piątek, 30 czerwca 2017

Podejście nauki do alternatywnej i tradycyjnej medycyny

Tekst opublikowany w Nowej Fantastyce 5/2016.


Zwolennicy medycyny alternatywnej regularnie posługują się tymi samymi, wadliwymi, lub zwyczajnie nieprawdziwymi argumentami. Bodaj najpopularniejsze jest powoływanie się na dowód anegdotyczny. To znaczy “a mojej znajomej akupunktura pomogła na skrzywiony kręgosłup”, albo “słyszałem, że dzieciak sąsiada miał rozwolnienie przez trzy dni po szczepionce”.

Historyjki takie są paradoksalnie równie bezwartościowe co chwytliwe. Osoby znajome z reguły uznawane są za wiarygodne i najczęściej mają zupełnie czyste intencje - ot powtarzają to co usłyszały. W rzeczywistości jednak, w ogromie czynników z jakimi mamy do czynienia pojedynczy przypadek to żaden dowód. Prześledzenie i udowodnienie związku przyczynowo skutkowego w medycynie to ogromne wyzwanie i długi proces, który należy przeprowadzić skrupulatnie. Pewna lekarka opowiadała o tym, jak dziecko oczekujące w kolejce do szczepienia nagle dostało silnych konwulsji. Po raz pierwszy w życiu. Gdyby doszło do nich ledwie pięć minut później, nie byłoby takiej ilości badań czy lekarzy, która przekonałaby rodziców, że to nie szczepionka wywołała taki efekt.

Anegdoty niestety są skuteczne i trudne do obalenia. Innym czołowym argumentem fanów alternatywnej medycyny jest chciwość tak zwanej Big Pharmy. Ten argument jest chyba najpopularniejszy, co jest troszkę groteskowe biorąc pod uwagę jego niemerytoryczność i niedorzeczność. Samo odwoływanie się do chęci zysku jest cokolwiek dziwne - czy powinniśmy chodzić w brudnych ubraniach bo ktoś chce zarobić na płynie do prania? A może dopiero gdy firma zarabia rocznie miliardy, wtedy jej zyski stają się synonimem zła i wyzysku? W rzeczywistości szczepionki nie tylko ratują życie, ale też oszczędzają na kosztach leczenia. Szacuje się, że każdego roku szczepienie czterech milionów dzieci w samych Stanach oszczędza trzynaście i pół miliarda dolarów; to trzynaście i pół miliarda, z których większość trafiłaby do kieszeni producentów leków. Jeśli doliczyć do tego inne straty, np w produktywności, to amerykańskie oszczędności dzięki Big Pharmie sięgają siedemdziesięciu miliardów.

Wreszcie, jeśli mimo tego wszystkiego zyski miałyby być wymiernikiem jakiegoś niesprecyzowanego “zła” to Big Pharma wypada blado przy “Big Placebo”, czyli firmach zarabiających na homeopatycznych pseudolekarstwach, jałowych suplementach i innych niepotwierdzonych naukowo formach naciągania. Zarabiają one około 34 miliardów dolarów w USA, co stanowi ponad dwuipółkrotność niecałych 13 miliardów zarobków firm produkujących szczepionki.

Trzecim popularnym argumentem jest utrzymywanie, że istnieją cudowne lekarstwa oraz alternatywy dla uznanej medycyny, ale są one ukrywane przed ludźmi, lub, że naukowcy nie chcą poddać ich odpowiednim badaniom. Aspiryna, choć w czystej postaci produkowana i sprzedawana jest od troszkę ponad stu lat, znana jest od zarania dziejów - opisują ją już egipskie zwoje sprzed trzech i pół tysiąca lat, mówiące o korzystnych właściwościach kory wierzbowej. Tradycyjna medycyna stała się częścią medycyny. Choć już dawno wkroczyliśmy w XXI wiek, homeopatyczny humbug ma się świetnie. Na pewno każdy z nas ma wśród znajomych co najmniej jedną osobę, która chętnie opowie o tym, jak znajomemu pomogły “leki homeopatyczne”. Czasem można nawet usłyszeć głosy, że skuteczność ta jest potwierdzona eksperymentalnie. W rzeczywistości jednakże przeprowadzono ponad dwie setki badań klinicznych nad tymi “lekami”. Wnioski są jednoznaczne i miażdżące - nie stwierdzono efektów przekraczających efekt placebo. Rekomendacja NHMRC (głównego ciała medycznego w Australii) z 2015 jest jasna - chorzy rezygnujący lub odwlekający leczenie na rzecz homeopatii ryzykują swoim zdrowiem. Jedyne badania, które wykazały jakąkolwiek skuteczność homeopatii nie były prowadzone poprawnie, to jest w oparciu o technikę podwójnie ślepej próby, co jednoznacznie wskazuje, że do głosu dochodzi jedynie efekt placebo i efekt potwierdzenia.

W 2015 nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii po raz pierwszy otrzymała obywatelka Chińskiej Republiki Ludowej, Tu Youyou. W latach 60 i 70 Tu przeanalizowała ponad dwa tysiące przepisów starożytnej chińskiej medycyny w poszukiwaniu leku na malarię. W końcu odniosła sukces, gdy wyciąg z bylicy rocznej (rośliny występującej w Europie i Azji) okazał się skuteczny w leczeniu malarii. By do tego doszło Tu musiała skorzystać nie tylko ze składników polecanych w tekście z 340 roku, ale również sięgnąć po ówczesne metody. Tradycyjnie stosowana gorąca woda niszczyła właściwości bylicy; dopiero preparat pozyskany w zimnej wodzie, tak jak zalecał Ge Hong żyjący w okresie dynastii Jin, okazał się skuteczny. Youyou wykazała się też nie lada odwagą - była pierwszym człowiekiem na którym wypróbowano lek.

Tak właśnie wygląda podejście nauki do alternatywnej i tradycyjnej medycyny. A skrócie:

“You know what they call alternative medicine that's been proved to work? - Medicine.”
- Tim Minchin


3 komentarze:

  1. Nie do końca zgodziłbym się w kwestii Big pharm, bo można ich zaatakować z zupełnie innej strony, ale jasna rzecz, że nie o tym jest ten tekst. Natomiast cała reszta - pełna zgoda. Bardzo fajnie omawiał np. "babcine metody leczenia" Naukowy Bełkot - jak zawsze prezentując uczciwe podejście do tematu. Ale moim zdaniem najlepiej alt medycynę ilustruje przedostatnia scena z "Człowieka z księżyca", kiedy Carey/Kaufman ma mieć zrobioną operację "gołymi rękami", która okazuje się być położeniem na brzuchu, jakiegoś krwawego zlepku. Jakoś zawsze przy okazji tego tematu staje mi to przed oczami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Część pierwsza
    Niestety wodą na młyn różnych magów i antynaukowców są rzeczywiste przypadki oszustw medycznych i błędów w nauce. Dochodzi do nich rzadziej niż poza nauką, ale podobnie nie pamiętamy plamy na ubraniu pierwszego lepszego menela, a jeśli znany nam, schludny pedant przyjdzie na imprezę z plamą, rzuci się w oczy.

    Takie błędy naukowe, żeby nie być gołosłownym, zdarzają się na przykład przy publikowaniu i potwierdzaniu wyników. Gdy ktoś przekonany, że pewien proces ma miejsce, wykona 10 badań, przy tym w 2 wykaże związek, a 8 będzie niekonkluzywnych, jakie informacje ukażą się w literaturze przedmiotu? Częściej 2 badania potwierdzające niż informacja, że dalsze 8 związku nie wykazuje albo wykazuje w granicach błędu statystycznego. Dalej, jeśli wykona się dalszych 100 podobnych badań w ramach replikacji, czy mają one szanse na zaistnienie w czasopismach o podobnej renomie? Oczywiście nie. Dwudzieste badanie na ten sam temat, zwłaszcza nic nie wykazujące, ma tak niski prestiż, że jeśli w ogóle ktoś zechce je wykonywać, ma niewielkie szanse na publikację. Badania ukazujące, że jakieś sensacyjne wyniki w rzeczywistości są mitem, trafiają do renomowanych czasopism, bo chodzi o sensację i prestiż jest. W sprawach mało chwytliwych mamy małą chwytliwość.
    A potem metaanalizy. Musimy się siłą rzeczy ograniczyć do czasopism lepszych, żeby nie dopuszczać badań gorzej przeprowadzonych, których będzie więcej im niżej w rankingu się zapuścimy. Ale im jesteśmy wyżej, tym większe jest skrzywienie w stronę prestiżu. Nie dostajemy wiarygodnej informacji o liczbie badań przeprowadzonych, a tylko: liczbie wyników publikowanych. Nie ma obowiązku spowiadania się z badań, które nic znaczącego nie wykazują, a dopiero z dodatkiem informacji o nich mielibyśmy statystyki na poziomie. Metaanalizy wyglądają czasem imponująco pod względem liczb, ale są niejednokrotnie obarczone właśnie błędem prestiżu. Pewne wyniki dostają się wyżej w rankingu czasopism niż inne.

    OdpowiedzUsuń
  3. część druga
    System recenzji też nie jest idealny. Niektórych ludzi jestem w stanie rozpoznać po stylu wypowiedzi. Cóż dopiero w wąskich dziedzinach, gdzie czołowi naukowcy wszyscy się znają i w większości współpracowali! Wówczas jest mitem recenzja tekstu bez świadomości osoby, która go napisała. Dojść mogą do głosu i urazy, i sympatie.

    Pomijam całą gamę błędów historycznych, do których dziś by może nie doszło, ale które miały miejsce pięćdziesiąt czy sto lat temu i ciągle nieco smrodu zostawiają. To pseudonauce jakiś oręż daje, ale nie podkopuje gmachu wiedzy, natomiast naukowy prestiż i lekceważenie dla n-tych replikacji istotnie zaburzają naszą wiedzę o badanych tematach.

    Dodajmy jeszcze różne rynkowe pomysły, które mają zapewnić konkurencję naukowców. Już teraz pojedynczy tekst zostanie rozbity na dwa mniej istotne i wyjąkany po angielsku referat na konferencji, byle z niewielu punktów wyszło trochę więcej punktów. Oznaki jakości młodego naukowca często zastępują jakość. Cóż by było, gdyby weszły w życie propozycje konkurowania uczelni o studenta czy wykładowców o sale na zasadach rynkowych. Uzależnienie nauki od popularności wyników będzie ciekawą formą samobójstwa i wpuszczeniem pseudonauki tylnymi drzwiami.

    Z błędami w nauce się nie walczy szczególnie stanowczo. W dziedzinach, których spore fragmenty opierają się na trudniejszych do mierzenia wynikach (psychologia), eksperci mocno trzymają się swoich stołków, kształcąc kolejne pokolenia w miłości do autorytetu, nienawiści do statystyk. Na ciekawy błąd zwrócono mi uwagę ostatnio: przy całej jakości wielu wielu statystyczne opracowanych wyników badań psychologicznych grupą badaną w ogromnej ilości przypadków są studenci psychologii, a wobec prostego faktu, że nie są oni reprezentatywną grupą pod względem wieku, poglądów, sposobu myślenia, przynależności etnicznej, statusu materialnego, możemy mieć wątpliwości, jaka część badań dała wnioski na temat ludzkości, a jaka na temat gorzej wykształconej w naukach ścisłych białej młodzieży z krajów zachodnich o średnim i średnio-wyższym majątku. :)

    Wobec ataku pseudonauki na naukę często przyjmujemy rolę oblężonej twierdzy i unikamy debaty o tym, ile rzeczywistych błędów wciąż jest hodowanych na uczelniach (nie mówię o absurdzie istnienia wydziałów teologicznych, ale o pojawiającej się homeopatii czy zajęciach z dawno ośmieszonych teorii psychologii).

    OdpowiedzUsuń