wtorek, 22 grudnia 2015

Witamy w epoce rakiet wielokrotnego użytku

Dzień dobry. Stało się. Rakieta Falcon 9 v1.2 wzniosła się w powietrze, po niecałych trzech minutach pierwszy człon został odrzucony, a ładunek pchany przez drugi silnik został umieszczony na orbicie. Ale to dalsze dzieje pierwszego członu są bardziej interesujące. Do tej pory byłby to koniec jego żywota. Dziesiątki milionów dolarów pochłonięte w ciągu kilku minut a następnie spisane na straty. Ile kosztowałby kurs taksówką, gdybyśmy złomowali samochód po każdym kursie?

Dlatego pierwszy człon Falcona 9 tym razem zrobił coś przełomowego. Nie zużył całego paliwa. Po około 165 sekundach ciągu, pozbawiony ciężaru większości paliwa, pozbawiony ciężaru drugiego członu i jego ładunku, czyli praktycznie bez drugiej rakiety i jej ładunku na głowie, przyleciał na przylądek Cape Canaveral, rozłożył nóżki i wylądował w oczekiwaniu na kolejny lot. Możecie to zobaczyć na poniższym nagraniu:



Nie wiem ile czasu minie nim znów zostanie napełniony paliwem a na jego czubku zatknięty zostanie nowy drugi człon i ładunek (SpaceX jeszcze nie przygotowało technologii odzysku drugiego członu). Może po przeglądzie okaże się, że nie sprosta wyśrubowanym normom firmy. Ale i tak możemy odtrąbić sukces i przełom. Koszt lotów kosmicznych właśnie gwałtownie spadł.




sobota, 19 grudnia 2015

OpenAI: komentarz prof. Tadeusiewicza

Elon Musk traktuje sztuczną inteligencję jako jedno z potencjalnych zagrożeń dla ludzkości. Rozmawiając z Wait But Why, stwierdził, że to jedna z trzech rzeczy, o których myśli najczęściej, zaraz po bezpieczeństwie energetycznym świata i sprawieniem by ludzkość zamieszkała więcej niż jedną planetę.

Teraz, między innymi dzięki finansowaniu Elona Muska, powstała organizacja non-profit OpenAI. Jej celem jest rozwijanie AI w taki sposób, by jak najbardziej przysłużyła się całej ludzkości. Tęgie umysły mają prowadzić badania w kierunku “bezpiecznej AI” i udostępniać swoje wyniki, oraz osiągnięcia i ewentualne patenty całemu światu za darmo.

Z tej okazji zwróciłem się do biocybernetyka, profesora Ryszarda Tadeusiewicza o kilka słów komentarza. To już drugi raz, kiedy Profesor gości na łamach Węglowego:


Panie Profesorze, kiedy rozmawialiśmy rok temu, wspomniał Pan krótko, że sztuczna świadomość może być źródłem kłopotów. Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl? Czy po tych wszystkich filmach i książkach nie powinniśmy być wystarczająco wyczuleni na ewentualne zagrożenia? Jaki czarny scenariusz Pana niepokoi?

Wydaje mi się, że te „czarne scenariusze” rodem z filmów i powieści SF są absolutną fikcją opartą na błędnych założeniach. Mówiłem o tym wielokrotnie i powtórzę jeszcze raz: wszystkie urządzenia techniczne jakie ludzie budowali od początku cywilizacji, były zawsze budowane tak, żeby realizowały określone działania na polecenie człowieka i w jego interesie. Zarówno kamienny topór jak i wyposażony w sztuczną inteligencję robot miały i mają jeden cel: zaspokajanie jakichś potrzeb człowieka. Nie własnych potrzeb, ale potrzeb ludzi.

Nikt nie próbował budować maszyn, które by działały we własnym interesie, nikt nie próbował tworzyć mechanizmów pozwalających na ustalanie, co by tym „własnym interesem” maszyny mogło być, nikt nie wie, jakie biologiczne mechanizmy leżą u podstaw formowania się poczucia własnej tożsamości człowieka (i zwierząt), więc nikt też tych mechanizmów nie wbuduje w strukturę robota czy komputera.

Nie wierzę też, żeby takie poczucie własnej tożsamości (a potem koncepcja działania zmierzającego do osiągniecie własnego celu) mogło powstać w systemie technicznym spontanicznie, samo z siebie.

Podsumowując – moim zdaniem to są zagrożenia wydumane. Natomiast martwi mnie to, że buduje się roboty do zabijania ludzi. Oczywiście nie dla przyjemności, tylko w interesie innych ludzi. I takie roboty mogą być niebezpieczne, zwłaszcza gdy się zepsują. Ale to jest temat na zupełnie inną rozmowę …


Elon Musk od jakiegoś czasu głośno mówił, że widzi w SI jedno z większych zagrożeń dla ludzkości. Czy OpenAI istotnie może jakoś pomóc w kontekście jego obaw?

Działania Elona Muska oceniam jako pozytywne. Co prawda nie wierzę w te zagrożenia, które mają być motywacją do tych dodatkowych badań, ale jestem przekonany, że dodatkowe środki zwiększające zakres i głębokość badań nad sztuczna inteligencją, doprowadzą do odkryć, których skutek będzie korzystny dla ilości i jakości usług, jakie sztuczna inteligencja będzie mogła oddawać ludziom. W końcu bezsensowne (jak teraz wiemy) usiłowania alchemików zmierzające do transmutacji metali czy do znalezienia kamienia filozoficznego doprowadziły do wielu pożytecznych odkryć – na przykład technologii wyrobu porcelany.


Dziękuję za komentarz.

Zachęcam do śledzenia bloga Profesora tutaj: ryszardtadeusiewicz.natemat.pl, oraz cyklu opowieści ze świata nauki “Technika dla laika” w Śniadaniu Mistrzów w RMF Classic.


piątek, 18 grudnia 2015

The Force Awakens

Skoro piszę ten tekst, to znaczy, że moja głowa nie wybuchła. Ani z zachwytu, ani z rozpaczy. Ale nie bójcie się - najnowsze Gwiezdne Wojny, to nie przeciętniak. To bardzo dobra produkcja, zostawiająca daleko, daleko w tyle nową trylogię. Na ten moment nie wyprzedza żadnego filmu z klasycznej trylogii, ale zdecydowanie za wcześnie na takie porównania. Faktem jest, że to kawał świetnej zabawy, lepszej od typowego blockbustera, nawet jeśli ma pewne wady.

Pisząc ten tekst zakładam, że widzieliście główny zwiastun i plakaty filmu. Więc zacznę od podstawowego zarzutu, potem chyba zostanie mi tylko chwalenie. The Force Awakens to w dużej mierze powtórka z rozrywki. Jest “nowy Vader”, jest “nowy R2D2”, jest “nowa Gwiazda Śmierci”, jest “nowa kantyna w Mos Eisley”... poza nowym Vaderem, wszystko jest zrobione wyśmienicie, kapitalnie i świetnie prezentuje się na ekranie, ale w pierwszym akcie filmu miałem wrażenie, że oglądam drogi fan-film. Później robi się lepiej i całość porywa widownię, ale nie można powiedzieć, żeby film stał na własnych nogach.

Niestety bardzo nie pasuje mi również czarny charakter. Nie kupuję go, nie podobają mi sie jego dialogi i jego wygląd. To jedyna rzecz, którą określiłbym mianem prawdziwego niewypału. Mam też pewien niedosyt tyczący się postaci Finna. Liczę jednak, że kolejne filmy wyjaśnią lepiej jego historię. W ogóle podoba mi się, że JJ Abrams znalazł dobrą równowagę między robieniem podkładu pod kolejne części a nakręceniem kompletnego filmu. Nie ma żadnej wątpliwości, że to początek cyklu, ale nie czułem się jakbym obejrzał długi zwiastun.

Jestem zaskoczony tym jak bardzo polubiłem robocika BB-8, który niby jest “nowym R2D2” ale trudno go nie uwielbiać. Jestem zachwycony masą praktycznych efektów. Kosmici i obce stwory gdzie tylko było to możliwe są kostiumami lub kukiełkami i prezentują się fantastycznie. Paradoksalnie dwie generowane komputerowo postacie wypadają blado i sztucznie.

The Force Awakens oferuje piękny bukiet emocji i sam ten fakt sprawia, że film jest godny cyklu Star Wars. Jak łatwo się domyślić jest nostalgicznie, ale jest też dramatycznie, zabawnie, emocjonująco… Po prostu kino i przygoda w dobrym stylu. Szczególnie warto pochwalić humor. Nie jest to błazenada, sala wielokrotnie wybuchała spontanicznym śmiechem.

Na koniec zostawiam sobie perełkę - Rey, graną przez Daisy Ridley. Cudowna postać, świetnie zagrana, kapitalnie napisana. Uwielbiam ją i chcę już oglądać Epizod VIII z jak największym jej udziałem. Oscar Isaac i John Boyega prezentują się dobrze jako “nowe pokolenie” bohaterów, ale nie mieli jeszcze dużego pola do popisu. Daisy Ridley natomiast miała i wykorzystała doskonale każdą chwilę ekranowego czasu.

Film obejrzałem siedem godzin temu. Za osiem zobaczę go po raz drugi, więc ocena jest na gorąco. Myślę jednak, że nie ulegnie dużym zmianom. Do pewnych rzeczy pewnie się przyzwyczaję, innym myślę, że mogą pomóc następne filmy. Bez wątpienia jednak nie mamy powodu by zacząć mówić na reżysera Jar-Jar Abrams.


środa, 16 grudnia 2015

“Nie piszę o kosmetykach – piszę o sztuce” – Rozmowa z Klaudią Heintze

Klaudię znam jako wulkan pozytywnej energii i giganta fandomu, kiedy jednak nie zajmuje się głupotami na konwentach, ma ciekawą pracę, której poświęca się z podobnym sercem. Prowadzi szkolenia perfumeryjne oraz blog o perfumach.
Jako, że nie znam się na tym kompletnie, naturalnie założyłem, że wielu moich czytelników może być podobnymi ignorantami. Samolubnym zatem byłoby, gdybym przepytał ją i nie podzielił się tą rozmową z Wami. Nowe Gwiezdne Wojny już za rogiem, nastrój mi się udzielił, więc po tej rozmowie utożsamiam się z młodym Skywalkerem, któremu Obi-Wan mówi, że zrobił pierwszy krok w większy świat.


Nie boisz się, że piszesz tak kwieciście o zapachach, że możesz spłoszyć “casuali” takich jak ja? Czytając “Sabbath of Senses” momentami miałem ochotę zapaść się pod ziemię i bałem się, czy w ogóle będę w stanie przeprowadzić tę rozmowę. Na szczęście jednak się ośmieliłem.

Bardzo się cieszę, że się ośmieliłeś. Jeśli masz takie odczucia, to znaczy, że ta rozmowa była potrzebna. Także mnie, bo przyznaję, nie myślałam o tym, że „kwiecistość” może zniechęcić osoby poza tematem.

Mam, oczywiście, świadomość, że piszę językiem trudnym; że to, co robię na Sabbath of Senses nijak ma się do blogowania opartego na obrazkach i krótkich komunikatach reklamowych. Ale po pierwsze, popularność za wszelką cenę nie jest dewizą, która jest mi szczególnie bliska; po drugie ja nie piszę o kosmetykach – piszę o sztuce. Sztuka, moim zdaniem, wymaga nie tylko pewnej atencji, ale też odpowiedniego języka. Formy.

Opis perfum konstruuję dwupłaszczyznowo. Z jednej strony istotna jest rzetelna analiza zapachu zawierająca istotne „dane techniczne”: możliwie szczegółową listę nut, analizę ich rozwoju, informacje o tym, jak składają się w akordy, jak długo trwają na skórze i jak wyrazistą mają projekcję. Paradoksalnie, to dane cenione nie tylko przez znawców. Większość ludzi ma jakieś swoje ulubione zapachy - nawet jeśli sobie tego nie uświadamiają. Kiedy przeczytają, że wanilia, że kadzidło, że kawa, bez, pieprz czy nawet zapach przypominający WD-40, będą wiedzieli, czy opisywane perfumy są dla nich, czy niekonieczne.

Mam jednak świadomość, że lista nut może być zwodnicza. Dlatego newralgiczną częścią recenzji jest zazwyczaj opowieść. Albo obrazek. Tworząc opowieść operuję nastrojem, kolorem, pojęciami ciepła i zimna, jasności i ciemności, fakturą, materiałem (metal, zamsz, kamień, jedwab), skojarzeniami odwołującymi się do innych zmysłów. To pozwala wyobrazić sobie zapach; niektórzy Czytelnicy piszą, że wręcz poczuć go. Kiedy opisuję chatkę wiedźmy, dotyk ciepłego ciała ubranego w lateks czy truskawkowy budyń rozlany na szczotkowanym aluminium – daje to pewne pojęcie o tym, czego można spodziewać się po zapachu.

Frank Zappa powiedział, że „pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”. Może i tak, ale co w tym złego? Synestezja jest właściwością naszego umysłu występującą częściej, niż się spodziewamy. Szczególnie synestezja zapachowa – ze względu na sposób magazynowania informacji w naszym mózgu. Zapachy często przywołują wspomnienia, obrazy, emocje.


Co w takim razie z ludźmi, którzy traktują perfumy po prostu jako kosmetyk do odświeżania się?

Nie ma niczego niewłaściwego w takim podejściu. Z perfumami jest tak samo, jak z każdą inną dziedziną sztuki - dla jednych osób ma znaczenie wielkie, dla innych niewielkie.
Spójrzmy chociażby na to, jak ludzie postrzegają muzykę. Istnieją melomani, dla których muzyka jest znaczącą częścią życia. Obcują z nią świadomie, poszukują nowych brzmień, nowych wykonawców i utworów ulubionych gatunków i poznają gatunki nowe. Analizują techniczne aspekty wykonań, podziwiają wirtuozów albo po prostu przeżywają, czują ten dźwięk. Są też ludzie, dla których muzyka jest tylko tłem dla codziennych zajęć czy rytmem w którym można się pobawić na parkiecie. Tacy ludzie włączają radio i słuchają tego, co akurat jest w nim puszczane. Czy to źle? Nie. Nie każdy musi być melomanem, bibliofilem, koneserem malarstwa czy sommelierem.
Czasem to jest kwestia braku indywidualnej wrażliwości na pewien typ bodźców, czasem braku czasu, a czasem po prostu nieuwagi.

Zważ proszę, że proces edukacji współczesnego człowieka całkowicie pomija edukację olfaktoryczną. Uczy się nas wrażliwości na piękno słowa i obrazu, uczy się podstawowych pojęć z dziedziny muzyki, rzeźby i architektury… A o zapachu nic. Nawet dobrze wykształcony człowiek często nie dysponuje podstawowym aparatem pojęciowym służącym analizie i opisowi zapachu. Nie ma też świadomości, że istnieje taka dziedzina sztuki; że kompozycja perfumeryjna może być traktowana jak “dzieło”.

Ten brak edukacji sprawia, że większość ludzi zwyczajnie nie wie, jaka jest ich wrażliwość zapachowa; czy chcą być “melomanami”, czy nie. Ja zachęcam do spróbowania: do tego, żeby poświęcić zapachom nieco uwagi i być może stwierdzić, że perfumy są dla nas czymś więcej, niż kosmetykiem, tłem.


Łatwo kpić sobie z tego co robisz, łatwo powiedzieć, że każdy może sobie wziąć ileś pasków i je obwąchać. Jaka jest Twoja rola? I czy spotykasz się z drwiącym/lekceważącym podejściem do tematu?

Z pewną nieśmiałą przyjemnością przyznaję, że nie spotkałam się z kpiną. Być może dlatego, że ja naprawdę kocham to, co robię na blogu i poza blogiem i nie szukam potwierdzenia wartości swojej pasji u ludzi. A być może dlatego, że sama mam sporo dystansu do tematyki Sabbath of Senses. Powiedzmy sobie uczciwie – to tylko pachnidło. To tylko sztuka. To tylko kreacja. Ba! Czasem to nawet nie sztuka, tylko… Powiedzmy rzemiosło.

Mam wiele szacunku dla dobrego rzemiosła, choć przyznaję też otwarcie, że o perfumach rzemieślniczych, tworzonych wedle mód i badań rynkowych - tak, by sprzedały się w możliwie dużym nakładzie na całym świecie – niekoniecznie chce mi się pisać. Jest wiele blogów zajmujących się perfumeryjnym POPem. POP poradzi sobie beze mnie. :)


Zastanawiam się, czy dobieranie zapachu do osoby ma sens, czy istotnie mój zapach ma podobać się mi. W końcu chyba chodzi o nosy wszystkich dookoła a nie tego kto nosi perfumy?

Tu akurat mam odpowiedź prostą i krótką: zapach ma podobać się osobie noszącej go i to ona ma się w nim dobrze czuć. Dobrze dobrane perfumy naprawdę świetnie robią na samopoczucie, pewność siebie i zwyczajną radość życia.
Dobieranie noszonych perfum pod gust otoczenia jest równie zasadne, jak dobieranie pod gust otoczenia ubrań czy słuchanej muzyki. Do mnie zupełnie ta koncepcja nie przemawia.

Od chronienia bliźnich służą zasady dobrego wychowania. Aplikację perfum należy dostosować do okoliczności. Podstawowa zasada głosi, że perfumy powinny być wyczuwalne na odległość wyciągniętej ręki, ale – jak to zazwyczaj w savoir vivre bywa – nie jest to sztywna zasada.
Istnieją sytuacje, w których możemy sobie pozwolić na to, by pachnieć mocniej – warto wówczas zastanowić się nad tym, jak blisko nas znajdowali się będą inni ludzie i czy będą mieli możliwość odsunięcia się w razie gdyby zapach im przeszkadzał.
Istnieją także okoliczności, w których uprzejmie jest zupełnie lub niemal zupełnie zrezygnować z używania perfum. I nie mam tu na myśli wyłącznie okoliczności w rodzaju pogrzebu, kiedy to użycie wyrazistych perfum może być uznane za nietakt, lecz sytuacje, w których ludzie siedzą stłoczeni blisko siebie i wyczuwalne kulturalnie, na wyciągnięcie dłoni perfumy w kilku rodzajach mogą stworzyć istną kakofonię woni – na przykład podczas długiej podróży samochodem w pięć osób czy pociągiem z zatłoczonym przedziale.


Gdzie najlepiej nakładać perfumy? Czy to prawda, że temperatura skóry ma wpływ na to jak rozwija się zapach? I o co tak naprawdę chodzi z tymi “nutami” głowy, serca i bazy?

Nuty głowy, serca i bazy to terminy określające naturalny sposób rozwoju zapachu. Substancje chemiczne (naturalne i syntetyczne) mają różną lotność. Dotyczy to, oczywiście, także substancji używanych do tworzenia tak zwanej kompozycji zapachowej. Jedne z nich będą dyfundowały w powietrzu intensywniej i w związku z tym pachniały krócej, inne są mniej lotne i trwają na skórze dłużej.
Nuty głowy to te substancje, które czujemy jako pierwsze. Taka zapachowa przygrywka. W miarę, jak zapach rozsiada się na skórze, pewne nuty zaczynają zanikać, inne natomiast stają się wyczuwalne. Nuty serca – tak zwany akord serdeczny – to moment rozwoju perfum, kiedy brzmią one najpełniej. Dominują wówczas te składniki, które stanowią istotę kompozycji. Nuty bazy czyli akord bazowy – bo akord składa się z wielu nut – to składniki o najmniejszej lotności, najbardziej trwałe. Żywice, nuty drzewne, mech czy substancje pochodzenia zwierzęcego.
Oczywiście akordy te nakładają się na siebie, na pewnych etapach współbrzmią. Żeby jeszcze bardziej zakręcić powiem, że za pomocą utrwalaczy, wzmacniaczy zapachu czy chociażby sposobu konstruowania perfum można wpływać na naturalne właściwości poszczególnych olejków. Oraz dodam, że nie wszystkie perfumy rozwijają się według klasycznej piramidy nut.

W kwestii nakładania perfum: klasyczna szkoła mówi, że perfumy nakładać należy tam, gdzie krew pulsuje najbliżej pod skórą. Na nadgarstki, za uchem, z boku szyi, pod kolanami. I jest to prawda, tyle, że dotyczy naprawdę perfum – w znaczeniu ekstraktów. Tymczasem większość pachnideł, których używa współczesny człowiek to wody perfumowane i toaletowe. Te najlepiej jest nakładać tam, gdzie skóra jest po prostu ciepła – tam się rozwiną tak, jak powinny. Na zimnej skórze (na przykład na nadgarstku) perfumy nie tylko będą pachniały słabiej, ale też część nut po prostu się nie rozwinie.

I znów - ciepłych miejsc na ciele mamy sporo. Nikt chyba nie wpadłby na pomysł nakładania perfum na brzuch czy uda… No dobra, w uda nie wnikam. ;) Ja jestem zwolenniczką nakładania perfum na dekolt – u nasady szyi. Z boku szyi zapach rozwinie się równie pięknie, ale nie będzie dla nas wyczuwalny. O problemach z powąchaniem się za uchem nawet nie wspominam.
Drugą dobrze sprawdzającą się metodą jest wchodzenie w chmurę czyli po prostu rozpylenie perfum w powietrzu i wejście w nie - w ubraniu lub bez. Zapach jest wówczas delikatniejszy. Na ubraniu i włosach utrzyma się dłużej ale też nie rozwinie tak, jak na skórze.


Kontynuując - czy używasz różnych perfum zależnie od pogody, temperatury, wilgotności powietrza? Czy są “zapachy na zimę/lato” itp?

Używam perfum zależnie od… ochoty. Wybieram je tak, jak wybieram muzykę, której chcę posłuchać – poddając się nastrojowi chwili.
Pozablogowo mam upodobanie do perfum drzewnych. Drewna i żywice to dla mnie żelazny arsenał na każdą porę roku, choć perfumy z przewagą nut drzewnych często uznawane są za zapachy „zimowe”. Tymczasem istnieją drzewne nuty będące nutami ewidentnie chłodnymi – jak kadzidło frankońskie, elemi, balsam jodły czy brzoza.

Oczywiście moje prywatne upodobania nijak się mają do treści recenzji pojawiających się na Sabbath of Senses. Lata pisania o perfumach nauczyły mnie doceniać wszystkie typy perfum. Wiesz… Tak, jak istnieją mężczyźni, którzy kochają kobiety – i obojętne im, czy to blondynka czy brunetka, czy smukła czy pulchna… Tak ja kocham wszystkie nuty. Ale prywatnie wierna jestem drewniakom. :)


Czy PH skóry noszącego wpływa na zapach? W jaki sposób? Czy zapach będzie się “nosił” inaczej gdy jesteśmy po wysiłku fizycznym, chorzy, w sytuacji intymnej.

PH skóry, jej nawilżenie, temperatura, dieta, moment cyklu hormonalnego, wiek, ciąża, palenie bądź niepalenie papierosów, kondycja, poziom stresu, choroby, przyjmowane leki – wszystko wpływa na to, jak rozwija się zapach. Sytuacja intymna na pewno też – przecież gdy jesteśmy podnieceni zmienia się nie tylko temperatura i wilgotność skóry, ale też następuje wyrzut szczególnych hormonów.
Jeden czynnik może mieć znaczenie niewielkie, ale już ich koincydencja może sprawić, że ulubione dotychczas perfumy zaczną na nas pachnieć nieładnie. Albo słabiej.


Czy w Twoim zawodzie przydaje się wiedza chemiczna?

W pracy recenzenta i prowadzeniu warsztatów umiarkowanie. Chyba, że za wiedzę chemiczną uznamy znajomość poszczególnych substancji tworzących kompozycję zapachową. Wtedy owszem – trudno jest wytropić w perfumach helional czy balsam tolu jeśli nie wiesz jak pachną.
Najważniejszy jest tu jednak kontekst kulturowy - znajomość nie tylko esencji, ale też wiedza o ich pozyskiwaniu, uprawie roślin, historii, zastosowaniach i konotacjach kulturowych.
Prawdziwa chemiczna jazda zaczyna się dopiero kiedy próbujesz robić perfumy. Tysiące substancji, często o nazwach nic normalnemu człowiekowi nie mówiących – cyklopentenolon metylu czy fixolid, w przeróżnych stanach skupienia, rozpuszczalne w różnych rozpuszczalnikach i w różnych temperaturach, reagujące ze sobą w najdziwniejszy sposób… To jest wiedza chemiczna, lecz zarazem jest to wiedza, której nie posiądzie się na klasycznych studiach chemicznych.
Oczywiście znajomość aldehydów czy alkoholi pomaga, ale nie wystarcza.


Powiedz coś więcej o konotacjach kulturowych.

Przeróżne pachnidła obecne są w kulturze od tysiącleci. Pojawiają się w legendach, mitologiach, świętych księgach i na ścianach świątyń czy grobowców. Poszczególne zapachy mają w różnych kulturach różne znaczenie i różnie są kojarzone. Na przykład róża, będąca w kulturze europejskiej symbolem kobiecości, w kulturze arabskiej jest kwiatem raczej kojarzonym z męskością. Kobiecy jest jaśmin. Znane u nas jako kadzidło frankońskie olibanum - przywiezione z wypraw krzyżowych przez Franków właśnie - w naszej kulturze kojarzy się głównie z sakrum; konkretnie zaś z chrześcijańskimi świątyniami. Tymczasem w kulturze arabskiej było ono symbolem męskości - ze względu na swój chłodny, lekko metaliczny aromat. Dlatego rycerze krzyżowi mieli okazję poznać właśnie olibanum, a nie symbolizująca kobiecość, ciepłą mirrę. Bo ich komnat nie okadzano mirrą. Nie okadzano ich też miękkim, łagodnym sandarakiem używanym w komnatach dziecięcych i nazywanym na wschodzie po prostu złotem.
Nota bene analiza kulturowego postrzegania kadzideł skłoniła mnie kilka lat temu do stworzenia własnej interpretacji biblijnej przypowieści o trzech mędrcach/królach, którzy przynieśli dary boskiemu noworodkowi w Betlejem. Analitycy Biblii nie mając świadomości tej symboliki nie dostrzegają, że ofiarując Jezusowi złoto, kadzidło i mirrę, mędrcy w istocie ofiarowali swojemu bogu całą ludzkość. Złoto to sandarak symbolizujący dzieci; kadzidło (frankońskie) symbolizuje mężczyzn, a mirra kobiety.

Odchodząc od konkretnych przykładów - znajomość starożytnych i nowożytnych źródeł, legend różnych kultur pozwala nie tylko wyjaśnić, skąd popularność pewnych składników w różnych kulturach, ale też zaoferować czytelnikowi czy uczestnikowi warsztatów opowieść, która da zapachowi drugie dno, pewną wartość dodaną.


Czy Twój nos jest lepszy? Czy można nauczyć się tego co robisz?

Wyznam Ci szczerze, że nie wiem. Nie wiem, czy mój nos jest lepszy.
Na pewno ogromne, kluczowe znaczenie ma zdobywanie i systematyzowanie wiedzy. Przecież najzdolniejszy muzyk nie zagra najprostszej nawet etiudy nie potrafiąc używać instrumentu. Więc tak – przy podstawowych zdolnościach można się wiele nauczyć.
W kwestii „nosa” trudno jest określić, jaki procent umiejętności recenzenta czy perfumiarza wynika z naturalnych zdolności, a jaki z nabytych umiejętności.
Mój nos jest dziwny. Zauważam wiele detali zapachowych, których inne osoby nie zuważają. Ale na ile jest to kwestia nosa, a na ile zwracania uwagi na zapach… nie wiem.


Czy jest jakiś kit albo mit, którego wolałabyś już nie słyszeć? Coś co działa ci na nerwy jak “spece” wypowiadają się w temacie?

Po pierwsze wolałabym nie słyszeć (po)tworów w typie „perfum” i „perfuma”.
Perfumy to plurale tantum – rzeczownik występujący pod względem formalnym jedynie w liczbie mnogiej, mimo znaczenia liczby pojedynczej. Podobnie jak spodnie, nożyczki, usta, skrzypce, chrzciny czy wakacje. I podobnie jak jadalne lody. Mówmy (i piszmy) więc o perfumach, skrzypcach i lodach, nawet jeśli mamy na myśli jeden flakon, jeden instrument i jedną porcję.

Wolałabym też nie słyszeć o „odpowiednikach” perfum tak samo dobrych jak oryginały. I o ich „zaperfumowaniu”. Powiedzmy jasno: nie ma czegoś takiego, jak odpowiedniki - są podróby. To kradzież własności intelektualnej i znaku towarowego. Używanie ponumerowanych mikstur „inspirowanych” perfumami znanych marek w niczym się nie różni od noszenia lamerskich Szaneli i Lułi Witonów z bazaru.
Jest tyle pięknych, oryginalnych perfum tańszych, niż te rzekomo ekskluzywne podróby, że naprawdę nie trzeba się zniżać do wykorzystywania luki prawnej pozwalającej na takie praktyki.

Co do speców, słyszałam już takie cuda ogłaszane przez „ekspertów”, że chyba nic mnie nie zdziwi. Kiedyś napisałam do „Wysokich obcasów” - często w artykułach o perfumach cytujących pewnego samozwańczego speca. Wyjaśniłam dokładnie, jakie kardynalne błędy zawiera tekst ale odpisano mi zgrabnie, że „wypowiedzi ekspertów” nie są objęte obowiązkiem sprostowania. Postanowiłam wyluzować. Nie mam ochoty na krucjaty.


Ok, inna beczka - czy "Pachnidło" to dobry film?

Mnie się podobał. Książka też. Przy czym warto zaznaczyć, że z punktu widzenia osoby choć troszkę znającej specyfikę perfumiarskiej sztuki, to fantastyka. Malownicza fantastyka.


Zajmujesz się perfumami “biernie”. Czy byłabyś w stanie skomponować zapach? A może już to robiłaś?

Ciągle się uczę. Pracuję na dość dobrze już wyposażonych organach perfumeryjnych, eksperymentuję, tworzę. Przyznaję, że mam propozycje zleceń, ale, jako samouk, mam też wiele pokory.
Moje autorskie kompozycje, które chętnie noszę, spotykają się zwykle z pozytywnym odbiorem. Wielokrotnie słyszałam, że mam piękne perfumy nosząc coś, co robiłam sama. To daje mi wiele satysfakcji i motywuje do rozwoju. Jednak istnieje wiele ograniczeń czysto technicznych, których jeszcze nie przepracowałam. Jednym z nich jest to, że zapach powinien być komponowany na tych samych składnikach, z których będzie produkowany. W przypadku syntetyków to nie problem, ale w przypadku naturalnych substancji – duży. Wraz z przyjacielem dokonaliśmy kiedyś eksperymentu: wysłałam mu bardzo szczegółową (do tysięcznych części grama) recepturę perfum, którą on odtworzył w laboratorium wedle moich instrukcji na bazie esencji pochodzących z innych źródeł albo tylko innych partii. I to nie był ten sam zapach.

Ja komponuję w domu. Zleceniodawca, który chce ode mnie recepturę musi się liczyć z tym, że odtworzona w fabrycznym laboratorium nie będzie ona tym, co stworzyłam. Pracujemy więc nie tylko nad zapachem, ale też nad kwestiami logistycznymi. Wiem, że część niezależnych perfumiarzy zaczyna od mieszania perfum w słoikach w domu, ale po pierwsze w Polsce rozprowadzanie substancji do użytku na skórę bez badań i certyfikatów jest nielegalne, a po drugie… w tym względzie jestem perfekcjonistką. Nie dam nazwiska czemuś, co będzie pachniało nie tak, jak ja zamierzyłam. Nie mówiąc już o sytuacji wypuszczenia perfum bez badań dermatologicznych, które mogą poparzyć komuś skórę. Wiem, że do odważnych świat należy, ale ja aż taka odważna nie jestem.
Kiedy już w końcu zdecyduję, że jestem gotowa pokazać światu swoje perfumy, postaram się, żeby świat był bezpieczny. Chciałabym też, żeby był z nich zadowolony, ale bez przesady. Nietrudno zgadnąć, że nie celuję w perfumeryjny POP.


Wielkie dzięki, to było pouczające. Powodzenia!


Jeśli ta rozmowa Was zainteresowała, to szybciutko polubcie i zacznijcie czytać bloga Klaudii, Sabbath of Senses. Autorem pierwszego zdjęcia jest Michał Dagajew.


niedziela, 13 grudnia 2015

Co postanowiono w Paryżu

Przez dwa tygodnie przedstawiciele niemal 200 państw debatowali nad porozumieniem w sprawie działania na rzecz powstrzymania katastroficznych zmian klimatycznych. Wczoraj osiągnęli zgodę. Mam nadzieję, że pod koniec tego tekstubędziecie mogli ocenić czy w Paryżu postawiono pierwszy krok w kierunku lepszego świata, czy może tylko stworzono pozory, że możemy uniknąć globalnej katastrofy.

Porozumienie jest konkretne jeśli idzie o cele. Podpisujący zgadzają się na silną odpowiedź na zagrożenia związane ze zmianami klimatycznymi poprzez:
  • Powstrzymanie ocieplenia znacznie poniżej 2’C (względem preindustralnych temperatur) i starania by ograniczyć ocieplenie 1,5’C.
  • Podniesienie zdolności do adaptacji wobec niekorzystnych skutków zmian klimatycznych.
  • Zadbanie o przepływ finansów sprzyjający niskim emisjom i rozwojowi przyjaznemu klimatowi.
Porozumienie ma być wdrażane uczciwie z myślą o wspólnych korzyściach, ale ma też zróżnicować odpowiedzialność tak by oddać różnice między państwami.

Brzmi dobrze, ale generalnie tu kończą się konkrety. Kraje mają indywidualnie przygotowywać i ogłaszać swoje działania prowadzące do tych globalnych celów. Dokument podkreśla, że nie chodzi jedynie o ograniczenie emisji, ale również o pochłanianie nadwyżki CO2, którą już umieściliśmy w atmosferze, szczególnie w drugiej połowie tego stulecia. Postawiono też nacisk na wspieranie krajów rozwijających się, tak by ominęły etap gospodarki opartej o węgiel na rzecz długotrwałych rozwiązań. Od 2023 roku, co pięć lat ma następować ocena postępów. Porozumienie z Paryża oficjalnie ma wejść w życie w 2020. Teraz powinna rozpocząć się droga do ratyfikacji dokumentu przez 196 krajów.

Umowa praktycznie nie jest wiążąca. Każda zmiana władzy, kryzys czy po prostu chęć zdobycia chwilowego kapitału politycznego może wystarczyć, by dany kraj robił co mu się podoba. Zresztą Polski minister energii już stwierdził, że nie możemy wycofać się z węgla do 2050 roku. James Hansen, znany z propagowania wiedzy o zagrożeniach wynikających ze zmian klimatycznych skrytykował porozumienie nie przebierając w słowach. Uważa, że to puste słowa i obietnice, a jedynym sposobem by wymusić działanie jest mocne opodatkowanie emisji gazów cieplarnianych.

Należy jednak wziąć pod uwagę kilka czynników. Dokument z Paryża to nie jedyny efekt rozmów. The Guardian podaje, że bogate kraje zgodziły się na przekazywanie $100 miliardów rocznie krajom rozwijającym się. O ile porozumienie jest ogólnikowe, to podparte jest deklaracjami poszczególnych krajów, o których wspominałem w poprzedniej notce. Najważniejsze jest jednak to, że oczekiwanie po minionym szczycie, że rozwiąże problem za jednym zamachem byłoby naiwne. Racjonalna natomiast jest sama dyskusja, czy porozumienie można uznać za zwrot w polityce klimatycznej.

Jak wspominałem poprzednio, indywidualne zobowiązania nie były przedstawione w jednolitym formacie, co utrudniało ocenę ich globalnego wpływu. Na szczęście Climate Action Tracker przeanalizował je i mówi jasno - to za mało. Jednocześnie stwierdza, że przygotowuje to grunt pod bardziej zdecydowane działania. Wykres nie pozostawia wątpliwości - zakładając (optymistycznie) spełnienie zobowiązań wszystkich państw planeta zostanie ogrzana o 2,7’C.

Ale skoro brak akcji oznaczałby 4,5 stopniowe ocieplenie, a trzymanie się dotychczasowych planów oznaczałby 3,6 stopniowe ocieplenie, to może jednak szykuje się zwrot. Jeśli tak, to musimy pamiętać, że do 2100 roku pozostało sporo czasu. Sporo czasu by tak jak wykładniczo rosły nasze emisje, wykładniczo pojawiały się instrumenty, wola i technologie walki z globalnym ociepleniem.

To też sporo czasu by uświadomić ludziom z czym możemy się borykać w najbliższych dekadach. Jeden stopień ocieplenia (pewniak na ten moment) oznacza, że pierwsze miliony uchodźców klimatycznych ruszą z zatopionej Zatoki Bengalskiej. Regularne susze na zachodzie USA zagrożą poważnie produkcji żywności. Huragany sięgną dalej od równika niż przez ostatnie sto lat. Pamiętajmy, że jeden stopień dla planety, lokalnie będzie oznaczał znacznie silniejsze zmiany. Dwa stopnie będą oznaczać bezprecedensowe zmiany dla biosfery. Owady zaczną migrować na nowe tereny i zagrożą lokalnej roślinności, topniejące śniegi i lody zastąpią ciemne lasy, pochłaniające jeszcze więcej ciepła, przyspieszając cały proces. Wszystko to idzie w parze z ogromnym spustoszeniem w oceanach na skutek zwiększonej kwasowości i gospodarki rabunkowej. Nie wiadomo ilu konsekwencji 2,7-stopniowego ocieplenia nie potrafimy przewidzieć. Ale na pewno byłaby to katastrofa dla Amazonii. Ekstremalne El Nino byłoby normą. Basen śródziemnomorski smażyłyby się w regularnych falach upałów. Świat zalałaby miliardowa fala uchodźców klimatycznych. Głód były wszechobecny.


Źródła:
https://en.wikisource.org/wiki/Paris_Agreement - Tekst porozumienia
http://www.independent.co.uk/environment/cop21-father-of-climate-change-awareness-james-hansen-denounces-paris-agreement-as-a-fraud-a6771171.html
http://www.bbc.com/news/science-environment-35084374
http://www.theguardian.com/environment/2015/dec/12/paris-climate-deal-200-nations-sign-finish-fossil-fuel-era
http://edition.cnn.com/2015/12/12/world/global-climate-change-conference-vote/index.html
http://climateactiontracker.org/news/257/Paris-Agreement-stage-set-to-ramp-up-climate-action.html
http://climateactiontracker.org/publications/briefing/256/Paris-Agreement-near-term-actions-do-not-match-long-term-purpose-but-stage-is-set-to-ramp-up-climate-action-.html
http://tvn24bis.pl/surowce,78/swiat-dogadal-sie-ws-ochrony-klimatu-polska-nie-zrezygnuje-z-wegla,602541.html


piątek, 11 grudnia 2015

Nino, Nina, Bill i Mark

Zaniedbałem bloga, a dzieje się sporo. Dlatego materiał na 2-3 notki postaram się zmieścić w jednym tekście.


Nino i Nina

Mamy rok niechlubnych klimatycznych rekordów. W 2015 przekroczyliśmy symboliczną granicę 400 ppm dwutlenku węgla w atmosferze. To znaczy, że od czasu rewolucji przemysłowej zwiększyliśmy zawartość tego gazu o ponad 40%. Rekordowo ciepły rok, to oczywiście również rekordowo ciepłe miesiące. Październik okazał się dodatkowo wyjątkowy, gdyż średnie globalne temperatury powierzchni planety w tym miesiącu były wyższe o ponad cały stopień od wartości średnich wartości. Poprzednim rekordzistą był styczeń 2007, globalnie cieplejszy o 0,97’C od średnich. Padł jeszcze jeden rekord, ten jednak nie będzie jedynie symboliczny.

Trwa najsilniejsze El Niño w historii pomiarów. Poprzedni rekordzista w 1997 wywołał 2,8 - stopniową anomalię temperatury Pacyfiku. Tegoroczne El Nino podniosło temperaturę o 3,0’C. Rok 1998 był tak gorący, że (choć była to wierutna bzdura) sceptycy przez lata wykorzystywali ten okres by twierdzić, że glob przestał się ocieplać. Silne El Nino w jednym roku, to wiele nieprzyjemności w roku kolejnym. Przyjrzyjmy się zdarzeniom 1998.

W 1998 na Atlantyku uformowało się czternaście nazwanych systemów burzowych (głównie cyklonów). Był to najbardziej śmiertelny sezon cyklonów na Atlantyku od dwustu lat, pochłonął życie około dwudziestu tysięcy ludzi i wywołał ponad dwunastomiliardowe straty. Głównym sprawcą był huragan kategorii piątej, Mitch, czwarty najsilniejszy w historii. 26 września 1998 roku na Atlantyku szalały jednocześnie cztery huragany - George, Ivan, Jeanne i Karl. Taka sytuacja nie miała miejsca od kiedy na orbicie znajdują się satelity meteorologiczne. Poza groźnym sezonem huraganowym, El Nino i następująca po nim proporcjonalnie silna La Nina przyczynią się do innych zjawisk pogodowych. Australię i Indonezję nawiedzą susze. Wschodnie wybrzeże USA powinno już szykować się na liczne powodzie.


Paryż i deklaracje

Trwa szczyt klimatyczny w Paryżu. O ile nie uratuje on świata, to daje pewne powody do optymizmu. Po pierwsze główni gracze, USA, Indie i Chiny stawiają sobie ambitne cele i dokonują niezwykłych zmian. Chiny zredukowały swoje emisje w takiej skali, że 2015 rok może być pierwszym od lat, gdzie nie doszło do wzrostu emisji CO2. Stany Zjednoczone, które lubią być liderem, szczególnie w walce, najwyraźniej wymyśliły sobie bycie liderem w walce z globalnym ociepleniem. Jak dla mnie - bomba. Niezależnie od tego jak to wyjdzie w praktyce, taka postawa może wreszcie odblokować chociażby podejście do tematu w przypadku niektórych zakutych łbów.

Imponujący jest sam fakt, że 184 ze 195 krajów ONZ złożyło deklaracje w kwestii walki z globalnym ociepleniem. Wielu przyjechało na szczyt z odważnymi oświadczeniami. A przecież piłka jest wciąż w grze. Niestety trudno na ten moment ocenić powagę, realność i potencjalne skutki tych wszystkich deklaracji, gdyż nie sformułowano ich w spójny sposób (na razie). Niektóre kraje mówią wprost o redukcji emisji, inne o redukcji względem “business-as-usual” czyli względem ekstrapolacji dotychczasowych przyrostów emisji. Jedni procenty liczą względem 1990 inni względem 2005, jedne zobowiązania sięgają 2030 roku inne 2025… Należy się jednak spodziewać, że kiedy rozmowy dojdą do końca ktoś zbierze to w jakąś możliwą do pojęcia przez przeciętnego obywatela całość. A wtedy pomimo odtrąbienia wielkiego sukcesu przyjdzie ponury wniosek...


1,5’C i inne nierealne pomysły

To wszystko zbyt mało. Ponad sto krajów, które ucierpią z powodu globalnego ocieplenia naciska na powstrzymanie ocieplenia na poziomie 1,5’C. To znacznie trudniejsze niż postulowane do tej pory 2’C. Już przekroczyliśmy 0,85’C. Na dobrą sprawę, by osiągnąć taki cel, świat musiałby całkowicie zaprzestać spalania paliw kopalnych w ciągu piętnastu lat, po czym uruchomić na ogromną skalę technologie pochłaniające CO2. Jest już zbyt późno, by samo zatrzymanie emisji wystarczyło. A nawet to, w ciągu piętnastu lat byłoby katastrofą ekonomiczną a zatem pewnie i geopolityczną.

Co za tym idzie, najprawdopodobniej czeka nas katastrofa ekologiczna, która pociągnie za sobą katastrofę ekonomiczną. Bo 2’C więcej dla planety, to ogromne konsekwencje. To jednak konsekwencje, które dopadną nas z pełną siłą za więcej niż 15 lat. Może do tej pory uda nam się opracować technologie, które pozwolą uniknąć najgorszych konsekwencji. Poza tym po drodze może się okazać, że aparatom państwowym pomogą prywatni inwestorzy.


Bill i Mark

Niezaprzeczalnie widzimy pewną zmianę w myśleniu. Bill Gates, Mark Zuckerberg, Richard Branson, Jeff Bezos to tylko największe z nazwisk stojących za Breakthrough Energy Coalition. To grupa inwestorów, którzy chcą wesprzeć rozwój czystych źródeł energii na poziomie nawet $20 miliardów.

Już słyszę głosy, że “chcą zarobić!”, że to wszystko skok na kasę i bogaci chcą być jeszcze bogatsi. Co tu dużo mówić... Będzie mi łatwiej płakać z powodu bogactwa Gatesa, Zuckerberga i Bransona na planecie, która nie jest strefą permanentnej katastrofy ekologicznej.


Źródła:
http://mashable.com/2015/11/17/october-crosses-global-warming-threshold/#4V78nP10Xaqg
http://brucekrasting.com/official-biggest-nino-ever-killer-la-nina-follow/
http://www.businessinsider.com/biggest-el-nio-killer-la-nia-coming-2015-11
http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/o-co-chodzi-z-progiem-wzrostu-temperatury-o-2c-61
http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/szczyt-klimatyczny-nawet-jak-wszyscy-dotrzymaja-zobowiazan-to-i-tak-jestesmy-usmazeni-110
http://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/zaskwierczalo-118
http://www.climatechangenews.com/2015/12/07/scientists-1-5c-warming-limit-means-fossil-fuel-phase-out-by-2030/
http://www.carbonbrief.org/paris-2015-tracking-country-climate-pledges
http://insideclimatenews.org/todaysnews/04122015/these-11-countries-havent-submitted-climate-pledges
http://www.iflscience.com/environment/bill-gates-mark-zuckerberg-and-richard-branson-team-against-climate-change
http://www.breakthroughenergycoalition.com/


wtorek, 24 listopada 2015

Jak grom z jasnego nieba

Od jakiegoś czasu fani SpaceX czekali na coś, czego nagle i niespodziewanie dokonała dzisiaj zupełnie inna firma. Oczywiście można mieć pewne zastrzeżenia do tego jak wyglądał sensacyjny lot rakiety New Shepard, ale ponad wszelką wątpliwość dokonali czegoś niezwykłego a Elon Musk może mieć wreszcie godną konkurencję w kosmicznym biznesie. Zanim omówimy wątpliwości i porównamy SpaceX z Blue Origin, zobaczmy filmik z lotu:



Czemu mamy przełom? Bo po raz pierwszy rakieta wyniosła ładunek (nawet jeśli była to pusta kapsuła) w kosmos i wróciła w całości na ziemię, potencjalnie gotowa do zatankowania i kolejnego lotu. SpaceX tak wytrwale dąży do tego by używać swoich rakiet wielokrotnie, bo w kolosalny sposób zmniejszy to koszty lotów kosmicznych. Paliwo stanowi kilka procent ceny pojazdu. Wyobraźmy sobie ile kosztowałby przejazd taksówką gdyby każdorazowo trzeba było płacić za cały samochód. Nawet przy współczesnej produkcji seryjnej. A tak wygląda dzisiejszy transport kosmiczny.

Wstępne prototypy Elona Muska - Grasshoppery latały na wysokość około kilometra, po czym ładnie siadały na platformie. Ta technologia ma pozwolić na podobny trik pierwszemu członowi rakiet Falcon. Niestety do tej pory się to nie udało przy dwóch próbach. Liczę na sukces za trzecim razem. Tymczasem (Anglik powiedziałby “out of the blue”) mało znana firma nagle pokazała w pełni odzyskiwalny lot całej rakiety.

OK, więc skąd zastrzeżenia? Po pierwsze można mieć wątpliwości czy Blue Origin pokazało coś więcej niż testy Grasshoppera z 2013 roku. Moim zdaniem tak. Nawet jeśli to podobne osiągnięcia to jednak New Shepard spadał swobodnie z wysokości ponad 100 km i uruchomił silnik na wysokości półtora kilometra po czym pięknie osiadł w punkcie startu. Tu jednak kryją się dwa haczyki. Pierwszy to te 100 km. Owszem, to jest umowna granica kosmosu i tak jak pokazuje promocyjny fragment animacji 3D - pozwoli to na wrażenie nieważkości i krótką wizytę “w kosmosie”. Jednak w przypadku komercyjnych lotów jakie od kilku lat zapewnia SpaceX nie wystarczy ani 100 km wysokości, ani pionowy start. By umieścić coś na stabilnej orbicie należy cały ładunek wynieść wysoko i nadać mu prędkość orbitalną. Dlatego choć rakiety startują pionowo, to szybko “zakręcają”. Z tego też powodu, mimo że Falcony startują z Cape Canaveral, to pierwszy człon ma za zadanie wylądować na barce pływającej po oceanie kilkaset kilometrów na wschód od brzegu.

Dlatego, choć jak wspominam SpaceX chyba doczekało się prawdziwej konkurencji, nie sądzę by Elon Musk miał dziś problemy z zaśnięciem. Myślę, że dziś wszyscy wygraliśmy.


czwartek, 12 listopada 2015

Jak Ty uczcisz stulecie dziwności?

Każdy rok wypełnia cała masa rocznic. W tym roku przypada jedna naprawdę wyjątkowa. To stulecie narodzin dziwności. Mija sto lat od kiedy nauka roześmiała się w twarz naszej intuicji. W 1915 roku Einstein opublikował teorię względności a nauka sięgnęła dalej niż zdrowy rozsądek.

Jak w przypadku wielu ważnych koncepcji w nauce punkt wyjścia był dość prosty - prędkość światła jest stała, niezależnie od punktu odniesienia. Konsekwencje tego założenia są niezwykle dziwne, ale od stu lat potwierdzają je rozmaite eksperymenty. Jeśli w naszym kierunku wysłany zostanie promień światła, to nieważne czy będziemy na niego czekać w miejscu, czy ruszymy w jego kierunku z jakąś prędkością. W obu przypadkach będzie zmierzał w naszym kierunku z prędkością c. Jest to możliwe tylko dlatego, że czas i przestrzeń nie są stałe i niezmienne. Istnieją zjawiska kontrakcji długości oraz dylatacji czasu. Pręt poruszający się w kierunku obserwatora jest krótszy niż w stanie spoczynku. Zegary znajdujące się w ruchu działają wolniej.

To nie wszystko. Zegary działają też wolniej, gdy znajdują się bliżej silnego pola grawitacyjnego. Więcej - masa również jest zmienna i jest większa, jeśli dany obiekt się porusza. Gdy Einstein chciał pogodzić to z drugą zasadą dynamiki Newtona sformułował najsłynniejsze równanie na świecie, czyli E=mc2. Wszystko to może wydawać się abstrakcyjne, ale jest prawdziwe i wielokrotnie przetestowane.

Wszechświat nie przejmuje się naszym zdrowym rozsądkiem, dlatego jeśli odpowiednio się rozpędzimy, możemy wbiec z 1,5 metrową drabiną do jednometrowej szopy i zmieścić się w środku. Ale to temat na osobną notkę… Na co dzień prawdziwość teorii Einsteina testujemy częściej niż byśmy się spodziewali. System GPS nie działałby tak precyzyjnie gdyby nie teoria względności. Satelity poruszają się tak szybko, że ich zegary poruszają się wolniej od naszych o 7 mikrosekund dziennie. Jednocześnie są na tyle oddalone od Ziemi, że działa na nie słabsze przyciąganie grawitacyjne, dlatego ich zegary poruszają się o szybciej o 48 mikrosekund dziennie. W sumie 41 us na dobę (w rzeczywistości jednak dochodzi jeszcze kilka poprawek z innych źródeł, które muszą brać pod uwagę systemy GPS).

Teoria względności jest też istotna w działaniu elektromagnesów - choć elektronów jest tyle samo co protonów, ruch tych pierwszych sprawia, że wydają się ciaśniej upakowane i pojawia się różnica ładunków. Prędkości poruszania się elektronów wpływają też na właściwości pierwiastków takie jak kolor złota czy konsystencja rtęci.

To tylko nieliczne z niesamowitych konsekwencji teorii względności. Niektóre są tak szokujące, że sam Einstein uznawał je za matematyczne ciekawostki. O nich z pewnością będzie można usłyszeć 26 listopada w Centrum Nauki Kopernik.

Jądro Ciemności - taki tytuł nosi wieczór w ramach którego profesor Kip Thorne wygłosi specjalny wykład z okazji stulecia teorii względności. Nie wiem jak Wy, ale ja nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na uczczenie tej rocznicy.

Thorne opowie o rzeczach, które Einsteinowi wydawały się zbyt dziwne, by istniały naprawdę, choć przewidywały je równania, które sam skreślił. Dziś wiemy, że czarne dziury nie tylko istnieją, ale są wręcz bardzo ważną składową Wszechświata. Nie znaczy to jednak, że je rozumiemy. Cały czas są wielką zagadką, nie wiemy co w nich drzemie. Ściany ognia? Tunele do innych zakątków naszego wszechświata? Wrota do innych? Z pewnością nie są przejściem do szafy w pokoju małej dziewczynki.

Mimo mojej chłodnej oceny filmu Interstellar nie mogę się doczekać na spotkanie z jednym z bardziej uznanych naukowców naszych czasów. Kip Thorne z pewnością będzie mówił o czarnych dziurach oraz o falach grawitacyjnych - jednej z ostatnich rzeczy, które przewiduje teoria względności, której jeszcze nie udało się nam bezpośrednio zaobserwować. Z pewnością będzie ciekawie. Jeśli wybieracie się ze mną na wykład profesora Kipa Thorne pamiętajcie, żeby zdrowy rozsądek zostawić przed drzwiami sali.


Kip Thorne - Jądro Ciemności



czwartek, 5 listopada 2015

Badass Bill

W niedzielę miała miejsce premiera dokumentu Explorer: Bill Nye’s Global Meltdown. Program omawia zmiany klimatyczne z perspektywy Billa, przechodzącego “pięć stadiów żałoby” (zaprzeczenie, gniew, targowanie, depresja, akceptacja) związanej ze zmianami klimatycznymi. Prowadzący odwiedza swojego terapeutę doktora Schwarzeneggera, omawia sytuację klimatyczną, polityczną oraz rokowania na przyszłość.

To całkiem niezły program. Miłym akcentem jest występ Arnolda - jest on republikańskim politykiem, a mimo to nie jest antynaukowym denialistą klimatycznym (oraz nie nienawidzi gejów). Ta krótka notka ma być jednak o czymś innym. W dokumencie pojawił się taki kadr:



Internet szybko go pokochał i postanowił doprawić na różne sposoby. Oto kilka z nich:






Źródła:
http://dotearth.blogs.nytimes.com/2015/10/31/now-its-bill-nye-with-climate-change-denial-and-arnold-schwarzenegger-to-the-rescue/
http://imgur.com/gallery/5YYihem
http://imgur.com/gallery/pqDBVe0
http://imgur.com/gallery/ogIx8iX
http://imgur.com/gallery/KGfdrbJ
http://imgur.com/gallery/ZHCte1l
http://imgur.com/gallery/DQnx3iP
 http://imgur.com/gallery/169zsdq


poniedziałek, 26 października 2015

"Cześć, i dzięki za ryby"

Dawno nie było nic o klimacie (no chyba, że czytacie Zastrzyk Przyszłości w Nowej Fantastyce). Do końca roku zostały jeszcze dwa miesiące, ale mało kto ma wątpliwości, że 2015 będzie najgorętszym od 1880 roku. Mieliśmy drugi najgorętszy styczeń w historii i trzeci najgorętszy kwiecień. Luty, marzec, maj, czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień były gorętsze niż kiedykolwiek w historii pomiarów.

(New York Times, na podstawie danych NOAA)

Choć zmiany klimatyczne lokalnie wywołają ostrzejsze zimy, to praktycznie nie ma już możliwości żeby ostatnie miesiące roku przeszkodziły w tym by 2015 rok był rekordowym. Nic w tym dziwnego - globalne temperatury rosną (głuche na zaklinających rzeczywistość denialistów, twierdzących, że ocieplenie ustało w 1998). Do tego w tym roku przypadło wyjątkowo silne El Nino na Pacyfiku. Niestety gorąc to tylko jeden z naszych problemów i to raczej nie najpoważniejszy, a jedynie taki, który potrafimy precyzyjnie śledzić.

Indonezja stoi w ogniu. Katastrofa jest rezultatem gospodarki żarowej - koszmarnego wypalania lasów w celu późniejszej intensywnej uprawy na ich miejscu. W połączeniu ze szczególnie dotkliwą suchą porą doprowadziło to do absurdalnych strat, szacowanych na abstrakcyjną kwotę $50 miliardów dolarów. Kwota ta obejmuje jedynie gospodarkę, pomija konsekwencje dla zdrowia obywateli. Ocenia się, że niemal trzydzieści milionów ludzi w samej tylko Indonezji oddycha ciężko zanieczyszczonym powietrzem. PSI to indeks zanieczyszczenia powietrza (pewnie znany wielu mieszkańcom Krakowa) w którym wartości do 50 są bezpieczne, powyżej 100 są niezdrowe, powyżej 200 bardzo niezdrowe, a powyżej 300 niebezpieczne. W Krakowie często zdarza się wartość 250 dla cząsteczek PM10 (jedna ze składowych PSI). W Pekinie sięga alarmujących 800. W Indonezji w tym roku padł rekord… 2300. Już teraz zarejestrowano ponad 140 tysięcy zgłoszeń dolegliwości oddechowych.

To jednak nie wszystko. Do podobnej klęski doszło w 1997 roku. Bardzo silnie odbiła się na populacji pszczół, co w efekcie uderzyło w rolnictwo - ucierpiały uprawy cebuli, pomidorów, ziemniaków, bakłażanów, arbuzów i wielu innych roślin. Minęły trzy lata zanim rolnictwo wydobrzało. Tegoroczna klęska przypuszczalnie będzie znacznie bardziej dotkliwa. Już teraz krążą głosy, że prawdopodobnie to największa katastrofa środowiskowa XXI-wieku, przyćmiewająca eksplozję Deepwater Horizon z 2010. Zdjęcia NASA pokazują południowo-wschodnią Azję okrytą dymem. Szacuje się, że od końca czerwca do tej pory pożary wyemitowały 600 milionów ton gazów cieplarnianych. Wartość porównywalna z rocznymi emisjami Niemiec.


(NASA)

Jakby powyższego było mało, w tym miesiącu opublikowano analizę ponad sześciuset badań oceanów. Wyłania się z niej obraz różnych środowisk i czynników oraz ich wpływu na faunę i florę morską. Jest to obraz przytłaczający. Morski łańcuch pokarmowy ulegnie załamaniu. Wąska grupa gatunków przetrwa w cieplejszych i zakwaszonych CO2 wodach. Plankton prawdopodobnie będzie dobrze się rozwijać, ale nie przełoży się to na kolejne ogniwa łańcucha. Mniejsza ilość zooplanktonu i mniejszych ryb zagłodzi te większe. Szybszy metabolizm w ciepłej wodzie, większe zapotrzebowanie na żywność zderzy się z mniejszą ilością żywności dla większych ryb, które są podstawą gospodarki morskiej. Dwie trzecie populacji tej planety zamieszkuje tereny przybrzeżne. Dla miliarda ludzi ryby to główne źródło białka zwierzęcego. Dla trzech miliardów stanowią 20% tych białek. Katastrofa w oceanach najmocniej uderzy w kraje rozwijające się, ale nie ma wątpliwości - ucierpi cała planeta.

Na ten moment ludzkości pozostaje damage control. Możemy zapomnieć o zapobieganiu kataklizmowi klimatycznemu. Mam nadzieję, że ta świadomość sprawi, że szczyt klimatyczny ONZ w grudniu tego roku, zaowocuje zdecydowanymi działaniami.


Źródła:
http://www.nytimes.com/2015/10/22/science/2015-likely-to-be-hottest-year-ever-recorded.html
http://www.theguardian.com/us-news/2015/sep/17/2015-hottest-year-on-record-noaa
http://www.sciencealert.com/pioneering-review-of-632-ocean-studies-says-marine-food-chain-will-collapse
http://www.independent.co.uk/news/world/middle-east/climate-change-key-in-syrian-conflict-and-it-will-trigger-more-war-in-future-10081163.html
http://jakartaglobe.beritasatu.com/opinion/erik-meijaard-indonesias-fire-crisis-biggest-environmental-crime-21st-century/
http://www.salon.com/2015/10/20/neil_degrasse_tyson_lets_the_science_deniers_have_it_the_beginning_of_the_end_of_an_informed_democracy/
https://www.msc.org/healthy-oceans/the-oceans-today/fish-as-food



poniedziałek, 12 października 2015

Zjadłem Skorpiona z Trinidadu

Z reguły nasz pokarm broni się przed zjedzeniem zanim trafi do naszych ust. Zwierzątka uciekają lub stawiają aktywny opór, rośliny wykształcają kolce, wabią drapieżniki zjadajace roślinożerców itd. Skorpion z Trinidadu przystępuje do ataku dopiero po tym jak go schrupiemy. Ta mała, czerwona, brzydka i niepozorna franca jest obecnie drugą*, najostrzejszą papryczką na świecie. Rekordzistą z 2013 roku jest Żniwiarz z Karoliny. Przyznam, że nigdy nie sprawdzałem gdzie można dostać takie rarytasy, ale ostatnia edycja Najedzeni Fest! podsunęła mi je pod sam nos. Wiedziałem, że dla dobra nauki muszę wkroczyć do akcji.

Zanim napiszę o tym jak Węglowy Szowinista i jego koledzy przeprowadzili eksperyment, kilka słów teorii. Miarą ostrości papryk jest Skala Scoville’a (SHU). Nie jest ona w pełni precyzyjna, ale nic w tym dziwnego, bo dwa owoce z tego samego krzaczka mogą się różnić ostrością. Kiedyś pomiar ostrości wykonywali eksperci próbujący ekstraktu papryki rozcieńczonego w roztworze wody z cukrem. SHU 5 000 oznacza, że dopiero rozcieńczenie ekstraktu w stosunku 1:5000 sprawiało, że ostrość nie była odczuwalna.

Dziś dokonuje się laboratoryjnych pomiarów zawartości kapsaicyny w wysuszonej papryczce. To wciąż nie daje idealnie miarodajnych wyników, gdyż tłuszcze wiążą kapsaicynę, a poza tym istnieją inne substancje nadające ostry smak - np. izotiocyjanian allilu, znany z chrzanu, musztardy i wasabi. Dlatego choć czysta kapsaicyna to 16 000 000 SHU, da się osiągnąć wyższe wyniki.

Chyba każdy kojarzy papryczki Jalapeno. Uchodzą za ostre i osiągają od kilku do 20 000 SHU. Piri piri oraz Habanero prawdopodobnie znają raczej głównie fani pikantnej kuchni. Papryczki te osiągają odpowiednio około 100 000 i 250 000 SHU. Jak do tego ma się Skorpion z Trynidadu? Jego średnia moc to 1 200 000 SHU. Żniwiarz z Karoliny osiąga średnio 1 500 000 SHU. Generalnie, jeśli komuś mało, to następnym krokiem jest aplikowanie sobie do ust gazu pieprzowego.

Liczby liczbami, ale jak to jest zjeść Skorpiona? Wiedziałem, że w tym celu potrzebna będzie drużyna: najlepiej ktoś bardziej zaprawiony w boju z ostrym jedzeniem, ktoś mniej oswojony z kapsaicyną oraz, jako że bezpieczeństwo jest najważniejsze, ktoś komu zabraknie jaj by zjeść z nami ten piekielny pomiot. Tym samym do Węglowego dołączyli odpowiednio: Precyzyjny Paweł, Metodyczny Maciek i Sceptyczny Szymon. Uzbrojeni w zamiłowanie do nauki, zmrożoną wódkę, lody, numer na pogotowie i świadomość co mamy zjeść, zasiedliśmy do stołu.

Skorpion jest dość brzydki, kształt sugeruje jakieś dalekie pokrewieństwo z papryfiutkami (capsicum annum var. annum), ale nie mogę tego potwierdzić. Skorpion nie smakuje dobrze, niesmak pozostał mi w ustach na długo, ale był to najmniejszy z moich problemów. Skorpiona niestosownie też nazywać “ostrym” czy “pikantnym”. Skorpion jest jak czarna dziura wysysająca szczęście i wolę życia. Działa z opóźnieniem, więc można go spokojnie schrupać i przełknąć drobne pesteczki, dopiero po kilku sekundach temperatura wzrasta. “Ostro” jest tylko przez chwilę, później ten drobny owoc rzuca nas na dno ciemnej otchłani, gdzie nie ma nadziei, jest tylko ból i rozpacz. To dlatego wpierw przychodzą łzy, bezwiednie spływające z oczu.

Nie mogłem odpowiedzieć Sceptycznemu Szymonowi jak się czuję, bo dopadła mnie intensywna czkawka. Metodyczny Maciek był zbyt zajęty obfitym wydzielaniem śliny i patrzeniem na mnie z wymownym wyrzutem, że go do tego namówiłem. Precyzyjny Paweł, bordowy i zapłakany trzymał flagę. Powiedział “rzeczywiście ostra” i wytrzeszczył oczy. Kolejny objaw pewnie bym przemilczał i uznał za zbieg okoliczności, ale jako że dotknął dwóch dzielnych naukowców zostanie opisany. Drętwienie lewej dłoni. Nie wiemy jeszcze jak kapsaicyna powędrowała do lewej kończyny górnej, ani czemu nie do prawej, ale Szowiniście i Maćkowi zdrętwiały lewe dłonie. Były też dreszcze, brak czucia w języku i trzęsące się dłonie. Kilka minut później duch odkrywców ustąpił pola desperacji. Nie udało się nam sprawdzić w sensowny sposób czy lepiej działają lody, czy wódka. Wiemy tylko, że jedno z nich lub oba przynoszą częściowe ukojenie.

Wycieczka po wulkanie skończyła się po kilkunastu minutach. Nastroje były różne, jedna osoba wyglądała na pokonaną, druga na trochę niewzruszoną, u mnie dominowało chyba poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Była też satysfakcja, że obyło się bez ofiar, ani pewnych skutków ubocznych, które uwiecznili w internecie inni śmiałkowie (szukajcie na własne ryzyko). Metodyczny Maciek i Precyzyjny Paweł wspomnieli o pobudzeniu (to akurat potwierdzają też internauci, mówiąc czasem o euforii), trudności z usiedzeniem na miejscu, chęcią “wyładowania napięcia”. Widać kapsaicyna przegrała z moim wrodzonym flegmatyzmem, bo nic takiego nie poczułem.

Skorpion nas nie pokonał, tylko zahartował. Jest to kawał niesmacznej papryczki i jeszcze przez kilka godzin po tym jak minęło nieznośne palenie, odczuwałem nieprzyjemny smak w ustach. Były też inne efekty Skorpiona, o których z grzeczności nie napiszę, a jestem pewien, że sami się ich domyślicie. Nie polecam spożywania tej abominacji nikomu. Zjedliśmy ją, żebyście Wy nie musieli.


* Przygotowując tę notkę dowiedziałem się, że w 2015 Skorpion spadł na trzecie miejsce. Żniwiarza z Karoliny zastąpił HP56 Szczep Śmierci. Na skali sięga około trzech milionów, więc jest zdecydowanie ostrzejszy.


wtorek, 6 października 2015

Marsjanin - recenzja filmu i książki

“Mam całkowicie przesrane” - tymi słowami wita czytelnika Mark Watney. To też moment, w którym polubiłem tę książkę. Zachwyt nie minął na późniejszych stronach. Potem okazało się, że ma powstać film z Mattem Damonem w reżyserii Ridleya Scotta, co wywołało niemałe obawy. Ridley nie miał ostatnio dobrej passy, no a Damon zupełnie nie pasował mi do głównej roli. Tymczasem o ile film ustępuje książce, to jest absolutnie świetny.

Marsjanin to Robinson Crusoe i MacGyver w jednym. Z domieszką humoru godnego Johna McClaine. Marsjanin to pojedynczy człowiek na bezludnej planecie. Protagonista jakich dość mało współcześnie. Mark nie płacze za żoną i dzieckiem (bo ich nie ma), nie ma żalu do całego świata, nie ma głębokich myśli filozoficznych (choć w książce dowiemy się, że jego przemyślenia docierają w dziwne miejsca). Jest gościem, który bierze się z problemami za łeb i (niespodzianka) zachowuje się jak kompetentny astronauta.

Andy Weir, autor, nie jest ani naukowcem ani pracownikiem NASA. Jednakże napisał bardzo realistyczną książkę, która wręcz niekoniecznie musi być traktowana jako SF, bo można powiedzieć, że to raczej techno-thriller. Jest tam znikoma ilość elementów fikcyjnych. W ogóle powstanie i sukces Marsjanina, to ciekawa historia, ale nie będe nią obciążał recenzji.

Prosty pomysł wyjściowy - astronauta, który utknął na Marsie - owocuje niezwykle ciekawą lekturą. Weirowi należy się wielka pochwała nie tylko za to, że poświęcił tyle czasu na research, ale też za to jak rzuca kłody pod nogi swojemu bohaterowi. Niewiele jest tu dzieł przypadku. Z reguły rozwiązanie jednego problemu stanowi przyczynę kolejnego. Pamiętacie scenę w Apollo 13, gdzie facet rozsypuje na stole masę sprzętu i mówi “musicie wymyślić jak połączyć to z tym, za pomocą tych rzeczy, bo inaczej astronauci zginą”? Marsjanin w całości na tym polega. Watney na Marsie musi opracowywać nowe i nieprzewidziane rozwiązania nieprzewidzianych trudności. Ma to różne skutki uboczne.

Muszę przyznać, że z tego powodu, jak i dlatego, że w książce jest masa technikaliów i obliczania racji żywnościowych, myślałem, że Marsjanin jest wprost skrojony pode mnie. Tymczasem, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, okazało się, że marsjański Robinson podoba się wszystkim. Podobnie wygląda sprawa w przypadku filmu. Najwyraźniej okraszone humorem rozwiązywanie problemów i stawianie im czoła jest uniwersalnie atrakcyjne.

Oczywiście film i książka różnią się od siebie. Choć to wierna ekranizacja, to jednak trochę inaczej rozłożone są naciski, dodano kilka drobiazgów, jak choćby odciski od skafandra. Troszkę żałuję, że w filmie nie rozwinięto zasygnalizowanego mocniej w tym zwiastunie wątku opinii publicznej, która śledzi dzieje rozbitka. Z drugiej strony, Marsjanin i tak trwa zdecydowanie ponad dwie godziny. I to niestety czuć. Nie jestem w stanie wytknąć jakichś istotnych wad filmu, ale ten metraż po prostu jest odczuwalny.

Aktorsko dopisała cała ekipa; nawet jeśli załoga Hermesa nie ma zbyt wiele do roboty to dobrze ogląda się ich na ekranie. Jeszcze lepiej spisuje się ekipa NASA, gdzie aż roi się od tarć w kwestii tego jak i czy w ogóle ratować jednego człowieka. Wreszcie Matt Damon okazał się idealnym Markiem Watney’em. Scott, montażyści, scenarzysta - wszyscy sprawnie też poradzili sobie z kategorią wiekową. Film jest PG-13, i sprytnie obchodzi problem klnącego jak szewc astronauty. Zastanawia mnie tylko czemu w filmie zachody słońca na Marsie nie są niebieskie. Biorąc pod uwagę zgodność Marsjanina z nauką podejrzewam, że może ja czegoś nie wiem.

Ostateczny werdykt - film jest bardzo dobry i warto go zobaczyć, książka jest rewelacyjna i warto ją przeczytać. Ani w jednym ani w drugim przypadku nie zmarnujemy czasu. Marsjanin pokazuje jak zgrabnie połączyć lekkość i humor z napięciem i dramatyzmem. Serwuje też bardzo pozytywne przesłanie na temat ludzkich zalet - woli przeżycia i pomysłowości.


czwartek, 17 września 2015

"Trenują nas, żebyśmy nie wyciągali pochopnych wniosków." - rozmowa z Carolyn Porco

Carolyn Porco jest wiodącą ekspert w dziedzinie pierścieni planetarnych i aktywnego księżyca Saturna, Enceladusa. Od ponad dwudziestu pięciu lat prowadzi zespół obrazujący sondy Cassini, który dostarczył nam jedne z najwspanialszych zdjęć astronomicznych w historii. Była również zaangażowana w misje Voyagera i New Horizons.

To ona była pomysłodawczynią słynnego zdjęcia “The Day the Earth Smiled”. Znalazła się na liście TIME magazine “The 25 Most Influential People in Space”, na liście "The 50 People Who Matter Today" New Statesman magazine, oraz na “Wired magazine's first-ever Smart List” magazynu Wired.

Twierdzi, że powinniśmy mieć coroczne parady świętujące lądowanie na Tytanie i trudno mi się z nią nie zgodzić. W skrócie - jest niesamowita i znalazła czas by ze mną porozmawiać.



Ostatnie dwanaście miesięcy było jak nieustająca gwiazdka. Wylądowaliśmy na komecie, weszliśmy na orbitę Ceres i przelecieliśmy tuż obok Plutona. Kiedy i jak możemy to przebić? Jak sądzisz, jaka powinna być następna “wielka rzecz” (lub rzeczy)?

To wszystko były “pierwsze razy”, a wszyscy je uwielbiamy, prawda? Ale były to stosunkowo małe misje. Możemy to przebić robiąc jedną lub obie z następujących rzeczy.

Wreszcie umieścić orbiter klasy Cassini na orbicie Neptuna. Oto mamy planetę, którą Voyager odwiedził 26 lat temu - fascynujący system planetarny, którego gospodarz nie przypomina Jowisza ani Saturna, ale różni się od nich pod istotnymi względami. Ma też, oczywiście, Trytona… “kuzyna” Plutona. Tylko przelecieliśmy obok Neptuna i musimy go przebadać tak jak przebadaliśmy Saturna i jego system. Orbiter to zdecydowanie jedyny sposób, żeby dokonać prawdziwego skoku jakościowego względem tego czego się dowiedzieliśmy dzięki Voyagerowi.

Wysłać sondę na Enceladusa, która odpowie na jedno, jedyne pytanie: Czy jego gejzery, pochodzące ze słonego, bogatego w związki organiczne oceanu pod powierzchnią, zawierają dowody życia? TO może być misja, która dostarczy nam Świętego Graala.


New Horizons będzie nam przesyłać dane jeszcze przez miesiące, ale co w tym momencie uznałabyś za największą niespodziankę związaną z Plutonem?

Złożoność powierzchni Plutona jest zdecydowanie najlepszym i największym odkryciem. Nie mogę powiedzieć, by było to całkowicie niespodziewane. Nasze oczekiwania budowaliśmy w oparciu o to co Voyager zobaczył na Trytonie: bardzo złożoną, zróżnicowaną rzeźbę terenu z aktywnymi gejzerami sięgającymi 8km nad powierzchnię. Zatem oczekiwaliśmy - a przynajmniej ja oczekiwałam - podobnego poziomu złożoności. Ale bez względu na nasze przewidywania, zawsze jesteśmy zaskoczeni, bo to coś nie jest dokładnie takie jak oczekiwałeś.

W przypadku Plutona, spodziewaliśmy się geologii zrodzonej z procesów sublimacji i kondensacji substancji lotnych. Ale czy ktokolwiek przypuszczał, że utworzą one wyraźnie odrębny, złożony obszar - płynący “lodowiec” wystarczająco gruby by wykazywał oznaki długookresowej konwekcji w ciele stałym? Ani trochę.

Zdjęcia Plutona są wprost olśniewające, każdorazowo uderza mnie przy takich okazjach jak ograniczona jest nasza wyobraźnia. To nie błędy w rozumowaniu, ale raczej braki w wyobraźni zapewniają nam niespodzianki.


Zastanawiam się - czy spotkanie z Plutonem może wpłynąć na to jak badamy wewnętrzny Układ Słoneczny? Czy może wpłynąć na misję Cassini?

Nie. Po pierwsze misja Cassini zbliża się do końca… zostały już ledwie dwa lata, a nasze plany są już ustalone z jasno zdefiniowanymi celami. To się nie zmieni. Ponad to oba systemy są bardzo różne: Pamiętaj, że Pluton jest malutki, o połowę mniejszy niż Tytan. Jest jak średniej wielkości księżyc Saturna (mniejszy od naszego Księżyca) na rubieżach Układu Słonecznego. Po drugie, wewnętrzny Układ Słoneczny różni się jeszcze bardziej od Plutona niż układ Saturna. Nie zapominajmy, jest tam bardzo, bardzo zimno. Dlatego aktywne substancje lotne tam są zupełnie inne niż tutaj. Fizycznie, to dwie zupełnie różne bajki.

Prawdziwym wkładem naukowym przelotu koło Plutona jest ukazanie nam jak wygląda obiekt w Pasie Kuipera, który pozostawał względnie niezmieniony przez ostatnie miliardy lat. Bez wątpienia obserwujemy antyczne procesy, które mogły rozgrywać się od zarania naszego Układu. Dlatego ten przelot był tak ekscytujący, to jak odwiedzenie Układu Słonecznego w naprawdę antycznych czasach.


Od ponad dekady Cassini dostarcza nam wspaniałych zdjęć Saturna i jego systemu. Czego możemy się spodziewać w jego ostatnich latach?

Więcej tego samego! Oraz, mam nadzieję, odpowiedzi na niektóre pytania, które zadajemy od dawna. Na przykład “Jaka jest masa pierścieni?”, “Jakie procesy zachodzą na biegunach Saturna?”, oraz “Czy jeszcze gdzieś na południu Enceladusa znajdują się ciepłe miejsca, poza czterema głównymi szczelinami?”, i wreszcie “Czy aktywność gejzerów na Enceladusie zmienia się w czasie?”.


Skoro mówimy o Saturnie i Tytanie… Choć wydaje się tak różny od Ziemi jak to możliwe (to zimny księżyc gazowego giganta z bogatą w metan atmosferą), jest jednocześnie niesamowicie podobny. Czy to znaczy, że jeśli gdzieś tam znajdują się planety ziemskiego rozmiaru z ciekłą wodą, to będą wyglądać bardzo podobnie do naszej błękitnej kropki?

Jeśli są skalne, mają wodę i takie same warunki na powierzchni, są szanse, że będą miały bardzo podobną rzeźbę terenu i procesy atmosferyczne. Zatem prawdopodobnie będą wyglądać podobnie. Przynajmniej pod względem ukształtowania terenów. Pod tym względem Tytan przypomina Ziemię. Różni się jednak materiałami: zamiast krzemowych skał, “twardą powierzchnię” stanowi lód. Zamiast wody, jest tam metan. Zupełnie jak w science fiction!


Czy możesz porównać Europę i Enceladusa pod względem jak są interesujące i które z tych miejsc powinno zostać zbadane jako pierwsze?

Przegrałam w tym sporze. Moja pozycja była prosta: jeśli priorytetem jest naprawdę odnaleźć pozaziemską ekosferę, która mogłaby utrzymać życie i ją zbadać, to Enceladus jest najlepszym celem w całym Układzie Słonecznym. Jego ekosfera tryska w kosmos i czeka na pobranie próbek. Łatwe pobranie próbek: nie musisz lądować, drapać po powierzchni ani nawet zabezpieczać swojej sondy warstwą ołowiu, żeby ochronić ją przed promieniowaniem. To ekstremalnie proste: upewnij się, że twój statek jest odpowiednio wyposażony i przeleć nim przez obłok wody wyrzuconej w kosmos zgarniając próbki.

Ponadto wiemy znacznie więcej o Enceladusie niż o Europie. Sonda Galileo miała uszkodzoną antenę i nie udało się nam nawet wykonać zdjęć całej powierzchni! Tymczasem spędziliśmy ostatnich 11 lat badając Enceladusa i mamy bardzo głęboką wiedzę o nim i jego aktywności.

Biorąc więc wszystkie za i przeciw, Enceladus był wyraźnym faworytem.

Europa, jednakże, ma ogrom “zwolenników”, bo misja na Europę była promowana przez całe lata, gdy była najlepszym celem astrobiologicznym. Cóż, Enceladus pokonał ją na arenie astrobiologów, ale lobbing na rzecz Europy był nie do zatrzymania, co zapewniło wstępne finansowanie nowej misji na Europę.

Nie zrozum mnie źle: Jest masa powodów by badać Europę. Oczywiście ma fascynującą geologiczną i geofizyczną historię i jest jeszcze wiele odkryć, których nie mogła dokonać sonda Galileo. Sporo możemy się tam nauczyć i bez wątpienia będzie to ekscytująca misja. Jednakże ona głównie zrówna nasz poziom wiedzy o Europie z tą o Enceladusie. Dopiero po niej będziemy w stanie ocenić jak łatwo czy trudno będzie dostać się do jej oceanu.

Na ten moment, kluczowym słowem w kwestii wsparcia Enceladusa jest “dostępność”!


Większość naukowców stara się być ostrożna w stawianiu niezwykłych stwierdzeń. Jak niezwykłe dane lub obserwacje byłyby wystarczająco przekonujące by ogłosić, że znaleźliśmy życie na Marsie, Europie/Enceladusie lub na egzoplanecie?

Kiedy będziemy mieć w rękach konkretną, makro- lub mikroskopijną obcą formę życia, a nie tylko poszlaki, jak to ma miejsce w wypadku badania odległych obiektów w kosmosie. Dokonanie tego może wymagać sprowadzenia próbek do ziemskich laboratoriów. Ale wtedy mielibyśmy najlepsze warunki by to ocenić. Do tego czasu będziemy opisywać nasze obserwacje różnymi poziomami pewności. Możesz się spodziewać, że powiemy coś w stylu “Nasze instrumenty wykryły taki wysoki poziom chiralności w tej próbce wyziewu z Enceladusa, że wydaje się mało prawdopodobne, by wynikał z czegoś innego niż procesy biologiczne”. Zawsze będą nam dokuczały wątpliwości. Naukowcy, jak podkreśliłeś, to ostrożna banda. Trenują nas, żebyśmy nie wyciągali pochopnych wniosków.


Załóżmy, że życie JEST na każdym z nich. Pod powierzchnią Marsa, w oceanie jednego z lodowych księżyców, rozpowszechnione na jednej z tranzytujących egzoplanet wielkości Ziemi. Jak uważasz, gdzie odkrylibyśmy je najwcześniej?

Jeśli rzeczywiście wszędzie tam istniałoby życie, ORAZ będziemy mieć programy poszukujące go w tych miejscach, to Enceladus wygra, bo najłatwiej nam dostać się do interesujących nas próbek.

Odkrycie życia na egzoplanetach i uzyskanie pewności, że to istotnie jest życie, będzie ekstremalnie trudne. Zgaduję, że będziemy musieli opierać się na poszlakach, jak na przykład “Ta egzoplaneta ma ten sam rozmiar, odległość od gwiazdy i skład powierzchni jak Ziemia, obserwujemy tlen w nierównowadze, więc wyciągamy wniosek... prawdopodobnie jest tam życie.” ALE… nie wiemy na pewno, co więcej, jeszcze daleko nam to możliwości wykonywania pomiarów, które nie pozostawiłyby cienia wątpliwości.


Niedawno byłaś związana z produkcją filmu Star Trek, czy możesz powiedzieć coś o swojej roli?

Reżyser J.J. Abrams spytał mnie: “Mamy problem. Entrerprise powraca do Układu Słonecznego by uratować Ziemię i musimy wymyślić jak może się ukryć przed wrogiem? Co powinniśmy zrobić?” Wydało mi się to niemądre i pomyślałam, że to test, by sprawdzić czy uda mi się wpaść na jakiś dobry pomysł. Ale odpowiedziałam, “Czemu by nie zrobić tak, że Enterprise wyjdzie z napędu warp w atmosferze Tytana i wyłoni się z mgły jak okręt podwodny?” Wiedziałam, że mogłaby to być bardzo dramatyczna scena.

Ku mojemu zaskoczeniu i zachwytowi, Abrams stwierdził, że pomysł jest “znakomity” i natychmiast go wykorzystał. Zdjęcia można znaleźć tutaj.

Spodziewałam się, że spytają mnie jak obejść oczywisty problem, że każdy szanujący się statek Federacji czy Romulan bez problemu wykryłby obcą jednostkę inną metodą niż wizualna, ale nie spytali. Dopóki nie zobaczyłam sceny na własne oczy w kinie, nie wiedziałam, że twórcy wymyślili, że Enterprise skryje “pole magnetyczne pierścieni Saturna”. Oczywiście, pierścienie nie mają pola magnetycznego, a nawet to Saturna nie jest zbyt silne - zdecydowanie nie tak silne jak to Jowisza - chętnie bym im powiedziała o tym, gdybym wiedziała co planują.


Jak zapewne się domyślasz, jestem sporym fanem Carla Sagana… Nie ulega wątpliwości, że miał ogromny wpływ na ogół społeczeństwa. Chciałbym wiedzieć jaki był jego wpływ na osoby, które znały go osobiście.

Koledzy, którzy byli w jego wieku darzyli go straszliwą niechęcią. Powiedziałabym, że nie traktowano go zbyt dobrze, a mimo to nigdy nie widziałam by brał odwet. Zawsze zachowywał się godnie i cierpliwie, nawet gdy publicznie go wyśmiewano.

Ale ludzie z mojego pokolenia i młodsi kochali go. Był najfajniejszą, najłaskawszą, pełną szacunku, nie oceniającą, dobrą osobą jaką można sobie wyobrazić. I bardzo staromodną. Kiedy mnie witał (czasem całując dłoń) niemal spodziewałam się też, że się ukłoni. Obiektywnie trudno mi ocenić jaki wpływ miał Carl na mnie samą. Jednak kiedy jestem w jakiejś stresującej czy przykrej sytuacji, często zastanawiam się: “Jakby teraz zachował się Carl?”. Moje środowisko straciło tak wiele kiedy odszedł. Był naprawdę wyjątkowym człowiekiem i bardzo mi go brakuje.


Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję!


Zdjęcia:
http://carolynporco.com
http://pluto.jhuapl.edu/
http://www.nasa.gov/
http://diamondskyproductions.com/spotlight.php


sobota, 12 września 2015

Implant antyprzerzutowy

Amerykańscy naukowcy (któżby inny) opracowali niezwykle ciekawy implant. Wykrywa on i przechwytuje komórki raka krążące we krwi. Na razie przetestowano go na myszach.

Przerzutowanie (metastaza), proces roznoszenia komórek rakowych po organizmie, jest trudna do wykrycia. Szkodliwych komórek jest mało, ponadto czasem mogą bardzo długo krążyć w krwi nim zaatakują nowe miejsce. Dlatego często przerzuty wykrywane są zbyt późno by pacjent miał szansę.

Nowy wynazlazek przypomina mikro-gąbkę. Ekipa z Feinberg School of Medicine użyła porowatego materiału na którym osiadają białe krwinki a następnie “wabią” krążące w krwi komórki rakowe. U ośmiu myszy, którym wszczepiono po dwa niewielkie, mierzące pół centymetra implanty zaobserwowano mniej przerzutów i znaczną redukcję krążących w ogranizmie komórek nowotworowych.

Implant może również służyć jako skaner, który wykrywa, że w ogóle dochodzi do przerzutowania, czyli może być przydatny w bodaj najistotniejszej kwestii w walce z nowotworami - wczesnym wykryciu. Ale już samo odsianie części komórek potencjalnie kupuje pacjentom dość czasu by można było rozpocząć skuteczne leczenie.

Kolejną zaletą nowego rozwiązania jest fakt, że komórki przechwycone w takim implancie można łatwo poddać analizie by dobrać odpowiednią terapię. Na ten moment lekarze są bardzo optymistyczni i liczą, że niedługo będą mogli rozpocząć próby kliniczne. Nie widzą powodów by sądzić, że wyników nie uda się zreplikować u ludzi. Ponadto - biodegradowalny materiał z którego powstały implanty jest już zatwierdzony w USA przez FDA, co może ułatwić i przyspieszyć początek prób klinicznych.


Źródła:
http://www.bbc.com/news/health-34191325
http://www.medicalnewstoday.com/articles/299224.php
http://medicalxpress.com/news/2015-09-implant-captures-cancer-cells.html