludzi. Prawdopodobnie stężenie to nie było tak wysokie od dwudziestu milionów lat


Źródła:
http://trillionthtonne.org/
http://www.icbe.com/carbondatabase/co2volumecalculation.asp
http://cait.wri.org/

Grafika na górze: www.ewasobczak.com
Grafika niżej: www.ewasobczak.com na podstawie zdjęcia z Wikimedia Commons.


piątek, 19 lutego 2016

Każdy chce Ziki!

Antynaukowy front jest silny jak nigdy. Szczególnie w naszym kraju ostatnio za aprobatą państwa do głosu dochodzą postawy nie tylko pseudo- ale i otwarcie anty- naukowe. Żeby ograniczyć się do jednego przykładu wskażę ministra Szyszko, nagrodzonego niedawno “Klimatyczną bzdurą roku 2015”.

Wirus Zika, o którym ostatnio zrobiło się głośno w mediach, to świetna okazja by obnażyć hipokryzję tych wszystkich “handlarzy ignorancją”. Antynaukowcy uwielbiają wykorzystywać ludzkie lęki. Tak jakby tropikalny wirus, który potencjalnie (POTENCJALNIE!) wywołuje mikrocefalię, nie był wystarczająco straszny. Wszyscy chcą by Zika stała się częścią ich bajki…

Ciekaw jestem czy ten chaos zapali lampki ostrzegawcze osobom, które zaliczają się do więcej niż jednej z poniższych grup (co wedle mojej obserwacji jest dość typowe: mało kto zatrzymuje się na jednej medialnej teorii spiskowej). Czy uwierzą, że małogłowie może być wywołane jednocześnie przez szczepionki i chemikalia złych korporacji? Czy może być tak, że winne są chemikalia rozsiewane przez samoloty i jednocześnie komary-mutanty wyhodowane przez Rockefellerów by zgładzić ludzkość?

Przygotowałem dla Was moje zestawienie spiskobzdur na temat Ziki wraz z komentarzem:


Anty GMOwcy

Najciekawsza, bo najmniej ograna plotka tyczy się modyfikowanych genetycznie komarów. Od 2015 zaczęto stosować te insekty w celu ochrony przed chorobami. Szczególnie chodzi o ograniczenie rozwoju wirusa dengi. W tym celu modyfikuje się samce komara aedes aegypti tak by płodziły one potomstwo, którego 90% umiera w stadium larwalnym. Potomstwo, które przeżyje jest już genetycznie identyczne z resztą populacji. W ten sposób drastycznie spada populacja owadów roznoszących np. wirusa dengi.

Niestety sięgając do źródeł rozczarowałem się. Jest tylko dużo pytań bez odpowiedzi i sporo klasycznego straszenia zmutowanymi potworami. Nigdzie nie trafiłem na propozycję mechanizmu, w jakiż to sposób modyfikacja komarów miałaby odpowiadać za epidemię Ziki. Tylko pytania “co wiemy o tych komarach?”, “jak komary rosną z tym okaleczonym genomem?” “czy wirus w ciele takiego mutanta też zmutuje?” oraz alarmująca informacja, że część potomstwa tych komarów może przetrwać.

Właśnie o to chodziło, by część przetrwała. Nie chodziło o zagładę gatunku, tylko o krótkotrwałe ograniczenie populacji. Ponadto potomstwo jest wolne od modyfikacji, modyfikowane są tylko samce, które nie kąsają i nie roznoszą wirusa. Do tego Zika istniała przed wynalezieniem modyfikowanych komarów, a ogniska epidemii znajdują się zbyt daleko od punktów gdzie wypuszczono modyfikowane insekty.

Moja ocena: W skali od jeden do Parku Jurajskiego przyznaję dwa i pół Cronenberga. To najbardziej oryginalna plota, ale niestety brak w niej jakiejś ciekawej koncepcji.


Anty Monsantowcy

Argentyńska organizacja “Lekarzy ze Spryskiwanych Wiosek” opublikowała raport (czytaj - plik PDF, nie w żadnym poważnym magazynie i bez rzetelnej recenzji), który utrzymuje, że to środek o nazwie pyriproxyfen powoduje wady wrodzone noworodków. Pyriproxyfen, który jest pestycydem, a konkretniej - larwicydem, dodawany jest do zbiorników z wodą pitną, by nie rozwijały się w niej larwy komarów. Komercyjna nazwa substancji to SumiLarv i produkowany jest przez… Monsanto. Czy trzeba czegoś więcej? Jak wiadomo Monsanto jest źródłem wszelkiego zła na tym świecie.

Wbrew doniesieniom, przypadki mikrocefalii wykryto poza terenami gdzie stosowano SumiLarv, nie ma też konkretnych podstaw by łączyć ten środek z defektami. Przed dopuszczeniem do komercyjnego obiegu pyriproxyfen przeszedł szereg testów na toksyczność. Jako, że wpływa on na dynamikę hormonalną larw insektów, która nie występuje u kręgowców, nie jest dla nich szkodliwy.

Moja ocena: W skali od diety paleo do weganizmu przyznaję bezglutenowe ciasteczko. W zasadzie jedyna amunicja spiskowców to połączenie ze znienawidzoną firmą, oraz fakt, że nazwa środka ma aż pięć sylab, co też jednoznacznie wskazuje na “złą chemię”


Anty wacki

Nie ma takiej tragedii, której nie można by przypisać szczepionkom. Gorliwi proepidemicy też dostrzegli szanse dla siebie w ostatnich wydarzeniach. Jak się okazuje w ich świecie mikrocefalię powoduje szczepienie ciężarnych. Pod koniec 2014 roku, 14 miesięcy przed wybuchem epidemii Ziki, rozpoczęto podawanie szczepionki DTP ciężarnym kobietom w Brazylii. 10 miesięcy później pojawiły się pierwsze przypadki małogłowia. Przypadek? Tak sądzę. Szczególnie, że nie było większej ilości przypadków tej wady w USA po tym jak tą samą szczepionkę zaczęto podawać ciężarnym w 2011 roku.

Moja ocena: W skali od jeden do Andrew Wakefielda przyznaję pięć punktów i trzy fałszywe diagnozy autyzmu.


Anty chemtrailsowcy

Krótko, bo w trakcie szykowania tej notki zgubiłem źródełko. Zwolennicy spisku chemtrailsowego (pozdrawiamy ministra środowiska) nakreślili już pełen scenariusz. Zika to nomen omen zasłona dymna i niedługo dowiemy się, że wirus jest przenoszony drogą kropelkową, choć tak naprawdę to zasiewanie powietrza przez samoloty wywołuje małogłowie. Mogę się tylko domyślać, że epidemia koncentruje się w Brazylii, bo tam samoloty rozsiewają inne “chemikalia” i to tylko taki udany poligon testowy.

Moja ocena: W skali od jeden do Mela Gibsona należy się pełen minister Szyszko.


Anty rządowcy

W tym punkcie dwie (przeciwne) teorie, ale wydaje mi się, że pasują do jednego punktu. Pierwsza wersja jest taka, że cała ta Zika i mikrocefalia to przekręt, żeby zastraszyć ludzi i sprzeniewierzyć ogromne kwoty pieniędzy. W rzeczywistości CDC (Centrum for Disease Control and Prevention) wymyśliło sobie chorobę i rozdmuchało panikę.

Alternatywna wersja jest taka, że choroba istnieje, ale została stworzona ludzkimi rękami. Tak jak CIA rzekomo stworzyła wirusa HIV, tak Zikę stworzyli Rockefellerowie by wymordować miliony ludzi.

Moja ocena: Jako, że to odgrzewane kotlety, w tym przypadku przyznaję kartonowe statuetki B.o.B (to taki raper który nie wierzy że Ziemia jest okrągła).


Są oczywiście też inne głosy w tym dyskursie. Na przykład, że mikrocefalię powoduje spray odstraszający komary przenoszące wirus Zika. Ale tu poprzestanę. Myślę, że w najbliższych tygodniach inne grupy też będą chciały zawłaszczyć tę tragiczną sprawę. Szczególnie po tym jak ostatecznie uda się ustalić z czym mamy do czynienia, bo jak wspomniałem, w kwestii Ziki i mikrocefalii, wciąż są autentyczne znaki zapytania.


Źródła (mieszanina głupot i ich debunków):
http://www.naturalnews.com/052875_Zika_virus_depopulation_birth_defects.html
http://www.naturalnews.com/052863_Zika_virus_Tdap_vaccine_GMO_mosquitoes.html
https://jonrappoport.wordpress.com/2016/01/28/is-the-dreaded-zika-virus-another-giant-scam/
http://beforeitsnews.com/alternative/2016/01/chemtrails-report-released-of-dna-changes-and-other-adverse-health-issues-3273376.html
http://zonnews.com/news/4205-the-zika-virus-was-created-and-patented-the-rockefellers-the-goal-is-to-kill-millions-of-people.html
http://scienceblogs.com/insolence/2016/02/11/zika-virus-and-microcephaly-antivaccine-warriors-say-its-vaccines-that-did-it/
http://securejam.mediaspanonline.com/news/Microcephaly-only-linked-to-Zika-in-Brazil--health-officials-wonder-why
http://www.politifact.com/global-news/statements/2016/feb/09/viral-image/no-evidence-support-rumors-tying-zika-genetically-/
https://www.reddit.com/r/conspiracy/comments/42mhii/genetically_modified_mosquitoes_released_in/
http://www.cbsnews.com/news/health-experts-dismiss-claims-larvicide-linked-to-microcephaly/
http://ecowatch.com/2016/02/12/larvicide-cause-not-zika/


niedziela, 14 lutego 2016

Nuklearne Walentynki

Rok 2014. Walentynki. Waste Isolation Pilot Plant (WIPP) - czyli magazyn materiałów wysokoradioaktywnych w Nowym Meksyku. Byłby to kolejny zwykły dzień w dość niezwykłym miejscu, niestety w pewnym momencie czujniki wykryły podwyższony poziom radiacji. Doszło do incydentu. Dzień później, niecały kilometr od placówki, w powietrzu wykryto śladowe ilości ameryku i plutonu.

Z około dwustu pracowników placówki, dwudziestu było narażonych na promieniowanie. Z tych dwudziestu u trzynastu wykryto ślady napromieniowania. Z tych trzynastu ani jeden nie ucierpiał na zdrowiu. Wszystko za sprawą zbiornika numer 68660, który uległ rozsadzeniu 655 metrów pod ziemią. Dochodzenie w sprawie tego incydentu trwało dwa lata (choć przyczynę wskazano dość szybko, potrzeba było czasu by potwierdzić ją ponad wszelką wątpliwość). Zawinił koci żwirek.

Tak jest. Incydent, który spowodował straty rzędu $240 milionów, w placówce na którą już wydano ponad dwa i pół miliarda, został wywołany przez koci żwirek. Konkretnie, przez zły rodzaj kociego żwirku. Zamiast silikonowego, zastosowano organiczny, “zielony” produkt sWheat Scoop.


Szybko się zbryla, powstrzymuje zapachy, bez chemikaliów (?!), biodegradowalny.
Zabrakło tylko:
NIE NADAJE SIĘ DO PRZECHOWYWANIA ODPADÓW RADIOAKTYWNYCH!

Zresztą, znając USA, troszkę spodziewam się, że obok informacji, że torebka sWheat Scoop stanowi ryzyko uduszenia dla małych dzieci, pojawi się dopisek “nie stosować w kontenerach ze zużytym paliwem nuklearnym”.

Co innego żwirek silikonowy. Roztwory soli azotanów mają tendencje do zapłonu po wyschnięciu. Dlatego trzeba je stabilizować. Ten wpis z pewnością nie zaskoczy chemików, bo koci żwirek używany był w tym celu od dekad.

Niestety, nie wiedział o tym ktoś, kto wypełniał metalowe beczki z odpadami promieniotwórczymi przed wysłaniem ich do WIPP. W efekcie w beczce 68660 doszło do nieplanowanych reakcji chemicznych, które rozgrzały zawartość i wygenerowały gazy, które wysadziły wieko i uwolniły radioaktywny materiał. W ten sposób, walentynki 2014 roku uświadomiły amerykańskie społeczeństwo, że na terenie ich kraju od piętnastu lat poprawnie funkcjonuje placówka do przechowywania radioaktywnych odpadów… A przynajmniej tak powinno to wyglądać. W rzeczywistości oczywiście nie zabrakło paniki i typowych anty-nuklearnych nastrojów.

Tymczasem, po pierwsze zawiniły osoby spoza WIPP. Po drugie proces pakowania odpadów jest bardzo skrupulatnie kontrolowany i dokumentowany. W związku z tym wiadomo, które zbiorniki zawierały zły żwirek i te niezwłocznie umieszczono w większych pojemnikach z odpowiednią zawartością, tak że nie ma groźby kolejnego takiego incydentu. Po trzecie, by zaistniało zagrożenie dla środowiska koncentracja uwolnionych pierwiastków musiałaby być miliony razy wyższa. Tysiące razy wyższa by stanowiły zagrożenie dla zdrowia.

Na ten moment dochodzenie zostało zakończone. WIPP przygotowuje się do serii testów, które potwierdzą, że placówka może wznowić działanie. Dwa lata przerwy to spory cios; z drugiej strony, mówimy tu o odpadach, które trzeba zabezpieczyć na 24 tysiące lat, tak by nigdy nikomu nie zepsuły walentynek.


Źródła:
Oficjalny raport po dochodzeniu
National Public Radio
The Guardian
Motherboard
Forbes
Oficjalna strona WIPP


czwartek, 4 lutego 2016

Czy baza z Przebudzenia Mocy miała sens?

Na początek oczywiste - Gwiezdnych Wojen nie traktuję jak zwykłego SF. To raczej fantasy w kosmosie i nie ma w tym nic złego. Ale skoro Neil deGrasse Tyson postanowił się przyczepić na twitterze i skoro nie przekonują mnie jego argumenty, postanowiłem włączyć się w to drobne ćwiczenie myślowe. Konkretnie, chciałbym zbić jego argument o bazie Starkiller.


Ale wpierw drobna dygresja - Neil pomarudził na “Kessel Run poniżej dwunastu parseków”, mówiąc, że parsek to jednostka odległości, nie czasu. Uznaję za zamierzony żart/nawiązanie do wyjaśnienia dorobionego przez fanów po 1977 roku. Mianowicie, Kessel Run to obszar pełen niebezpiecznych czarnych dziur, piloci musieli je omijać, im bardziej szalony pilot, tym krótszą trasą był w stanie przelecieć groźny region. Dlatego mierzenie w jednostkach długości, parsekach, w tym ujęciu ma sens. Co więcej można powiedzieć, że świadczy o umiejętnościach pilota, a nie tylko o osiągach jego statku.

Wróćmy jednak do Starkiller Base (czy wiecie, że we wczesnych wersjach bohaterem Nowej Nadziei miał być Luke Starkiller?) - w filmie nie dowiadujemy się zbyt wiele o tym jak działa, ale wygląda na to, że pochłania ona gwiazdę, by następnie zniszczyć szereg planet w odległym układzie planetarnym.

Neil twierdzi że energia gwiazdy odparowałaby bazę wielkości planety. Ja twierdzę, że mamy na Ziemi tokamaki, które utrzymują pierścień plazmy rozgrzany do 150 milionów stopni. Udaje im się to za pomocą silnego pola magnetycznego, które izoluje rozgrzaną materię od ścian komory. Oceniamy, że temperatura wewnętrz Słońca wynosi niecałe 16 milionów stopni. Tak więc podobny trik, czyli pole magnetyczne, powinien być w stanie uwięzić gwiazdę wewnątrz bazy wielkości planety.

Można się zastanowić, czy tak zgnieciona gwiazda (zakładam gwiazdę podobnych rozmiarów co Słońce), nie zapadnie się i nie powstanie czarna dziura. Jak się jednak okazuje, promień Schwarzschilda dla gwiazdy o masie Słońca, czyli graniczna wartość poniżej której następuje kolaps, wynosi raptem 3 kilometry, więc nie ma obaw, że “amunicja” zapadnie się pod własnym ciężarem. Prędzej problematyczna mogłaby być większa temperatura wywołana przez kompresję gwiazdy do rozmiaru planety. Ale tu wciąż stawiałbym na odpowiednio silne pole magnetyczne. Jeśli ziemska technologia już potrafi tyle, to wierzę w gwiezdnowojennych inżynierów.

Pozostaje jedna kwestia. Teraz, gdy pod nogami osób na Starkiller Base znajduje się masa całej gwiazdy, to przeciętny człowiek będzie ważył jakieś dwadzieścia pięć tysięcy ton. Wiemy jednak, że w świecie Gwiezdnych Wojen istnieje technologia wytwarzania sztucznej grawitacji. Mają ją najprostsze statki, więc nie mam wątpliwości, że taka konstrukcja byłaby odpowiednio przygotowana, by równoważyć ogromne ciążenie gwiazdy. Tym bardziej, że wrząca w głębi bazy plazma to jednocześnie świetne źródło energii.

Podsumowując, o ile w ogóle takie rozważania mają sens jedynie jako hobbystyczna pożywka dla mózgu, to wydaje mi się, że tweet Neila Tysona jest nietrafiony. Poprzednio w podobnej notce rozważałem czy plan Ultrona z Avengers miał sens, jeśli macie pomysły na podobne notki, to chętnie zapoznam się z propozycjami. Tutaj lub na facebookowym fanpage.


niedziela, 31 stycznia 2016

Planeta X - komentarz Węglowego

Newsy o odkryciu nowej planety pojawiają się z pewną regularnością i przyznam, że ignoruję je jak chłopców krzyczących “wilk!”. Dlatego dopiero po tym jak część czytelników mnie zaczepiła zapoznałem się z “odkryciem” M. Browna i K. Batygina. I słusznie, bo chyba coś jest na rzeczy. Nawet jeśli nie można mówić (jak robi to ogromna część prasy) o odkryciu.

W swojej głośnej publikacji analizują oni orbity obiektów w pasie Kuipera. Naturalnie spodziewalibyśmy się, że ich elipsy będą przypadkowo rozłożone w Układzie Słonecznym. Tymczasem wiele z nich jest podobnie zorientowanych. Kluczowa liczba, która przewija się przez prasowe publikacje, to 0,007%. Brown i Batygin twierdzą, że takie właśnie jest prawdopodobieństwo, by taki rozkład powstał przypadkowo. W związku z tym postulują, że planeta, około dziesięciokrotnie cięższa od Ziemi, mogłaby być odpowiedzialna za takie orbity mniejszych obiektów.

Nie znaczy to, że odkryto dziewiątą planetę. Nie znaczy to, że istnieje 99,993% szans, że dziewiąta planeta istnieje. Tylko, że przy odpowiednich założeniach, taki rozkład orbit ma tak małe szanse na powstanie przypadkiem. Naukowcy twierdzą, że to nie przypadek, tylko planeta. To ich hipoteza. Mogą istnieć inne hipotezy - na przykład, że Słońce miliony (setki milionów?) lat temu minęła inna gwiazda i jej oddziaływanie grawitacyjne wpłynęło na te obiekty.


A skoro jesteśmy już przy liczbach, to warto uświadomić sobie o jakich odległościach mówimy. Gdyby Słońce umieścić w miejscu pomnika Adasia na Rynku Głównym, w takiej skali Ziemia byłaby metr dalej (miałaby wtedy rozmiar bakterii), a Jowisz znalazłby się jakieś pięć metrów dalej. Pluton znalazłby się przy wejściu do Sukiennic. Planety X musielibyśmy szukać kilkadziesiąt razy dalej - gdzieś w okolicy biblioteki AGH (1200 jednostek astronomicznych). Nawet jeśli jest ona porównywalnej wielkości z gazowymi gigantami, jej znalezienie będzie nie lada wyzwaniem. To nawet dalej niż pas Kuipera. Planeta X byłaby częścią hipotetycznego obłoku Oorta, z którego mają pochodzić komety długookresowe. Ten najdalszy region Układu Słonecznego sięga aż do Kielc. Dla porównania Alfa Centauri znajduje się trochę dalej niż Warszawa.

Podsumowując, sprawa wygląda tak - mamy coś co nie wygląda na przypadek, więc wypada to zbadać. Na ten moment seksowna hipoteza brzmi - gdzieś tam kryje się nieodkryta planeta. Trzeba jej poszukać. O ile reakcje mediów mogą być irytujące, to w całej sprawie podoba mi się analogia do historii, o której od dawna miałem napisać na blogu. Mówię tu o odkryciu Neptuna.

Ruchy orbitalne Urana nie pokrywały się z przewidywaniami. Dlatego astronomowie zaczęli kalkulować jakiej wielkości i jak daleko położona planeta mogłaby zakłócać ruch Urana w obserwowany sposób. Zanim zaobserwowano ósmą planetę, jej położenie zostało wyznaczone w oparciu o newtonowskie prawo grawitacji. W moim przekonaniu to jeden z najbardziej imponujących tiumfów nauki. Jasnowidze czasem istnieją, ale nie używają kryształowej kuli, tylko metody naukowej. Może tym razem będziemy mieć do czynienia z podobną sytuacją?


Źródła:
Publikacja Browna i Batygina
Kwantowo o planecie X
Evidence found of a posible planet in the outer solar system
Odkryto planetę oddaloną o 6900 AU od swojej gwiazdy - to trzykrotnie dalej niż hipotetyczna planeta X.


środa, 27 stycznia 2016

Rachunek sumienia 2015

Styczeń prawie uciekł, a blog bez rocznego podsumowania… W minionym roku popełniłem 47 notek. Najpopularniejszą okazała się Moja radioaktywna zabawka. Za nią dość niespodziewanie znalazła się Dlaczego samoloty latają na wysokości 10 000m, potem masochistyczna Zjadłem skorpiona z Trinidadu, x-filesowa Tajemnica jeziora Nyos oraz ostatnia notka 2015 Witamy w epoce rakiet wielokrotnego użytku.

Dział wywiadów zdominowały panie. W tym roku rozmawiałem z ekspertką od perfum Klaudią Heintze, biolog profesor Ewą Bartnik i astronom Carolyn Porco.


Z ponad setki obejrzanych filmów 64 widziałem po raz pierwszy. Ogólnie można powiedzieć, że ten rok nie był zachwycający filmowo. Mój Top 5 w raczej przypadkowej kolejności to:
- Mad Max: Fury Road
- Ant-Man
- Tomorrowland
- Marsjanin
- Star Wars: The Force Awakens

Jeśli idzie o tytuły wcześniejsze niż 2015, to na wzmiankę zasługuje What we do in shadows, który jakimś cudem przeleciał pod moim radarem. Polecam z całych sił.

Prognoza na 2016? Filmowo będzie lepiej m.in. dzięki kolejnym ekranizacjom komiksów. Ale co tam filmy… Naukowo będzie z pewnością interesująco. SpaceX odpali rakietę Falcon Heavy oraz powinno przedstawić projekt MCT - Mars Colonial Transporter. W Szwajcarii ma ruszyć pierwsza komercyjna placówka przechwytująca atmosferyczny CO2. Sonda Juno dotrze do Jowisza a Rosetta powinna rozbić się na komecie i tym samym zakończyć swoją historyczną misję. NASA rozpocznie misję OSIRIS-REx - pozyskania próbki z asteroidy.

Problemy klimatyczne dadzą się we znaki. Następstwa pożarów w Indonezji, huragany po ekstremalnym El Nino, trudno powiedzieć jak wielkie będą niepokoje społeczne gdy do katastrof naturalnych dołączą wysokie ceny żywności. Jednocześnie może doczekamy się czegoś nowego w temacie sztucznej inteligencji, nowej wersji Watsona, może usłyszymy o wynikach testów niemieckiego stellaratora - reaktora fuzyjnego nowej generacji.

Kto wie, może nawet Węglowy zbierze pięć tysięcy kciuków na fanpage?


środa, 20 stycznia 2016

SS#17 - W USA dorastają ludzko-zwierzęce chimery

W chwili gdy czytacie ten tekst, w kilku miejscach USA ciężarne krowy i owce noszą w brzuszkach ludzko-zwierzęce chimery. Dzieje się to mimo zakazu fundowania takich badań przez National Institutes of Health (NIH). Jak widać jest to na tyle pociągające, że i bez ich finansowania udało się zorganizować takie eksperymenty.

W ciągu ostatniego roku, tylko na terenie Stanów Zjednoczonych, rozpoczęto hodowlę co najmniej 20 chimer posiadających ludzkie i nieludzkie DNA… Wystraszeni? Niesłusznie. Nie mogłem się opanować przed potraktowaniem Was odrobiną strasznego tonu. W rzeczywistości nikt nie hoduje potworów. Docelowo chodzi o całkiem normalne zwierzęta, w ciałach których mają rozwinąć się pojedyncze ludzkie organy. Jednak z racji przesadnych według wielu naukowców i oczywistych według opinii publicznej obaw, żadna z tych ciąży nie osiągnie końca.

Przypadki chimeryzmu zdarzają się w naturze. Lydia Fairchild usłyszała, że nie jest matką swoich rodzonych dzieci po badaniach DNA, które miały zweryfikować ojca. Później okazało się, że jej organy rozrodcze były genetycznie odmienne od jej krwi. Jak się okazało, kobieta była swoją własną bliźniaczką - jej organizm wykształcił się z połączenia dwóch zygot. Lydia Fairchild przeżyła całe życie w dobrym zdrowiu.

W przypadku prowadzonych właśnie eksperymentów zjawisko takie wymusza się manipulując kilkudniowymi embrionami zwierząt. Już w poprzedniej dekadzie naukowcy pokazali jak wyhodować dodatkowe oczy lub kończyny u płazów (wybranych ze względu na ich zdolności regeneracji). Polegało to na wszczepieniu komórek macierzystych w odpowiedni punkt ciała lub embrionu i “programowaniu” ich tak by odpowiednio się rozwijały. Przez programowanie, w wielkim uproszczeniu rozumiem wstrzykiwanie białek, które włączają partie DNA odpowiedzialne za rozwijanie oka lub nogi.

Teraz naukowcy modyfikują DNA świni lub owcy tak, by były genetycznie niezdolne do wykształcenia np. wątroby, po czym umieszczają w embrionie ludzkie komórki, które mają wykształcić brakujacy organ. Mam nadzieję, że nie muszę podkreślać ani ogromnego niedoboru organów do przeszczepu, ani tego jak kłopotliwe jest życie po przeszczepie. W idealnym układzie mówimy o śwince, w której np. bije serce, które będzie zgodne z docelowym biorcą. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale wydaje się realne i najlepsze na ten moment.

W tym kontekście, etyk NIH bijący na alarm i mówiący o widmie inteligentnej myszy, siedzącej gdzieś w laboratorium i krzyczącej “chcę wyjść” jest delikatnie mówiąc niepoważny. Nie mam nic przeciwko ich obawom wobec zmian “stanu kognitywnego” zwierząt. Ale już ponad dwa tysiące lat temu Hipokrates napisał “Trzeba wiedzieć, że z mózgu samego płyną nasze przyjemności, radość, śmiech, wesołość, a także nasze smutki, ból, żałość i łzy...”, więc utrudnianie tych konkretnych badań wydaje się niestosowne.

Jednocześnie MIT Technology Review słusznie zwraca uwagę, że w badaniach już od jakiegoś czasu używa się “zhumanizowanych” zwierząt. Na przykład myszy z ludzkim systemem immunologicznym, na których można badać różne leki i terapie. Myszy takie tworzy się poprzez przeszczepianie fragmentów ludzkiej grasicy i wątroby do nowonarodzonych zwierząt. Powstają po to by chorować i być leczonymi na różne sposoby, często nieskuteczne lub szkodliwe.

Miliony zwierząt na całym świecie jest hodowanych z myślą o wylądowaniu w naszych żołądkach, teraz niektóre z nich mogą być hodowane z myślą o tym by skończyć częściowo w naszych klatkach piersiowych. Zanim jednak do tego dojdzie naukowcy muszą się upewnić, że świnia, oddzielona od człowieka 90 milionami lat ewolucji może przetrwać z ludzkim sercem. Samo badanie niedonoszonych płodów nie wystarczy.


Źródła:
MIT Technology Review
Daily Tech