wtorek, 26 sierpnia 2014

Wywiad z prof. Ryszardem Tadeusiewiczem

Wybitny automatyk, informatyk i biocybernetyk, autor niemal tysiąca prac naukowych, trzykrotny rektor AGH, członek PAN i PAU, profesor Ryszard Tadeusiewicz poza pracą naukową i dydaktyczną znajduje również czas na popularyzację nauki. Odznaczony Krzyżem Oficerskim i Komandorskim Orderem Odrodzenia Polski, a także dwunastoma doktoratami honoris causa, zdobywca nagrody Mistrza Mowy Polskiej zaszczycił mnie rozmową. Zapraszam do lektury.


Panie Profesorze, nauka zaszła tak daleko, że obserwujemy bardzo silną specjalizację i podział na wąskie dziedziny. Co Pan sądzi o współpracy między naukowcami z “różnych bajek”, np. jak wygląda relacja na linii neurolodzy-cybernetycy?

Postępująca i pogłębiająca się specjalizacja jest rzeczywiście strukturalnym problemem współczesnej nauki. Ilość poznawanych faktów i naukowych odkryć w każdej dziedzinie wiedzy rośnie lawinowo. Nie ma człowieka, który by to ogarnął w całości swoim umysłem, więc dzielimy i kawałkujemy wiedzę, tak żeby każdy specjalista mógł zgłębić swoim umysłem przypadający jemu kawałek. I w jedną stronę to działa – w każdej specjalności dzięki koncentracji na wycinku, a nie na całości, dochodzi do szybkiego wzbogacania wiedzy szczegółowej. Znamy coraz więcej faktów, gromadzimy coraz więcej wiadomości – tylko coraz bardziej dramatyczne staje się pytanie: No dobrze, ale kto i jak to wszystko z powrotem połączy w CAŁOŚĆ? Wiedza składa się z wiadomości, tak jak dom składa się z cegieł. Ale nie każda sterta cegieł jest domem i nie każda kolekcja wiadomości tworzy wiedzę. Żeby zmierzać do budowy całościowej wiedzy trzeba przekraczać granice między specjalnościami. I to właśnie robimy (między innymi) w biocybernetyce, którą ja się zajmuję.

A co do Pana pytania szczegółowego, to akurat z neurologami cybernetycy (a dokładniej – biocybernetycy) dogadują się stosunkowo najłatwiej. Z lekarzami innych specjalności bywa różnie, ale neurolodzy w istocie myślą w kategoriach podobnych jak biocybernetycy – mają do czynienia z sygnałami, z ich przesyłaniem i przetwarzaniem, z magazynowaniem wiedzy i z jej odzyskiwaniem, ze sprzężeniami zwrotnymi i ich dynamiką... Często wprawdzie bywa tak, że odpowiednie obiekty, zjawiska lub procesy mają „po stronie” medycznej inne nazwy niż po stronie technicznej, ale dość szybko można uzgodnić, co i jak będziemy nazywali. To, jak się coś nazywa, to jest sprawa drugorzędna. Ważne jest, jak jest zbudowane i jak funkcjonuje. Dlatego właśnie z neurologami rozumiemy się, gdy mówimy o złożonych procesach leżących u podstaw percepcji (ludzkiej i maszynowej), uczenia się, rozumowania i podejmowania decyzji. Bo chociaż mówimy różnymi językami, to jednak mówimy o tym samym!


Do dziś nie ma zgody co do tego jak definiować inteligencję lub świadomość, czy dopuszcza pan myśl, że stworzymy Sztuczną Inteligencję zanim uczeni ustalą jej definicję?

Sztuczna Inteligencja, rozumiana jako praktyczne wykorzystywanie maszyn do wykonywania zadań wymagających działania inteligentnego – po prostu istnieje. Są metody naukowe, są programy komputerowe (między innymi dostępne za darmo na mojej stronie internetowej, pod adresem www.Tadeusiewicz.pl) oraz są bardzo liczne przykłady zakończonych sukcesem zastosowań praktycznych. Toczy się dyskusja filozofów, którzy zastanawiają się, czy to, co robią maszyny rozwiązując wspomniane problemy, jest inteligencją jako taką, czy też jest to imitacja, naśladownictwo, namiastka, atrapa. Ja się dystansuję od tych dyskusji. Gdy w 2002 roku nadawano mi godność doktora honoris causa Politechniki Częstochowskiej wybrałem jako temat tak zwanego „wykładu mistrzowskiego” następujące sformułowanie: Sztuczna inteligencja, czyli coś, czego być może nie ma – a jednak może się przydać. I to jest sedno mojego stosunku do tej sprawy. Niech inni się spierają, czy maszyna może myśleć, czy też tylko naśladuje myślenie. Ja po prostu chcę takich mądrych maszyn używać...

Gorsza jest sprawa ze świadomością. Tu rzeczywiście psychologowie nie mają jeszcze całkowicie spójnej koncepcji tego, czym ona właściwie jest, jeszcze gorzej jest z neuroanatomami, którzy nie są w stanie wskazać jej lokalizacji w mózgu, oraz z neurofizjologami, którzy nie zgłębili jeszcze natury procesów bioelektrycznych i biochemicznych odpowiedzialnych za to wszystko, co zawieramy w pojęciu świadomości. Dlatego perspektywy zbudowania sztucznej świadomości, w odróżnieniu od sztucznej inteligencji, uważam za odległe i wysoce niejasne. Zresztą pojawia się pytanie, po co budować sztuczną świadomość? Sztuczna inteligencja spowoduje, że maszyny będą bardziej przydatne i będą mogły więcej dla nas zrobić. Natomiast sztuczna świadomość może być źródłem kłopotów. Dlatego jako inżynier ja bym jej nie budował, nawet gdybym umiał. Można sobie wyobrazić ambitnych badaczy, którzy by byli skłonni to zrobić, ale na szczęście oni także nie umieją ...


Jak Jeśli uda nam się stworzyć sztuczną inteligencję, to jak Pan przewiduje - czy będzie to dzięki wzorowaniu się na ludzkim mózgu, czy zbudujemy ją od podstaw?

Obecnie zarysowują się dwa kierunki rozwoju sztucznej inteligencji. Jeden z nich, rozwijany już od lat 60. XX wieku, zakłada budowę inteligencji sztucznej w oparciu o metody czysto informatyczne. Nie wchodząc w szczegóły można powiedzieć, że polega to na symbolicznym odwzorowaniu w komputerze określonej wiedzy i na różnych manipulacjach wykonywanych automatycznie na tych symbolach, których celem miało być automatyczne rozwiązanie określonego problemu. Pewną liczbę problemów udało się w ten sposób rozwiązać, na przykład stworzono programy rozwiązujące różne łamigłówki lub grających w różne gry (na przykład w szachy), programy dowodzące twierdzenia matematyczne, odpowiadające na pytania z określonej dziedziny itp. Ludzie wierzyli, że tą metodą da się rozwiązywać wszystkie problemy, jakie tylko napotka nauka lub praktyka. Opierając się na tej wierze grupa najlepszych ówczesnych informatyków, kierowana przez Newella i Simona (późniejszego laureata Nagrody Nobla) usiłowała zbudować program, który będzie rozwiązywał wszelkie problemy (tak zwany General Problem Solver). To się nie udało, więc podjęto próbę naśladowania w systemach sztucznej inteligencji budowy i funkcjonowania ludzkiego mózgu. Ten kierunek badacze rozwijają do dziś pod nazwą „sieci neuronowych”, nie rezygnując oczywiście także – tam, gdzie to jest uzasadnione - z podejścia symbolicznego. I tym właśnie ja się zajmuję na co dzień.


Czy wypatruje pan tego [sukcesów w dziedzinie budowy SI] z nadzieją? Niecierpliwością? Czy może z obawą?

Sukcesów sztucznej inteligencji wypatruję z nadzieją, ponieważ wierzę, że coraz bardziej inteligentne maszyny będą nam po prostu jeszcze lepiej służyły. Natomiast nie niecierpliwię się, bo wiem, że postęp w tej dziedzinie jest powolny, jako że problemy, które trzeba rozwiązywać, są bardzo trudne. Wszelkie próby przyspieszania czy dążenia do celu „na skróty” nie przynoszą dobrych rezultatów! Jestem także wolny od obaw – wyposażone w sztuczną inteligencję maszyny zagrażające ludziom to zdecydowanie wyłącznie wytwór wyobraźni pisarzy science fiction.


Coraz więcej, coraz bardziej zaawansowanej technologii otacza nas z każdej strony, jednocześnie wydaje się, że słabnie entuzjazm ludzi wobec nauki. Można powiedzieć, że wręcz narasta wrogość. Neguje się skuteczność szczepionek, istnienie globalnego ocieplenia, a nawet ewolucję. Implanty DBS leczące z epilepsji i choroby Parkinsona przyjmuje się jako zapowiedź “chipowania ludzi”. Co Pan sądzi o nastawieniu do nauki i techniki w dzisiejszym społeczeństwie?

Współczesna nauka jest obiektywnie trudna i skomplikowana. To powoduje, że typowy „człowiek z ulicy” jej nie zna i nie rozumie. A to, czego się nie zna, zwykle budzi obawy, zaś to, czego się nie rozumie – budzi agresję. Dlatego tak ważna jest dziś rola popularyzatorów nauki. To oni mogą przekonać ludzi, że współczesna nauka, chociaż nie dostarcza szybkich i łatwych odpowiedzi na wiele ważnych pytań, jednak jest jedyną drogą dążenia do tych odpowiedzi. Zaś od uzyskania tych odpowiedzi zależeć będzie w przyszłości nasze zdrowie,pomyślność materialna, wygoda codziennego życia i zabezpieczenie przed wciąż groźnymi naturalnymi zagrożeniami ze strony szeroko rozumianego otoczenia.

Wspomniał Pan o implantach DBS. To jeden z przykładów zastosowania nowoczesnej inżynierii biomedycznej do rozwiązywania problemów zdrowotnych w stosunku do których medycyna wyczerpała asortyment swoich tradycyjnych działań (farmakologicznych i chirurgicznych). Choroba Parkinsona oraz epilepsja, które kontroluje się (bo niestety nie leczy...) przy zastosowaniu implantów DBS są nieszczęściem dla cierpiących ludzi. Jeśli aparat wysyłający sygnały elektryczne do mózgu może tu pomóc, to byłoby niewybaczalne, gdybyśmy tej techniki nie zastosowali. Dwa lata temu na zaproszenie uczonych brytyjskich napisałem rozdział do książki o implantach („Human ICT Implants: Technical, Legal and Ethical Considerations”) wydanej w Hadze przez wydawnictwo Asser Press. Dyskutowaliśmy w tej książce o problemach technicznych i medycznych związanych z takimi implantami, ale także o aspektach prawnych i etycznych. Sprawy nie są proste, bo w tej delikatnej dziedzinie bardzo cienka jest granica między użyciem i nadużyciem. Co więcej, takie – jak Pan to nazwał – chipowanie ludzi może mieć zupełnie nieoczekiwane skutki uboczne. Współautor mojego rozdziału we wspomnianej książce, Mark Gasson, który w celach eksperymentalnych wszczepił sobie implant, stał się pierwszym człowiekiem zarażonym ... wirusem komputerowym! Opisałem to w felietonie zatytułowanym „Wirus komputera u człowieka?” [Gazeta Krakowska, 02.05.2012, Str. 8] – dostępnym tutaj. Warto przeczytać, bo być może stoimy oto u wrót nowej ery?


A skoro już o tym mowa, to amerykańska agencja DARPA właśnie przyznała $40 milionów na prace nad implantem, który ma przywrócić funkcjonowanie pamięci ludziom z urazami mózgu. Czy będzie to uczta dla zwolenników teorii spiskowych, czy może raczej otworzy to oczy na dobroczynne możliwości współczesnych technologii?

Jestem przekonany, że będzie to ważny krok w dobrą stronę. Pomoc ludziom cierpiącym, także tym, którzy z takich czy innych przyczyn utracili pamięć, to cel godny wysiłku. Procesy w mózgu mają dwoistą naturę: biochemiczną i elektryczną. Biochemię już dawno nauczyliśmy się wspomagać – te wszystkie tabletki, kropelki, proszki, zastrzyki... Na tej drodze w wielu przypadkach doszliśmy do kresu tego, co współczesna farmakologia może oferować. Jeśli więc chcemy osiągnąć coś więcej, to musimy spróbować ingerencji w procesy elektryczne leżące u podstawy miedzy innymi procesów zapamiętywania i zapominania. Ta droga jest pod wieloma względami trudniejsza, niż stosowanie środków farmakologicznych, ale efekty lecznicze, teoretycznie osiągalne tą drogą, skłaniają do tego, żeby podjąć odpowiednie badania i dążyć do celu. I to właśnie robi DARPA – otwiera kolejne drzwi. Być może za tymi drzwiami są fascynujące przestrzenie nowych możliwości – a może ślepy mur. W badaniach naukowych tego nigdy do końca z góry nie wiadomo. Ale próbować trzeba!


Sekwencjonowanie DNA tanieje w niezwykłym tempie. Big data i komputery takie jak Watson mogą przynieść nam wielkie korzyści w medycynie. Jednak już spotkałem się z zarzutami, że to wszystko pozwoli firmom ubezpieczeniowym na regulowanie stawek na podstawie DNA i historii medycznej swoich klientów. Co sądzi Pan o tych wyłaniających się możliwościach i wątpliwościach ludzi?

Od czasu odkrycia roli DNA w procesach dziedziczenia i w determinacji cech każdego żywego organizmu, ciągle wierzymy w to, że jeszcze chwila, a poznając strukturę tej mega-cząsteczki chemicznej ujawnimy wszystkie tajemnice życia i śmierci. I ciągle okazuje się, że kolejne odkrycia w tym obszarze dostarczają nielicznych i niejasnych odpowiedzi, rodząc równocześnie niezliczone dalsze pytania. W obszarze badań DNA ciągle jesteśmy w roli wędrowca, który chciałby dojść do linii horyzontu i przebiwszy głową sklepienie niebieskie pragnąłby zobaczyć mechanizm napędzający ruch gwiazd, słońca i księżyca. A tymczasem horyzont wciąż się oddala, a maszyneria Kosmosu nie daje się zbadać w tak prosty sposób.

W badaniach struktury DNA (bo temu przecież służy sekwencjonowanie) też im dalej się posuwamy, tym bardziej odległy wydaje się końcowy cel. Przełomem miało być odczytanie całego genomu człowieka. Stało się to nominalnie 14 kwietnia 2003 roku. I co? I nic!

Dostaliśmy do ręki tekst programu, według którego funkcjonują wszystkie komórki naszego ciała, ale nie znamy wystarczająco dobrze procesora, który ten program realizuje, więc odkrycie to nie przyniosło żadnych sukcesów istotnych dla praktyki. Owszem, potrafimy wykrywać wady genetyczne, czynniki determinujące różne choroby, ale wciąż więcej nie wiemy, niż wiemy.

Co z tego wynika?

Jesteśmy tu dopiero na początku długiej drogi. Co ona przyniesie? Możemy tylko zgadywać. Już teraz dzięki badaniom DNA pojawiły się nowe możliwości w zakresie ustalania tożsamości albo w zakresie śledzenia pokrewieństwa. Możliwe jest wczesne wykrywanie wad genetycznych płodu. Możliwe jest lepsze zrozumienie natury i mechanizmu wielu chorób. Niewątpliwie każdy z tych obszarów będzie miał swoją kontynuację w przyszłości.

To wszystko można już teraz wykorzystać dla dobra człowieka albo można mu próbować zaszkodzić. Wspomniany w pytaniu przykład firm ubezpieczeniowych jest jedną z wielu form NADUŻYCIA informacji, które można pozyskać za pomocą badania DNA. Jednak w tym zakresie istnieje dosyć skuteczne zabezpieczenie w postaci regulacji prawnych określających dane medyczne (wszelkie) jako dane „wrażliwe”. Dlatego ja osobiście oceniam jednoznacznie pozytywnie perspektywy rozwoju różnych metod pozyskiwania informacji za pomocą sekwencjonowania DNA – i liczę, że ich rozwój będzie się wiązał z prawdziwym postępem.


Sporo słyszymy obecnie o komputerach kwantowych. Temat jest tak niebanalny, że przez pewien czas specjaliści sprzeczali się na temat tego, czy komputer D-Wave jest naprawdę komputerem kwantowym. Jak pan sądzi, czy te maszyny będą “drugą rodziną” o innych zastosowaniach, czy następcami klasycznych komputerów, które otaczają nas na każdym kroku?

Komputery kwantowe są wciąż jeszcze raczej futurystycznym postulatem, a nie realną propozycją dla użytkowników techniki obliczeniowej. Opracowane laboratoryjne modele są bardzo odległe od tego, co byśmy byli skłonni rozumieć jako komputer do zastosowań domowych, biurowych czy nawet naukowych. Obserwuję rozwój tej koncepcji i związane z nią badania od wielu lat, ale wydaje mi się, że jest to boczna gałąź informatyki, która uschnie zanim wyda owoce.


Czy lubi się pan otaczać nowinkami technologicznymi?

Zdecydowanie nie!

Telefon staram się mieć jak najprostszy, bo wszystkie te dodatki i ozdobniki, którymi fascynują się entuzjaści nowinek – w gruncie rzeczy przeszkadzają w normalnym użytkowaniu telefonu jako narzędzia komunikacji. Podobnie kolejne generacje programów użytkowych, z którymi pracuję, też zwykle obrastają głównie w mało przydatne ozdobniki, podczas gdy wady ich funkcjonowania w normalnych zastosowaniach pozostają nieusunięte.

Generalnie wolę więc to, co solidne i pewne, od tego, co „nowoczesne” głównie w formie i bardzo płytkie w treści.


Co pana zaskoczyło lub szczególnie zafascynowało w cybernetyce? Czy jest coś w tej dziedzinie, co nieprzerwanie wywołuje w panu silne emocje?

Cybernetyka daje możliwość patrzenia na różne obiekty (techniczne, biologiczne, ekonomiczne, społeczne, polityczne) w sposób ujednolicony i oparty na solidnych fundamentach teoretycznych, w znacznej części matematycznych. Ta jednolitość podejścia metodologicznego i bogactwo praktycznych aplikacji stanowi dla mnie główny atut cybernetyki. I mimo wielu lat zajmowania się nią – wciąż ma ona dla mnie urok nowości!


Rozmawialiśmy o obawach innych, a co z Panem? Czy żywi Pan jakieś obawy związane z istniejącymi lub zbliżającymi się technologiami?

Niepokoi mnie rozwój technologii robotów służących do zabijania ludzi. Poprzez budowę i użycie dronów, które latają w Afganistanie, przełamane zostało ważne „tabu”. Zbudowano samodzielną i inteligentną maszynę, która zamiast traktować bezpieczeństwo człowieka jako nadrzędny imperatyw swojego działania (vide „prawa robotyki” Asimova) - ma wbudowany nakaz samodzielnego zabijania ludzi. Dzisiaj jeszcze te roboty są zdalnie kontrolowane przez ludzi, ale łatwo się domyślić, że dla uzyskania przewagi militarnej tę kontrolę będzie się systematycznie zdejmować. No i na placu boju pozostaną maszyny wyposażone w narzędzia do zabijania i mające tylko ogólne wskazówki, kogo i gdzie zabijać, ale same podejmujące decyzję jak i kiedy strzelać. Zgroza!


Do niedawna fizycy na całym świecie czekali na rozstrzygnięcie w kwestii bozonu Higgsa. Czy jest jakiś przełom lub pytanie, którego rozwikłania Pan wypatruje z nadzieją lub ciekawością?

Na temat bozonu Higgsa i znaczenia tego odkrycia pisałem obszernie na moim blogu w felietonie „Potwierdzenie porządku świata”. Empiryczne odkrycie tej cząstki po pół wieku poszukiwań od momentu teoretycznego przewidzenia, że musi ona istnieć, bo bez niej świat byłby nieprzewidywalny - to było naprawdę bardzo ważne potwierdzenie tego, że nasze rozumienie Kosmosu i jego praw jest dobrze osadzone w rzeczywistości.

Natomiast to, czego oczekuję, to odpowiedzi na najważniejsze pytanie, na które musi odpowiedzieć astrofizyka. Dotyczy ono tego, czy nasz Wszechświat będzie się rozszerzał w nieskończoność, czy też po jakimś czasie ekspansja Kosmosu wywołana Wielkim Wybuchem zatrzyma się, a potem zacznie się proces zapadania Wszechświata do końcowej osobliwości. Rzecz dotyczy odległej przyszłości, czyli tego, co się wydarzy za miliardy lat, gdy Ziemi jako zamieszkałej planety już nie będzie, bo wypali się cała energia Słońca i zapanuje ciemność oraz kosmiczny mróz, ale chciałbym jednak wiedzieć, jaki będzie wtedy los Wszechświata. Jak wiadomo zależy to od całkowitej masy Wszechświata – a tej wciąż nie znamy...


Choć mit o tym, że wykorzystujemy jedynie kilka procent mózgu został obalony wielokrotnie, w tym roku pojawi się kolejny film bazujący na tej nieprawdzie. Czy w powszechnej świadomości istnieje jakiś faktoid czy mit związany z Pańską dziedziną, którego szczególnie chciałby się pan pozbyć?

Oszacowanie tego, w jaki stopniu wykorzystujemy potencjał naszego mózgu, to naprawdę otwarty problem naukowy. Nie nazwałbym tego faktoidem, tylko problemem wymagającym rozwiązania. Ale to już temat na osobne opowiadanie!


Dziękuję bardzo za rozmowę.


Zachęcam do śledzenia bloga Profesora tutaj: http://ryszardtadeusiewicz.natemat.pl/, oraz cyklu opowieści ze świata nauki “Technika dla laika” w Śniadaniu Mistrzów w RMF Classic.


Zdjęcia:
Wikimedia Commons, oficjalna strona prof. Tadeusiewicza, D-Wave Systems

środa, 6 sierpnia 2014

„Lucy” i mity o ludzkim mózgu

Za tydzień do kin trafi nowy film Luca Bessona, w którym Scarlett Johansson w wyniku zbiegu okoliczności zaczyna „wykorzystywać 100% swojego mózgu”. To stary i obalony dawno temu mit, legenda miejska, która nie powinna być podstawą filmu w 2014 roku. Tym bardziej ta bzdura nie powinna atakować ludzi z plakatów.

To co zrobił Luc Besson nie będzie mi spędzało snu z powiek. Oczywiście, że kino rządzi się swoimi prawami i w pełni to akceptuję, co roku świetnie bawiąc się na durnych filmach. Tym razem jednak jestem trochę poirytowany, bo mamy do czynienia z przykładem wyjątkowego lenistwa, którego można by uniknąć za pomocą minuty spędzonej z Google i czternastu minut myślenia. Zanim podam trzy proste alternatywy dla sięgania po dawno obaloną pseudonaukową bzdurę, troszkę historii.

Kino często czerpie z nowych, niekoniecznie potwierdzonych teorii naukowych. Jest to godne pochwały, nawet jeśli ostatecznie koncepcje te zostały obalone. To wręcz przeciwieństwo lenistwa Bessona. W 1972 powstał film Horror Express i to z niego pochodzi fotka, którą widzicie obok. Poza Christopherem Lee i Peterem Cushingiem występuje tam również Telly Savalas. W tymże obrazie wydobyte z lodu monstrum morduje ludzi „wysysając” z nich intelekt, wspomnienia itd. Mózgi ofiar są po tym gładkie jak pupa niemowlaka. Prawdą jest, że pomarszczenie mózgu to efekt ewolucyjnego dążenia do zwiększenia jego powierzchni. Nie oznacza to jednak, że mózg marszczy się nam w miarę nauki i nabierania doświadczeń.

W filmie Oni żyją z 1988 obcy zniewalają ludzkość przekazami podprogowymi. To efekt badań Jamesa Vicary’ego z lat 50. Według niego niezauważalne migawki w czasie filmów mogły prowokować ludzi do kupna popcornu i napojów w kinie. W 1974 amerykańska FCC zakazała takiej formy reklamy. Jak się okazało Vicary kłamał w swoich badaniach. Podobnie jak w przypadku Andrew Wakefielda, kłamstwo oszusta w wielu kręgach trzyma się dobrze do dzisiaj.

W 1992 Obcy 3 sięgnął po syndrom podwójnego chromosomu Y. Swojego czasu sądzono, że ta rzadka mutacja miała owocować „supersamcami”, mężczyznami bardziej agresywnymi i skłonnymi do brutalnych przestępstw. I tak Fiorina-161 stała się kolonią karną dla więźniów z podwójnym chromosomem Y. Ostatecznie jednak, choć obserwuje się wyższy wzrost oraz trudności w nauce osób dotkniętych tą odmianą trisomii chromosomów płci, nie stwierdzono zwiększenia agresji u takich osób.

I tak docieramy do 2014 roku i filmu Lucy. Luc Besson w minutę mógłby się przekonać na Google, że ludzie nie używają 10% mózgu, że to mit. We śnie i na jawie, nasz mózg pracuje niemal bez przerwy na pełnych obrotach i pochłania do dwudziestu pięciu procent kalorii jakie dostarczamy naszemu organizmowi. Oceniając po zwiastunie stwierdzam, że w kilkanaście minut mógł wpaść na szereg innych pomysłów uzasadniających przemianę tytułowej bohaterki. Podobnie jak w filmie Limitless mógłby też w ogóle nie wchodzić w szczegóły. Ale ok, skoro już chciał, to na pewno udowodniona bzdura nie jest dobrą drogą. Poniżej przedstawiam trzy alternatywy. Zapewniam, że spisanie poprzednich pięciu akapitów tej notki zajęło mi więcej czasu niż wymyślenie poniższych rzeczy. Z pewnością są nierealistyczne, bo to co pokazuje zwiastun filmu jest nierealistyczne, ale myślę, że byłoby to mniej rażące niż te nieszczęsne procenty…

1. W tajemniczej „przesyłce” były nanomaszyny, które trafiły do mózgu Lucy. Wspomagają pracę mózgu, mogą natychmiastowo i zależnie od potrzeby chwili zmieniać połączenia między neuronami, wytwarzać odpowiednie hormony i w ogóle kierować pracą ciała bohaterki.

2. Uwolniona substancja w kolosalny sposób zwiększyła plastyczność mózgu Lucy, który nie potrzebuje długotrwałej nauki, tylko błyskawicznie przyjmuje wiedzę i dostosowuje się do każdej sytuacji.

3. Mój ulubiony pomysł. Substancja zmieniła komórki nerwowe Lucy. Pomniejszyły się i namnożyły. Dzięki temu w czaszce tej samej wielkości mieści się 10x więcej neuronów, które mają 1000x więcej połączeń. Jednocześnie jest to chyba najbliższe pierwotnemu „zamysłowi” filmu.

Jak sądzicie – marudzę niepotrzebnie, czy Luc Besson mógł spędzić kilka dodatkowych chwil nad scenariuszem?


PS. Jak się okazuje, nie tylko mnie zraził mit dziesięciu procent w Lucy. Polecam lekturę notki Neuro Bigosu - Jak wykorzystać 100% mózgu?


Garść linków:
Top 10 Myths About the Brain
Ten percent of brain myth
Kłamczuszek James Vicary
XYY syndrome
Horror Express
They Live
Alien3
Lucy


sobota, 2 sierpnia 2014

Klimatyczna dziura w Rosji

Jeśli śledzicie inne serwisy naukowe, pewnie widzieliście raporty o tajemniczej dziurze, która pojawiła się na Syberii. Jeśli nie, to przypomnę - na półwyspie Jamalskim (północ Rosji) w połowie lipca odkryto gigantyczny krater. Mierzy trzydzieści metrów średnicy i ponad siedzemdziesiąt głębokości. O znalezisku nie pisałem bo nic konkretnego nie można było napisać. Źródła mówiły o 30-metrowej średnicy, 60-metrowej średnicy (66-yard) i 80-metrowej średnicy (262-feet). Teraz wiadomo trochę więcej i nie wygląda to dobrze.

Dość szybko wykluczono eksplozję gazu ziemnego i uderzenie meteorytu (większość krateru stanowi wieczna zmarzlina, żadnych śladów wybuchu). Do tego dość niedostępnego miejsca wreszcie dotarła grupa badaczy i odkryła, że koncentracja metanu przy dnie otworu jest ponad 53 000 razy większa niż normalnie w atmosferze. Na ten moment za najbardziej prawdopodobne uznaje się, że mamy do czynienia z bardzo spektakularnym uwolnieniem dużych ilości metanu do atmosfery.

Od wielu lat klimatolodzy ostrzegali, że jednym z efektów globalnego ocieplenia będzie rozmarzanie wiecznej zmarzliny, w której uwięzone są wielkie ilości metanu - gazu cieplarnianego o większym potencjale cieplarnianym niż CO2. Jeśli zostanie wyzwolony do atmosfery, przyspieszy jeszcze bardziej cały proces. W 2012 i 2013 latem na półwyspie Jamalskim średnie temperatury były o pięć stopni wyższe niż normalnie, więc uzasadnione są podejrzenia, że metan nagromadził się w tym okresie pod ziemią i wreszcie uwolnił.

W syberyjskiej wiecznej zmarzlinie metan więziony jest w postaci hydratu metanu - kryształu będącego mieszanką wody i metanu. Z reguły formuje się on na głębokości 100 metrów. Wyprawie nie udało się zmierzyć jak nisko sięga krater - 70 metrów poniżej powierzchni znajduje się lustro ustawicznie napływającej wody. Określenie początkowej głębokości w ogóle może być niemożliwe, bo w miarę jak topią się ściany na dno wraz z wodą spada ziemia.

Na koniec jeszcze bardzo ważne wyjaśnienie. Uwalnianie metanu do atmosfery jest groźne, bo to silny gaz cieplarniany. W mediach informacje na jego temat bywają w najlepszym wypadku skomplikowane lub mylące, w najgorszym zwyczajnie błędne. Potencjał cieplarniany metanu jest rzeczywiście większy niż dwutlenku węgla, jest go jednak tysiąckrotnie mniej w atmosferze, więc jego wpływ na efekt cieplarniany jest trzydziestokrotnie mniejszy niż CO2. Inna masa cząsteczek sprawia, że tona metanu zawiera więcej molekuł niż tona dwutlenku węgla. Ponadto poszczególne gazy absorbują promieniowanie na różnych długościach fal i metan wskakuje w akurat ten przedział podczerwieni, którego nie absorbuje para wodna - najważniejszy gaz cieplarniany w naszej atmosferze. Jeśli idzie o obecne zmiany klimatyczne, najistotniejszym czynnikiem, który go wywołuje i jest pierwotną przyczyną, pozostaje CO2. Uwalnianie metanu i zwiększanie ilości pary wodnej to wtórne efekty zwiększonej ilości dwutlenku węgla, dodatkowo napędzające ocieplenie.

PS. Kolejne dwie (znacznie mniejsze) dziury pojawiły się na Syberii: Now two new large holes appear in Siberia


Źrodła:
http://www.nature.com/news/mysterious-siberian-crater-attributed-to-methane-1.15649
http://naukaoklimacie.pl/fakty-i-mity/mit-to-metan-jest-glowna-przyczyna-ocieplenia-80
Fotka: Yamalo-Nenets Autonomous Okrug Governor


sobota, 26 lipca 2014

Seks, gekony i nieważkość

Rzadko trafia się okazja na taki tytuł notki. Tydzień temu Rosjanie wynieśli na orbitę satelitę Foton-M4. Poza różnymi nudziarskimi eksperymentami jak na przykład hodowla czystych kryształów dla zaawansowanych półprzewodników, na ten lot zaplanowano znacznie pikantniejsze badania. W kosmos poleciała ekipa pięciu gekonautów. Gekony (nie mylić z geekami) były najgorętszym eksperymentem na pokładzie.

Cztery samiczki w towarzystwie jednego samca miały pokazać naukowcom, jak to robią w zerowej grawitacji. W 2007 Foton-M3 poleciał w kosmos z różnymi zwierzątkami, wśród szczęśliwców znalazły się ślimaki i mongolskie myszoskoczki. Rezultaty były rozczarowujące, myszoskoczki w środowisku mikrograwitacji poruszały się chaotycznie. Nie zniechęceni tymi wynikami Rosjanie postawili na gekony i załogę czwartej misji Foton stanowi pięć dzielnych gekonów.

Tydzień po starcie Roskosmos ma dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że łączność Ziemi z Foton-M4 została utracona. Pojazd miał wrócić na Ziemię po 60 dniach, ale chwilowo się na to nie zapowiada. Perspektywy gekonautów są ponure (choć pewnie można by polemizować).

Dobra wiadomość jest taka, że łączność w kierunku Ziemi działa i ludzie w białych fartuchach w kontroli lotów otrzymują nieprzerwany strumień zwierzęcego porno. Zdjęcie wyżej nie jest częścią nagrania, ale prasa mówi, że zwierzaki nie marnują czasu. Choć casus latającego, rosyjskiego, kosmicznego „kopulodromu” jest dość szeroko opisywany przez prasę, nagrań seksu gekonów w nieważkości nie opublikowano. Zapewne trzeba będzie poczekać na zatwierdzenie naukowych publikacji.

Z ostatniej chwili (27-07-2014): Rosjanie odzyskali kontrolę nad satelitą: Russia Regains Control of Gecko Zero-G Sex Satellite.


Źródła (niektóre nagłówki bezcenne):
Russia Has Lost Control Of a Sex Satellite Filled With Geckos
A Russian Lizard Sex Satellite Is Out of Control in Orbit
Satellite full of sexually experimental geckos adrift in space
Sex Geckos Circle The Earth In Out-Of-Control Russian Satellite
Lust in space: Russians lose control of gecko sex satellite
Russians baffled as gecko sex satellite is lost in space


poniedziałek, 21 lipca 2014

Kosmos jest ciemny i pełen niespodzianek

Niedawno na moim profilu ktoś zastanawiał się głośno, czy Pluton nas czymś zaskoczy gdy sonda New Horizons prześle nam jego zdjęcia w 2015. W ciemno lecz z pełnym przekonaniem mówię, że tak.

Niemal zawsze pierwsze porządne obrazy obiektów astronomicznych witały nas niespodziankami. Uran okazał się „przewróconą” planetą: jego bieguny celują tam gdzie równiki większości planet. Jakby tego było mało jego pole magnetyczne nijak ma się do jego obrotu czy geometrycznego środka. Oś pola magnetycznego Urana jest odchylona o niemal 60’ od osi obrotu a jego centrum jest przesunięte o jedną trzecią promienia od rdzenia planety.

Neptun znajduje się o dziesięć jednostek astronomicznych dalej niż Uran, otrzymuje o 60% mniej energii od słońca, ale jego wewnętrzne ciepło sprawia, że wieją tam najszybsze wiatry w układzie słonecznym (ponad 2000 kilometrów na godzinę). Skład obu planet jest podobny, więc astronomowie do dziś zachodzą w głowę czemu to dalsza z planet ma więcej wewnętrznego ciepła.

W 2011 do Vesty, drugiego co do wielkości obiektu w pasie asteroid, dotarła sonda Dawn. I też nie obyło się bez niespodzianek. Spłaszczona przez ogromne zderzenie planetoida okazała się mieć szereg wyraźnych bruzd wokół równika. Jej największy krater ma średnicę 460 km, co robi wrażenie, przy całościowej średnicy około 570km.

Księżyc Mimas zaskoczył nas podobieństwem do Gwiazdy Śmierci. To dzięki kraterowi tak wielkiemu, że astronomowie byli zaskoczeni, że księżyc ten przetrwał zderzenie, które zostawiło taki ślad. Japet, satelita Saturna, ma nietypowy grzbiet górski na równiku, nadający mu kształt przypominający orzech włoski. Do tego jego półkule mają skrajnie różną jasność jedna jest ciemnobrązowa, druga jasnobiała. Miranda, krążąca wokół Urana, wygląda jakby ktoś ją rozbił na kawałki i niestarannie poskładał z powrotem.

Drugim i ostatecznym impulsem do napisania tej notki są nowe zdjęcia z sondy Rosetta. W miarę jak zbliża się ona do komety 67P/Churyumov-Gerasimenko dostarcza nam coraz dokładniejszych zdjęć. Najnowsze pokazują zaskakujący kształt, wyraźnie składający się z dwóch części. To niespotykane wśród komet. Osobiście uważam, że należy rozważyć przechrzczenie 67P na „gumową kaczuszkę”. Biorąc pod uwagę na burzliwy tryb życia komet – wielkie zmiany prędkości, gdy zbliżają się do Słońca, zmiany temperatur, niejednokrotnie rozsadzające kieszenie z lodem i gazem – to naprawdę ciekawe, że ma ona taki kształt.

Podsumowując, nie mam najmniejszych wątpliwości, że kometa Churyumov-Gerasimenko kryje jeszcze niejedną niespodziankę oraz, że w 2015 świat zachwycą i zaskoczą zdjęcia Plutona i jego księżyców wykonane przez sondę New Horizons, i Ceres wykonane przez sondę Dawn.


Na górze po lewej: kometa 67P/Churyumov-Gerasimenko.
Na środku po prawej: planetoida Vesta.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Planeta kontra talia kart – ile atomów jest na Ziemi

Skoro w szklance wody jest więcej atomów niż szklanek wody we wszystkich oceanach świata, to cała nasza planeta musi zawierać niewyobrażalne ilości atomów. Czy możliwe, że talię 52 kart można potasować na więcej sposobów niż jest atomów na Ziemi?

Prosta odpowiedź byłaby nudna. Znacznie zabawniej będzie to policzyć samodzielnie. Potrzebujemy do tego kilku prostych informacji i niechlujnej tabelki w Excelu. Zaczynamy od masy naszej planety: 5,97 * 1027 gramów. Następnie musimy wiedzieć ile z tego stanowią poszczególne pierwiastki. Najpowszechniejszym jest żelazo, stanowiące aż 31,9% masy Ziemi. Czyli mamy tu 1,90 * 1027 gramów żelaza. Pozostaje jedynie policzyć ile to atomów. W tym celu musimy sprawdzić ile gramów przypada na mol danego pierwiastka i podzielić wcześniej ustaloną masę przez ilość gramów w molu. Jak już wiemy ile moli jest na Ziemi, jesteśmy w domu, bo liczbę tę mnożymy przez Liczbę Avogadra, czyli 6,02 * 1023.

Voila! Na Ziemi jest 2,05 * 1049 atomów żelaza. Analogicznie postępujemy z pozostałymi pierwiastkami. Jeśli zerkniecie na tabelkę, może zaskoczy was kilka rzeczy. Jak choćby to, że wodór i węgiel zawierają się w 0,033% masy, której nie ująłem w tabeli. I że tytanu jest więcej niż tychże. Oczywiście to tylko pokazuje jak bardzo różne mogą być nasze wyobrażenia o Ziemi na podstawie życia na jej cieniutkiej powierzchni.

1,37 * 1050 = 137 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000
(sto trzydzieści siedem oktylionów)

To całkiem sporo atomów. Czy możliwe, że talię kart można ułożyć na więcej sposobów? Policzmy i to. Będzie łatwiej. Gdybyśmy mieli tylko cztery karty, na pierwszej pozycji wybieralibyśmy jedną z czterech kart (cztery możliwości), na drugą pozycję zostałyby nam trzy (trzy możliwości), na trzeciej zostałyby dwie karty do wyboru i pozostałą kartę umieścilibyśmy na końcu. To oznacza 4 * 3 * 2 * 1 = 24 możliwości. Przy pięciu kartach byłoby to 5 * 4 * 3 * 2 * 1 = 120. Taki iloczyn kolejnych liczb zapisuje się skrótowo jako 5! = 120. Jak widać ilość rośnie dość szybko: sześć kart to 6! = 720. Dziesięć kart można ułożyć na ponad trzy i pół miliona sposobów. A co z całą talią? To może być niespodzianka:

8 * 1067 = 80 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000 000
(osiemdziesiąt undecylionów)

Nie tylko ułożeń talii kart jest więcej. Jest ich biliony razy więcej niż atomów na Ziemi. Jest ich tak dużo, że jeśli teraz przetasujecie swoją talię, jest spora szansa, że nikt nigdy w historii wszechświata nie trafił, a może i nie trafi, takiej sekwencji 52 kart. Nawet jeśli sto miliardów ludzi wykona sto miliardów niepowtarzalnych tasowań, wciąż zostanie dziesięć sekstyliardów (1040) razy więcej możliwości.



poniedziałek, 7 lipca 2014

Prawdziwi jasnowidze – odkrycie Neptuna

Borislav Slavov - New York Memories


Słowo „planeta” pochodzi od „wędrowca”. Planety zadziwiały starożytnych. Podczas gdy niemal wszystkie światła na niebie zdawały się tkwić nieruchomo, jakby zostały naklejone na wielką granatową kopułę, te szczególnie jasne punkty za nic miały ten ład i co noc zmieniały położenie. Co więcej, choć ich ruch był dość regularny, trudno go było pojąć, gdy zakładano, że Ziemia jest centrum świata i wszystko krąży wokół niej.

Planety, zwykle ruszające się na wschód, czasem przez pewien czas postanawiały „cofnąć się” by zaraz wznowić ruch na wschód po zarysowaniu pętli na tle nieruchomych gwiazd. Dziś oczywiście wiemy, że wynika to z centralnej pozycji Słońca w Układzie Słonecznym. Planety krążąc wokół Słońca na orbitach większych niż Ziemska są przez naszą planetę „wyprzedzane”. Wyobraźcie sobie, że siedzicie w samochodzie na okrągłym torze wyścigowym. Łatwo stwierdzić, że wszystkie samochody poruszają się w tym samym kierunku, kiedy jednak wyprzedzamy jakiś (na przykład jadąc po wewnętrznym pasie) wygląda tak, jakby w czasie mijania poruszał się on do tyłu.

Choć obserwowanie planetarnej karuzeli ze środka nie jest proste, Johannes Kepler był w stanie rozgryźć prawa rządzące ich ruchem na niecałe sto lat przed opracowaniem przez Newtona praw powszechnego ciążenia. Pozycje planet nie pokrywały się idealnie z przewidywaniami. Nie jest to błąd w prawach Keplera, gdyż są one po prostu uproszczeniem*, nieuwzględniającym faktu, że gwiazdę może okrążać więcej niż jedna planeta.

I tak na przykład, jeśli Jowisz znajduje się „przed” Marsem na swojej orbicie, to jego ciężar będzie przyspieszał ruch czerwonej planety, dopóki się nie zrównają, następnie będzie spowalnia jego dalszą wędrówkę wokół Słońca. Rozumiejąc ten mechanizm Alexis Bouvard w 1821 porównał obserwowane pozycje Urana na przestrzeni czasu z pozycjami jakie powinna zajmować planeta, gdyby poruszała się w zgodzie z newtonowskimi pryncypiami. Następnie stwierdził, że rozbieżności te mogą być spowodowane przez planetę, której jeszcze nie odkryto, znajdującą się jeszcze dalej niż Uran. Bouvard nie odkrył Neptuna, dokonał tego dopiero Urbain Le Verrier ** w 1846.

Przez tysiące lat mistycy zwodzili ludzi mętnymi i wieloznacznymi przepowiedniami, co lepsi korzystali z zegarowej precyzji niebios i wykorzystywali zaćmienia słońca by zastraszyć ciemne masy. Koniec świata przewidywano setki razy. Ale to Le Verrier uzbrojony w aparat naukowy powiedział, gdzie należy wycelować teleskop by znaleźć planetę, której nikt nie widział ***. I tak 23 września 1846 roku berlińskie obserwatorium zwróciło zwierciadło we wskazany obszar na niebie i ukazało światu Neptuna zaledwie o jeden stopień kątowy od przewidzianej przez Le Verriera pozycji.

Po tym odkryciu pojawił się ogromny apetyt na odkrycie kolejnych planet. Wyglądało na to, że sam Neptun to za mało by wyjaśnić różnice między przewidywanymi a obserwowanymi ruchami gazowych gigantów. Odkryty w 1930 Pluton szybko został okrzyknięty dziewiątą planetą, wkrótce też stwierdzono, że jest on za mały i gdzieś tam musi istnieć planeta X. Później jednak, misja Voyagera 2 ujawniła, że astronomowie przeszacowali masę Neptuna. Można powiedzieć, że w tym momencie znaczna większość porzuciła marzenia o dużej i masywnej planecie X. W tym roku natomiast, po pięciu latach obserwacji, teleskop WISE (Wide-field Infrared Survey Explorer) odkrył ponad trzydzieści tysięcy asteroid, dziesiątki komet i ponad setkę NEO (obiektów bliskich ziemi). Jednocześnie wykluczył obecność planety wielkości Saturna lub większej w odległości 10 000 AU od Słońca (dla porównania Pluton znajduje się mniej niż 50AU od Słońca).


* - uproszczenie to pomija również efekty teorii względności, która ma dość istotny wpływ na orbitę Merkurego, ale nie chciałem nadmiernie komplikować dzisiejszego wpisu.
** - żeby nie rozciągać notki nie wspomniałem o kontrowersjach związanych z odkryciem planety. Zainteresowani nie muszą sięgać daleko Wikipedia zgrabnie opisuje spór Le Verrier / Adams.
*** - no dobra, może Galileusz widział, ale nie zdawał sobie z tego sprawy.

Retrogradacja Marsa
Nie ma dużych planet za Plutonem
Jak wyżej