sobota, 31 grudnia 2011

Rachunek sumienia 2011

Mam już pomysł na noworoczne postanowienie - spisywać wszystkie obejrzane filmy. Wydaje się całkiem realne, nad pożytecznością można dyskutować. Rzucając okiem na premiery 2011 i 2010 postarałem się obliczyć ile nowych filmów obejrzałem w tym roku i niska estymacja jest następująca:

80+ filmów obejrzanych w 2011 roku. W tym:
47 miało premierę (światową) w 2011,
20 miało premierę w 2010,
13+ to filmy starsze.

Ponadto z 2011 chciałbym obejrzeć jeszcze od 10 do 23 filmów, więc statystyka za rok może wyjść podobnie. Rok temu wykalkulowałem sobie 90+ (ale poniżej 100) obejrzanych nowych filmów.

Wśród noworocznych postanowień (poczynionych z wyprzedzeniem) jest również regularne pisanie na bloga, więc możecie liczyć za tydzień na Drive Angry, Paula albo The Big Bang. Udanej imprezy i udanego 2012!!!

sobota, 24 grudnia 2011

Trollhunter / Trolljegeren

Kto by pomyślał, że ten denny, głupiutki film Blair Witch Project po kilkunastu latach zaowocuje czymś tak klawym. Po niezasłużonym sukcesie filmu o wiedźmie z Blair, pojawiła się cała grupka niby-dokumentów stylizowanych na odnalezione nagranie. W większości były to horrowate historyjki o rzeczach nadprzyrodzonych i rozmazanych. Jako troszkę ciekawsze pomysły można wymienić Apollo 18 – nagranie z tajnej misji na Księżyc. Niestety to kolejny horror, do tego strasznie kiepski. Na tyle kiepski, że nie wiem czy będę się nad nim pastwić na tym blogu. Lepiej wypadł Cloverfield (moja jasnowidząca recenzja tutaj), który pokazywał atak wielkiego potwora na Nowy York. Na horyzoncie jest jeszcze Chronicle – traktować będzie o trójce uczniów, którzy zyskują nadprzyrodzone zdolności. Nic nie zapowiada jednak by miało to być tak wykręcone, pomysłowe i zabawne jak Trollhunter.

Norwegowie stworzyli kapitalne widowisko – jednocześnie coś bardzo swojego, film o trollach, a zarazem zabawnego i przeznaczonego dla szerokiej widowni. Trolljegeren jak wspominałem jest stylizowany na nagranie z przenośnej kamery. Realizatorami jest trójka norweskich studentów, którzy chcą nakręcić reportaż o facecie odstrzeliwującym niebezpieczne niedźwiedzie. Jak się szybko okaże, to rządowa przykrywka, bo w rzeczywistości w lasach grasują trolle. Początkujący filmowcy dogadują się z łowcą trolli, że nakręcą go przy pracy (zgadza się zdradzić tajemnicę, bo to kiepsko płatna, niewdzięczna robota). Zaczyna się jazda.

Twórcy serwują nam nie tylko zlepek fajnych scen, czy trzęsące się ujęcia nie pokazujące nic ciekawego. Oj nie. To syte półtorej godziny kulisów polowania na trolle, z emocjami, zwrotami akcji, konspiracją i dynamiką. Oczywiście, żebyśmy mieli jasność – ten film jest jak cholernie zabawny kawał opowiedziany z kamienną miną. Tylko dureń uznałby, że to co widzi jest na serio.

Czego więc dowiadujemy się z Trollhuntera? Trolle są różne, dwa główne gatunki, kilka ras. Światło UV jest dla nich zabójcze, dlatego mogą poruszać się tylko nocą. Za dnia zmieniają się w kamień albo nawet wybuchają. Pani weterynarz serwuje nawet pseudonaukowy bełkot wyjaśniający to zjawisko. Trolle jadają kamienie i nie lubią chrześcijańskiej krwi, ciężko powiedzieć jak się sprawa ma z muzułmaninami. Jak się okazuje trolla można nawet doprowadzić do szału kolędami. Nie zdradzę czemu niektóre trolle mają dwie lub trzy głowy.

Główną atrakcją filmu, poza świetnie zaprojektowanymi i wykonanymi trollami, jest tytułowy łowca. Hans to poważny brodacz w sweterku w serek i kowbojskim kapeluszu. Nieustraszony stawia czołom trollom tak wielkim, że spłoszyłyby Godzillę. Morduje dzikie bestie, rozbija ich kamienne resztki i bez mrugnięcia wzywa ekipę do pozorowania działalności dzikich misiów (w ekipie między innymi Polacy). Za dnia jednak w przydrożnym barze zakłada parę okularów i wyciąga formularze opisujące wagę, wiek, rasę i płeć ubitego trolla.

Trollhunter jest świetnie przemyślany i zrealizowany. Oprócz masy smaczków i kapitalnego głównego bohatera, mamy też rządowy spisek, tajemnicę (czemu nagle trolle pojawiają się tak licznie?) i wielki, widowiskowy finał. Gorąco polecam wszystkim ten film – jednocześnie jest bardzo norweską, zabawną wizytówką pięknego kraju, oraz po prostu dobrym kinem rozrywkowym.

PS. Nie przegapcie cameo premiera Norwegii w ostatniej scene filmu. Bezcenne!

czwartek, 22 grudnia 2011

Co W Garach #23

Jutro planuję reaktywację bloga, dziś notka trailerowa, bo miniony tydzień to istny deszcz zwiastunów fajnych i ważnych. Żeby notka ładowała się szybciej, zamiast embedowania będą linki.

Prometeusz - prequel Aliena.

Hobbit - prequel LOTRa.

Dark Knight Rises - sequel Dark Knighta

Lockout - taki Die Hard w kosmosie :P
Lockout - nowszy trailer, po zmianie nazwy na gównianą. Wciąż jednak zapowiada się zajebiaszczo :)

Wrath Of The Titans - pierwszy film był dupiany, a trailer też miał fajny.

Co za tydzień :)

poniedziałek, 19 września 2011

Drive

Kavinsky - Nightfall


Drive towarzyszył mocny hype od czasu nagrody za reżyserię w Cannes. Niezależny film, mocno nie Hollywoodzki, styl lekkiego retro, masa zachwytów… Łatwo zrozumieć, że trafił szybko na mój celownik. Czy warto było? Zdecydowanie tak. Istotnie nie jest to kino mainstreamowe, jednocześnie nie czyniące z tego swojego głównego atutu. Nie nakręcajcie się przedwcześnie, bo choć Drive to film bardzo dobry, to sam jest swoim największym wrogiem, zostawiając rysę na każdej swojej zalecie.

Rzecz toczy się w Los Angeles. Główny bohater jest doskonałym kaskaderem samochodowym, który jednocześnie pracuje w warsztacie i czasami dorabia jako kierowca zgarniający bandziorów po zbrodni. Poznaje sąsiadkę z mieszkania obok, jej uroczego synka, których ojciec/mąż lada dzień opuści więzienie. Jak się okazuje to poczciwy facet, który próbuje się wyrwać ze złej drogi. Kierowca postanawia mu pomóc, ale wszystko trafia szlag, a potem robi się tylko coraz gorzej.

Istotna sprawa – Drive to nie film akcji. ZDECYDOWANIE tempo nie jest tu kluczowym elementem. To dość ponury film o tym, co czeka tych, którzy zadają się z mafią, jak drobne przestępstwo może zrujnować życie, co może wyjść z dobrych chęci i jak trudno o drugą szansę w życiu. Fabuła serwuje pewne zbiegi okoliczności, ale jest bardzo sprawna, z wyjątkiem spapranego finału. Jak wspominałem – w każdym plusie tego filmu tkwi skaza. Tu zastanawiam się, czy nie dokonano jakichś zmian w ostatniej chwili. Do tego całość cechuje zupełnie niepotrzebne ślimacze tempo. Nie buduje to klimatu, wygląda raczej jak granie na zwłokę.

Wizualnie Drive jest fantastyczną ucztą. Zdjęcia, scenografie, stylistyka, to coś fantastycznego. Świetna gra barwami, ujęciami w estetyce lekkiego retro. Po prostu cukiereczek. Niestety tutaj boli nieprawdopodobna rozwlekłość w prowadzeniu filmu. Zgaduję, że reżyser był tak zakochany w swoich obrazkach, że absolutnie każde ładne ujęcie trwa o 3-4 razy dłużej niż powinno, totalnie zarzynając tempo filmu i momentami wręcz psując przyjemność z oglądania tych genialnych zdjęć. Podobnie przesadę uzyskano w ukazywaniu przemocy. Z początku jest świetnie – nie patyczkowano się przy ukazywaniu przemocy. Naturalizm przemieszany z artyzmem wizualnym świetnie się wpasowywał w klimat filmu, momentami niestety w drugiej połowie filmu ociera się to o komizm z ćmakaniem, chlustaniem i babraniem krwią rodem z kina zombie, psując powagę i nastrój.

Aktorsko jest bardzo dobrze. Pełno tu przyjemnie przerysowanych postaci – bezwzględni gangsterzy, poczciwi ale krnąbrni przyjaciele, damy bez skazy i… główny bohater. Ten niestety chyba cierpi ciężki przypadek przesadyzmu w twardzielowaniu. Ryan Gosling wypada świetnie jako idealnie opanowany kierowca w otwierającej sekwencji ucieczki, przerzucając stres z siebie na widza i swoich pasażerów. Niestety później robi się coraz bardziej przerysowany, momentami robiąc wrażenie jakby miał się zmienić w Hulka. Ogólnie Clint Eastwood to dobry wzór, ale on był twardym sukinkotem, Gosling tylko na takiego pozuje. Z drugiej strony jego postać to ewidentny socjopata, więc na dobrą sprawę może moje zarzuty są niesłuszne.

Jak wspominałem akcji nie ma tu wiele, ale kiedy jest, trudno cokolwiek zarzucić. Świetnie nakręcone pościgi, ryk silników, klarowny montaż. Muzyka dominuje w pozostałych scenach i jest świetna, dobrana ze sporą pieczołowitością. Trochę nie nachalnych symboli, wpasowuje się w, jak to niektórzy ujmują, europejski styl Drive. Całość to naprawdę kawał dobrego, ciekawego i wysmakowanego filmu. Tym bardziej szkoda, że wszystko co w nim dobre w którymś miejscu zgrzyta lub samo podcina sobie nogi. W dziesięciostopniowej skali daję 7,5/10. Stonujcie oczekiwania, zdecydowanie nie nastawiajcie się na film akcji a raczej nie pożałujecie seansu. Ale gwarancji nie ma.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Kapitan Ameryka

Star Spangled Man – Alan Menken & David Zippel

Ależ bardzo cudnie dramatycznie ekstraordynaryjnie fantastycznie genialny… film. Kupa lekkiej, miodnej, niepretensjonalnej, odmóżdżającej, przaśnej, rubasznej rozrywki. Dobra dość alfabetu. Kapitan Ameryka był po prostu świetny i z filmów „przygotowujących” widownię do Avengersów jest tuż za albo obok Iron Mana.

Przypomniał mi się właśnie Kick-Ass. W jednej scenie wyśmiewa motywacje superbohaterów, z umierającymi rodzicami na czele. Główny urok Kapitana Ameryki tkwi w tym, że (choć jego rodzice nie żyją) nie ma takiej motywacji. To po prostu good guy. Ten facet jest bardziej nieskazitelny od Supermana i jednocześnie nawet w jednej dziesiątej nie jest tak irytujący. Steve Rogers to drobny astmatyk, który nigdy się nie poddaje. Z całych sił pragnie zaciągnąć się do armii, niestety bezskutecznie. Wtedy to odnajduje go niemiecki naukowiec, który przeszedł na stronę aliantów. Wybiera go jako kandydata do testu serum super-żołnierza. I tak powstaje „pierwszy superbohater”.

Trudno wyrazić jak fajnie Joe Johnston obrzuca nas urokliwymi kliszami w czasie dwugodzinnego seansu. Źli niby-naziści z Hydry zasłonięci są bajeranckimi maskami, twarz ma jedynie drobny, przygarbiony naukowiec w okularach i (w pewnym sensie) Czerwona Czaszka. Mają też dieselpunkowy sprzęt pizgający magicznymi pociskami, szpanerskie samochody i coś co wygląda na pradziadka B-2 prosto z piekła. Wspominałem o „nawróconym” niemieckim naukowcu i złym pokurczonym nazistowskim doktorku. Jest też dziarska action girl, jest irlandzki napierdzielacz w meloniku, no i zrzędliwy generał. Tu wypada mi dodać, że Tommy Lee Jones zaprezentował się fajnie, choć w zwiastunach robił wrażenie jakby odwalał pańszczyznę. Źle go oceniłem.

Jadąc do kina wymyśliłem sobie zgryźliwostkę na temat 3D (brak seansów w starożytnym 2D). Jako, że film był kręcony klasycznie, planowałem napisać, że zaserwowano widzowi 2.5D w ramach kampanii zniechęcania widowni do natywnej stereoskopii. A tu niespodzianka, bo to najlepsza konwersja jaką widziałem. 3D jest tu tylko drobną polewką, uatrakcyjniającą niektóre scenki, ale wykonaną idealnie, w przeciwieństwie chociażby do paskudnego Thora.

A to nie wszystko. Istotnym elementem filmu jest amerykańska propaganda, której zawdzięczamy rewelacyjną piosenkę „Star Spangled Man”. Jest rozróba w płonącej fabryce, rozróba z udziałem motocykli, pościg bosego Kapitana Ameryki za uciekającym samochodem Podłym-Zasłaniającym-Się-Dziećmi-Mordercą, jest rozróba w pociągu i rozróba w wielgachnym samolocie. Dużo strzelania, wybuchów i rzucania tarczą.

Żeby nie przedłużać nadmiernie pochwalę jeszcze dwie osoby. Alana Silvestri, który stworzył pełen animuszu soundtrack, oraz Chrisa Evansa za rolę Kapitana. Jest świetny jako cherlawy bubek i kapitalny jako napakowany superbohater. Raz jeszcze przekonałem się, że to bodaj jedyny z nowej generacji młodych i pięknych Hollywood, który nie tylko mnie nie drażni, ale wręcz świetnie mi się go ogląda. Jeśli czujecie, że napisałem mało o Hugo Weavingu to wynika to z tego, że jest go mało w filmie i nie robi specjalnego wrażenia.

Dość czczej pisaniny… śpiewamy!

Who's strong and brave here to save the American Way?
Who vows to fight like a man for what's right, night and day?
Who will campaign door to door for America?
Carry the flag shore to shore for America?
From Hoboken to Spokane?

The Star Spangled Man with a plan!

We can't ignore there's a threat and a war we must win!
Who'll hang a noose on the goose-stepping goons from Berlin?
Who will indeed lead the call for America?
Who'll rise or fall, give his all, for America?
Who's here to prove that we can?

The Star Spangled Man with a plan!

Stalwart and steady and true!
(See how this guy can shoot! We tell you, there's no substitute!)
Forceful and ready to defend the red, white, and blue!
(The red, white and blue!)

Who'll give the Axis the sack and is smart as a fox?
(Sure as an Eagle will soar!)
Who's makin' Adolf afraid to step out of his bunks?
(He's knows what we're fighting for!)

Who'll whip the giant attacking America?
We know it's no one but Captain America!
Who'll finish what they began?
Who'll kick the Krauts to Japan?

The Star Spangled Man with a Plan!

środa, 29 czerwca 2011

Transformers 3

W 2009 powiedziałem sobie „nigdy więcej”. Ale pan Bay przeprosił za swój sequel, potem wycofał się z głupiutkich wypowiedzi na temat 3D i bycia „oldskulowym” reżyserem, wreszcie pojawiło się trochę pozytywnych opinii o filmie. Włącznie z opinią, że to najlepsze 3D jakie widzieliśmy od Avatara. Cóż no trzeba iść stwierdziłem, klepnąłem też bilecik na przedpremierę. I mogłoby być fatalnie, gdyby nie RottenTomatoes, gdzie film wystartował na słabym poziomie 67% i konsekwentnie leci w dół (38% na chwilę pisania tej notki). Wszystko wskazywało na to, że Transformers 3 to nieprawdopodobnie gówniany film, którego finał wgniata w fotel i wypala gałki oczne. Jego ocena miała zależeć od tego, czy ów finałowy rozpiździaj zrekompensuje całą resztę.

Miło mi powiedzieć, że istotnie doświadczyłem lekkiego nadtopienia patrzałek. Transformers 3 serwuje zupełnie niesamowite, kolosalne, przyprawiające o opad szczęki widowisko. Choć to film długi, na godzinę przed końcem zapomniałem o pęcherzu, niewygodnych okularach i całym Bożym świecie. A reszta filmu? Nie aż tak zła. Pamiętajcie jednak, że mam ogromną tolerancję, szczególnie jeśli ktoś mnie obłaskawi widowiskowością, która chyba nie pomieści się na niczym mniejszym niż ekran 24x18.

Owszem, jest durnie, ale jednocześnie ma to swój niezły klimacik. Dwójka serwowała debilizmy gorsze i pozbawione jakiegokolwiek klimatu, pełne natomiast kopulujących psów i pierdzących niby-żartów. Tu nawet prolog, przekonujący nas, że wyścig na Księżyc służył jedynie dostaniu się do wraku obcego statku, który rozbił się na Srebrnym Globie, ogląda się bardzo przyjemnie. Plan złych decepticonów wywołuje facepalm, przykro patrzeć na marnujących się w durnych rolach Johna Malkovicha, Johna Turturro i Alana Tudyka. Osobny temat stanowi Rosie Boobington-Tusheley. Nie jest tak przeraźliwie zła, ale niemal każde jej wejście na ekran psuje kinową iluzję. Można wręcz odnieść wrażenie, że to przerwa reklamowa i zaraz pojawi się marka Victoria’s Secret, Chevrolet albo Durex. Generalnie mówiąc fabuła, aktorstwo i humor nie popsuły mi seansu, nie odczułem, że odsiaduję pańszczyznę, żeby na koniec dostać baysplosion dessert.

Choć muzyka brzmi znanymi kompozycjami z pierwszych dwój odsłon Transformerów, doprawionymi trochę brzmieniami jakby z nowych Batmanów, to sprawuje się rewelacyjnie. Nie wiem, czy poza filmem OST sprawi się lepiej niż kompozycja z dwójki, ale z pewnością muzyka to wielki atut Dark of the Moon. Jak zwykle dopisał dubbing. Wśród nowych robotów można usłyszeć głos Leonarda Nimoy’a.

Pora konkretniej wypowiedzieć się o widowisku. Bay spełnia oczekiwania przechodząc samego siebie. Przez cały seans raczy nas scenami akcji, ale rzeczywiście finałowa demolka w Chicago wgniata w fotel. Sekwencje w przewracającym się wieżowcu przeczą prawom fizyki, ale są tak cudne, że łatwo im to wybaczyć, wręcz napawają wdzięcznością, że wytwory komputera nie muszą być im wierne. Miło mi potwierdzić, że istotnie 3D Bayowi wyszło doskonale. Gdzieś na początku filmu widać drobny ghosting, później jednak wszystko jest dopracowane do najdrobniejszych szczegółów. Osiąga się dokładne ten efekt, który sobie cenię – zapominam, że to 3D a nawet, że mam na głowie okulary. Głębia jest tam gdzie trzeba, nie jest wymuszona, po prostu wspiera akcję na ekranie. Trudno mi teraz ocenić, ale chyba największe wrażenie robi to w scenach, gdzie pojawia się ogromny transformer-czerw, orający ulice i budynki. Szczególnie gdy widzimy go za oknami, w miarę jak zgniata w uścisku cały biurowiec. Mniam. Na swój sposób mamy tu remake finału Transformers, Optimus pojawia się, kozaczy, potem obrywa, by w ostatniej chwili robić za debeściaka. Ludzie muszą trochę pomóc, jest bieganie, trzeba dostać się do konkretnego budynku… takie tam. Ale to nie przeszkadza, no i trafniej chyba powiedzieć, że to nie remake finału jedynki, ale raczej ów finał podniesiony do sześcianu. Doprawiony jest wieloma pomysłowymi scenkami i sekwencjami, więc nie spodziewajcie się, że przewracający się budynek to jedyna atrakcja, oj nie…

Podsumowując – nastawienie musiało mieć tu niemały wpływ na mój dobry odbiór. Jednak jak na ten film nie patrzeć, to ogromny postęp w porównaniu do kompletnej beznadziei sequela. To wciąż kino głupiutkie, gdzie prostytuuje się kilku dobrych aktorów, które miejscami ma niemałe ambicje można się bać, że zaraz ktoś zacznie wymachiwać flagą (szczęśliwie tak się nie dzieje). Na szczęście wady te, nie zepsuły mi nieprawdopodobnego widowiska jakie zafundował widzowi Bay. Ponadto serwuje dobrze zrealizowane, subtelne 3D, co może trochę uratować tą technologię po niedawnej fali fuszery i partactwa. Nie wiem czy mam odwagę namawiać do wydania niemal trzech dych za bilet do IMAXa, więc powiem tylko, że ja jestem zadowolony z tej inwestycji.