sobota, 28 kwietnia 2012

W skrócie - Iron Sky



Najkrócej: Marsz do kina!

Triumf niezależnego kina, w którym nie czuć braku kasy pomimo natłoku efektów. Niestety całość jest dość nierówna - bywa cholernie zabawnie, kiedy indziej jednak jest infantylnie. Sporo fajnych wjazdów na ju-es-ej.
Wychodzi też miejscami brak doświadczenia reżysera - finał zamiast być jazdą w napięciu hamuje niepotrzebnie w kilku miejscach.
Laibach gra świetnie, nie pojmę jednak czemu "B Mashina" brzmi w filmie. Obsada kapitalna, seksowne nazistki i Udo Kier :). Idźcie bo nie wiem kiedy znowu będzie można zobaczyć bitwę kosmiczną z nazistami.

środa, 25 kwietnia 2012

Planetary Resources

Najlepsze wykonanie ever:
My Funny Valentine




Shit just got real. Wczoraj odbyła się konferencja Planetary Resources. Nie była tak podniosła ani tak poetycka jak przemówienie JFK z 1962, ale jej waga może okazać się podobna. Tydzień temu, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o firmie planującej wydobywać surowce z asteroid, w którą zaangażowani mieli być giganci tacy jak Larry Page, James Cameron, Peter Diamandis, zapanowała „lekka” konsternacja. Informacje nie były oficjalne, a pomysł wydawał się tak szalony, że nie wiadomo było czy to viralowa reklama nowego filmu, wybieg promujący nową książkę Diamandisa czy przeciek ze scenariusza prequela Avatara.

Tymczasem to prawda. Po konferencji mogę powiedzieć, że perspektywa eksploatacji asteroid jest równie ambitna co realna. Tak bardzo realna, że pierwsze starty odbędą się w ciągu 24 miesięcy. Będzie to pierwszy krok wieloletniego procesu. Flota niewielkich prywatnych teleskopów Arkyd Series 100 będzie oceniać zasoby i przydatność ponad 9000 asteroid w pobliżu Ziemi o rozmiarach ponad 30 metrów (981 mierzy ponad kilometr). Dodatkowo teleskopy te mają być również dostępne w przystępnych cenach dla firm, placówek naukowych a nawet w zasięgu prywatnych osób. Potem przyjdzie czas na Arkyd Series 200 - seria będzie mieć ograniczony napęd oraz dodatkowe instrumenty, pozwalające lepiej zbadać potencjalne cele podczas ich przelotów między Ziemią a Księżycem. Akryd Series 300 będą wchodzić na orbity poszczególnych asteroid, dokonywać dokładnych pomiarów i przygotowywać misje wydobywcze. 

Pierwsze w kolejce będą obiekty bogate w lód. Na jednym z nich ma powstać stacja paliw. Woda rozbita na tlen i wodór stanowi idealne paliwo, nie tylko dla misji wydobywczych – można by dzięki niej zaopatrywać w wodę i paliwo misje naukowe, chociażby na Marsa oraz obecną i przyszłe stacje kosmiczne. Pojedyncza 500-metrowa asteroida bogata w wodę może zapewnić dwustukrotną ilość paliwa potrzebną by zatankować wszystkie rakiety odpalone w historii ludzkości. Warto dodać, że taka stacja oznaczałaby możliwości niemal swobodnej podróży po Układzie Słonecznym - jak tylko opuścimy powierzchnię Ziemi, nie będzie już wielkiej różnicy między kosztem lotu na Marsa, Europę czy Neptuna.

Podobnej wielkości obiekt bogaty w platynowce (np. pallad, osm, iryd, platyna) zawiera 150% całych zasobów tych metali na powierzchni Ziemi. Tak naprawdę to już dzisiaj wydobywamy te metale z asteroid – rzadkie, ciężkie metale w czasie formacji planety zstąpiły do jądra (sic!). To co wydobywamy na powierzchni to pozostałości po bombardowaniu meteorytów w ciągu miliardów lat. Nie bez powodu Peter Diamandis wspomniał, że „garniec złota na końcu tej tęczy, będzie naprawdę duży”. 

Bardzo sensownie wygląda też planowane podejście do pojazdów Planetary Resources. Eric Anderson kilkukrotnie porównywał je do szwajcarskich scyzoryków. Seria Akryd będzie tania i wzbogacana o kolejne funkcjonalności. Nawet jako teleskopy będą gotowe do obserwacji zarówno obiektów pozaziemskich jak i powierzchni Ziemi. Następnie będą samobieżnymi pojazdami, które docelowo przygotują asteroidy do misji wydobywczych. Ma ich być dużo, by awaria jednego czy dwóch nie uniemożliwiała dalszych działań.

Nie ujawniono na razie jak miałoby wyglądać samo wydobycie. Trudno się dziwić, skoro pewnie minie dekada zanim do tego dojdzie. Anderson w czasie wypowiedzi jednak wspomniał o planetoidzie Itokawa, opisując ją jako „kruchą” (crunchy), nie będącą pojedynczą bryłą. 

Chętnych na fuchę kosmicznego górnika zmartwię – miliarderzy i multimilionerzy tworzący i wspierający Planetary Resources są rozsądni i obecnie będą się koncentrować na robotyce. Nie wiem czy to kwestia problemów z utrzymaniem astronauty przy życiu, czy strach przed związkami zawodowymi.


Linki:

www.planetaryresources.com - oficjalna strona

wtorek, 20 marca 2012

James Cameron idzie na dno

Steve Jablonsky – The Fallen


Między 1969 a 1972 dwunastu ludzi postawiło stopę na Księżycu. Ale tylko dwóch było w głębi Rowu Mariańskiego. Batyskaf Trieste w styczniu 1960 roku zszedł na głębokość niemal jedenastu kilometrów pod powierzchnię oceanu, gdzie Don Walsh i Jacques Pickard spędzili dwadzieścia minut. Ze względu na ograniczenia techniczne nie wykonali żadnych zdjęć, nie zebrali żadnych próbek.

Przez ponad pół wieku nikt nie wrócił na dno Rowu Mariańskiego. W 1960 pewnie nikt by się tego nie spodziewał. Nikt nie zgadłby również, że jako trzeci człowiek w historii znajdzie się tam Hollywoodzki reżyser. Po 8 latach przygotowań James Cameron wciśnie się w Deepsea Challengera – siedmiometrowy pojazd podwodny („okręt podwodny” nie pasuje, „łódź podwodna” ponoć nie wolno), skonstruowany specjalnie na tą okazję i zajdzie na samo dno świata.

Nie zorientowani mogą nie wiedzieć, ale Cameron spędził pod wodą dziesiątki godzin – czy to tworząc trzy „podwodne” dokumenty, czy szykując się do produkcji Titanica (spędził na jego pokładzie więcej czasu niż pasażerowie feralnego rejsu). Jak się łatwo domyślić przedsięwzięcie zaowocuje kolejnym dokumentem. Ten będzie nosił tytuł Deepest Challenge (ciekawe czy doczeka się porno parodii).

Na tym jednak nie koniec. To raczej tylko wisienka na torcie tej wyprawy, bo w przeciwieństwie do 1960 roku tym razem nie skończy się na pomiarze głębokości, wyjrzeniu przez okienko i szybkim powrocie. Deepsea Challenger wykona stereoskopowe zdjęcia głębiny i pobierze próbki. Zejście na dno Rowu Mariańskiego zajmie mu poniżej dwóch godzin i będzie mógł tam spędzić kilka godzin.

http://www.youtube.com/watch?v=0mBG0LbAoqk

Kiedy zobaczyłem tą zajawkę zachwyciłem się. Tego właśnie nam potrzeba – czegoś co sprawi, że nauka będzie czymś widowiskowym, ciekawym, interesującym dla ogółu. Pomyślałem, że w okresie, kiedy dziennik nawet nie wspomina o kursach astronautów na ISS, może chociaż to zwróci uwagę mediów. W wiadomościach autokar w rowie i operacja sportsmenki, gdzieś w dalekim tle królowa Elżbieta II. Oj durny ja tak durny.

Ale zobaczymy. Ekspedycja już dziś lub jutro.


Garść linków:
https://www.facebook.com/deepseachallenge - śledź na Fejsie.
http://deepseachallenge.com/
http://marketsaw.blogspot.com/2012/03/james-cameron-completes-8-km-test-dive.html
http://marketsaw.blogspot.com/2012/03/must-read-more-details-about-james.html?m=0
http://www.nationalgeographic.com/explorers/bios/james-cameron/
http://collider.com/james-cameron-deepest-challenge/150955/
http://www.youtube.com/watch?v=Woz9N0v0Tyg

wtorek, 6 marca 2012

Scary Shit #2 – Twoje robotyczne ciało już się szykuje.


Bear McCreary - All Along The Watchtower – Nie wyobrażam sobie bardziej odpowiedniego tła muzycznego.
Impulsem do dzisiejszej notki był film prezentujący nową bestię ze stajni Boston Dynamics – robota „Cheetah” (Gepard), potrafiącego gnać ok. 30 km/h. Ale to tylko iskierka, bo ta firma (pracująca oczywiście dla DARPA) ma na koncie bardziej imponujące twory. Najsłynniejszym jest niesamowity Big Dog, czteronożny samodzielny „muł”. Radzi sobie na śliskim lodzie, sypkim śniegu, zdradliwie krzywym podłożu a nawet jeśli potraktować go kopniakiem. A to wszystko dźwigając 150 kilogramów obciążenia.
Powodem dla którego zachwycam się robotami Boston Dynamics jest ich samodzielność i uniwersalność. W przeciwieństwie do ASIMO, humanoidalnego robocika Hondy. Choć imponował dziesięć lat temu, jest niewolnikiem dokładnie zaprogramowanych sekwencji. Pchnij go, a wywróci się, podłóż gruz pod nogi, a w najlepszym wypadku obejdzie go sztywnym, „robocim” łukiem. Co innego z potworkami z ameryki. Przewrócony powstanie, pchnięty odzyska równowagę.
Choć obecnie Big Dog wydaje się najbliższy do pojawienia się w terenie, wyobraźnię najbardziej pobudza Petman. Oficjalnie jest on robotem do testów kombinezonów ochronnych. >tu wstaw zgryźliwy żart o teoriach spiskowych<. Ten proto-terminator powinien wpędzić ASIMO w kompleksy. Dodatkowo ekipa Boston Dynamics zdobyła moje serce umieszczając mu koguta w miejscu głowy. O adidasach nie wspomnę. Jednak to nie skojarzenie z terminatorem jest dla mnie najistotniejsze…
Wśród ulubionych tematów transhumanistów trudno nie wymienić dwóch – sztucznej inteligencji oraz mind uploading (wikipedia proponuje tutaj „transferu umysłu”, mi pasuje). Powoli zaczyna wygląda na to, że sztuczną inteligencję stworzymy jeszcze zanim uda nam się osiągnąć konsensus w temacie definicji czym jest inteligencja. W 1997 komputer Deep Blue pokonał Kasparova. W 2011 komputer Watson wygrał amerykański odpowiednik teleturnieju Va Banque, interpretując naturalny język ludzki, w wyrafinowany sposób interpretując pytania i odpowiadając na nie dzięki m.in. „machine learning”. Od kilku lat na publicznych ulicach testuje się autonomiczne samochody. Samodzielnie analizują otoczenie, interpretują zagrożenia i ruch uliczny, podejmują decyzje, improwizują reagują na nagłe zagrożenia, przechodniów wbiegających na ulicę poza przejściami… Sprawują się co najmniej równie dobrze jak przeciętni kierowcy.
Drugi temat, czyli transfer umysłu wydaje się odległy, ale dość realny. Coraz dokładniejszy magnetyczny rezonans, potężniejsze komputery, data mining na niespotykaną skalę pozwala na odtwarzanie widzianych obrazów i słyszanych dźwięków na podstawie aktywności mózgu. To kolejny krok w kierunku bionicznych implantów (o których kiedy indziej), oraz kolejny krok w rozszyfrowywaniu działania najbardziej złożonej rzeczy jaką odkryliśmy we Wszechświecie. Ogromnym sukcesem w rozgryzieniu funkcji hipokampu były zeszłoroczne eksperymenty na gryzoniach, w których stworzono pierwszego szczurzego Johnny’ego Mnemonica. Tak zwana neuroproteza podłączona do mózgu szczura pozwalała włączać i wyłączać pamięć o wyuczonych czynnościach u zwierzaka. To krok na drodze do leczenia demencji, udarów i innych uszkodzeń mózgu, ale nie trudno pomyśleć, że to również kroczek na drodze do umożliwienia wspomnianego transferu umysłu.
Czy zatem widzimy pierwsze kroki w kierunku wizji z Ghost In The Shell i masy innych filmów i książek, gdzie post-ludzkość istnieje niezależnie od biologicznych ciał? Czy w za kilkanaście lat z uniwersytetu Wake Forest światłowodem do Massachusetts pomknie zapis umysłu szczura i zacznie kierować mechanicznym gryzoniem w laboratorium Boston Dynamics? Trochę prześlizgnąłem się obok tematu SI, ale to zdecydowanie warte osobnej notki. Dziś zostawię Was perspektywą, że kiedyś w lustrze zobaczycie Petmana, ale jeśli zechcecie, będziecie mogli się przenieść do ciała robotycznego kolibra lub geparda.

Duża paczka linków, w tym o rzeczach nie wspomnianych:




wtorek, 14 lutego 2012

Żelazny kot w butach damy

- Iron Lady -

Mam lekką alergię na schemat film biograficzny – fruu nagrody dla odtwórcy głównej roli. Mimo, że padam na kolana przed Meryl Streep do jej nowego filmu podszedłem na lekkim agresorze. Przeszło mi po kilku minutach.

Żelazna Dama to świetny i zaskakujący film. Zaskakujący dla mnie, dla Was nie będzie po przeczytaniu tej notki. Mianowicie to nie zwykła biografia, bo ogromny nacisk postawiono na los starszej kobiety zmagającej się z demencją. Zwykle nie lubię, gdy wciąga się widza w perspektywę człowieka, któremu rzeczywistość miesza się z jego szaleństwem. Wspaniałą cechą tego filmu jest to, że widzimy niezwykle inteligentną osobę, która jest świadoma tego, że traci umysł i stara się z tym walczyć.

Te zmagania przerywane są sekwencjami biograficznymi, przybliżającymi życie Margaret Thatcher. Niestety nie potrafię ocenić na ile wyidealizowano Żelazną Damę, ale ukazuje się nam jako wspaniały polityk, robiący to co trzeba a nie to co jest zgodne z politycznym oportunizmem.

Niezwykle łatwo w takim filmie popaść w nadęcie czy pretensjonalność, na szczęście udało się tu tego uniknąć. Kawał świetnej roboty, z niesamowitą rolą Meryl Streep, której należą się za nią wszelkie nagrody. Polecam.



- Puss In Boots -

Zebrało się trochę złych opinii o tym filmie. Że nie śmieszny, że popłuczyny, że trzepanie kasiory… Cóż, nie ulega wątpliwości, że filmy robi się dla kasy. Co z resztą zarzutów? Kot w butach to po prostu inny film.

Nie mam zamiaru go bronić, bo nie jest wybitny, ale warto zwrócić uwagę, że to kino przygodowe i przeznaczone dla młodego widza. Shreki były komediami dla wszystkich, parodiującymi bajki i popkulturę. Były nastawione na łańcuszek gagów i przeniesienie tych oczekiwań na Kota przyniesie rozczarowanie.

Nie znaczy to jednak, że otrzymujemy świetny film dla dzieciaków, czy wzorowe kino przygodowe. Niestety to poprawna historyjka całkowicie złożona z ogranych motywów. Mamy głównego bohatera, który chce się zrehabilitować wobec społeczności, mamy zdrajcę, nierozwiązany konflikt z przed lat, kobieciarza trafiającego na kobietę, która robi na nim wrażenie jak żadna inna. Jeśli znowu nawiązywać do Shreka, to tu gdzie oryginał bawił się łamaniem schematów, spinoff znowu w nie wskakuje.

Podsumowując – jest średnio. Kiedyś zawadiacki Kot wzbogacił team ogra i osła, teraz ten sam kot musi się męczyć z groteskowym gadającym jajcem i oklepanymi motywami.

piątek, 10 lutego 2012

Baloney and Bullshit #1 – Planeta, której nie odkryto

Tides From Nebula - Higgs Boson

Właśnie trafiłem na spektakularny przykład „naukawej” informacji w stylu polskich mediów. Bo trudno to gówno nazwać informacją naukową. O czym mówię? O tym:

Za Plutonem jest olbrzymia planeta

Jest tu tyle żenady i złego dziennikarstwa, że nie wiem w co włożyć ręce. Zacznijmy od tego, że temat nie jest nowy bo pojawił się koło 1999 roku. Dwóch astronomów stwierdziło, że w odległości 15,000 AU (1AU – odległość Ziemi od Słońca, 30AU – odległość Neptuna od Słońca) mogłaby znajdować się planeta czterokrotnie cięższa od Jowisza. Miałaby ona wpływ na orbity długookresowych komet i formację wielkich lodowo-skalnych obiektów transneptunowych. I do tego momentu jest w miarę OK – bo istotnie nie ma dowodów na to, że takiego obiektu nie ma. Niepodpisany „dziennikarz” wali jednak stwierdzeniem, że planeta jest.

Strony astronomiczne, WISE (rzekomo to dane z tego teleskopu potwierdziły odkrycie), nerdowskie – wszyscy milczą. Dalsze poszukiwania pokazują jedynie falę informacji z lutego 2011. W tym takie jak:

New huge planet may hide in solar system – zwracamy uwagę na terminy „may” i „potential”.

No, there’s no proof of a giant planet in the outer solar system – “no proof”, kto by pomyślał.

Astronomers doubt giant planet „Tyche” – wpis sponsorowany przez słowo „doubt”.

I tak dalej… Jakby tego było mało autor serwuje wyssane z palca informacje o składzie planety i wyglądzie „z charakterystycznymi pasami chmurowymi”. Zgaduję, że ałtor njusa widział kiedyś fotkę Jowisza i Saturna, ale na Urana cierpliwości już zabrakło i stąd przekonanie, że pasy być muszą. No bo jakże tak bez pasów. Na tym nie koniec, bo:

„Z pewnością posiada też ona liczne księżyce, którymi są planetoidy przejmowane z Obłoku Oorta. Szczegółowe dane na temat nowej planety naukowcy przekażą w kwietniu. Jednocześnie zgłosili obiekt do Międzynarodowej Unii Astronomicznej, aby uznać go za dziewiątą planetę.”

Styl pisania jest taki, że niezorientowany czytelnik 15 minut po przeczytaniu newsa będzie przekonany, że istnienie planety jest niezaprzeczalne, bo mamy zdjęcia jej pasiastej powierzchni i w sumie pozostały już tylko formalności związane z nadaniem nazwy.

Jaki jest mój scenariusz? Znudzony partacz z portalu twojapogoda.pl przypadkiem trafił na newsa z przed roku, trochę przeczytał, trochę sam sobie wymyślił a następnie targnął się na klawiaturę i wyprodukował trochę swoich fantazji. Bez podawania źródła rzecz jasna.

Jak to zwykle bywa, w bullszicie tkwi ziarenko prawdy. W tym doszukałem się nawet dwóch. Pierwszym jest to, że jak wspomniałem istnienie takiej planety nie jest wykluczone. Drugie jest takie, że istotnie teleskop WISE już zebrał dane z odpowiedniej części nieba i około kwietnia tego roku powinny one być na tyle obrobione by potwierdzić lub nie potwierdzić (nie wiem czy może wykluczyć) istnienie takiego obiektu.


PS. Graficzka pochodzi z Deviantarta http://qaz2008.deviantart.com/, polecam.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Oczekiwania w 2012

Z racji na obowiązki uczelniane nie byłem w stanie ekspresowo zrecenzować Chronicle, z racji na postanowienie regularnego blogowania napiszę szybciutko na co czekam w tym roku (poza końcem świata). Zachęcam do wytykania mi co tez przegapiłem.

1. Avengers – Joss Whedon już jest zachęcającym elementem. Gość potrafił działać na dużej grupie bohaterów. Do tego mamy całkiem niezłą passę filmów Marvelowskich (nie bez kiszek - vide Thor). Efekt ostateczny może być giga kupą albo wielgaśnym, świetnym rozrywkowym widowiskiem. Świeżutki trailer.
1. Prometheus – Powrót Scotta do uniwersum Aliena po 30 latach. Wow. Albo dziada posrało i będziemy mieli totalną lipę (na co zwiastują pomysły Danikenowskie), albo to kolejny krok polepszającej się kondycji kina SF. Mroczny trailer.
3. Lockout – SF o którym usłyszałem niedawno. Miłość natychmiastowa. Snake Plissken/John McClaine w kosmosie. Zapowiada się intensywny i zabawny SF-akcji firmowany przez Luca Bessona. Rubaszny trailer.
3. Iron Sky – naziści z Księżyca atakują Ziemię. Projekt (przynajmniej częściowo) finansowany przez ludzi, którzy kupowali „bony wojenne”, Udo Kier, muzyka Laibach… Japierdolęmuszętoobejrzeć!!! Maderfakin’ trailer.
5. Hobbit – Chyba nie ma tu co komentować oczekiwania. Mogę powiedzieć, że chyba po raz pierwszy chwalę podzielenie filmu na dwie części. Bo właśnie dzięki temu wiem, że w czasie seansu akcja nie będzie gonić i będzie można się nacieszyć śpiewającymi krasnoludami. Klimatyczny trailer.
6. Django Unchained – Bo to Tarantino. Trailera brak.
7. John Carter – Ekranizacja 100-letniej książki. Czy Disney powtórzy sukces Piratów z Karaibów (w końcu była to ekranizacja atrakcja w parku rozrywki). Ja liczę na fajną widowiskową rozrywkę, ale problemy wokół produkcji źle wróżą. Marsjański trailer.
8. Expendables – Chuck „PG13” Norris sprawił, że film spadł w rankingu. Jestem niepocieszony i nie wiem czy nie zbuntować się i nie olać wypadu do kina. Jury is still out. Wystrzałowy trailer.
9. Dark Knight Rises – Bez przekonania ląduje na liście. Wiadomo – wypad do kina obowiązkowy, ale zdecydowanie nie podzielam szaleńczego hajpu. Deshay pasha!

Nieobecne na liście na 2012, bo już widziałem:
A. Chronicle – Chciałem ciekawie zrealizowanego filmu w stylu „found footage” o kilku gnojkach, którzy dostali supermoce. I dokładnie to dostałem. Nie mniej, nie więcej. Miejscami pomysłowe zdjęcia – kamery telewizyjne, nagrania z monitoringu, komórki przypadkowych gapiów. Efekty wpierw kiepskie, ale w finale dobre. Główny bohater straumatyzowany, ale ciężko mu współczuć, jest po prostu antypatyczny. Po filmie aż ciągnie do powtórki Akiry.
B. Mission Impossible: Ghost Protocol – Doskonała zabawa, Brad Bird mnie nie zawiódł, jest akcja, rozrywka, humor, gadżeciarstwo. Wszystko w idealnym tempie i z odpowiednią dawką luzu. Gorąco polecam, jeśli jeszcze nie widzieliście.
C. Rzeź – Polański znów dowodzi jak wiele potrafi wycisnąć z materiału o umiarkowanym potencjale. Aktorsko cała czwórka wyśmienita, choć postać Jodie Foster w zamierzony sposób potwornie irytująca. Trzeci akt niestety mocno rozczarowuje. Fajnie, że po dwóch kupach Waltz zagrał w dobrym filmie.