poniedziałek, 27 listopada 2017

Lab Girl - recenzja

Zacznę od uderzenia się w pierś. Dość szybko po rozpoczęciu lektury Lab Girl doszedłem do wniosku, że niemożliwe, że ta pracująca po jakieś 50 godzin na dobę botanik może pisać tak dobrze, że na pewno mam w rękach dzieło świetnego ghost writera. Ekspresowy research wykazał, że jednak Hope Jahren jakimś cudem znajduje w swym życiu czas na pisanie i ma między innymi bloga zatytułowanego “Hope Jahren sure can write” [Hope Jahren naprawdę potrafi pisać]. Brzmi trafnie, bo Lab Girl to świetna lektura.

Hope pisze zabawnie, a jej wspomnienia są świetnie skomponowaną mieszanką autobiografii i książki popularnonaukowej. Z naciskiem na to pierwsze. Jednocześnie pierwsze i drugie skupia się na rzeczach ciekawych. Lab Girl nie jest kronikarskim zapisem życia zmagającej się chorobą dwubiegunową, maniakalnej pracoholiczki z zaśnieżonego Austin, potomkini małomównych norweskich uchodźców. To przegląd najzabawniejszych, najistotniejszych i najtrudniejszych epizodów z jej dotychczasowego życia.

Książkę przeplatają rozdziały poświęcone ciekawostkom ze świata roślin. Nie są one losowe, nie trafiłem tam na ani chwilę nudy, ale nie ma wątpliwości, że Lab Girl lśni tam gdzie opowiada o autorce. Choć Hope ma na koncie wiele nagród i sukcesów, nie przeczytamy o nich na stronach tej książki. Dowiemy się raczej o jej zmaganiach z pozyskiwaniem funduszy, ludźmi i niestety samą sobą. Niemal zawsze, nawet w najsmutniejszych fragmentach, towarzyszy nam lekkie pióro i poczucie humoru.

Ze stron przebija niezwykła pasja autorki do sprzętu laboratoryjnego i tego co robi. Ważnym elementem książki jest też Bill. Nie wiem co tu powiedzieć, poza tym, że nie zdziwię się, jeśli najbliższy współpracownik Hope Jahren jest kosmitą, który spędza na Ziemi wakacje pod postacią człowieka.

Jeśli szukacie książki popularnonaukowej o drzewach i botanice, Lab Girl może nie trafić w wasze gusta. Jeśli jednak chcecie poczytać o kimś ciekawym (a raczej o ciekawym duecie, bo jednak przez znaczną część lektury towarzyszy nam Bill) to pochłoniecie tych czterysta stron z ogromną przyjemnością.


Tytuł: Lab Girl. Opowieść o kobiecie naukowcu, drzewach i miłości
Autor: Hope Jahren
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 432


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu za egzemplarz recenzencki.


poniedziałek, 13 listopada 2017

Biała śmierć

Tekst opublikowany w Nowej Fantastyce 8/2016.


Wykładniczy rozwój cywilizacji ludzkiej oznacza, że choć anatomicznie współczesny człowiek liczy sobie około dwieście tysięcy lat, to prawdziwy początek cywilizacji dało nam rolnictwo, jakieś dwanaście tysięcy lat temu. Mimo to, jeszcze tysiąc lat temu było nas raptem kilkaset milionów (zależnie od szacunków od 250 do 400) i mało kto, nawet zasiadając na Księżycu, mógłby dostrzec nas lub nasz wpływ na planetę. Dopiero odkrycie elektryczności i paliw kopalnych w XIX wieku sprawiło, że nie tylko jesteśmy dostrzegalni, ale wręcz odciskamy coraz bardziej dotkliwe piętno na Ziemi. Jednocześnie, współczesne rafy koralowe rosły przez ostatnie dziesięć tysięcy lat. Coraz bardziej prawdopodobne jest, że uda się nam je wykończyć w ciągu raptem pięćdziesięciu.

Choć stanowią one tylko jedną dziesiątą jednego procenta dna morskiego, aż jedna czwarta gatunków morskich polega na nich jako źródle pożywienia i schronienia. Jednocześnie są to wyjątkowo wrażliwe ekosystemy. Koralowce reagują na czynniki takie jak wyższa temperatura, niedobór tlenu, zanieczyszczenia i inne, poprzez wydalenie alg z którymi żyją w symbiozie. To właśnie symbiotyczne algi nadają kolor koralowcom i zapewniają im pożywienie. Pozbawione mikroskopijnych organizmów rafy stają się trupioblade, słabe i są podatne na choroby i śmierć.

W ciągu ostatnich dwóch dekad na całym świecie dochodziło do epizodów tak zwanego bielenia raf. Większość ma zasięg lokalny - w 2005 jedno z nich doprowadziło do zagłady ponad połowy raf na Karaibach. Trzy z nich miały zasięg globalny. Jedno, w 1998, doprowadziło do zagłady 16% raf na świecie. Kolejne nastąpiło po szczególnie silnym El Nino w 2010. Dlatego nie jest zaskakujące, że rekordowe El Nino z przełomu 2015 i 2016 pociągnęło za sobą trwający właśnie, najbardziej dewastujący epizod bielenia raf w znanej historii. [Update - bielenie rozciągnęło się na 2017, dotknęło ponad 90% Wielkiej Rafy Koralowej i przyniosło śmierć od 29% do 50% koralowcom.]

Globalne ocieplenie kojarzy się głównie z ociepleniem atmosfery, ale w rzeczywistości ponad dziewięćdziesiąt procent nadwyżkowego ciepła wywołanego zmianami klimatycznymi pochłaniają oceany. Jeśli los co czwartego gatunku morskiego nie leży komuś na sercu, pewnie nie przejmie się też, że rozgrywająca się właśnie tragedia dotyczy wartego trzydzieści miliardów dolarów rocznie biznesu karmiącego pół miliarda ludzi. Ale spokojna głowa - tegoroczne bielenie powinno dotknąć niecałych czterdziestu procent koralowców na planecie. Toż to nawet nie połowa! Ponadto bielenie nie musi być wyrokiem - czasem koralowce mogą wydobrzeć. Szanse na to może zwiększyć brak zanieczyszczeń i racjonalna eksploatacja łowisk.

Około 12% powierzchni lądowej Ziemi to tereny pod ochroną. W przypadku oceanów i mórz raptem jeden procent objęty jest ochroną. Ułamek ten jednakże nie ma zbytniego znaczenia, bo globalne ocieplenie nie uznaje granic i obszarów. Jesteśmy na prostej drodze by do 2040 roku stracić wszystkie rafy. Bez nich ryby, które polegały na trójwymiarowej strukturze koralowców by chornić się przed drapieżnikami wyginą, zniknie ogrom terenów lęgowych i żerowisk. Poza oczywistymi konsekwencjami tej katastrofy naukowcy kreślą cały szereg ponurych scenariuszy drugorzędnych efektów i spodziewają się, że nie przewidzieli równie wielu.

Problemem nie jest zmiana, bo nasza planeta od zawsze była dynamicznym miejscem. Problemem jest tempo tych zmian. Przyroda nie jest w stanie nadążyć. Dwutlenek węgla grozi nam nie tylko zatrzymując więcej ciepła na Ziemi, ale i zakwaszając oceany. Rabunkowe połowy ryb doprowadzają do lokalnych eksplozji populacji zooplanktonu, który pochłania za dużo tlenu i “dusi” rafy, dodatkowo potęgując bielenie. Prawdziwe problemy pojawią się jednak, gdy kwaśny ocean zdziesiątkuje populację fitoplanktonu. Te mikroskopijne organizmy roślinne odpowiadają za co najmniej połowę (a według niektórych szacunków nawet 85%) światowej produkcji tlenu.

Słaby ze mnie podróżnik. Mając wybór celuję w chłodniejsze regiony. Ale ostatnio myślę, że może warto przed 2040 zobaczyć rafę koralową. Póki jeszcze są. I zanim się podusimy.


Źródła:
USA Today - "second year in a row"
AccuWeather - "zero prospect of recovery"
The Guardian - "worse than expected"
Independent - "Great Barrier Reef being killed"


poniedziałek, 16 października 2017

Kilonova - zaobserwowana grawitacyjnie i optycznie

“Widzieliśmy” już zderzenie czarnych dziur. Więc kiedy zapowiedziano ogłoszenie “bezprecedensowego” odkrycia związanego z falami grawitacyjnymi, byłem naprawdę zaintrygowany. Niedawno zakończyła się konferencja prasowa i już wszystko jasne - udało się dokonać obserwacji zderzenia dwóch gwiazd neutronowych, zarówno w postaci fal grawitacyjnych jak i fal elektromagnetycznych (światła, promieniowania radiowego, gamma…). Oto krótkie podsumowanie.

Masa zakrzywia czasoprzestrzeń. Zakrzywienie to z reguły jest niewielkie i stałe, dość trudno je obserwować, choć już w 1919 roku w czasie zaćmienia słońca udało się potwierdzić to zjawisko (jednocześnie dostarczając kolejnego dowodu na prawdziwość Einsteinowskiej ogólnej teorii względności).

Obracająca się masa skręca czasoprzestrzeń. Zjawisko to byłoby łatwe do zaobserwowania gdybyśmy mieli pod ręką czarną dziurę, ale na szczęście nie mamy. Mamy zamiast tego sporo genialnych ludzi, którzy w 1959 wymyślili jak to zaobserwować w przypadku Ziemi. Technicznie było to tak trudne, że dopiero w 2007 wyniki uzyskane za pomocą Gravity Probe B potwierdziły zjawisko (znów dowodząc OTW).

Wirujące wokół siebie i zderzające się masy generują fale grawitacyjne. Generują je spadające na siebie i łączące się czarne dziury. Generują je spadające na siebie gwiazdy neutronowe. To ekstremalnie gęste obiekty - ich średnice wynoszą po kilkanaście kilometrów, a są znacznie cięższe od Słońca. Im ciaśniej wirują wokół siebie tym mocniejsze fale grawitacyjne towarzyszą tej śmiertelnej spirali.

Naukowcy w obserwatoriach LIGO (dwa punkty na mapie USA) oraz Virgo (umiejscowione we Włoszech) zaobserwowali narastające fale. Fale grawitacyjne rozchodzą się z prędkością światła, dlatego mając trzy punkty obserwacji można dokonać triangulacji i namierzyć ich źródło. Idea jest troszkę podobna do GPSu, ale niezupełnie. Pozwala określić z którego regionu nieba pochodzą, ale nie odległość*. Jako że fale narastały, szybko nawiązano kontakt z obserwatorami i teleskopami na Ziemi i w kosmosie, by zwróciły się w podanym kierunku.

W wyznaczonym regionie oczywiście znajduje się dużo galaktyk, ale na szczęście bardzo szybko namierzono właściwą - NGC 4993. Niecałe dwie sekundy po zderzeniu teleskopy Fermi i INTEGRAL zarejestrowały rozbłysk promieniowania gamma, co jest argumentem za teorią, że źródłem tychże rozbłysków są właśnie kolizje gwiazd neutronowych. Światło widzialne zaobserwowano 11 godzin później. Docelowo ponad 70 teleskopów zaobserwowało ten kosmiczny kataklizm w najróżniejszych partiach spektrum elektromagnetycznego.

Kilonova - tak nazywa się zderzenie gwiazd zdegenerowanych (neutronowych i/lub czarnych dziur). Ocenia się, że zjawiska te mogą produkować nawet połowę pierwiastków cięższych od żelaza we wszechświecie. Naukowcy oceniają, że w tej kolizji powstało sto kwadryliardów (10^29) kilogramów metali ciężkich, w tym sześćdziesiąt kwadryliardów samego złota i platyny. To dziesięć tysięcy razy więcej niż wynosi masa Ziemi.

Innymi słowy, połowa złota w Twojej biżuterii może pochodzić z eksplozji umierającej gwiazdy, a druga połowa mogła powstać gdy doszło do zderzenia dwóch martwych gwiazd.


* - prawdę powiedziawszy dysponując odpowiednio dużym kosmicznym wykrywaczem fal grawitacyjnych bylibyśmy w stanie dokładnie określić punkt w trójwymiarowej przestrzeni, ale cóż - może się doczekamy i takiej zabawki.


Źródła:
European Souther Observatory - oficjalny press release
Science vs Cinema
Kilonova
Kosmiczna Propaganda
Dlaczego odkrycie fal grawitacyjnych


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


piątek, 29 września 2017

SpaceX - tym razem Księżyc i Mars

Kilka moich notatek z najnowszego wystąpienia szefa SpaceX. Jedna uwaga na początek - firma wysłała pierwszą rakietę na orbitę 9 lat temu. Zaczynali od zera. Nie umieli budować rakiet, nie umieli nimi startować. Niecałą dekadę później odzyskują boostery, wynoszą ładunki na LEO, GEO, zaopatrują ISS i planują podbój Marsa. Co obieca nam Elon w 2026?

OK a teraz konkrety:

- Zgodnie z przewidywaniami, wobec planów USA i Rosji wobec Księżyca, Musk chce włączyć się w ten biznes. Zaprezentował mniejszy International Transport System, jest “tylko” wielkości Saturna V (przy jednoczesnej pełnej odzyskiwalności).
- Co zaskakujące trzymają się silników napędzanych metanem (spodziewałem się, że z powodu Księżyca, pójdą w wodór/tlen pozyskiwany z lodu).
- Jak zwykle z Muskiem - ambicje są szalone. Nie tylko chce by ITS* zastąpił wszystko co obecnie robią - Falcona Heavy i Falcona 9, ale ponoć już w przyszłym roku zacznie się konstrukcja. Taki skok na główkę w nowe rozwiązanie. Jestem troszkę ciekawy czy może to być podyktowane problemami z Falconem Heavy. Wygląda jednak na to, że ITS jest po prostu radykalnie lepszy.
- SpaceX opracowało nowy splot włókien węglowych co pozwoliło im zbudować kompozytowy zbiornik na paliwo o objętości 1000 metrów sześciennych, który utrzyma 1200 ton ciekłego tlenu.
- Silniki przetestowano już na 40 sekundowe odpalenie - tyle potrzeba do lądowania na Marsie. Ciśnienie 200 atmosfer, docelowo ma być 250+ ale chcieliby niecały 300. Ciśnienie przekłada się na ciąg/wydajność.
- Lądowanie BFR* na kilku silnikach (gdzie nie wszystkie są potrzebne) oznacza redundancję. Falcony wylądowały 16 razy z rzędu na jednym. Co za tym idzie Musk mówi, że lądowanie na tym bydlaku będzie porównywalnie niezawodne jak z liniowymi samolotami. Są tak zadowoleni z precyzji lądowania, że chcą usunąć rozkładane i ciężkie nogi i lądować na stanowisku startowym,
- Mówi o tym wszystkim, bo chce oferować loty orbitalne/suborbitalne - z barki na barkę, w dowolne miejsce na Ziemi w 30-40 minut (https://www.youtube.com/watch?v=zqE-ultsWt0). Nie byłby to pewnie komfortowy lot, ale… gdziekolwiek w niecałą godzinę?
- Ładunek BFR - 5x większy niż Falcon Heavy (który nawet jeszcze nie poleciał) ~8x większy niż Falcon 9. 100 metrów Wielkiej Pieprzonej Rakiety.
- “Ship” (drugi człon) to 48 metrów. Będzie miał trzy wersje. Klasyczny do wynoszenia ładunków z 8-piętrową ładownią na 150-tonowy ładunek (lub przechwycone satelity co jest wśród planów). Tankowiec dla dalekich lotów (Musk zdradził trochę jak będzie wyglądać tankowanie, będzie dokowanie dyszami, co oznacza brak nowych rur i zaworów które mogłyby zawieść, sprytnie, odważnie). Trzeci wariant to “mars transit configuration” czyli załogowy… Mimo zmniejszenia gabarytów, Elon wciąż mówi o planowanej setce pasażerów...
- Koszty wynoszenia ładunków na orbitę mają spaść dramatycznie (typu kilkadziesiąt procent).
- Tankowanie na orbicie, oznacza, że tych 150 ton można dostarczyć nie tylko na orbitę, ale i na Marsa, Tytana, czy Enceladusa. Albo Ganimedesa [pozdro, you know who you are ;)]
- Jak zwykle szalone daty: Dwie rakiety z ładunkiem w 2022 (w to mogę uwierzyć), oraz dwie z ładukiem i dwie załogowe w 2024 (i w to już nie uwierzę). Ale dobrze. Dzięki ambicjom SpaceX przeszło taką drogę w ciągu ostatnich lat.


Pełne nagranie tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=S5V7R_se1Xc


* - ITS = Interplanetary Transport System. BFR = Big Fucking Rocket


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.

czwartek, 28 września 2017

W królestwie monszatana - GMO, gluten i szczepionki

To ciekawy przypadek… “W królestwie monszatana” z czystym sumieniem polecam każdemu. Na przeciwników GMO wręcz nalegam by ją przeczytali. Jednocześnie wniosek z niemal trzystu stron tekstu spisanego przez Marcina Rotkiewicza jest taki, że nieprzekonanych i tak nic nie przekona… Oby nie było to prawdą, bo ta książka to najlepsze, najbardziej kompleksowe rozprawienie się z mitami krążącymi wokół GMO jakie widziałem.

Przede wszystkim książka da nam pewne spojrzenie na to jaka jest skala współczesnego rolnictwa i jaki ma ono wpływ na środowisko naturalne. Autor spokojnie i merytorycznie wykłada również co kryje się pod mianem GMO, pokazując, że nie jest czymś nowym i obcym, ale naturalnym następstwem tego co robimy od tysięcy lat. Tym razem jednak zamiast młotka i siekiery mamy do dyspozycji igłę i skalpel.

Dowiemy się jak kontrowersje zostały praktycznie wyczarowane z powietrza. Dowiemy jak Greenpeace konsekwentnie ignoruje głosy naukowców i coraz mocniej fortyfikuje się w opozycji do biotechnologii - tym samym działając na szkodę środowiska naturalnego i ludzi. Dowiemy się w końcu o tym jakich ludzi organizacje ekologistyczne* stawiają ponad setką noblistów czy ponad zdaniem licznych państwowych akademii nauk i międzynarodowych stowarzyszeń naukowych.

Lektura jest równie wciągająca, co przygnębiająca. Dowiemy się z niej jak Greepeace zbyło jednym zdaniem ćwierć wieku badań wykonanych na wniosek Unii Europejskiej (ponad sto trzydzieści projektów badawczych, pięćset zespołów naukowych z całego kontynentu). Wyniki były klarowne - “genetyczna modyfikacja organizmów nie stanowi dodatkowego ryzyka dla zdrowia i środowiska w porównaniu do konwencjonalnych technik hodowli roślin”. Dowiemy się, że akademie nauk Australii, Nowej Zelandii, Zjednoczonego Królestwa, Brazylii, Chin, Francji, Kanady, Indii, Meksyku, USA, Niemiec, Polski, Szwajcarii i Włoch mówią jednym głosem. Dowiemy się, że z powodu blokowania już przez kilkanaście lat złotego ryżu ofiarą mogło paść ponad półtora miliona ludzkich istnień.

Dla mnie najwięcej nowości krył rozdział ósmy, w którym poznajemy historię rolnictwa organicznego i reguły nim kierujące. Żywność ta uprawiana według wydumanych zasad, bez choćby ułamka regulacji towarzyszących GMO, znacznie mocniej ciążąca środowisku, jak na ironię kojarzona jest z bliskością natury czy idyllicznymi obrazkami.

Pod koniec Marcin Rotkiewicz udaje się na wyprawę poza rolnictwo - na tereny medyczne, gdzie istnieje niemal bliźniaczy problem histerii i spirali ignorancji w kwestii szczepień a raczej ludzi, którzy starają się ich unikać i nimi straszyć. Można by sądzić, że nie powinno być na to miejsca w książce poświęconej rolnictwu i biotechnologii, ale paralele są niekwestionowane.

“W królestwie monszatana” wydano na papierze i w formie ebooka. Miałem przyjemność czytania książki w obu formatach i nie mam żadnych zarzutów do którejkolwiek wersji. Jak wspominałem, nie jest to lektura wesoła, ale czyta się ją sprawnie i sądzę, że powinni ją przeczytać zarówno zwolennicy jak przeciwnicy genetycznie modyfikowanych organizmów.


* - Rotkiewicz z premedytacją unika nazywania Greenpeace organizacją ekologiczną a aktywistów ekologami. To dlatego iż ekolodzy to naukowcy specjalizujący się w ekologii, nauce która bada oddziaływania między organizmami a środowiskiem i wzajemnie między istotami żywymi. Stąd używa pochodnej “ekologizmu” czyli aktywności społeczno-politycznej. Działaczy natomiast pilnie nazywa ekoaktywistami, gdyż najczęściej nie tylko nie mają odpowiedniego wykształcenia ale również głoszą tezy sprzeczne z wiedzą naukową.


Tytuł: W KRÓLESTWIE MONSZATANA - GMO, gluten i szczepionki
Autor: Marcin Rotkiewicz
Wydawnictwo: Czarne
Premiera: 20.09.2017 r.
Liczba stron: 296


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarne za egzemplarz recenzencki.


wtorek, 19 września 2017

"Notka w twojej dłoni" - wyniki konkursu

Pora na ogłoszenie wyników drobnego konkursu. Wśród nadesłanych propozycji dominowało globalne ocieplenie. Były również propozycje tematów związanych z obcymi, ale tylko jeden uczestnik połączył jedno z drugim i to bezsprzecznie jemu należy się wygrana. Książka "Wszechświat w twojej dłoni" trafi do Adama Paździora za propozycję:

Czy kosmici wierzą w globalne ocieplenie?

Teraz trzymajcie kciuki bym jak najszybciej popełnił sympatyczny tekst w tym temacie. Trochę sam się nie mogę doczekać.




środa, 13 września 2017

Węglowa notka w twojej dłoni

Nakładem Wydawnictwa Otwarte ukazała się właśnie książka “Wszechświat w twojej dłoni”. Jej recenzję możecie przeczytać tutaj. Jednocześnie miło mi ogłosić z tej okazji drobny konkurs.

Od dzisiaj do niedzieli, 17 września możecie przesyłać na adres weglowy.szowinista@gmail.com propozycje tematów na notki.



Jury w składzie jednoosobowym subiektywnie wybierze najlepszą propozycję, a zwycięzca zostanie nagrodzony, jak się łatwo domyślić, egzemplarzem “Wszechświat w twojej dłoni”.


środa, 30 sierpnia 2017

Nie, chemioterapia nie powoduje przerzutów

Jestem pewien, że jeśli jeszcze nie widzieliście, to z pewnością już niebawem zobaczycie gdzieś nagłówek głoszący, że według najnowszych badań chemioterapia powoduje rozprzestrzenianie się raka. Myślę, że niejeden internetowy naciągacz czy popularyzator lewoskrętnej witaminy C miał ochotę już otwierać szampana. W przeciwieństwie do tysięcy badań, które ignorują, to jedno okaże się ostatecznym dowodem na to, że cała ta chemioterapia służy Big Pharmie do mordowania i zarabiania.

Oczywiście bliższa lektura, którą na pewno nie skala się 99% szerujących, linkujących wrogów medycyny, ujawniłaby, że to kiepska amunicja, ale strzelanie ślepakami i tak na pewno odniesie skutek w wielu przypadkach. W rzeczywistości Neoadjuvant chemotherapy induces breast cancer metastasis through a TMEM-mediated mechanism mówi, że chemioterapia w ramach leczenia neoadiuwantowego potencjalnie może zwiększać szanse na rozprzestrzenianie się pewnych rodzajów raka, choć kliniczna istotność badania nie jest potwierdzona. Jednocześnie wyraźnie mówi, że ewentualna szkoda w żadnym razie nie przeważa benefitów z chemii.

A teraz po kolei (ale krótko) - leczenie neoadiuwantowe to takie, które poprzedza operacje i ma na celu zmniejszyć guz nieoperacyjny do rozmiaru, który można wyciąć lub zmniejsza go na tyle, by oszczędzić organy. Sam ten aspekt jest bardzo istotny. W przypadku takiej chemioterapii w organizmie jest tysiące (dziesiątki tysięcy?) razy więcej komórek nowotworowych niż, gdy stosuje się ją po zabiegu (bo wtedy guz jest już wycięty), by zmniejszyć szanse nawrotu poprzez dobicie tego, co zostało. Prawdopodobnie w innych przypadkach komórek jest zbyt mało by można było zaobserwować jakkolwiek statystycznie zauważalny efekt.

Gdyby przedoperacyjna chemioterapia miała istotnie takie działanie, jakiego dopatrują się i będą dopatrywać wrogowie nauki, obserwowano by różnicę między przeżywalnością pacjentów jej poddawanych oraz tych, którzy poddawani byli jej po operacji. Nic takiego nie zaobserwowano, co rzuca cień na potencjalną kliniczną istotność tych wyników. Bo wiecie… badanie przeprowadzano na myszach o upośledzonym układzie odpornościowym, którym wszczepiano raka oraz na próbkach tkanki rakowej in vitro.

Nie podejmę się wejścia w szczegóły publikacji, są trudne. Ogólnie badanie może pomóc w zrozumieniu mechanizmu przerzutów oraz otworzyć drogę do ulepszenia przedoperacyjnej chemioterapii. I rzeczywiście istnieje szansa, że neoadiuwantowa chemioterapia zwiększa szansę komórek rakowych na rozprzestrzenienie. Korzyści jednak są znacznie większe i byłoby wielką tragedią, gdyby nieodpowiedzialne (czy wręcz podle wyrachowane) powoływanie się na tę publikację odciągnęło choć jedną kobietę zmagającą się z rakiem piersi od tej metody leczenia. Nie tylko zwiększa ona szansę uniknięcia śmierci, ale również w pewnych przypadkach pozwala uniknąć mastektomii...

* * *

Badanie Use of Alternative Medicine for Cancer and Its Impact on Survival, opublikowane w Journal of the National Cancer Institute to czyste złoto. Smutne, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem materiał tak miażdżący w swojej prostocie i dosadności wobec altmedów.



Ten wykres prezentuje przeżywalność 280 pacjentów, u których w 2004 r. zdiagnozowano nowotwory piersi, prostaty, jelit i płuc, którzy ulegli oszustom obiecującym, że homeopatia, chiropraktyka, cieciorka wciskana w dziwne miejsca, strukturyzatory wody czy temu podobne pierdoły uratują ich. Ci ludzie zrezygnowali ze zweryfikowanych metodą naukową terapii na rzecz “altmedów”. Prezentuje również przeżywalność 559 pacjentów w analogicznej sytuacji, którzy poddali się chemioterapii, radioterapii czy zabiegom chirurgicznym.

W 2009 r.oku żyło 78.3% kontrolnych pacjentów oraz jedynie 54.7% tych, którzy poszli drogą altmedów. Najbardziej wstrząsająca różnica tyczyła się właśnie raka piersi, gdzie stosujący szarlatanerię byli aż pięciokrotnie bardziej narażeni na śmierć. Twórcy publikacji nie byli w stanie zidentyfikować, jakiego rodzaju alternatywne działania podejmowali ci pacjenci, ale nie ma to wielkiego znaczenia - z definicji alternatywna medycyna to taka, której skuteczności nie udowodniono i ta publikacja pokazuje to w bardzo dosadny sposób.

Co ciekawe autorzy twierdzą, że z szarlatańskich metod korzystali częściej pacjenci młodsi, zamożniejsi i - co szczególnie szokujące - lepiej wykształceni. Naciągacze spod bandery Big Placebo jak mantra mówią “to nie szkodzi”, ale widać jak na dłoni, że choć może nie zabijają dosłownie, to często odciągają cierpiących ludzi od sprawdzonych metod, które ratują życie.

Na koniec, by bardziej dosadnie pokazać w czym rzecz, prezentuję pierwszy wykres ponownie, w lekko “poprawionej” wersji:




Źródła:
Does chemotherapy cause cancer to spread?
Neuropa
Use of Alternative Medicine for Cancer and Its Impact on Survival
Alternative Medicine Kills Cancer Patients, Study Finds


piątek, 25 sierpnia 2017

Wszechświat w twojej dłoni - recenzja

Jeśli chciałbyś dowiedzieć się wszystkiego co wiemy o wszechświecie ale boisz się, że to będzie strasznie trudne, to ta książka jest dla Ciebie. Christophe Galfard, reklamowany jako uczeń Stephena Hawkinga, popełnił jedną z “najlżejszych” książek popularnonaukowych jakie dane mi było przeczytać.

To niezwykłe, że tych czterysta pozbawionych ilustracji stron oferuje tyle sugestywnych obrazów. Galfard zdecydował się na narrację w której dyryguje wyobraźnią czytelnika, mówi mu co ma sobie wyobrazić, co widzieć, słyszeć i czuć. Nieźle udaje mu się w ten sposób wywoływać spektakularne wizje u odbiorcy. Jako stary RPGowiec powinienem powiedzieć, że nie należy mówić czytelnikowi co czuje, tylko wywoływać pewne emocje opisem, ale to drobiazg.

Bardziej przeszkadza mi, że autor uległ powszechnej wśród odbiorców histerii wobec wzorów. Już na początku lektury spieszy z zapewnieniem, że w całej książce znajdzie się tylko jeden wzór i że będzie to sławna Einsteinowska równoważność masy i energii. Szkoda bo wzorami nie trzeba straszyć do wzorów trzeba przekonywać. Myślę, że odpowiednia narracja wywołałaby zachwyt nad tym jak wiele można zakomunikować kilkoma symbolami.

Po tym zgrzycie w zasadzie mogę się jedynie zachwycać jak sprawnie i lekko Galfard wprowadza czytelnika w niebanalne zagadnienia sięgające od galaktyk i wielkiego wybuchu po kwarki i struny. Pokazuje nie tylko obecny stan wiedzy ale też wskazuje kierunki i wyzwania stojące przed nauką zarówno w kwestii wielkiego wybuchu jak i naszych prób ujednolicenia podstawowych oddziaływań w jedną teorię wszystkiego.

Autor stosuje zmyślne uproszczenia, buduje pewne metafory a następnie się ich trzyma przez co tym sprawniej idzie mu wprowadzenie kolejnych pól kwantowych i oddziaływań działających wewnątrz jąder atomów. Bardzo spodobała mi się również pojawiająca się w kilku punktach książki refleksja, że o tych rzeczach, jeszcze kilka dekad wcześniej wiedziała tylko garstka ludzi na świecie. Nawet jeśli to uproszczenia i “kłamstwa dla dzieci”, to wspaniale, że współczesna Kowalska, jeśli tylko wykaże chęć, może sięgnąć po te zdobycze nauki.

Nie będę udawał, że znalazłem w tej książce coś nowego. Nie jestem domyślnym odbiorcą “Wszechświata w twojej dłoni”. Mimo to polecam go gorąco wszystkim, którzy nie są mocno wgryzieni w arkana fizyki i kosmologii. Dowiedzą się dzięki szalenie plastycznym opisom zarówno co już wiemy, jak i czego jeszcze nie wiemy. Mimo 400 stron lektura mija szybko i przyjemnie. Polecam.


Tytuł: Wszechświat w twojej dłoni
Tytuł oryginalny: The universe is in your hand
Autor: Christophe Galfard
Wydawnictwo: Otwarte
Premiera: 13.09.2017 r.
Liczba stron: 400


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwarte za egzemplarz recenzencki.


środa, 16 sierpnia 2017

Odpowiedź dla pana Jarosława Olszaka

Niedawno na łamach Nowej Fantastyki napisałem o eksplozji wulkanu Tambora w 1816 roku. Doprowadziła ona do obniżenia średniej globalnej temperatury o pół stopnia na rok. Szacuje się, że w wyniku tego kataklizmu zginęło 0,2% populacji świata. Połowa tych ofiar przypisywana jest pośrednim skutkom. Największa plaga głodu w XIX wieku, sprowokowała demonstracje, zamieszki, szabrownictwo. Zimne i wilgotne lato doprowadziło do do epidemii tyfusu. W Azji zakłócony cykl monsunowy również doprowadził do katastrofy rolniczej a jej w następstwie epidemii nowego szczepu cholery.

Tekst miał podkreślić jak wrażliwi jesteśmy na zmiany klimatyczne. Zawiera ostrzeżenie - jeśli rok ze zmienioną o pół stopnia temperaturą dwa wieki temu miał takie skutki to co będzie na przeludnionej planecie, zamieszkanej przez cywilizację dalece bardziej uzależnioną od delikatnej infrastruktury energetycznej, żywnościowej, technologicznej, którą podgrzejemy o 1-2 stopnie, nie na rok ale “na stałe”. Tekst nie przypadł do gustu Jarosławowi Olszakowi (i pewnie nie tylko jemu). Twierdzi, że w kwestii zmian klimatycznych więcej jest pytań niż odpowiedzi. Przekazał mi prezentację, która jego zdaniem zawiera pytania a nie odpowiedzi, którą pokazuje swoim studentom.

Po zapoznaniu się z nią, nie dziwi mnie, że źle przyjął mój tekst. Jestem też zniesmaczony perspektywą, że ktoś nie będący klimatologiem może używać autorytetu dydaktyka do prezentowania czegoś takiego. Choć autor twierdzi, że zadaje pytania, rzeczywistości uprawia tendencyjne przedstawianie informacji i zdradza niezrozumienie mechanizmów tak klimatu jak i samej nauki.

Spora część prezentacji bazuje na podstawowym błędzie, żeby z dobrej woli nie nazwać tego manipulacją. Mianowicie spycha temat na wartości bezwzględne, podczas gdy problemem jest wytrącenie klimatu z równowagi. Tym smutniejsze, że oznacza iż kompletnie nie zrozumiał sensu mojego felietonu. Nie ważne czy natura emituje 700 Gt CO2 do atmosfery rocznie, skoro tyle samo absorbuje. Problem w tym, że te bardzo zgrubnie liczone 40 Gt CO2 emitowane przez ludzi nie jest absorbowane (to ogromne uproszczenie bo w rzeczywistości oceany i tak mocno kompensują nasze emisje). Clou naszych problemów nie jest to jaki procent emisji jest antropogeniczny, tylko, że nasze emisje zakłócają w gwałtowny sposób równowagę klimatu planety. Pojawia się też wzmianka o tym, że klimat zawsze się zmieniał, ale milczy na temat tempa tych zmian. Lubię to porównywać do starcia z lodowcem który może poruszać się np. jeden metr dziennie a toczącą się ku nam kilkutonową kulą lodu rodem z Poszukiwaczy Zaginonej Arki. Czy jest ona równie niegroźna jak pozornie nieruchomy lodowiec?

U pana Olszaka nie brak też walki z chochołem. Na przykład utrzymuje, że w dyskusjach zapomina się o naturalnym efekcie cieplarnianym (dzięki któremu średnia temperatura przy powierzchni wynosi +15’C a nie -18’C). Wniosek? “Efekt cieplarniany jest więc zjawiskiem naturalnym i korzystnym.” Równie dobrze można powiedzieć tonącemu, że woda jest cząsteczką życia.

Ponadto pan Olszak opisując np procentowy wpływ CO2 na ocieplenie czy procentowy udział człowieka w efekcie cieplarnianym serwuje szereg niedopowiedzeń i manipulacji. Para wodna jest mocniejszym gazem cieplarnianym, ale nie należy mylić skutków i przyczyn. Więcej CO2 to wyższa temperatura, to więcej pary wodnej w atmosferze… Trudno mi uwierzyć, że inżynier, nawet jeśli nie specjalizuje się w klimacie, nie rozumie sprzężeń zwrotnych.

Bardzo gryzą w oczy drobne insynuacje i niedopowiedzenia, którymi upstroczona jest całą prezentacja. Na przykład stwierdzenie, że łączny udział gazów cieplarnianych w atmosferze wynosi 5% nie jest nieprawdziwe. Ale dla niewprawionego słuchacza, jakim może być student PW może oznaczać, że to pomijalny drobiazg. Kilka gramów cyjanku stanowi mniej niż promil masy ciała dorosłego człowieka. Nie zabrakło paskudnych insynuacji co do motywacji pracowników IPCC, dziennikarzy czy działaczy ekologicznych. Oberwało się też Mauna Loa. Niczym bumerang wraca bzdura o wycieku maili. Nie zabrakło też rzekomych “głosów przeciwnych” takich jak niesławny Heidelberski, czy Petycja Oregońska, gdzie z 30 000 sygnatariuszy całych 39 ma specjalizuje się w naukach o klimacie. W ten sposób pan Olszak próbuje wywołać iluzję, że w gronie specjalistów istnieją różnice w podstawowych kwestiach. Różnice i wątpliwości są liczne, ale w fundamentach, które określa on mianem hipotezy. Dominujący wpływ człowieka na obecne zmiany klimatyczne to nie założenie badań ale wniosek jaki z nich płynie. Całość uzupełniają zarzuty wobec modeli klimatycznych. Wbrew temu co można by sugerować nie są one napędzane złą wolą i wymyślonymi tezami, ale danymi naszą wiedzą o tym jak promieniowanie oddziałuje z atmosferą, lądami i oceanem. Ich skuteczność jest coraz większa z roku na rok: link1, link2

Podsumowując, pan Olszak deklaruje, że w jego prezentacji zadawane są pytania a nie odpowiedzi i że zadaje je swoim studentom. Chciałbym w to wierzyć, ale to co zobaczyłem wygląda dosłownie jak deklaracje antyszczepionkowców zestawione z ich działaniami i głoszonymi treściami. Zobaczyłem ograne mity, insynuacje, przemilczenia i brak zrozumienia dla tematu. Ogromnie zasmuca mnie, że czymś takim karmieni są studenci Politechniki Warszawskiej i to wydziału na którym wykłada również grono specjalistów z Zespołu Meteorologii i Zespołu Ochrony Atmosfery.


sobota, 22 lipca 2017

Latarnia na niebie

Jeśli ktoś myślał, że chodzi o pulsary, to… dobrze o nim świadczy. Ale w tym wypadku chodzi o coś znacznie bliższego Ziemi. Trochę wstyd bo miałem zamiar o tym napisać już w marcu 2016 ale jakoś zleciało. Rosjanie umieścili na orbicie satelitę Mayak (“Latarnia”). I bardzo mi się to podoba. Z kilku powodów.

Po pierwsze Mayak to satelita wysłany dzięki crowdfundingowi. Bez wsparcia tuzów pokroju Billa Nye, Rosjanie zebrali 2 miliony rubli (około 33 tysięcy dolarów). Częściowo taki był cel - pokazać, że można wykonać naukowy eksperyment w kosmosie bez wsparcia rządu ani wielkich korporacji. Ostatecznie Latarnia trafiła na orbitę wraz z 71 innymi satelitami na pokładzie rakiety Soyuz.

Przez 30 dni będzie śmigać po niebie zanim zrealizuje swój drugi cel - przetestuje system aerodynamicznego hamowania w celu deorbitacji. Trzecim celem jest rozwinięcie refleksyjnych powierzchni tworzących czworościan o krawędzi długości 3 metrów. Dzięki temu Mayak w założeniu miał się stać najjaśniejszym obiektem na niebie z wyjątkiem Księżyca. W teorii ma on posłużyć badaniom gęstości atmosfery na różnych wysokościach i zweryfikować nasze pomiary obserwowanej jasności gwiazd.

Nie wiem jak Wy, ale ja już sobie obejrzałem Mayaka - mimo pochmurnego nieba zobaczyłem jasny punkt szybko sunący po niebie. Musi to być ogromna frajda dla każdego kto brał udział w tej zbiórce, móc pokazać jasny punkcik na niebie i wiedzieć, że to trzymetrowa konstrukcja mknąca 600 kilometrów nad Ziemią, do której dołożyło się swój grosik (rubelek). Na tej orbicie Mayak okrąża Ziemię co 90 minut, więc z pomocą tej aplikacji powinniście być w stanie też go zobaczyć. Choć już są głosy, że Mayak zakłóci obserwacje astronomiczne, ja sam żałuję, że Latarnia nie jest jeszcze większa i jeszcze jaśniejsza. Chciałbym, żeby była tak jasna, że ludzie byliby zaniepokojeni widząc ją na niebie, by szperali w internecie w poszukiwaniu wyjaśnienia, by potem czuli się zainspirowani tym co potrafimy zrobić.


Źródła:
http://www.n2yo.com/?s=42830
https://phys.org/news/2016-03-mayak-crowd-funded-russian-satellite.html
http://cosmomayak.com/
https://www.calvertjournal.com/news/show/8606/russian-students-launch-crowdfunded-satellite
http://newatlas.com/mayak-satellite-launched/50525/


poniedziałek, 17 lipca 2017

Nie trzeba fałszować

Dziś będzie krótko i treściwie. Przez szereg lat popularne u nas były zarzuty o fałszowaniu wyborów. Tzn, żeby być konkretnym - jedna partia po niemal każdych wyborach, które przegrała zarzucała fałszerstwo. Do dziś nie wiem czemu takie zarzuty nie kończyły się dochodzeniem i karaniem za oszczerstwo lub fałszerstwo. Jak widać w ostatnich miesiącach, taki na przykład MON grozi wszystkim dookoła pozwami za każde słowo krytyki, ale nie o tym miałem…

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin doszło do bardzo niefajnych rzeczy. Te niefajne rzeczy otwierają drogę do absolutnie skandalicznych rzeczy. I zapewniam Was, że fałszowanie wyborów to tylko jeden przykład absolutnie skandalicznych rzeczy. Mając rękę odpowiednio głęboko w okrężnicy wymiaru sprawiedliwości można wsadzać do więzienia nielubianych ludzi, oddalać zarzuty żon bitych przez partyjnych ludzi, odbierać pieniądze nielubianym organizacjom itd. Dominują jednak zarzuty, że teraz ci co krzyczeli o fałszowaniu będą mogli fałszować.

Ten tekst piszę po to, by dać do zrozumienia, że nie jest to potrzebne. W końcu fałszerstwo, nawet jeśli ma się po swojej stronie sądy a konstytucja została wyrzucona do kosza, to jednak jest pewien smród. A przecież mając pełnię trójwładzy w jednych maleńkich rączkach można dużo łatwiej wygrać wszystkie wybory. Wystarczy odpowiednio poukładać okręgi wyborcze.



Powyżej mamy przykład jak mając nawet tylko 40% głosów można zyskać 60% mandatów odpowiednim układaniem okręgów. Nazywa się to gerrymanderingiem i doprowadzono to do mistrzostwa w USA (tworząc takie i takie cuda). Jeśli myślicie, że to trudne lub absurdalne, to jesteście w błędzie. Szczególnie ze współczesnym oprogramowaniem i niezwykle precyzyjnymi danymi wyborczymi z każdej najmniejszej komisji, zgarnięcie konstytucyjnej większości (tak jakby konstytucja miała jeszcze jakąś wartość) nie jest problemem. Pierwsze podchody do tego PiS robiło już na początku roku mówiąc o “wielkiej Warszawie”. A teraz po prostu to zrobi.


piątek, 30 czerwca 2017

Podejście nauki do alternatywnej i tradycyjnej medycyny

Tekst opublikowany w Nowej Fantastyce 5/2016.


Zwolennicy medycyny alternatywnej regularnie posługują się tymi samymi, wadliwymi, lub zwyczajnie nieprawdziwymi argumentami. Bodaj najpopularniejsze jest powoływanie się na dowód anegdotyczny. To znaczy “a mojej znajomej akupunktura pomogła na skrzywiony kręgosłup”, albo “słyszałem, że dzieciak sąsiada miał rozwolnienie przez trzy dni po szczepionce”.

Historyjki takie są paradoksalnie równie bezwartościowe co chwytliwe. Osoby znajome z reguły uznawane są za wiarygodne i najczęściej mają zupełnie czyste intencje - ot powtarzają to co usłyszały. W rzeczywistości jednak, w ogromie czynników z jakimi mamy do czynienia pojedynczy przypadek to żaden dowód. Prześledzenie i udowodnienie związku przyczynowo skutkowego w medycynie to ogromne wyzwanie i długi proces, który należy przeprowadzić skrupulatnie. Pewna lekarka opowiadała o tym, jak dziecko oczekujące w kolejce do szczepienia nagle dostało silnych konwulsji. Po raz pierwszy w życiu. Gdyby doszło do nich ledwie pięć minut później, nie byłoby takiej ilości badań czy lekarzy, która przekonałaby rodziców, że to nie szczepionka wywołała taki efekt.

Anegdoty niestety są skuteczne i trudne do obalenia. Innym czołowym argumentem fanów alternatywnej medycyny jest chciwość tak zwanej Big Pharmy. Ten argument jest chyba najpopularniejszy, co jest troszkę groteskowe biorąc pod uwagę jego niemerytoryczność i niedorzeczność. Samo odwoływanie się do chęci zysku jest cokolwiek dziwne - czy powinniśmy chodzić w brudnych ubraniach bo ktoś chce zarobić na płynie do prania? A może dopiero gdy firma zarabia rocznie miliardy, wtedy jej zyski stają się synonimem zła i wyzysku? W rzeczywistości szczepionki nie tylko ratują życie, ale też oszczędzają na kosztach leczenia. Szacuje się, że każdego roku szczepienie czterech milionów dzieci w samych Stanach oszczędza trzynaście i pół miliarda dolarów; to trzynaście i pół miliarda, z których większość trafiłaby do kieszeni producentów leków. Jeśli doliczyć do tego inne straty, np w produktywności, to amerykańskie oszczędności dzięki Big Pharmie sięgają siedemdziesięciu miliardów.

Wreszcie, jeśli mimo tego wszystkiego zyski miałyby być wymiernikiem jakiegoś niesprecyzowanego “zła” to Big Pharma wypada blado przy “Big Placebo”, czyli firmach zarabiających na homeopatycznych pseudolekarstwach, jałowych suplementach i innych niepotwierdzonych naukowo formach naciągania. Zarabiają one około 34 miliardów dolarów w USA, co stanowi ponad dwuipółkrotność niecałych 13 miliardów zarobków firm produkujących szczepionki.

Trzecim popularnym argumentem jest utrzymywanie, że istnieją cudowne lekarstwa oraz alternatywy dla uznanej medycyny, ale są one ukrywane przed ludźmi, lub, że naukowcy nie chcą poddać ich odpowiednim badaniom. Aspiryna, choć w czystej postaci produkowana i sprzedawana jest od troszkę ponad stu lat, znana jest od zarania dziejów - opisują ją już egipskie zwoje sprzed trzech i pół tysiąca lat, mówiące o korzystnych właściwościach kory wierzbowej. Tradycyjna medycyna stała się częścią medycyny. Choć już dawno wkroczyliśmy w XXI wiek, homeopatyczny humbug ma się świetnie. Na pewno każdy z nas ma wśród znajomych co najmniej jedną osobę, która chętnie opowie o tym, jak znajomemu pomogły “leki homeopatyczne”. Czasem można nawet usłyszeć głosy, że skuteczność ta jest potwierdzona eksperymentalnie. W rzeczywistości jednakże przeprowadzono ponad dwie setki badań klinicznych nad tymi “lekami”. Wnioski są jednoznaczne i miażdżące - nie stwierdzono efektów przekraczających efekt placebo. Rekomendacja NHMRC (głównego ciała medycznego w Australii) z 2015 jest jasna - chorzy rezygnujący lub odwlekający leczenie na rzecz homeopatii ryzykują swoim zdrowiem. Jedyne badania, które wykazały jakąkolwiek skuteczność homeopatii nie były prowadzone poprawnie, to jest w oparciu o technikę podwójnie ślepej próby, co jednoznacznie wskazuje, że do głosu dochodzi jedynie efekt placebo i efekt potwierdzenia.

W 2015 nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii po raz pierwszy otrzymała obywatelka Chińskiej Republiki Ludowej, Tu Youyou. W latach 60 i 70 Tu przeanalizowała ponad dwa tysiące przepisów starożytnej chińskiej medycyny w poszukiwaniu leku na malarię. W końcu odniosła sukces, gdy wyciąg z bylicy rocznej (rośliny występującej w Europie i Azji) okazał się skuteczny w leczeniu malarii. By do tego doszło Tu musiała skorzystać nie tylko ze składników polecanych w tekście z 340 roku, ale również sięgnąć po ówczesne metody. Tradycyjnie stosowana gorąca woda niszczyła właściwości bylicy; dopiero preparat pozyskany w zimnej wodzie, tak jak zalecał Ge Hong żyjący w okresie dynastii Jin, okazał się skuteczny. Youyou wykazała się też nie lada odwagą - była pierwszym człowiekiem na którym wypróbowano lek.

Tak właśnie wygląda podejście nauki do alternatywnej i tradycyjnej medycyny. A skrócie:

“You know what they call alternative medicine that's been proved to work? - Medicine.”
- Tim Minchin


sobota, 17 czerwca 2017

Rakka - pokazówka od Neila Blomkampa

Po upadku sequela Obcego (czy może raczej jakiejś jego odnogi zastępującej Obcego3), Neil Blomkamp zajął się inicjatywą "Oats Studios", które będzie kręcić szorty, pokazujące koncepcje filmów, w nadziei na ich docelową realizację. Brzmi trochę jak Hollywoodzki Kickstarter.

Na pierwszy ogień poszedł scenariusz Rakka, który raczej niczym nie zaskoczy. Przypominający gady obcy przeprowadzają całkiem skuteczną inwazję na Ziemię. Widownia może zobaczyć, w typowym dla Blomkampa wizualnie stylu, jak Sigourney Weaver wraz z resztkami ludzkości próbuje stawiać opór okrutnym najeźdźcom. Jest więc brudno i brutalnie. Efekty są śliczne a treści jest niewiele i jest poskładana z dobrze znanych i lubianych elementów.

Czy trzymam kciuki za pełnometrażową wersję? Nie wiem. Rozumiem, że w podobny sposób powstał 9, Machete i wiele innych w tym oczywiście Dystrykt 9. Gdyby Rakka poświęcić bardziej samej inwazji i temu co kombinują obcy, niż obdartusom w ruchu oporu, może. W przeciwnym razie oczywiście pobiegłbym do kina, ale przeczuwam zmarnowany potencjał. Jednocześnie filmów SF w takiej estetyce nigdy za wiele.





piątek, 9 czerwca 2017

SpaceX - plotki, plany i ciekawostki

SpaceX ma ostatnio dobrą passę. Oby tak zostało.

Wpierw pudelkowo - firma wygrała w procesie ze swoim pracownikiem. Zarzucał on, że zwolniono go dlatego, że wskazał na zaniedbania w procesie kontroli jakości. Typowo w takich sytuacjach kończy się ugodą. Tu jednak doszło do rozprawy i to w obecności ławy przysięgłych (którzy z reguły chętniej współczują człowiekowi niż korporacji). I to ta ława przysięgłych uznała, że Blasdell wyleciał bo był fujarą dla kolegów i nie spełniającą poleceń przełożonych bułą. Właściwy wyrok może używać innych terminów. W każdym razie zadośćuczynienia nie będzie.

Zaobserwowano coś niepokojącego na nagraniu z odłączenia drugiego stopnia CRS-11 i Dragona. Szybko poszła fama, że to kleszczyki i że dwie osoby wyleciały za to z roboty (zaniedbanie, sfałszowanie raportu i w wyniku tej głupoty narażenie misji na katastrofę). Prawdopodobnie jest to jednak część smrodu, który niektórzy lubią roztaczać wokół Tesli i SpaceX. Obecna wersja brzmi, że to kawałek lodu.

SpaceX wygrało też kontrakt na wystrzelenie X-37B. Jest to ciekawe bo ten miniaturowy, bezzałogowy wahadłowiec to zabawka wojskowa. Jest to też wytwór Boeinga, więc mamy tu smaczek, bo Boeing i Lockheed Martin nienawidzą SpaceX, firmy która pokazuje, że da się lepiej i taniej.

No i na koniec kluczowa informacja prosto z Elonowego twittera - Falcon Heavy powinien polecieć już za cztery miesiące. Jak wiadomo dotrzymywanie terminów nie jest jego specjalnością, ale nie wydaje się, żeby miał to być przesadnie optymistyczny scenariusz. Zarówno główny rdzeń jak i boczne boostery zostały już przedmuchane w testach statycznych, więc nic tylko montować i wysyłać. Pierwszy start ma się odbyć z odzyskanymi boosterami Falconów 9 po bokach. Ma to być lot demo, więc nie będzie komercyjnego ładunku, tylko coś “bardzo głupiutkiego”.

Nie mogę się doczekać, jestem ciekaw czy zobaczymy nagranie panoramy z trzema lądującymi samodzielnie boosterami.


Źródła (głównie niezastąpiony Florydziak):
SpaceX wygrało w sądzie
Niezła draka
SpaceX wins launch of US Air Force X-37B space plane
The Rocket That Will Eventually Take Humans to the Moon Will Launch in 4 Months


czwartek, 1 czerwca 2017

Reakcje na zachowanie Trumpa

Uwaga, będzie spoiler. Napisałem niedawno kolejny felieton do Nowej Fantastyki. Znów o klimacie. Choć pojawi się dopiero w lipcowym numerze napisałem go w maju i cóż… przewidziałem przyszłość, ale nie było to trudne. Donald Trump znany z tego, że bawi się w prezydenta i zasypia podczas pisania tweetów, zapowiedział że wycofa USA z paryskiego porozumienia klimatycznego.

To katastofa dla klimatu, to zapowiedź, że zanieczyszczenie powietrza będzie zabijać coraz więcej ludzi (obecnie ponad 4 miliony rocznie), to dalszy krok w kierunku izolacji USA. Pojawiło się już jednak kilka ciekawych reakcji na ten ruch.

Kalifornia będzie współpracować z Chinami 
"Donald Trump nie może rozkazywać nauce, nie może rozkazywać pogodzie, nie może rozkazywać klimatowi". Jerry Brown, gubernator Kaliforni twierdzi, że paradoksalnie Trump jako twarz denializmu jedynie zmotywuje aktywistów na całym świecie. Zapowiedział, że Kalifornia będzie współpracować Chinami i innymi krajami by równoważyć skutki destrukcyjnej drogi na którą Trump skierował USA.
BBC

Przełomowe głosowanie udziałowców Exxona
Niby nie jest to bezpośrednia reakcja na zachowanie Trumpa, ale nie jest to poza kontekstem obecnych wydarzeń i paryskich ustaleń. Udziałowcy Exxona zobowiązali firmę do przygotowywania raportów o wpływie zmian klimatycznych na biznes i tym jakie ryzyka wiążą się z wysiłkami cywilizowanych krajów do utrzymania ocieplenia poniżej dwóch stopni Celsjusza.
Inside Climate News

Elon Musk opuszcza grono doradców Trumpa
Elon napisał na Twitterze że zrobił wszystko co mógł by USA nie wycofało się z porozumienia. Spytany co zrobi jeśli Trump wyprowadzi USA z porozumienia stwierdził, że będzie musiał opuścić organy doradcze obecnej administracji. Tak jak niektórych zdziwło, że Musk w ogóle dał szansę Trumpowi, tak nie powinno zdziwić, że człowiek kierujący firmami rozwijającymi przyjazne klimatowi technologie, nie będzie współpracował z rządem negującym fakty naukowe.
Futurism


poniedziałek, 15 maja 2017

TVN7 uprawia antyszczepionkową propagandę

Dziś wieczorem TVN7 niestety wyemituje pseudodokument “Zaszczepieni”. Wczoraj na fanpage udostępniłem post ze skanem skandalicznej notki z Gazety Wyborczej, w której polecano ten paszkwil. Skan ten wyparował wraz z postem. Jak się okazuje był to skan starego numeru gazety, ponoć było też sprostowanie. Jako, że „Zaszczepieni” i tak trafią na antenę, postanowiłem napisać kilka słów, które nie znikną tak łatwo:


  • Zarówno w ramówce (http://www.tvn7.pl/program-tv.html) jak i w nieszczęsnej notce Wakefield był tytułowany jako doktor. Andrew Wakefield został pozbawiony tego tytułu po tym jak udowodniono mu oszustwo, manipulację i nieetyczne działania. Manipulowanie wynikami badań z 1998, nierzetelne zbieranie danych, podciąganie ich pod tezę i szemrane powiązania z firmami łasymi na pieniądze z odszkodowań nie są cechami uczciwego naukowca ani lekarza.
  • Opis filmu w ramówce w obrzydliwy sposób cytuje Roberta De Niro, który po wspomnianej wypowiedzi osobiście zablokował projekcję filmu w na festiwalu w Tribece.
  • Sugestie, że koncerny farmaceutyczne chcą więcej zarobić są głupie. Przypominam, że leczenie chorób jest dla tych koncernów znacznie bardziej dochodowe niż zapobieganie im.
  • Opis filmu podtrzymuje nieprawdę, którą próbował rozpowszechnić Wakefield w swoim „badaniu” na grupce 12 dzieci. Od 1998 do 2012 przeprowadzono kilkadziesiąt badań na niemal 15 000 000 dzieci, żadne z nich nie wskazało na jakiekolwiek przyczynowo skutkowe powiązanie szczepień z autyzmem.
  • Jeśli chcecie powiedzieć co sądzicie o emisji wprowadzającego w błąd filmu, zniechęcającego do ratujących zdrowie i życie szczepień to możecie to zrobić na FB stacji TVN7 pod tym obrazkiem, gdzie chwalą się emisją tej produkcji: https://www.facebook.com/tvn7/photos/a.10151323653810580.803949.237984090579/10158553035280580/


Tylko tyle i aż tyle. Emisji stacja nie odwoła w tak krótkim czasie, więc zachęcam Was do rozpowszechniania informacji, że „Zaszczepieni” to stek szkodliwych bzdur, a Wakefield to skompromitowany oszust.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


środa, 19 kwietnia 2017

Nie, nie stworzono cieczy o ujemnej masie

Tu Urząd Kontroli Plotek. Możecie natrafić w prasie na nagłówki ogłaszające radośnie, że powstała ciecz o ujemnej masie. Niektórzy mieli choć tyle przyzwoitości by użyć cudzysłowu. Ale nie wszyscy. Jak zawsze - chwytliwe nagłówki są chwytliwe, a diabeł tkwi w szczegółach.

Naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego wykonali ciekawy eksperyment. Schłodzili atomy rubidu do temperatury zbliżonej do zera absolutnego, tworząc kondensat Bozego-Einsteina. Uwięziono je i chłodzono za pomocą laserów, w pojemniku wielkości kilkudziesięciu mikronów.

W tej temperaturze, w tych warunkach oraz w tej skali wielkości, materia często zachowuje się bardzo dziwnie i nietypowo. Do głosu dochodzą zupełnie nieintuicyjne dla nas efekty kwantowe; zachowaniem materii zaczyna rządzić rachunek prawdopodobieństwa. Temperatura niższa niż w głębokiej przestrzeni kosmicznej to również bardzo egzotyczne i niestabilne “zjawisko”. W tym wypadku ta pozorna “negatywna masa”, którą zachłysnęły się media, to sposób na opisanie pewnych zachowań otrzymanej substancji. Konkretnie chodzi o nietypową dyspersję rubidu, po tym jak oprócz schłodzenia go i uwięzienia w laserowej pułapce użyto dodatkowych laserów do zmiany spinu atomów. Jak to opisał Michael Forbes, kondensat pod naciskiem przyspieszał w przeciwnym kierunku. To miałoby stać w opozycji do drugiej zasady dynamiki Newtona gdzie F=ma, czyli siła równa się iloczynowi masy i przyspieszenia. Jest to rachunek wektorowy i siła i przyspieszenie powinny być skierowane w tym samym kierunku. W tym wypadku kierunki są przeciwne, co naukowcy opisali jako “negatywna masa”.

I tyle. To zdecydowanie ciekawe odkrycie, ale sposób przedstawienia go w przekazie medialnym jest zbyt uproszczony.


I właśnie po to, między innymi, jest Węglowy, żeby debunkować kiepską prasę popularnonaukową. ;) Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.



Źródła:
https://www.sciencedaily.com/releases/2017/04/170417095534.htm
http://www.sci-news.com/physics/fluid-negative-mass-04787.html
https://journals.aps.org/prl/abstract/10.1103/PhysRevLett.118.155301

AKTUALIZACJA:
Wykopowicz LukaszLamza popełnił świetny, rzeczowy komentarz na temat tego eksperymentu i publikacji:

Gdyby kogoś interesowało... ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Eksperyment polegał na schłodzeniu do temperatury bardzo bliskiej zera bezwzględnego niewielkiej próbki atomów rubidu (ok. 100 tys. atomów). Od początku do końca eksperymentu były to więc najzupełniej normalne atomy, zbudowane z najzupełniej normalnych protonów i neutronów, przyciągane grawitacyjnie przez Ziemię z cały czas tą samą siłą.

To, co natomiast nastąpiło, to efekt kwantowy, który daje się najlepiej opisywać, jeżeli przyjmie się w pewnym równaniu, że parametr zwany "m" osiąga wartość ujemną. Inaczej mówiąc, przyśpieszenia, jakich doznają cząstki, daje się wytłumaczyć po przyjęciu, że w pewnym momencie przeprowadzania eksperymentu "masa efektywna" staje się ujemna. Pojawiają się też bardzo charakterystyczne zaburzenia (energia ucieka w charakterystyczny sposób poprzez regularną produkcję odpowiednio uporządkowanych fononów), które da się przewidzieć teoretycznie, jeżeli się przyjmie, że nastąpiło "wejście" w reżim ujemnej masy - masy "efektywnej", chodzi po prostu, powtórzę, o pewien parametr w równaniach, który nie jest na przykład bezpośrednio związany z takim parametrem, jaka masa protonu. Nie jest to więc tzw. masa grawitacyjna, czyli miara tego, jak mocno przyciągają się grawitacyjnie dwa obiekty, ale nie jest to też typowa, klasyczna, Newtonowska masa bezwładna, chociaż jest jej względnie blisko do tej drugiej.

Morał z tego taki, że w fizyce kwantowej bardzo często obserwuje się pewne efekty, które na etapie nazywania brzmią jak science-fiction (kryształu czasu, ujemna masa, monopole magnetyczne etc.), podczas gdy w rzeczywistości są to owszem bardzo ciekawe zjawiska, ale nadawane im nazwy opisują tak naprawdę pewnego typu relacje matematyczne, a nie własności znane nam z życia codziennego. Z pewnym przymrużeniem oka można by powiedzieć, że jest to wszystko trochę jak budynek, do którego najpierw wchodzi 7 osób, a chwilę później wychodzi z niego 8 osób, po czym fizyk (a właściwie dziennikarz streszczający jego badania...;) ) stwierdza, że zaobserwowano budynek, w którym klonuje się ludzi. ;)

Samego mechanizmu, w związku z którym w tej akurat schłodzonej próbce rubidu (tworzącej tzw. kondensat Bosego-Einsteina, czyli dość orientalną, "bardzo kwantową" postać materii występującą w bardzo niskich temperaturach) pojawiają się tego typu efekty - nie rozumiem. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Tu macie artykuł: https://arxiv.org/pdf/1612.04055.pdf

piątek, 14 kwietnia 2017

Aktywność hydrotermalna na Enceladusie

Wczoraj, na specjalnej konferencji prasowej, naukowcy NASA ogłosili nowe odkrycia tyczące się Europy i Enceladusa - słynnych lodowych księżyców.

Kluczowym odkryciem i powodem urządzenia konferencji było wykrycie wodoru i metanu w materiale wyrzucanym przez kirowulkany na Enceladusie. Jest zbyt małym księżycem by był tam wodór z okresu formacji, więc według naukowców musi on pochodzić z procesów geologicznych na dnie. Innymi słowy mamy mocne przesłanki na to, że znajdują się tam kominy hydrotermalne.

Na Ziemi takie kominy utrzymują całe, bogate ekosystemy, niezależne od energii słonecznej. Ponadto jest to jedno z miejsc, które uznaje się za punkt narodzin życia w ogóle. Na ten moment wiemy, że w oceanie Enceladusa jest ciekła woda, energia oraz co najmniej większość chemii potrzebnej do utrzymania życia. Wodór, tlen, azot, węgiel… nie ma pewności co do fosforu i siarki, ale to nie znaczy, że ich brakuje, jedynie, że aparatura Cassiniego nie jest wystarczająco czuła.

Poza tym obserwacje z Hubble’a z 2016 potwierdziły, że na powierzchni Europy również dochodzi do erupcji kriowulkalicznych. Innymi słowy oba lodowe księżyce potencjalnie możemy zbadać w relatywnie prosty sposób. Moglibyśmy pozyskać próbki bez lądowania - wystarczy by sonda przeleciała przez obłok. To znacznie by ułatwiło sprowadzenie ich na Ziemię (hello Calvin). Minusem Europy jest to, że erupcje jej kriowulkanów są nieregularne, podczas gdy na Enceladusie kriowulkany są aktywne ciągle i wręcz to dzięki nim istnieje pierścień E Saturna.

Naukowcy policzyli, że energia wytwarzana na dnie Enceladusa jest porównywalna z 300 pizzami na godzinę. Jednocześnie jedno z pytań otrzymało studzącą zapał odpowiedź - taka ilość metanu w wyrzucanym materiale, według naukowców, może oznaczać, że nic się nim nie żywi.

Na ten moment misja na Europę wciąż jest planowana na 2022; byłoby pięknie jakby te odkrycia zaowocowały wcześniejszą misją lub dodatkową misją na Enceladusa. Nie robię sobie jednak zbyt wielkich nadziei. Na szczęście, jeśli życie istnieje na jednym lub obu ciałach, to może na nas poczekać.


Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.

środa, 12 kwietnia 2017

Gliese 1132b - pozytywna niespodzianka

Bill Nye zauważył kiedyś nagłówek w gazecie głoszący, że “według z teorii aerodynamicznej, trzmiele nie mogą latać”. Spędził trochę czasu obserwując trzmiele i doszedł do wniosku, że z trzmielami jest wszystko w porządku. To z teorią jest problem.

Kiedy zaczęliśmy odkrywać planety pozasłoneczne, większość z nich była gazowymi olbrzymami okrążającymi swoje gwiazdy na orbitach ciaśniejszych niż orbita Merkurego. Według teorii formowania planet, nie powinny się tam znajdować. A jednak. Obecnie sądzimy, że te tak zwane gorące jowisze, formują się poza “linią śniegu”, czyli wystarczająco daleko od gwiazdy, by woda zamarzała i osiadała na skalnych protoplanetach. W ten sposób osiągają one odpowiednią masę by przyciągać gaz i stawać się gazowymi olbrzymami. Dopiero wtedy mogą one migrować w głąb swoich układów.

Gorące jowisze nie są najpowszechniejszym typem planet. Po prostu najłatwiej je wykryć. Choć wykryliśmy już tysiące egzoplanet, wciąż tak naprawdę raczkujemy. Wśród odkryć dominują planety okrążające blisko czerwone karły. To małe i lekkie gwiazdy, więc prościej wykryć zmiany w ich jasności gdy przysłaniają je planety. Łatwiej również wykryć grawitacyjny wpływ na karły (objawiający się przez “drgania” gwiazdy). Niestety z planetami wokół tych gwiazd wiąże się szereg wątpliwości w kontekście szans na to by były miejscami sprzyjającymi życiu.

Czerwone karły są mniejsze i chłodniejsze niż nasze Słońce, będą też płonąć miliardy lat dłużej (nasza gwiazda jest już mniej więcej w połowie swojego żywota, niektóre czerwone karły w naszej galaktyce nie osiągnęły nawet jednej setnej swojego życia). Wydawałoby się, że to spokojne i stabilne miejsce, ale planety w ekosferze czerwonych karłów nie będą mieć lekkiego życia.

Ekosfera, czyli obszar gdzie może występować woda w stanie ciekłym jest tak blisko tych gwiazd, że ich wpływ grawitacyjny najprawdopodobniej zatrzyma ruch obrotowy* ich planet, tak jak Ziemia zatrzymała rotację Księżyca. Skazuje to jedną półkulę na wieczny dzień, drugą na wieczną noc. Uważamy, że pole magnetyczne chroniące atmosferę Ziemi zawdzięczamy właśnie jej ruchowi obrotowemu. Bez pola magnetycznego Mars systematycznie traci swoją atmosferę a znajduje się on ponad 200 milionów kilometrów od Słońca. Interesujące nas egzoplanety znajdują się raptem o kilka lub kilkanaście milionów kilometrów od swoich czerwonych karłów.

Dlatego najnowsze odkrycie dotyczące planety Gliese 1132 b (GJ 1132 b) jest tak ważne i optymistyczne. Niemal na pewno nie ma tam życia. To istne piekło, smażące się w temperaturze co najmniej 260 stopni Celsjusza. Ale to piekło posiadające atmosferę. Analizując tranzyt planety w siedmiu różnych długościach światła, naukowcy stwierdzili że wydaje się mieć w nich różny rozmiar. Oznacza to, że oprócz samego kształtu planety, światło gwiazdy przesłania atmosfera przepuszczająca tylko niektóre jego długości. A to znaczy, że Gliese 1132 b ma atmosferę choć “nie powinna jej mieć”.

To dobra wiadomość, bo czerwone karły stanowią ponad 90% populacji gwiazd (żółte gwiazdy to raptem około 4%). Mamy teraz solidne podstawy by liczyć na to, że przynajmniej niektóre z nich mogą cieszyć się atmosferą. Pozostaje teraz zastanowić się jak to możliwe. Czy GJ 1132 b, tak jak gorące Jowisze, zmigrowała wewnątrz swojego układu i to co widzimy to ostatnie dni jej atmosfery? Czy ciągnie się za nią ogromny ogon niczym wielkiej komety? Czy może istnieje tam jakiś mechanizm geologiczny w wyniku którego atmosfera jest wciąż uzupełniana? Dodatkowo pocieszające jest, że jeśli pominąć ogromną temperaturę, Gliese 1132 b jest względnie podobna do Ziemi - 60% większa masa i 20% większy promień oznacza, że ma 92% gęstości Ziemi; dla porównania skalisty Mars ma 71% gęstości Ziemi.

Podsumowując, na Gliese 1132 b nie warto szukać życia, ale najnowsze odkrycie mówi nam, że poszukiwania życia na podobnych do Ziemi planetach krążących wokół najbardziej rozpowszechnionych gwiazd we wszechświecie może być warte zachodu.


* - Jak słusznie zauważył Paweł Preś na facebooku, GJ1132b okrążą swoją gwiazdę w niecałe 40 godzin, całkiem możliwe, że to wystarcza by powstało planetarne dynamo i wraz z nim pole magnetyczne wystarczające do osłony atmosfery.



Podoba Ci się to co robię? Wpłyń na rozwój strony i zostań patronem Węglowego.


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

4 powody, dla których praca na platformach wiertniczych może stać się ekstremalnym wyzwaniem

Kilkaset milionów litrów ropy naftowej rozlewa się na powierzchni akwenu morskiego. Niektórzy ostatkami sił próbują skakać ku nieznanej otchłani oceanu, by wydostać się z zabójczych płomieni. Nieświadome sytuacji ryby i ssaki oceaniczne kryją się w zakątkach swoich domostw. Ogień coraz bardziej pochłania unoszącą się na wodzie konstrukcję. Czyż to nie ironia? Dlaczego praca na platformach wiertniczych może być aż tak niebezpieczna?

źródło: South China Morning Post


#1
Pożary i eksplozje

Wydawałoby się, że katastrofa Titanica w pewien sposób nauczyła wilki morskie szczególnej ostrożności i dała do myślenia, że warto brnąć wedle zasady „przezorny zawsze ubezpieczony”. A tym samym, że symptomy nadchodzącej katastrofy, która może odebrać życie setek ludzi, więcej nie zostaną zignorowane. Cóż… nic bardziej mylnego.

Zatoka Meksykańska, rok 2010. Zaplanowano przesunięcie platformy Deepwater Horizon, by móc dopuścić do pracy statek wydobywczy. Jako, że jest to proces poprzedzony dokładną kontrolą stanu eksploatowanego nawodnego przedsiębiorstwa, znajdujący się na nim pracownicy, podjęli się sprawdzenia- czy na pewno jest on odpowiednio zabezpieczony. Ignorując z początku niewielkie objawy nadchodzącego zagrożenia i oznaczając kontrolę jako zakończoną pozytywnie, dopuścili do niekontrolowanego wycieku gazu ziemnego i ropy naftowej. Cała platforma została pochłonięta przez ogromne tumany ognia. Od razu rozpoczęto akcję ratunkową: Straż Wybrzeża USA intensywnie poszukiwała zaginionych w trakcie wydarzenia osób, a wiele statków pomocniczych poskramiało w międzyczasie pożar. Skutki? 11 pracowników zabitych/ zaginionych i 17 rannych. Sama platforma poszła na dno, a o efektach dla środowiska wokół porozmawiamy w innej części artykułu.

Mimo, że głównym zadaniem platform wiertniczych jest, jak sama nazwa wskazuje, wykonywanie podwodnych odwiertów, to zdarza im się pomóc ich kuzynkom- platformom wydobywczym. Praca z takimi substancjami jak chociażby ropa naftowa jest ze względu na niektóre z ich właściwości bardzo wymagającym procesem. Jego zaniedbanie może doprowadzić do takiej sytuacji, jak ta opisana wyżej, w której kozłem ofiarnym był Deepwater Horizon.

Paląca się Deepwater Horizon, źródło: Reuters

#2
Urządzenia i wyposażenie

Pokład platformy wiertniczej aż roi się od ostrych i niebezpiecznych narzędzi- wiertła, wózki widłowe, żurawie, czy nawet maszyny przędzalnicze to nierzadki powód wyzionięcia ducha pracownika. Dopóki urządzenia są sprawne, to jedyną możliwą przyczyną zgonu jest nieuwaga personelu. Nic jednak nie trwa wiecznie i bez względu na nakład finansowy, każdy element platformy może ulec zniszczeniu. Ale… od czego jest gonitwa za pieniądzem? To, że niesprawne, nie oznacza, że… trzeba to naprawiać! Tak właśnie, nawet jeśli mamy do czynienia z wykraczającymi poza normę warunkami pracy, to nie jest to równoznaczne z faktem, że musimy zadbać o pełne bezpieczeństwo personelu. „Przecież pracownicy noszą jakieś ubrania ochronne. Powinno wystarczyć”. Niektóre przedsiębiorstwa niestety żałują pieniędzy na regularną konserwację i naprawy urządzeń. I tylko po to, by nie przerywać przypływu zysków.

Na początku roku 2010 (czyżby jakiś pechowy dla platform wiertniczych?) na pokładzie konstrukcji zajmującej się poszukiwaniami gazu, zginął mężczyzna. Jak to zimą bywa- temperatura sięgała -15ºC, a pokryta pośniegowym błotem posadzka nie ułatwiała zachowania stabilności. Mimo takich warunków, pod wieczór rozpoczęto rutynowe prace. Wszystko grało do momentu, gdy tłoczona w wężu woda stanęła oko w oko z lodowym zatorem. Ciśnienie w instalacji wciąż rosło, aż w końcu końcówka węża uderzyła jednego z pracowników w klatkę piersiową i brzuch. Ten z kolei upadł i uderzył z wystarczającym impetem głową w posadzkę, by zginąć. J ak to się jednak ma do zaniedbań ze strony pracodawców? Przybyła na miejsce prokuratura bez wahania wskazała naruszenie zasad BHP, niewystarczającą ilość mat antypoślizgowych i zbyt słabe zabezpieczenie końcówki węża. No cóż, gdy nie chcemy zapłacić pieniędzmi, może się zdarzyć, że zapłacimy ludzkim życiem.


#3
Środowisko pracy

Nie każda platforma wiertnicza usytuowana jest wśród spokojnych wód, których ruchy można przewidzieć. Tam gdzie surowiec, tam umieszczamy naszą konstrukcję. Dlatego też jednym z miejsc cieszącym się ogromnym zainteresowaniem jest Ocean Arktyczny. Umożliwiający wydobycie aż 90 miliardów baryłek ropy naftowej rocznie i bogaty w zasoby klatratu metanu oraz gazu ziemnego, potrafi sprawić nieco kłopotów podczas eksploatacji. Lód i chłodne masy powietrza grożą bowiem stabilności platformy. Nie jest on jednak jedynym obszarem stanowiącym spore wyzwanie dla wydobywców naturalnych bogactw Ziemi.

W 2011 roku holowana do portu, wokół rosyjskiej wyspy Sachalin, platforma wiertnicza Kolskaja napotkała spory sztorm. Co przykre- na jej pokładzie znajdowało się aż 67 osób, a pomocy udało się udzielić wyłącznie 20% z nich. Fale oceaniczne szybko pochłonęły szalupy ratunkowe, uniemożliwiając tym samym pracownikom sprawną ucieczkę na bezpieczny ląd. Podczas akcji ratowniczej działały dwa lodołamacze i śmigłowiec. Wszystko, by wydobyć utracone w oceanie ciała i poszukać tych, którzy zaginęli. Zbiornik wodny nie uległ znacznym zanieczyszczeniom na skutek upadku platformy.


#4
Niebezpieczeństwa dla środowiska naturalnego

Wiele katastrof z udziałem platform wiertniczych na rozległych akwenach morskich pozostawia po sobie trudne do zatuszowania ślady. Ślady, które zagrażają życiu wielu organizmów i utrudniają dalsze prowadzenie działalności gospodarczej. Zgodnie z obietnicą weźmy ponownie pod lupę dzień, w którym spłonęła Deepwater Horizon. Gdy w trakcie wydarzenia doszło do wypływu ropy naftowej, branża turystyczna i rybacy zadrżeli. Niektóre miejsca Zatoki Meksykańskiej objęto całkowitym zakazem połowu ryb, a piękna Floryda już nie cieszyła się takim zainteresowaniem. Mimo, że straty dla obu dziedzin osiągały pułap kilku miliardów dolarów, dyrektor BP mężnie postanowił zrekompensować straty każdej poszkodowanej jednostce. Na skutek zanieczyszczenia wody, dom i przyjazne środowisko straciło wiele ryb, a nawet ptaków. Nie ma co ukrywać, zbiornik pochłonął wówczas niemalże 700 milionów litrów ropy naftowej i mimo rozpaczliwych prób zatrzymania dalszych konsekwencji, nie udało się to zbyt prędko.

Plama ropy naftowej sfotografowana przez satelitę Terra, źródło: NASA

Wypadki z udziałem platform wiertniczych można porównać do katastrof lotniczych. Mimo, iż rzadkie, potrafią uśmiercić dziesiątki niewinnych ludzi, zwykły dzień w pracy zmienić w niekończący się koszmar i skutecznie zanieczyścić tak chronione wody mórz i oceanów. Są one także świetną pożywką dla wszelkich rodzajów mediów, które z niecierpliwością wyczekują sensacyjnej ploteczki, na której zarobią krocie.




Z czego korzystałam tworząc artykuł:
Republic of the Marshalls Island- Deepwater Horizon Marine Casualty Investigation Report
www.maritimeinjuryguide.org
echodnia.eu


Weronika jest autorką bloga Maszyny okiem dziewczyny, zachęcam wszystkich do jego lektury, oraz do polubienia go na facebooku!


piątek, 31 marca 2017

Przeciw antyszczepionkowej propagandzie

Już niedługo na Węglowym pojawi się tekst gościnny, musiałem to jednak opóźnić w czasie, bo trwa akcja. Wyobraźcie sobie, że antynaukowy nurt zatacza coraz szersze kręgi. Znachorzy, oszuści, naciągacze w mainstreamowych mediach… Tym razem okazuje się, że TVN7 planuje wyemitować potępiany film skompromitowanego oszusta. W związku z tym powstała inicjatywa by wyrazić sprzeciw do której z chęcią się przyłączyłem.

“Vaxxed” to film Andrew Wakefielda. Tego samego który spreparował fałszywe badanie. Tego samego który wziął pieniądze od firmy, która chciała zarobić na odszkodowaniach za rzekome powikłania poszczepienne. Tego samego, którego pozbawiono tytułu lekarskiego. Na świecie z powodu nieszczepienia powracają choroby, które praktycznie wyeliminowano. “Vaxxed” zawiera treści nie tyle kontrowersyjne co po prostu kłamliwe, a przez to szkodliwe dla zdrowia publicznego. Dlatego, choć prywatna stacja może nadawać co chce (w uproszczeniu), uważam, że wyrażenie masowej krytyki wobec wyświetlenia tego paskudztwa jest całkiem na miejscu.

Dlatego zachęcam wszystkich czytelników do klikania poniżej i dołączania do akcji:
https://www.facebook.com/events/217909098688568/



poniedziałek, 27 lutego 2017

Wracamy na Księżyc?

Użyjemy kapsuły, która jeszcze nie jest gotowa, zatkniemy ją na rakiecie, której jeszcze nie przetestowaliśmy, wsadzimy tam ludzi, którzy nie mają pojęcia o byciu astronautami i wystrzelimy ich w podróż dookoła Księżyca zanim minie 2018!
Zrobimy te i inne rzeczy, nie dlatego, że jesteśmy Elonem Muskiem, tylko dlatego, że od pół wieku nikt tego nie robił…


Szalony Elon

OK na serio i konkretnie. Wczoraj wieczorem SpaceX ogłosiło, że dwie prywatne osoby opłaciły już częściowo wycieczkę wokół Księżyca, która ma mieć miejsce pod koniec 2018 roku. W przypadku biznesu kosmicznego to znaczy za chwilę. Na ten moment załogowy Dragon jeszcze nawet nie zabrał pieska na jedno okrążenie na niskiej orbicie okołoziemskiej. Falcon Heavy nie odbył jeszcze nawet dziewiczego lotu. A wspomniane osoby to zapewne ekscentryczni milionerzy, może z zamiłowaniem do sportów ekstremalnych, może zdrowi, ale z pewnością nie są wybitnymi osobnikami ludzkimi, którzy przechodzili niedorzeczne testy NASA w czasie Zimnej Wojny.

Brzmi to absurdalnie. W końcu mówimy tu o locie na odległość 380 000 kilometrów, podczas gdy od 46 lat nikt nie oderwał się na więcej niż jakieś 550 kilometrów ponad powierzchnię Ziemi.


Z drugiej strony…

Jednocześnie przypominam, że takie rzeczy robiliśmy przed 1969 rokiem. Bez współczesnych komputerów, bez 50 lat inżynierii materiałowej i ogólnego rozwoju technologii. Choć załogowy Dragon jeszcze nie był testowany, jest to zmodyfikowana wersja kapsuły, która odbyła już ponad dziesięć lotów. Choć Falcon Heavy jeszcze nie poleciał, to de facto jest to Falcon 9 z przyczepionymi dwoma boosterami Falcona 9. Czyli mówimy tu o wariancie rakiety, która ma niemal trzydzieści udanych lotów na koncie.

No i wreszcie astronauci. Dragony do teraz latały same i pewnie tak będzie i w tym wypadku. Nie zostaną oni wysłani w czymś na kształt lodówki. Pół wieku rozwoju technologicznego robi ogromną różnicę. Jeśli tylko pasażerowie będą gotowi wytrzymać przeciążenie, to nie potrzeba od nich wiele więcej. Oczywiście nie mam wątpliwości, że pasażerowie wsiądą do kapsuły na czubku 70 metrowej rakiety z pełną świadomością, że mogą zginąć. Ich prawo, nasz zysk. Bo nawet jeśli ten lot będzie kompletną katastrofą jak Apollo 1, to wiele się z niego nauczymy.

“Jeśli ustawisz sobie niedorzecznie ambitny cel i zawiedziesz, twoja porażka będzie ponad sukcesem całej reszty”.


Ogłoszenie:
SpaceX to send privately crewed dragon spacecraft beyond the Moon next year