wtorek, 9 sierpnia 2011
Quentinowe scenariusze już dostępne
niedziela, 7 sierpnia 2011
Kapitan Ameryka
Star Spangled Man – Alan Menken & David ZippelPrzypomniał mi się właśnie Kick-Ass. W jednej scenie wyśmiewa motywacje superbohaterów, z umierającymi rodzicami na czele. Główny urok Kapitana Ameryki tkwi w tym, że (choć jego rodzice nie żyją) nie ma takiej motywacji. To po prostu good guy. Ten facet jest bardziej nieskazitelny od Supermana i jednocześnie nawet w jednej dziesiątej nie jest tak irytujący. Steve Rogers to drobny astmatyk, który nigdy się nie poddaje. Z całych sił pragnie zaciągnąć się do armii, niestety bezskutecznie. Wtedy to odnajduje go niemiecki naukowiec, który przeszedł na stronę aliantów. Wybiera go jako kandydata do testu serum super-żołnierza. I tak powstaje „pierwszy superbohater”.
Trudno wyrazić jak fajnie Joe Johnston obrzuca nas urokliwymi kliszami w czasie dwugodzinnego seansu. Źli niby-naziści z Hydry zasłonięci są bajeranckimi maskami, twarz ma jedynie drobny, przygarbiony naukowiec w okularach i (w pewnym sensie) Czerwona Czaszka. Mają też dieselpunkowy sprzęt pizgający magicznymi pociskami, szpanerskie samochody i coś co wygląda na pradziadka B-2 prosto z piekła. Wspominałem o „nawróconym” niemieckim naukowcu i złym pokurczonym nazistowskim doktorku. Jest też dziarska action girl, jest irlandzki napierdzielacz w meloniku, no i zrzędliwy generał. Tu wypada mi dodać, że Tommy Lee Jones zaprezentował się fajnie, choć w zwiastunach robił wrażenie jakby odwalał pańszczyznę. Źle go oceniłem.
Jadąc do kina wymyśliłem sobie zgryźliwostkę na temat 3D (brak seansów w starożytnym 2D). Jako, że film był kręcony klasycznie, planowałem napisać, że zaserwowano widzowi 2.5D w ramach kampanii zniechęcania widowni do natywnej stereoskopii. A tu niespodzianka, bo to najlepsza konwersja jaką widziałem. 3D jest tu tylko drobną polewką, uatrakcyjniającą niektóre scenki, ale wykonaną idealnie, w przeciwieństwie chociażby do paskudnego Thora.
A to nie wszystko. Istotnym elementem filmu jest amerykańska propaganda, której zawdzięczamy rewelacyjną piosenkę „Star Spangled Man”. Jest rozróba w płonącej fabryce, rozróba z udziałem motocykli, pościg bosego Kapitana Ameryki za uciekającym samochodem Podłym-Zasłaniającym-Się-Dziećmi-Mordercą, jest rozróba w pociągu i rozróba w wielgachnym samolocie. Dużo strzelania, wybuchów i rzucania tarczą.
Żeby nie przedłużać nadmiernie pochwalę jeszcze dwie osoby. Alana Silvestri, który stworzył pełen animuszu soundtrack, oraz Chrisa Evansa za rolę Kapitana. Jest świetny jako cherlawy bubek i kapitalny jako napakowany superbohater. Raz jeszcze przekonałem się, że to bodaj jedyny z nowej generacji młodych i pięknych Hollywood, który nie tylko mnie nie drażni, ale wręcz świetnie mi się go ogląda. Jeśli czujecie, że napisałem mało o Hugo Weavingu to wynika to z tego, że jest go mało w filmie i nie robi specjalnego wrażenia.
Dość czczej pisaniny… śpiewamy!
Who's strong and brave here to save the American Way?
Who vows to fight like a man for what's right, night and day?
Who will campaign door to door for America?
Carry the flag shore to shore for America?
From Hoboken to Spokane?
The Star Spangled Man with a plan!
We can't ignore there's a threat and a war we must win!
Who'll hang a noose on the goose-stepping goons from Berlin?
Who will indeed lead the call for America?
Who'll rise or fall, give his all, for America?
Who's here to prove that we can?
The Star Spangled Man with a plan!
Stalwart and steady and true!
(See how this guy can shoot! We tell you, there's no substitute!)
Forceful and ready to defend the red, white, and blue!
(The red, white and blue!)
Who'll give the Axis the sack and is smart as a fox?
(Sure as an Eagle will soar!)
Who's makin' Adolf afraid to step out of his bunks?
(He's knows what we're fighting for!)
Who'll whip the giant attacking America?
We know it's no one but Captain America!
Who'll finish what they began?
Who'll kick the Krauts to Japan?
The Star Spangled Man with a Plan!
środa, 29 czerwca 2011
Transformers 3
Miło mi powiedzieć, że istotnie doświadczyłem lekkiego nadtopienia patrzałek. Transformers 3 serwuje zupełnie niesamowite, kolosalne, przyprawiające o opad szczęki widowisko. Choć to film długi, na godzinę przed końcem zapomniałem o pęcherzu, niewygodnych okularach i całym Bożym świecie. A reszta filmu? Nie aż tak zła. Pamiętajcie jednak, że mam ogromną tolerancję, szczególnie jeśli ktoś mnie obłaskawi widowiskowością, która chyba nie pomieści się na niczym mniejszym niż ekran 24x18.
Owszem, jest durnie, ale jednocześnie ma to swój niezły klimacik. Dwójka serwowała debilizmy gorsze i pozbawione jakiegokolwiek klimatu, pełne natomiast kopulujących psów i pierdzących niby-żartów. Tu nawet prolog, przekonujący nas, że wyścig na Księżyc służył jedynie dostaniu się do wraku obcego statku, który rozbił się na Srebrnym Globie, ogląda się bardzo przyjemnie. Plan złych decepticonów wywołuje facepalm, przykro patrzeć na marnujących się w durnych rolach Johna Malkovicha, Johna Turturro i Alana Tudyka. Osobny temat stanowi Rosie Boobington-Tusheley. Nie jest tak przeraźliwie zła, ale niemal każde jej wejście na ekran psuje kinową iluzję. Można wręcz odnieść wrażenie, że to przerwa reklamowa i zaraz pojawi się marka Victoria’s Secret, Chevrolet albo Durex. Generalnie mówiąc fabuła, aktorstwo i humor nie popsuły mi seansu, nie odczułem, że odsiaduję pańszczyznę, żeby na koniec dostać baysplosion dessert.
Choć muzyka brzmi znanymi kompozycjami z pierwszych dwój odsłon Transformerów, doprawionymi trochę brzmieniami jakby z nowych Batmanów, to sprawuje się rewelacyjnie. Nie wiem, czy poza filmem OST sprawi się lepiej niż kompozycja z dwójki, ale z pewnością muzyka to wielki atut Dark of the Moon. Jak zwykle dopisał dubbing. Wśród nowych robotów można usłyszeć głos Leonarda Nimoy’a.
Pora konkretniej wypowiedzieć się o widowisku. Bay spełnia oczekiwania przechodząc samego siebie. Przez cały seans raczy nas scenami akcji, ale rzeczywiście finałowa demolka w Chicago wgniata w fotel. Sekwencje w przewracającym się wieżowcu przeczą prawom fizyki, ale są tak cudne, że łatwo im to wybaczyć, wręcz napawają wdzięcznością, że wytwory komputera nie muszą być im wierne. Miło mi potwierdzić, że istotnie 3D Bayowi wyszło doskonale. Gdzieś na początku filmu widać drobny ghosting, później jednak wszystko jest dopracowane do najdrobniejszych szczegółów. Osiąga się dokładne ten efekt, który sobie cenię – zapominam, że to 3D a nawet, że mam na głowie okulary. Głębia jest tam gdzie trzeba, nie jest wymuszona, po prostu wspiera akcję na ekranie. Trudno mi teraz ocenić, ale chyba największe wrażenie robi to w scenach, gdzie pojawia się ogromny transformer-czerw, orający ulice i budynki. Szczególnie gdy widzimy go za oknami, w miarę jak zgniata w uścisku cały biurowiec. Mniam. Na swój sposób mamy tu remake finału Transformers, Optimus pojawia się, kozaczy, potem obrywa, by w ostatniej chwili robić za debeściaka. Ludzie muszą trochę pomóc, jest bieganie, trzeba dostać się do konkretnego budynku… takie tam. Ale to nie przeszkadza, no i trafniej chyba powiedzieć, że to nie remake finału jedynki, ale raczej ów finał podniesiony do sześcianu. Doprawiony jest wieloma pomysłowymi scenkami i sekwencjami, więc nie spodziewajcie się, że przewracający się budynek to jedyna atrakcja, oj nie…
Podsumowując – nastawienie musiało mieć tu niemały wpływ na mój dobry odbiór. Jednak jak na ten film nie patrzeć, to ogromny postęp w porównaniu do kompletnej beznadziei sequela. To wciąż kino głupiutkie, gdzie prostytuuje się kilku dobrych aktorów, które miejscami ma niemałe ambicje można się bać, że zaraz ktoś zacznie wymachiwać flagą (szczęśliwie tak się nie dzieje). Na szczęście wady te, nie zepsuły mi nieprawdopodobnego widowiska jakie zafundował widzowi Bay. Ponadto serwuje dobrze zrealizowane, subtelne 3D, co może trochę uratować tą technologię po niedawnej fali fuszery i partactwa. Nie wiem czy mam odwagę namawiać do wydania niemal trzech dych za bilet do IMAXa, więc powiem tylko, że ja jestem zadowolony z tej inwestycji.
sobota, 25 czerwca 2011
Nowa karta postaci
Obydwie wersje pobrać można zarówno ze strony Jagmina jak i z boxa z wszystkimi PDFami StarCraftowymi. Zapraszam!
niedziela, 19 czerwca 2011
Super 8
Village People - In The Navy - hicior w 1979.W Polsce jak na moje oko nie udzielił się ten ogromny hype, który towarzyszył produkcji i promocji filmu w Stanach. I dobrze, bo ja po początkowej obojętności na ostatniej prostej nakręciłem się bardzo na film roku. Nie mogę powiedzieć, żebym był rozczarowany, ale Super 8 czegoś zabrakło.
W dalszej części notki będzie pewien spoiler, ale tylko dla tych, którzy nie widzieli zwiastuna. Tyle w temacie dupochronu. Super 8 to historia niesamowita, rozgrywająca się w małym amerykańskim miasteczku w roku 1979. Głównymi bohaterami jest grupka lokalnych dzieciaków, próbujących nakręcić własny film. Całość jest utrzymana w oldskulowym stylu. Powiedziałbym wręcz, że dzieło J.J. Abramsa (reżyseria i scenariusz) wręcz ocieka stylem Stevena Spielberga (produkcją).
Nie dajcie się jednak zmylić – Super 8 nie jest hołdem. Może czasem mrugnie okiem do widza, jednak stoi na własnych nogach, nie jest przesycony nawiązaniami. Zamiast tego oferuje nastrój i skupia się na postaciach. Nie jest długim popisem efekciarstwa – zamiast tego mamy klika scen, które imponują na wielkim ekranie i pokazują, że budżet nie poszedł na marne. Całość sprawnie balansuje pomiędzy filmem SF, dreszczowcem i filmem przygodowym.
Jestem zachwycony rolami dziecięcymi. Nie dość, że dobrze zagrane to jeszcze dobrze napisane. To dzieci, ale nie zachowujące się dziecinnie czy wprost debilnie. Nie brakuje chwil śmiechu i powagi. Kupuję w pełni historyjkę i całą bandę. Raz jeszcze upewniam się, że dobra ekranizacja Gry Endera jest możliwa (ale pewnie nigdy nie powstanie). Zdumiewające, że w letnim blockbusterze ktoś miał jaja, by położyć główny nacisk na postacie i emocje. Miłość, przyjaźń, strata – nawet nie brak tu lekkiej tandety czasem ocierającej się o łopatologię, to i tak wielu współczesnych powinno się uczyć od Abramsa. To coś, co po kraksie pociągu zaczyna grasować po mieście jest tu tylko dodatkiem, czy może raczej uzupełnieniem.
Scenariusz konstrukcyjnie jest bliski ideałowi jest wyraźny temat – pogodzenie się z tym co gotuje nam życie, bohaterowie po przejściach, wydarzenia pozwalają się im z nimi rozliczyć, są postaci, które można zapamiętać i polubić. Niestety w szczegółach jest już słabiej. Jak wspomniałem było trochę łopatologii, czasem brakuje logiki, niekiedy na powierzchnię przebija się schematyczność – np. co określoną ilość minut na ekranie musi się „pojawić”, to-coś-z-pociągu. Czemu cudzysłów? Dlatego, że Super 8 w cudowny sposób, pomimo takiej możliwości nie ukazuje nam tajemniczej istoty tak długo jak to tylko możliwe.
Nie pamiętam kiedy ostatnio w tak atrakcyjny, sposób ukrywano tajemnicze coś na wielkim ekranie. Działa to kapitalnie i trudno nie oglądać tego z uśmiechem na ustach (szczególnie w scenie na stacji benzynowej). Szkoda, że ostatecznie designerska robota okazała się dość rozczarowująca. Ogólnie zbliżając się do podsumowanie powiem tak – Super 8 jest wzorową rzemieślniczo robotą, w stylu który niestety przepadł w ostatnich latach. Niestety brakuje mi w nim czegoś, jakiegoś elementu, który urwał by mi głowę, całkowicie zachwycił i oczarował. Obawiam się, że po filmie pozostanie mi jedynie bardzo dobre ogólne wrażenie świetnego powrotu do starego kina.
Zachęcam wszystkich – młodych i starych do wizyty w kinie. To film w Spielbergowskim stylu – historia niesamowita, brawurowa i straszliwa, a jednocześnie nie podpierająca się czyimś dorobkiem. Absolutnie nie jest to kopiowanie czegokolwiek. Niestety czasem razi brakiem logiki. Tyczy się to zarówno realizacji (zawiązaniem filmu jest niebywale widowiskowa kraksa pociągu, która jednocześnie razi absurdem) jak i pewnych wydarzeń czy zachowań. Super 8 serwuje nam wzorową robotę jeśli idzie o przekonujące role i postaci dziecięce. Na końcu została mi mieszkanka satysfakcji, że zobaczyłem tak solidny i dojrzały film, kłócącą się z poczuciem lekkiego niedosytu.
Liczbowo – 8/10
PS. Polecam nie być durniem takim jak ja i nie wychodzić zbyt wcześnie z kina i zostać na napisach.
środa, 8 czerwca 2011
X-Men: Frist Class
Moja przygoda z nowymi X-Menami zaczęła się kiepsko. Pierwsze arcy-gówniane plakaty (można zobaczyć tutaj) w nieuzasadniony sposób (w końcu to tylko plakaty) wykreowały u mnie wszelkie najgorsze oczekiwania. Że niepotrzebny prequel, że po nieszczęsnym Wolverine będzie jeszcze gorzej, i tak dalej. Nie śledziłem informacji z procesu castingowego, ani z planu aż wreszcie pojawiły się zwiastuny. Jeden z epicką muzyką, drugi z dozą humoru. I tak na przekór złym przeczuciom ruszyłem do kina.Na miejscu zostałem mile zaskoczony, bo X-Men: First Class to jasny punkt serii. Nie przebija rewelacyjnego X2, ale serwuje ponad dwugodzinne, bardzo syte i wszechstronne widowisko. Choć to nie jedyna wada, to miło mi stwierdzić, że chyba największym problemem tego filmu są efekty specjalne.
Całość rozpoczynają sceny z młodości Erica Lehnsherra i Charlesa Xaviera w 1944. Jeden żył w dostatku i robił karierę naukową, drugi przeżył potworności wojny i z zemsty uczynił sposób na życie. Właściwa akcja rozpoczyna się jednak w 1962, gdy Zimna Wojna zbliża się do przemiany w kolejną Wojnę Światową. Krzyżują się wtedy nie tylko ścieżki dwóch mutantów, ale i pokaźnej grupki innych nadludzkich postaci.
Scenariusz szczelnie zapełnia te 132 minuty czasu ekranowego. Jest czas na historie bohaterów, na kryzys kubański przez pryzmat komiksowych superbohaterów i na sceny akcji. Całość upływa gładko, nie ma zgrzytów ani chwil nudy, jednocześnie sekwencje akcji nie są wciśnięte na siłę, tylko pchają fabułę do przodu. Ktoś mógłby się uczepić, że wiele postaci stanowi tylko tło, ale to głupota, w końcu film nie jest z gumy a mutant, który nie wypowiada w filmie ani słowa jest po prostu elementem uwiarygodniającym, że w tym świecie jest ich wielu. Poważniejszy zarzut można jednak mieć do brutalnego przyspieszenia i skrócenia przyjaźni Xaviera z Magneto, która jest kręgosłupem całego cyklu. A całość wystarczyło trochę inaczej zmontować i zasugerować, że pewien etap filmu trwał dłużej. Jest jeszcze naiwny plan czarnego charakteru… ale hej! to ekranizacja komiksu!
Twórcom First Class udało się zebrać pokaźną i wyśmienitą obsadę. Od głównych ról, po najdrobniejsze (i całkowicie genialne) cameo. Znalazło się nawet miejsce na drobne role dla Oliviera Platta, Rade Serbedzija i takiego kultowca jak Michael Ironside. Słabiej wypada tu tylko January Jones, która choć śliczna jak diamencik, tak zupełnie drewniana. Kapitalnie prezentuje się Kevin Bacon, zdecydowanie widuję go zbyt rzadko na ekranie. Świetnie wypada też Jennifer Lawrence oraz Rose Byrne. Największy nacisk pada jednak na dwóch głównych graczy. James McAvoy dobrze się spisał jako młody i rozrywkowy Xavier, trochę niepotrzebnie wykonuje głupawy gest używając swoich mocy i całkowicie niepotrzebnie ubrano go w dziadowskie rękawiczki bez palców. Żadnych zarzutów nie mam natomiast do Michaela Fassbendera. Jego Magneto to kozak, któremu trafiły się najfajniejsze sceny w filmie i jeśli istotnie powstanie film poświęcony właśnie jemu, to pewnie będę pierwszy w kolejce po bilet.
Jak wspominałem największą wadą filmu są efekty. Nie oznacza to jednak, że są złe. Wręcz przeciwnie, przez większość czasu wszystko prezentuje się świetnie, niestety czasem trafia się kiszka, głównie w postaci fatalnego blueboxa. Szybko biegnący Beast, większość scen z lataniem niestety gryzie w oczy. Źle wygląda też Emma Frost w zmienionej postaci. Na szczęście ogólnie realizacja jest świetna. Dobrze oddano klimat i wygląd lat 60-tych, a nie znany mi lepiej Henry Jackman popełnił całkiem udany soundtrack.
X-Men First Class nie jest kinem wybitnym, ale to bez wątpienia świetny letni blockbuster. Niegłupi, zabawny, pełen akcji, cieszący całą gamą znanych aktorów dobrze wykonujących swoją pracę. No a do tego umieszczony w latach 60-tych. I jeszcze jedno – wykonany w klasycznym 2D. Dacie wiarę?
niedziela, 8 maja 2011
Source Code

Polecanka: Methodic Doubt – Kopius Few
Cholernie ciężko będzie napisać coś o tym filmie. To rewelacyjny thriller SF, ale nie idealny. Niestety jego odbiór będzie tym lepszy im mniej widz będzie wiedział przed seansem. Dzięki temu powinien być równie zdezorientowany jak główny bohater, a następnie razem z nim, stopniowo dowiadywać się z czym mamy do czynienia. Jednocześnie mój główny zarzut (a w rzeczywistości bardziej wątpliwość) tyczy się czegoś, czego nie wypada mi zdradzić. Tak więc będę dreptał po kruchym lodzie, ale postaram się w miarę konkretnie zrecenzować nowy film Duncana Jonesa.
Wbrew pozorom Kod Nieśmiertelności (jak zwykle tłumacza świerzbiły łapska i musiał poprawiać oryginał) cechuje podobny minimalizm jak Moon. Oczywiście tu widać grubszą kasę, jednak nie ma tu niepotrzebnego efekciarstwa. Całość rozgrywa się w dwóch lokacjach, mamy cztery role i kilka drobnych rólek. To niegłupi thriller SF, bez wybujałych ambicji.
Podobnie jak w Moon mamy do czynienia z bohaterem w ekstremalnej sytuacji, w potrzasku. Colter jest skazany na eksplodujący pociąg. Nikt nie chce wyjaśnić mu ani co tak naprawdę się dzieje, ani jakimi regułami rządzi się Kod Źródłowy. Z jednej strony może robić co chce, z drugiej brak mu jakiejkolwiek swobody. Jake Gyllenhaal wzbudza sympatię i współczucie. Film „oficjalnie” obraca się wokół poszukiwania terrorysty, ale oferuje znacznie więcej. Mówiąc o postaci Coltera trudno pominąć ciekawy aspekt – dowiadujemy się, że jest on „urodzonym bohaterem”, że ratowanie ludzi ma w krwi. Jednak okazuje się, że nie jest to w pełni po myśli twórców Kodu. Coltera bardziej interesuje ratowanie żywych ludzi, których ma przed sobą, niż dwóch milionów mieszkańców Chicago, którzy są dla niego tylko liczbą…
Seans oferuje 90 intensywnych minut, z świetną realizacją (OK, kraksa pociągu nie powala). Film wciąga, atrakcyjnie rozkładając kolejne akcenty (nie koncentruje się na jednym czy dwóch twistach w całym seansie). Aktorzy dopisali. Gyllenhaala pochwaliłem, Michelle Monaghan w sumie jest tu tylko ozdóbką, na największe pochwały zasługuje jednak Vera Farmiga, która mając niewielką swobodę w swojej roli, potrafiła przekazać wiele emocji bez wylewności czy jakiejkolwiek przesady. Jeffrey Wright na bank zbierze sporo cięgów. Jego postać jest mocno przerysowana, ale cóż – ja to kupiłem w całości. Efekt równie zamierzony co trafiony.
Wśród zarzutów do filmu dominuje przesłodzona końcówka. Moim zdaniem nie jest zła. Może lepiej było zakończyć jeden z wątków wcześniej, ale nie jestem o tym w pełni przekonany, bo nie jest to też „rozwiązanie z czapy” tylko coś, do czego film dążył konsekwentnie i co było zasygnalizowane (choć dyskretnie) dużo wcześniej. Ponadto jestem w stanie zrozumieć, że ten finał jest „bezpieczniejszy” i typowa widownia mogła by stwierdzić, że „się należy”. Zgodzę się też, że wnikanie w detale nie służy temu filmowi (choć więcej dziur dostrzegam w Moon).
Podsumowując – solidna realizacja, historia i aktorstwo. Nie jest to film idealny, ale w zalewie skretyniałego badziewia trzymam kciuki za sukces filmu pozbawionego łopatologii i nie traktującego widza jak idiotę. Source Code to seans warty swojej ceny.
