poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Tajemnica jeziora Nyos

Jest to historia rodem “Z Archiwum X”. Rankiem 22 sierpnia 1986 młody Kameruńczyk ruszył swoim rowerem do wioski Nyos. Po drodze zauważył padniętą antylopę. Zdziwienie pojawiło się jednak dopiero gdy minął martwe szczury i martwego psa. Kiedy dotarł do zabudowań chciał spytać mieszkańców, czy wiedzą co stało się ze zwierzętami. Wszyscy byli martwi. Śmiertelnie przerażony rzucił się do ucieczki.

Nim wrócił do swojej wsi, dotarli do niej też pojedynczy ludzie, którym w nocy udało się uciec z Nyos i okolicznych osad. Opowiadali o tym jak ludzie i zwierzęta padały dookoła, jak nie mogli złapać oddechu, nie mogli krzyczeć a na ich ciałach pojawiały się rany i jak ogarniała ich słabość.

W sumie w czasie feralnej nocy zginęły praktycznie wszystkie zwierzęta w promieniu 25 kilometrów od jeziora. Poza niemal dwoma tysiącami ludzi i trzema i pół tysiącami sztuk bydła, padły niezliczone dzikie zwierzęta, ptaki, owady… Przypominam, był to rok 1986, rzecz miała miejsce w słabo rozwiniętym Kamerunie. Minęło trochę czasu nim na miejsce dotarli naukowcy z Francji, USA i innych krajów. Badania ofiar nie były zbyt pomocne. Ciała nie miały znamion uszkodzeń, krwawienia, choroby, czy użycia broni chemicznej. Nie widać było również oznak cierpień, wydawało się, że ofiary po prostu padły bez życia. Wyglądało jakby nagle na dużym terenie masa ludzi udusiła się z powodu CO2. To właśnie rozmieszczenie ofiar było pierwszą wskazówką, że leżące w centrum katastrofy jezioro mogło być przyczyną koszmaru.

Co ciekawe, wśród okolicznych plemion jezioro Nyos cieszyło się złą sławą już wcześniej. Krążyły wśród nich legendy o tym, że złe duchy wyłoniły się z jeziora i zabiły ludzi u wybrzeży (a nie mówiłem, że to brzmi jak odcinek “Z Archiwum X”?). Nie tylko obszar wskazywał na jezioro, ale również fakt, że im bliżej wody, tym mniej osób ocalało. Z wioski Nyos liczącej 800 mieszkańców przeżyło jedynie sześć osób. Wreszcie samo jezioro, zwykle przejrzyście niebieskie, przybrało złowieszczo mętną czerwoną barwę.

U ofiar, poza symptomami zatrucia dwutlenkiem węgla, dostrzeżono również ślady zatrucia wodorem i siarką. Wiadomo było, że Nyos jest jeziorem kraterowym, to jest powstałym w kalderze nieczynnego wulkanu. Naturalnie zatem podejrzewano, że mogło dojść do erupcji. Jednak wybuch wulkanu, dość silny by wyemitować tyle zabójczych gazów, byłby bardzo gwałtowny i towarzyszyłaby mu silna aktywność sejsmiczna. Tymczasem nie odnotowano niczego takiego.

Badania jeziora wykazały wysoką zawartością żelaza w wodzie przy powierzchni (stąd barwa i mętność). Z reguły bogata w żelazo woda znajdowała się bliżej dna. Ponadto woda była mocno nasycona CO2 - próbki pobierane z głębokości kilkudziesięciu metrów (Nyos ma głębokość ponad dwustu metrów) wręcz buzowały i pieniły się gdy wyciągano je na powierzchnię. Im bliżej dna, tym rejestrowano więcej CO2. Gromadzenie dwutlenku węgla na dnie jezior nie jest niczym nietypowym, wyjątkowa była jego ilość w przypadku Nyos. Jest to efekt złożenia kilku okoliczności - słabych wiatrów, jednolitej i stabilnej temperatury, oraz znacznej głębokości jeziora. Powstrzymuje to normalną konwekcję, która by “rozładowywała” nadmiar CO2.

Nie ma pewności co było bezpośrednią przyczyną - podejrzewa się niewielkie osunięcie ziemi. Natomiast nie budzi wątpliwości fakt, że w pewnym momencie kilkaset tysięcy ton CO2 wydostało się na powierzchnię jeziora. W tej krótkiej chwili poziom Nyos opadł o ponad metr, a niewidzialna chmura spłynęła (dwutlenek węgla jest półtora raza gęstszy od powietrza) na okolicę gasząc paleniska, lampy oliwne i życie niemal dwóch tysięcy ludzi.

By zapobiec temu w przyszłości, obecnie regularnie wywołuje się kontrolowane odgazowywanie dna. Wystarcza do tego pionowa rura, za pomocą której wypompowuje się trochę wody z dna, na tyle by sama zaczęła buzować. Następnie nagromadzony gaz sam ucieka na powierzchnię.


Źródła:
https://en.wikipedia.org/wiki/Lake_Nyos
http://www.neatorama.com/2007/05/21/the-strangest-disaster-of-the-20th-century/
http://news.vanguardcameroon.com/2009/09/lake-nyos.html
http://news.bbc.co.uk/onthisday/hi/dates/stories/august/21/newsid_3380000/3380803.stm
http://www.geo.arizona.edu/geo5xx/geos577/projects/kayzar/html/lake_nyos_disaster.html


niedziela, 16 sierpnia 2015

Dlaczego samoloty latają na wysokości 10 000m

Czytelnicy tego bloga z pewnością znają grafikę (różne jej warianty) wyjaśniającą “czemu samoloty latają”. Większość pewnie zna również jej humorystyczną przeróbkę.

W tej notce chcę pokrótce napisać dlaczego samoloty rejsowe z reguły latają na wysokości około dziesięciu kilometrów (9km - 12km) z prędkością około 250 metrów na sekundę. Wynika to w dużej mierze z tych czterech czynników, które przedstawiono na wspomnianej grafice.

Kluczowa jest oczywiście siła nośna - odpowiedni kształt skrzydła samolotu sprawia, że jeśli odpowiednio go rozpędzimy, więcej cząsteczek powietrza będzie napierać na jego dolną powierzchnię a mniej na górną, w efekcie pchając samolot do góry i równoważąc jego ciężar. Mamy jeszcze dwie poziome strzałki - opór powietrza oraz ciąg silników. Powietrze uderzające w przód samolotu próbuje go zatrzymać, powietrze wyrzucane z silników popycha go do przodu.

Gęstość powietrza maleje wraz z wysokością, w związku z tym im wyżej się wznosimy, tym mniejszy opór stawia powietrze. Mniejsze tarcie, więc i zapotrzebowanie na energię by latać takim samolotem. Jeśli jednak wzniesiemy się za wysoko, powietrze stanie się zbyt rzadkie by siła nośna mogła przezwyciężyć siłę grawitacji. Zatem istnieje jakiś kompromis między tymi dwoma czynnikami. Dla typowego samolotu pasażerskiego, przypada on między wysokością dziewięciu a dwunastu kilometrów.

Problem mniejszej gęstości powietrza można nadrobić lecąc szybciej, ale prędkość również jest obustronnie ograniczona. Lecąc zbyt wolno, tracimy siłę nośną, co w lotnictwie nazywa się przeciągnięciem. Im wyżej znajduje się samolot, tym większa jest minimalna prędkość, która pozwoli mu utrzymać się w powietrzu. Prędkość ograniczona jest też drugiej strony. Zbliżając się do prędkości dźwięku natrafimy na masę problemów - ogromny opór powietrza, temperatura, sonic boom - mogą one wręcz zniszczyć samolot. Co więcej, im wyżej tym prędkość dźwięku jest niższa. W efekcie otrzymujemy taki oto obrazek:


Do tego dochodzą jeszcze liczne niuanse technologiczne. Powietrze na tych wysokościach jest mniej turbulentne niż niżej. Gęstość powietrza wyznacza również ilość tlenu spalanego w silnikach. Jako że niebo jest pełne samolotów, projektanci zadbali o jak najlepszą wydajność - skrzydła, wysokość, silniki, wszystko dostrojone jest tak, by optymalnie zużywać paliwo. To znaczy latać z prędkością około 250 metrów na sekundę, na wysokości dziesięciu kilometrów nad ziemią.


wtorek, 4 sierpnia 2015

Epigenetyka i dziedziczenie

A teraz coś z trochę innej beczki. Wpis gościnny w wykonaniu Łukasza Sakowskiego, autora Polowania na zdrowie. Zajrzyjcie na jego bloga i jeśli Was zainteresujcie zacznijcie go śledzić. Tymczasem kilka słów o epigenetyce i dziedziczeniu.


Zapewne wiecie, że dziedziczymy geny po rodzicach. W procesie rekombinacji powstaje nowy genotyp. Być może słyszeliście też o dziedziczeniu mitochondrialnym, gdzie mitochondria, jak i mitochondrialne, koliste DNA otrzymujemy tylko od matki – męskiego DNA mitochondrialnego plemnik pozbywa się wnikając do oocytu (rozrodczej komórki żeńskiej), stąd też dla zarodka pozostaje mtDNA oocytarne, matczyne. A słyszeliście kiedykolwiek o dziedziczeniu pozasekwencyjnym, epigenetycznym, nie związanym z sekwencją nukleotydów? Epigenetyka bada pozasekwencyjną informację genetyczną. Co to znaczy? DNA posiada określoną sekwencję, ciąg zasad azotowych (guanina, adenina, cytozyna, tymina), połączonych z deoksyrybozą i ufosforylowanych. Sekwencja to jednak nie wszystko. Trzeba ją odczytywać. Najpierw za pomocą transkrypcji konwertując DNA do RNA, a następnie w akcie translacji, gdzie informacja genetyczna za pomocą kodu genetycznego przepisywana jest z RNA na białka o określonej aktywności biologicznej i funkcjonalności.

Ekspresja informacji genetycznej zależy od różnych czynników. Głównymi, a przynajmniej najlepiej poznanymi jest metylacja DNA, czyli dołączanie grupy metylowej do wysp CpG (odcinków bogatych w guaninę i cytozynę) oraz modyfikacje histonów – białek, na które nawinięta jest nić DNA. Ponadto wymienić można mikro RNA (miRNA). Są to bardzo krótkie odcinki RNA normalnie transkrybowane, zwiększające lub obniżające aktywność translacji określonych genów. Jeśli mowa o metylacji to im bardziej jest intensywna, tym dany gen będzie odczytywany z mniejszą ekspresją, im niższa, tym aktywność tego genu będzie większa. Modyfikacje histonów mogą różnie wpływać na ekspresję, zmieniając dostępność do nici DNA czynnikom transkrypcyjnym. To wszystko wiadomo już od dawna. Nowością ostatnich lat jest natomiast odkrycie dziedziczenia pozasekwencyjnego. Wcześniej myślano, że zmiany epigenetyczne są nakładane raz na całe życie w okresie przed zapłodnieniem i we wczesnym stadium zarodkowym. Okazuje się jednak, że te pozasekwencyjne, epigenetyczne zmiany mogą być dziedziczone.

Naukowców zastanawiały zajścia, kiedy to mając zwierzę i jego klon, jeden posiadał charakterystyczne inne cechy od swojego pierwowzoru. Przykładem było umaszczenie sierści kota. Inną zastanawiającą sytuacją są bliźniacy jednojajowi, u których występują znaczne różnice w fenotypie. W końcu sekwencja DNA jest taka sama, więc klon czy brat bliźniak nie powinni się różnić aż tak bardzo. Badacze skupili się też na ofiarach Zimy Głodu w Holandii z 1944 roku. Dzieci, które w momencie wystąpienia głodu były 10 tygodni przed urodzeniem nie wykazywały znaczących, specyficznych cech, natomiast dzieci, które w momencie wystąpienia głodu były 10 tygodni po poczęciu zaznały istotnych różnic w regulacji ekspresji DNA. Jak to się objawiało? Przykładem była wzmożona ekspresja genów kodujących enzymy odpowiedzialne za gromadzenie tłuszczu w tkance tłuszczowej. Ślady głodu ,,wymusiły’’ to na aparacie genetycznym zarodka.

Epigenetyka jest stosunkowo nowym działem genetyki. Dlatego cały czas prowadzone są przełomowe badania w tej dziedzinie. W roku 2014 opublikowano badania Kerry’ego Resslera i Briana Diasa gdzie jednoznacznie wykazano dziedziczenie epigenetyczne u myszy. Praca nosi tytuł Parental olfactory experience influences behavior and neural structure in subsequent generations. Autorzy kojarzyli szczurom zapach acetofenonu z elektrowstrząsami, co modyfikowało ekspresję receptora M71 w opuszce węchowej, z uwagi na obniżoną metylację genu kodującego owy receptor (gen Olfr151). Przykre doświadczenia miały miejsce przed poczęciem. Następnie kojarzono uczulane samce z nieuczulanymi samicami, nieuczulane samce z uczulanymi samicami w różnych konfiguracjach – z zapłodnieniem in vitro, z podrzucaniem młodych matkom adopcyjnym od matek surogatek itp. w celu wykluczenia dziedziczenia społecznego. Przeprowadzono też kojarzenie w celu uzyskania kolejnego pokolenia. Okazywało się, że dzieci oraz wnukowie uczulanych szczurów również posiadały wzmożoną ekspresję receptora M71 i obniżoną metylację genu Olfr151 oraz specyficznie reagowały na uczulany czynnik (acetofenon).

Wiadomo więc, że nasilenie ekspresji różnych genów także może być dziedziczone. A ponieważ na ekspresję tę wpływają czynniki środowiskowe, to znaczenie ma tutaj także okres przed poczęciem nowego osobnika. Jeśli więc myślimy, że paląc papierosy czy pijąc alkohol przed zajściem w ciążę nie szkodzimy przyszłemu dziecku, to grubo się mylimy. I to zarówno ze strony ojca, jak i matki. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że dziedziczenie epigenetyczne jest istotnym uzupełnieniem Teorii Ewolucji Biologicznej, wyjaśnia bowiem zjawiska takie jak atawizmy czy obniżanie z pokolenia na pokolenie ekspresji różnych genów, gdzie przykładowo walenie posiadają geny kodujące kończyny tylne. Rzecz w tym, że ekspresja tychże genów została w toku ewolucji wyciszona. Nasilenie mukowiscydozy także może zależeć od czynników epigenetycznych.

Powinniśmy doceniać istnienie mechanizmów epigenetycznych i fakt, że są dziedziczone oraz fakt, że możemy je modyfikować czynnikami środowiskowymi. Wykazano, że zbilansowane, właściwe odżywianie, sen czy aktywność fizyczna wpływać będą na ekspresję różnych genów. Przykładowo, odpowiednio się wysypiając, zwiększamy ekspresję czynnika BDNF odpowiedzialnego za różnicowanie się nowych neuronów. Można więc półżartem stwierdzić, że mechanizmy epigenetyczne to drobne wynagrodzenie tego, że na sekwencję DNA otrzymywaną od rodziców wpływu nie mamy.




Grafika: Wikimedia Commons 
(Bradbury J: Human Epigenome Project—Up and Running. PLoS Biol 1/3/2003: e82. http://dx.doi.org/10.1371/journal.pbio.0000082)

czwartek, 23 lipca 2015

Bliźniaczka Ziemi jest stara i gruba

Znaleźliśmy już planety podobnej wielkości co Ziemia, znaleźliśmy też o podobnych do Ziemi orbitach, oraz znaleźliśmy planety okrążające podobne gwiazdy. Kepler-452b łączy wszystkie te cechy… Dlatego miano “Ziemi 2.0”, którym do tej pory określano Keplera-186f z pewnością przejdzie teraz na skalistego grubaska.

Wpierw słówko o poprzedniej “bliźniaczce Ziemi” (termin “siostra” byłby lepszy, ale tak zwyczajowo mówi się o Wenus, stąd choć urodzone w innym miejscu i czasie analogi Ziemi utarło się nazywać bliźniaczkami). K-186f też znajduje się w ekosferze acz na jej zewnętrznej krawędzi, a jej promień jest zaledwie 11% większy od Ziemskiego. Masa jest trudna do ustalenia. Porównanie rozmiarów tutaj. Haczyk w tym, że orbituje wokół czerwonego karła, co może być kłopotliwe dla ewentualnych form życia. Dlatego astronomowie od dawna zacierali rączki na myśl o odkryciu planety takiej jak Kepler-452b.

I tu jednak nie obędzie się bez haczyków. Planeta jest aż 60% większa od Ziemi, na ten moment trudno określić jej masę, ale z pewnością będzie znacznie większa (gdyby miała taki sam skład jak nasza, byłaby czterokrotnie cięższa). Orbituje troszkę dalej niż Ziemia, ale gwiazda Kepler-452 jest 4% cięższa od Słońca i 10% jaśniejsza, co za tym idzie, “bliźniaczka” jest troszkę bliżej wewnętrznej krawędzi ekosfery niż Ziemia. Gwiazdy jaśnieją wraz z wiekiem a ta jest półtora miliarda lat starsza od naszej. Będzie dla astronomów pewnym przybliżeniem tego jak może wyglądać przyszłość naszej planety.

Czy było tam życie? Czy w przeszłości była podobna do Ziemi? Oczywiście nie wiemy i jeszcze długo się nie dowiemy. Ale można sądzić, że w przeciwieństwie do Marsa jest po dziś dzień gorąca i aktywna wulkanicznie, być może ma pole magnetyczne, a nawet jeśli go nie ma i nawet jeśli około 10% większa energia dostarczana przez gwiazdę sprawiła, że cała woda (jeśli tam jest) została zamieniona w parę, to ze względu na dużą masę nie uleci w kosmos. Jednocześnie może to oznaczać, że w przeszłości też nie było to nader gościnne miejsce - aktywne tektonicznie, pełne wulkanów, siarki, dwutlenku węgla, gdzie albo nie było oceanów bo było zbyt gorąco, albo pokrywały one całą powierzchnię planety, gdzie grawitacja nie pozwalała na takie zróżnicowanie wysokości terenów jak na Ziemi. Wszystko to jednak spekulacje. Jak na razie po raz kolejny potwierdza się, że Ziemia nie jest wyjątkiem, a w kosmosie są miliardy miliardów planet.

Bliźniaczki Ziemi są bardzo trudne do odkrycia współczesnymi metodami. Prawdopodobieństwo ich tranzytu jest bardzo małe (0,29%), do tego będzie on miał miejsce raptem raz na tych około 365 dni… Teleskop Keplera działał na pełnych obrotach niestety tylko trochę ponad planowane 3,5 roku. Tak więc wyłowienie tych trzech, maksymalnie czterech tranzytów na tarczy dużej gwiazdy było niezwykle trudne. Dla porównania w przypadku Keplera-186f w tym samym czasie miało miejsce 11 tranzytów i to znacznie łatwiejszych do wychwycenia gdyż przechodził on przez tarczę dwa razy mniejszej gwiazdy.

Innymi słowy “bliźniaczek” na pewno są miliardy - starszych młodszych, mniejszych, większych i takich całkiem jednakowych. Ale ich szukanie to cholernie ciężka robota. Jest sporo danych z Keplera, których jeszcze nie przeanalizowano, ale tak naprawdę trzeba czekać na kolejne, bardziej zaawansowane instrumenty, którym łatwiej będzie szukać takich planet.


Źródła:
http://www.nasa.gov/keplerbriefing0723
http://www.nasa.gov/press-release/nasa-kepler-mission-discovers-bigger-older-cousin-to-earth
http://www.nasa.gov/ames/kepler/earths-bigger-older-cousin-artistic-concept
http://www.nasa.gov/ames/kepler/kepler-452-and-the-solar-system

Grafiki:
NASA/Ames/JPL-Caltech/T. Pyle
NASA Ames/JPL-CalTech/R. Hurt
NASA Ames/J. Jenkins


niedziela, 19 lipca 2015

Sezonowe argumenty i zombie-mity

Słuchając denialistów z różnych dziedzin trudno nie odczuwać regularnego deja vu. W temacie GMO cyklicznie wynurzają się “rakowate szczury Seraliniego” choć każdorazowo naukowcy cierpliwie wyjaśniają bylejakość tamtych badań i co rok wskazują na rosnącą liczbę badań potwierdzających bezpieczeństwo żywności GMO. W kwestii szczepionek, mimo że fałszerstwo Wakefielda odkryto lata temu, temat autyzmu wraca jak bumerang. Z ewolucją jest nawet jeszcze zabawniej. Kreacjoniści krzyczą “pomiędzy A i C jest brakujące ogniwo”. Kiedy pokazuje się im skamielinę B, krzyczą “pomiędzy A i B jest brakujące ogniwo i między B i C jest brakujące ogniwo”.

W kwestii klimatu (podobnie jak szczepionek) jest garść “argumentów” które wracają niczym grypa. Wulkany, kiepskie modele, wcześniejsze zmiany, oraz Słońce i nowa epoka lodowcowa. Dzisiejszy wpis, będzie krótki i tyczy się tego ostatniego. Znów sieć obiegła informacja o rzekomej małej epoce lodowcowej, która ma nadejść już za 15-20 lat. Najbardziej obrzydziło mnie chyba TVN meteo, gdzie nie tylko przepisano te głupoty, ale zrobiono to byle jak, bezmyślnie i wybiórczo. Zanim jeszcze przejdę do konkretów... Co to znaczy, że “aktywność słoneczna spadnie o około 60%”?! Bez jakiegokolwiek sprecyzowania nie wiadomo czy będzie 60% ciemniej, czy 60% zimniej. Według nowej bohaterki denialistów - Walentiny Zharkowej - to aktywność magnetyczna spadnie o około 60%. Pani profesor zajmuje się Słońcem i sama nigdy nie zająknęła się na temat małej epoki lodowcowej. Cały ten szum dopisały czubki pozbawione jakichkolwiek argumentów i dziennikarze głodni łatwej sensacji.


Wkurza mnie to podwójnie, bo to nie tylko powtarzanie zgranego argumentu, ale również manipulacja. I to manipulacja wyjątkowo nośna, bo kto z nas nie słyszał o tym, że w latach 70 “naukowcy ogłaszali, że nadejdzie zlodowacenie”? Sam nie negowałem tego swojego czasu, bo słyszałem to tyle razy, że nie przyszło mi do głowy by to zweryfikować. W rzeczywistości jednak opinia, że nadchodzi ochłodzenie nigdy nie była dominująca w środowisku naukowym. Istotnie, były takie głosy, ale zawsze stanowiły one mniejszość. W okresie między 1965 a 1979 rokiem, 62% publikacji przewidywało ocieplenie, jedynie 10% sugerowało, że może dojść do oziębienia. Media oczywiście podchwyciły sensacyjną mniejszość.

Nie bez powodu. Już w 1859 (!) John Tyndall odkrył, że niektóre gazy przechwytują promieniowanie podczerwone i zasugerował, że zmiana koncentracji gazów atmosferycznych mogłaby spowodować zmiany klimatyczne. W 1896 Svante Arrhenius opublikował pierwszą pracę naukową, w której szacował wpływ dwutlenku węgla na efekt cieplarniany i jego wpływ na zmiany klimatyczne. Choć nie podnosi alarmu, jasno sugeruje, że ogromne ilości spalanego przez ludzi węgla nie są obojętne. Niedługo minie 120 lat od tej publikacji. Bardziej alarmowe tony pojawiają się w latach 30. Innymi słowy globalne ocieplenie nie jest tematem nowym. W latach 70 sensacją mogło być ogłaszanie epoki lodowcowej, nie katastrofalnego ocieplenia.


Tyle ze strony medialnego paskudztwa. W kwestiach merytorycznych upatrywanie przyczyn globalnego ocieplenia w Słońcu już dawno obalono. Skeptical Science określa to wręcz mianem “mitu zombie”. Po pierwsze rozbieżność temperatur i aktywności Słońca wykazano już szereg lat temu. Po drugie powstał szereg badań rozważających jaki wpływ na klimat miałoby duże, długie osłabienie aktywności naszej dziennej gwiazdy. Wszystkie jednoznacznie wskazują, że w najlepszym wypadku oziębienie wyniosłoby raptem 0,3‘C. O trzy dziesiąte stopnia, to moi drodzy, podgrzewamy planetę w ciągu dziesięciu lat. Tak więc nawet jeśli trafi się nam długie minimum, ludzkość wciąż jest na dobrej drodze by podgrzać planetę o 4’C do roku 2100.


Źródła:
http://www.rsc.org/images/Arrhenius1896_tcm18-173546.pdf
http://www.skepticalscience.com/ice-age-predictions-in-1970s.htm
http://www.skepticalscience.com/no-sun-isnt-going-to-save-us-from-global-warming.html
http://www.msnbc.com/msnbc/new-ice-age-study-hot-air
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-nadchodzi-globalne-ochlodzenie-77?t=2
https://www.aip.org/history/climate/timeline.htm


piątek, 17 lipca 2015

Ant-Man

Kolejny wielki sukces Marvela. To kolejna historyjka o narodzinach superbohatera, ale zrealizowana z lekkością, humorem i przede wszystkim w konwencji heist movie, co nadaje jej świeżości.

Ant-Man jest bardzo stonowany. Nie jest huraganem akcji ani jedną wielką błazenadą. Jest historia i są bohaterowie, którym chce się kibicować; akcja i gagi są tylko dodatkiem. Nie znany mi wcześniej Paul Rudd wzbudza sympatię od pierwszych minut, jest zabawny w niewymuszony sposób i świetnie ogląda się jego wejście w świat marvelowskich superbohaterów. Michael Douglas uświetnia swoim występem film, podobnie jak Robert Redford w przypadku Winter Soldiera. Grany przez Douglasa Hank Pym jednakże nie przewija się tylko przez ekran, ale jest bardzo aktywną postacią. Evangeline Lilly jako jego córka i Corey Stoll jako główny łotr nie zachwycają, ale też nie rażą.

W całym filmie czuć rękę Edgara Wrighta, który ostatecznie zrezygnował z reżyserii. Żarty to nie tylko slapstick i dialogi, ale też operowanie obrazem. Jestem bardzo ciekawy ile z tego zawdzięczamy Wrightowi i jak wyglądałby Ant-Man w jego wykonaniu. Jeśli miałbym wspomnieć jakieś potknięcia, to byłoby to pewnie pójście na skróty w kilku kwestiach. Z reguły nie mam instynktu zgadywania co też wydarzy się później na ekranie. Tu jednak momentami zabrakło subtelności tak bardzo, że można powiedzieć “aha to znajdzie odbicie w trzecim akcie filmu”.

To jednak drobiazgi. W kinie bawiłem się świetnie. Wielbiciele heist movies będą zachwyceni, bo zależnie od tego jak liczyć mamy tu nie jedno, ale trzy włamania. Wszystkie wymagają planowania i przygotowań. Oczywiście każdorazowo rzeczy nie idą zgodnie z planem. Do tego Ant-Man fantastycznie wpasowuje się w komiksowe uniwersum. Nic nie jest wymuszone, mniejsze i większe związki z pozostałymi filmami wypadają fajnie i są podyktowane fabułą. Brawo.

Co by tu jeszcze… Efekty wypadły bardzo dobrze. Są momenty gdzie CGI jest bardzo widoczne, w kilku scenach jednak trudno się nie zachwycić, szczególnie wnętrze rur kanalizacyjnych zrobiło na mnie wrażenie realizmem. Jeśli tylko pominąć miniaturowego ludzika i jego armię mrówek. Ach tak! Mrówki! Są przeurocze i uwielbiam relacje głównego bohatera z małymi insektami. Warto w ogóle powiedzieć, że czuję się w pełni usatysfakcjonowany tym jak wykorzystano potencjał bohatera, który może się zmniejszać.

Nie ma co się rozpisywać. Ant-Man nie kipi akcją, nie kipi też humorem. Jedno i drugie jest w filmie w rozsądnych ilościach. Jeśli miałbym określić go jednym słowem byłoby to “uroczy” lub “czarujący”.


poniedziałek, 6 lipca 2015

Wstydź się, Sky News

Obce życie na komecie, mówią naukowcy

Taki oto nagłówek serwuje ludziom Sky News. W sumie to nic nowego, że również w kwestii raportowania osiągnięć naukowych dziennikarze polują na łatwe kliknięcia. Z drugiej strony po dużych markach typu BBC, CNN czy Sky nie spodziewałbym się tego. No ale cóż zrobić, oto oświadczenie Urzędu Kontroli Plotek:

“Dowody na obce życie na komecie są jednoznaczne” - tak mówią profesor Chandra Wickramasinghe i jego kolega doktor Max Wallis. Haczyk w tym, że ani Philae, ani Rosetta nie mają aparatury mogącej potwierdzić (lub wykluczyć!) obecność życia na 67P. Wykryto natomiast ciemny osad bogaty w związki organiczne, tj złożone cząsteczki węgla. Ciemny osad pokrywa lód w licznych punktach na powierzchni komety. Naukowcy twierdzą, że ten ciemny materiał jest stale uzupełniany w miarę jak energia słoneczna “wygotowuje” go z powierzchni, co ma wskazywać na działalność organizmów żywych lub wirusów.

Ufff… Delikatnie mówiąc, to daleko idące wnioski oparte o bardzo wątłe dowody. W tym świetle tym gorzej brzmi komentarz prof. Wickramasinghe wspominającego, że w czasie planowania misji Rosetty 15 lat temu, proponował niedrogi eksperyment (urządzenie), który mógłby wykryć życie. Czy tylko dla mnie brzmi to jak rozżalenie?

Na koniec jeszcze jedno słowo komentarza. Nie wykluczam istnienia ekstremofili na kometach. Istnieją niemałe przesłanki, że asteroidy i komety mogły przyczynić się do wykształcenia życia na Ziemi. Ale na Carla Sagana, nie opowiadajmy, że skoro na Wenus są chmury, to muszą tam być dinozaury!